Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 34 min czytania

Warszawa

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

WARSZAWA

Z każdą minutą, na ulicach Warszawy brakowało coraz bardziej miejsca, dla samochodów, autobusów i pieszych. Biegnąc w setki miejsc, każdy chciał być tam pierwszy, nawet za cenę śmierci pod kołami pojazdów pędzących po ulicach. Zbliżała się godzina wyjścia z pracy, więc można było się spodziewać jeszcze większego tłoku. Każdy, kto mógł wyrwać się zza biurka wcześniej, robił to, zaoszczędzając co najmniej godzinę. Nie stojąc w kilometrowych korkach. Było gorące czerwcowe popołudnie, żar lał się z nieba, roztapiając asfalt pod stopami przechodniów. Każdy starał się skryć w cieniu. Miasto było pełne słońca i zaduchu spowodowanego tłokiem na ulicach, który towarzyszyć miał warszawiakom jeszcze przez miesiąc, aż do pierwszego lipca, kiedy to większość miała wyjechać na urlopy. Szedłem brzegiem chodnika, patrząc na ludzi, którzy równie jak ja, spieszyli się gdzieś. To nie człowiek narzucał sobie w tym mieście tępo. Je się po prostu czuło w powietrzu, ludzkich spojrzeniach i reakcji otoczenia, które zawsze dziwnie patrzyło na spacerujących ludzi, jeśli nie wyglądali na turystów lub parę zakochanych. A tym bardziej jeśli, robili to w miejscach najbardziej zatłoczonych. Szczytem dziwactwa w tym mieście było już samo uśmiechanie się do ludzi, którzy potrafili obejrzeć się za tobą, jeśli twój wyraz twarzy wydał się im niepokojąco miły. Trzeba było przyjąć te reguły gry, lub człowiek w ciągu kilku miesięcy potrafił znienawidzić to miejsce. To była codzienna walka z głupotą ludzką, niechęcią innych do ciebie – bo zająłeś upatrzone przez nich miejsce w autobusie, stanąłeś w nie tej kolejce co trzeba, lub popchnąłeś kogoś. Tak naprawdę, my Polacy, nigdy nie zasłynęliśmy jako uprzejmi dla obcych, jak i dla samych siebie. Widziało się otępiałe twarze i patrzące przed siebie oczy, tylko żeby uchronić się przed twoim spojrzeniem. Działo tak zawsze, gdziekolwiek bym się odwrócił. Miałem dość tego miasta, ale wiedziałem, że nie potrafiłbym nigdzie indziej mieszkać. Tylko tutaj byłem w stanie znaleźć w ciągu jednego popołudnia, setki tematów do rozważania wraz z moimi znajomymi. Co nie zdarzyło by się, nigdzie indziej. Nie licząc oczywiście wielkich stolic państw europejskich. W moim małym świecie, miałem wszystko i aż nad to, w zasięgu ręki. Mój autobus właśnie podjeżdżał do przejścia dla pieszych, po drugiej stronie skrzyżowania. Wystarczyło, że do niego wsiądę, żeby zawiózł mnie do domu. Kierowałem się na wprost słońca, którego nie chciała zakryć żadna chmura. W radiu zapowiadano zbawczą burzę, ale ta mogła się pojawić dopiero pod wieczór lub w nocy, a do zachodu słońca zostało jeszcze sześć godzin. Żar wciąż lał się z nieba, wyciskając ze mnie wszystkie zmagazynowane pokłady wody. Jeszcze raz rozejrzałem się, czy coś mnie nie rozjedzie na ulicy i przeszedłem na drugą stronę. Nie wiem dlaczego, ale w połowie drogi na przystanek moją uwagę przykuła czyjaś osoba. Musiałem przyjrzeć się dokładnie jej odwracając głowę. W pierwszym momencie, widząc kulącą się kobietę w cieniu latarni pomyślałem, że to jedna z dziesiątek żebraczek przesiadujących przy skrzyżowaniach. Dopiero patrząc w jej przerażone oczy, zrozumiałem, że błędnie oceniłem kobietę. Oprócz strachu, było w nich coś więcej. Nie wiem co, ale jej wzrok nie dawał mi spokoju nawet, kiedy uciekłem od niego. Wciąż widziałem zmęczoną twarz kobiety i silącą się klatkę piersiową, żeby złapać oddech. Było w niej coś z dezorientowanej zwierzyny, którą otoczyli myśliwi. W jednej chwili widziałem kobietę, a w drugiej spostrzegłem się że autobus już mnie minął, wykorzystując fakt, że nie ma pieszych na przejściu. Przeszedłem po prostu obok niej i chociaż czułem się winny, że postępuje zupełnie tak jak inni. Potrafiąc znaleźć sam dla siebie wytłumaczenie, dlaczego tak zrobiłem. Może, przyjezdni nie lubili Warszawy, ze względu na tą bezduszność z jaką spotykali się na co dzień. Takie były ciemne strony życia tutaj, że człowiek stawał się anonimowy, a wraz z utratą tożsamości, ludzie przestawali go zauważać. Czułem się jakbym żył z założeniami jakiegoś systemu, wpajanego od urodzenia, że człowiek był tylko sobą w pracy i na ulicy, na której mieszkał całe życie. Może właśnie dlatego, jest nam tak trudno zmieniać pracę i miejsce zamieszkania. Nikt nie chce być „nikim”. Nie wiem co broniło mnie przed tym, żeby podejść i zapytać, czy nie potrzebna jest pomoc. Może bałem się – jak inni – reakcji na zaoferowaną pomoc. Za każdym razem, widząc niepełnosprawnego, boimy się że poprosi nas o przysługę, a my nie będziemy w stanie mu odmówić. Że będzie chciał dotrzeć do domu, a my będziemy musieli go tam zaprowadzić. Nasz strach przed obowiązkami względem ludzi poszkodowanych, był tak duży, jak u dorosłych ludzi, którzy obawiali się że będą obarczeni swoimi starymi rodzicami. Nagle poczułem ulgę zbliżając się do chodnika. Mężczyzna stojący nieopodal kobiety, sięgnął po telefon komórkowy. Przez chwilę przestało mnie gryźć sumienie, że pobiegnę do autobusu, a ona tu zostania sama. Bo ktoś mógł wezwać pomoc. Ale... mężczyzna zaczął rozmawiać ze znajomym, mijając obojętnie mnie a później kobietę. Nie odwracając się więcej, pobiegłem za autobusem i w ostatniej chwili wskoczyłem, mijając o centymetry zamykające się drzwi. W środku było pełno ludzi. Spoceni, zmęczeni upałem, przysypiali na siedzeniach, lub stali w przejściach, nie próbując wejść głębiej, jakby się bali że nie zdążą wysiąść. Dalej od wejścia było trochę luźniej. Znalazłem dla siebie miejsce, przy zajętym lekturą gazety mężczyźnie, który tylko spojrzał na chwilę, kto mu zasłania światło, i wrócił do czytania. Powoli przechodziłem w głąb autobusu, jak najdalej od wejścia. Miałem dość tratowania moich butów, przez wysiadających pasażerów. W końcu stanąłem przy oknie, wdychając świeże powietrze, mieszające się z autobusowym zaduchem. Starając się nikogo nie okaleczyć własnymi łokciami, odwróciłem się, żeby przyjrzeć się dziewczynie, która stała raptem metr ode mnie. Chociaż w tym tłoku równie dobrze mógł to być kilometr. Miała może dwadzieścia dwa, góra dwadzieścia trzy lata. Stała do mnie profilem, ze wzrokiem utkwionym w ogłoszeniu. Jednym z tych jakie ZTM nakleja na szybach. Autobus zatrzymał się na przystanku, żeby zabrać kolejną grupę spoconych ludzi ocierających się o mnie, przechodząc w głąb pojazdu. W pewnym momencie zacząłem przypatrywać się mężczyznom, widząc jakich sposobów się chwytają, żeby poczuć na swoim ciele dotyk pośladków, piersi czy dłoni dziewczyny, której wcześniej się przyglądałem. W końcu dziewczyna zorientowała się, że tłok wokół niej jest w sumie zamierzony. Powoli zaczęła się wycofywać z kręgu mężczyzn, trafiając na mnie. Szybko obejrzała się, sprawdzając kogo potrąciła. Z ulgą odetchnęła, widząc że nie jestem kolejnym starym łysiejącym facetem. Przesunąłem się do tyłu, na ile to było możliwe w tych warunkach i zignorowałem dziewczynę. Kiedy tylko odwróciła głowę z powrotem, pozwoliłem sobie na zauważenie kilku szczegółów niej. Miała na sobie czarną spódniczkę, na tyle krótką, że moja wyobraźnia nie musiała się zbytnio wysilać, nad zgadnięciem rodzaju bielizny jaką nosiła. Po za tym odznaczała się , nietypową, jak na tą porę roku, oliwkową karnacją. Opalony dekolt uwydatniała kontrastująca z nią biała bluzka, pod którą nie zauważyłem stanika. To wszystko dopełniał, srebrny łańcuszek na kostce u nogi, podkreślając jeszcze bardziej wygląd kobiety pożądanej. To czuło się w autobusie, wraz z nieuchwytnymi spojrzeniami spragnionych mężczyzn. Widać było też zawiść w oczach innych kobiet, które oddały by wszystko, żeby tylko tak wyglądać. Każda z nich, chciała na pewno zamienić się na pięć minut z tą dziewczyną. Poczuć jak to jest, przyciągać całą męską uwagę w autobusie, na ulicy, w sklepie. Sam nieraz pozwalałem sobie, powłóczyć oczami za piękną dziewczyną, która prowokowała swoim wyglądem, tak by na nią spojrzeć. Nigdy jednak nie dałem się sprowokować, na tyle, żeby moje spojrzenie stało się natrętne. Może dlatego nigdy nie usłyszałem uwagi na temat tego, że spoglądałem na kogoś z odrobiną zadowolenia, mieszającego się z pragnieniem, a niekiedy z czystym pożądaniem ciała, które wyobrażałem sobie nagie pod niekoniecznie skąpym ubraniem. Sam złapałem się na tym, że powoli rozbieram ją wzrokiem. Wodziłem oczami po krawędziach jej karku, jakbym go całował i zanurzałem swoje spojrzenie w dekolt, jakbym sycił się dotykiem jej nagich piersi na mojej twarzy. Zamknąłem na chwilę oczy, a kiedy autobus wyjechał z otaczających ulicę bloków, poczułem jak słońce znów zaczyna wlewać się do środka autobusu, parząc moją skórę. Wraz z każdym mijanym skrzyżowaniem, upał w autobusie robił się coraz bardziej nieznośny. W końcu przestałem zauważać, co się dzieje wokół mnie. Moje ciało powoli zaczynało się zmieniać w parę, która mogła skroplić się tylko pod wpływem świeżego powietrza lub łyku chłodnej wody. W pewnej chwili zacząłem zauważać, że dobiega mnie cichy pisk. Który powoli nabierał na sile, aż wypełnił moją głowę. Serce waliło w piesi, jakby chciało się z niej wyrwać. Chciałem się uspokoić, ale tłok był już tak wielki, że powoli wpadałem w jakiś rodzaj paniki. Wydawało mi się że zemdleje tutaj i nikt mi nie pomoże. Że zostanę potraktowany z taka samą obojętnością, jak ta kobieta, która widziałem klęcząca na chodniku. Starałem wpłynąć na podświadomość, wmawiając sobie że atak minie równie szybko jak wszystkie inne. Nawet to nie pomagało, bo z każdą sekundą było coraz gorzej, a nie lepiej. Ludzie stłoczyli się jeszcze bardziej wokół mnie, żeby przepuścić pojedynczo wysiadające osoby. Nie pamiętam, kto mnie zaczął pchać, aż uderzyłem w poręcz. W sumie w jakiś sposób zderzenie z twardym przedmiotem, otrzeźwiło mnie i jak przez mgłę zobaczyłem jak autobus zbliża się do przystanku. Nagle mgła zmieniła się w białe plamy, które przysłoniły mi wszystko co było przed chwilą w zasięgu mojego wzroku. Czułem tylko chłodny dotyk poręczy, której uwiesiłem się jak tancerka go-go i przyciskając do niej rozpalone czoło. Zapomniałem o wszystkim, co kołatało się jeszcze w mojej głowie. Opanowała mnie tylko jedna myśl, żeby wyrwać się stąd. Byłem gotowy krzyczeć, bić przed sobą wszystkich, którzy byli na wyciągnięcie rąk. Byle tylko ktoś zareagował i nie pozwoli mi tu zemdleć. Ale nie zrobiłem tego. Zacząłem tylko przepychać się powoli miedzy niewidzialnymi ciałami, szukając po omacku, miejsc, w których ich nie ma i gdzie można się prześliznąć. Spuściłem trochę głowę, żeby krew napłynęła mi do mózgu, wtedy poczułem jak autobus zwalnia, aż w końcu zatrzymuje się. Słyszałem jak gdzieś w oddali otwierają się drzwi i poczułem chłodny powiew wiatru. Który mi wydawał się być jak wiadro zimnej wody, oblewającym moją twarz. Ta odrobina powietrza pozwoliła mi zebrać siły w sobie i spróbowałem wyjść z autobusu. Pchając się między pasażerami, słyszałem tylko uwagi na temat mojej osoby. Nie mogłem nawet wskazać, kto był autorem kilku przekleństw, bo przed oczami majaczyły mi tylko cienie. Byłem tak blisko. Nagle ktoś stanął mi na drodze i zorientowawszy się za późno. Że nie wysiądę już, mimo moich usilnych próśb o przesunięcie się. Na sam widok mojej bladej twarzy i oczu które wydawały się być ślepe, przesunął się . Kilka sekund po tym, jak drzwi się zamknęły i autobus ruszył dalej. Wbijając się na zakorkowaną jezdnie. Nie wiedząc już kompletnie nic, mój umysł buntował się. Błagałem sam siebie, żebym nie upadł, bo w tedy już się nie podniosę. Nie pamiętałem jak to się stało, ale ktoś podszedł do mnie i złapał mnie pod ramię. Po chwili usłyszałem tylko kobiecy głos. Proszę nas przepuścić...mógłby się pan przesunąć, nie widzi pan że on się źle czuje. Obok siebie usłyszałem czyjś męski głos, z którego wnioskowałem, że jego właściciel na co najmniej czterdzieści lat. Pewnie się czegoś naćpał. Żeby tylko nie rzygał tutaj wtórował mu kolejny męski głos, należący na pewno do kolegi tego pierwszego. W końcu powstał rodzaj zamieszania wokół mojej osoby, a ja nawet nie byłem w stanie zareagować na to wszystko. Miałem tylko wrażenie że kolejny krok wyczerpie mnie już całkiem i padnę w miejscu w którym stałem. Podtrzymywany przez kogoś, kogo nawet nie widziałem, słaniałem się na nogach. W pewnej chwili poczułem ulgę, że nie jestem sam, ale zaraz miałem ochotę uciec stamtąd, ze względu na swoją słabość. W końcu autobus zatrzymał się na przystanku. Słyszałem tylko jak drzwi się otwierają przede mną. Dopiero teraz poczułem, jak byłem spocony. Moje ciało przeszył nieprzyjemny chłód. Przetarłem czoło ręką którą miałem wolną i za chwilę, ktoś pomógł mi wyjść z autobusu. Musiałem stać na słońcu, bo mgła przed oczami zrobiła się jaśniejsza. Osoba która mnie trzymała pod rękę powiedziała, Niech pan siada. Z ulga poczułem jak moje kolana zginają się i pode mną jest ławka. Wymacałem jej brzeg i usiadłem tak by oprzeć się plecami o ścianę przystanku, na którym się zatrzymaliśmy. Czułem się coraz lepiej, ale wciąż nie byłem w stanie panować nad ruchami własnego ciała. Musiało to komicznie wyglądać, gdy przestawiałem własne nogi, które odmówiły mi posłuszeństwa. Ludzie mijający mnie, zapewne zastanawiali się, czy jestem pijany, czy pod wpływem narkotyków. Co zupełnie mnie nie obchodziło w tej chwili. Cieszyłem się tylko, że nie stoję już w autobusie. Dopiero teraz czułem jak moje ciało przeszywają dreszcze. Rozluźnione mięśnie, reagowały tak po kilkunastu minutowym wysiłku. Gdy napięte do kresu wytrzymałości, utrzymywały mnie w pozycji pionowej. Nie miałem nawet siły podeprzeć się rękoma, zgięty w pół, siedziałem tak ze spuszczoną głową. Czy pan mnie słyszy, znajomy był mi ten kobiecy głos, czy lepiej się pan czuje, pan mnie słyszy. Słyszałem doskonale, chociaż wydawało mi się że głos dobiega zza mlecznej bieli. Którą spowity był mój wzrok. Przez chwile zastanawiałem się, czy głos nie jest wynikiem zasłabnięcia. Pochyliłem jeszcze niżej głowę, tak że czułem jak krew dopływ do skroni i rozlewa się wraz z odżywczym tlenem, po moim mózgu. Tym razem głos nie wydobył się z tunelu mojej podświadomości, więc mogłem zaprzeczyć ruchem głowy, na pytanie czy będę wymiotował. Przynajmniej tak mi się wydawało, że kręcę głową. Kobieta pytająca o to musiała zrozumieć ten znak, bo nie usłyszałem powtórnie pytania, ani też nie odsunęła się ode mnie. Trzymała mnie nadal pod rękę, bojąc się żebym nie spadł z ławki. Podniosłem gwałtownie głowę i wciągnąłem głęboko płucami, zatrute miejskie powietrze. Znów poczułem że po moim czole spływają krople potu. Starłem je z czoła i zasłoniłem oczy dłońmi, jakby coś mnie raziło. Pierwsza rzecz jaką mogłem zobaczyć od kilku minut, była moja własna ręka. Chyba jeszcze nigdy od urodzenia, nie ucieszył mnie widok tej części ciała. Potem już widziałem cały świat, taki sam jak ten przed moim atakiem. Zupełnie niewzruszony tym co się ze mną działo. To było tylko miasto, lekceważące słabości. Pocieszyłem się, że nie miałem się stać tym ostatnim, który doznał tej niesprawiedliwości. Zamilkł głos który pomógł mi wysiąść i przestałem czuć rękę, która trzymała mnie w autobusie. Wydawało się to wszystko snem, kiedy tak siedziałem na przystanku, widząc przed sobą hotel Holliday Inn i słysząc tylko stukot butów, ludzi którzy schodzili do podziemi obok dworca kolejowego. Jak się pan teraz czuje, powtórnie usłyszałem znajomy głos, tym razem po prawej stronie. Obok mnie przysiadła się dziewczyna, trzymając w ręku butelkę z wodą mineralną. To dla pana, proszę się napić. Po głosie poznałem, że należał do kobiety, która pomogła mu wyjść z autobusu. Patrzyła na mnie z pocieszającym uśmiechem na ustach, a w oczach miała coś, czego u nikogo tak dawno nie widziałem. Zatroskanie moją osobą. Miała ciemno brązowe włosy, które kontrastowały z bardzo jasnymi źrenicami. Odwzajemniłem lekki uśmiech i podziękowałem za wodę, która mi podała. To pani pomogła mi wysiąść z autobusu, zapytałem chociaż znałem doskonale odpowiedz. Tak...,proszę powoli pić oblewa pan sobie bluzkę, przytrzymała butelkę tak żeby mały strumień leciał do mich ust. Wydało mi się to trochę śmieszne, że pomaga mi w tak błahej czynności, ale na swój sposób było to miłe. Kiedy zobaczyłam jak pan pobladł i zaczął wodzić oczami, wydało mi się że potrzebuje pan pomocy. Chciałem ją jeszcze raz zapytać, tym razem dlaczego to zrobiła, ale ubiegła mnie odpowiedzią. Chyba dlatego, że patrzył pan w ten sposób, podeszłam i pomogłam panu. Mam drobne kłopoty z sercem i w takie dni jak ten czuję się gorzej. Jazda zatłoczonymi autobusami w największe upały, zupełnie mi nie służą. Chciałem sięgnąć po papierosa, ale rozmyśliłem się i schowałem paczkę z powrotem do kieszeni. Przepraszam, w sumie powinienem podziękować za pomoc, a tego chyba jeszcze nie zrobiłem. Nawet nie przedstawiłem się swojej wybawicielce. Paweł, powiedziałem i podałem dziewczynie rękę. Monika, jeszcze raz uśmiechnęła się, tym razem trochę inaczej. Była tym uśmiechu odrobina tajemniczości, pod przykryciem której widniał zawsze lustrujący mnie wzrok. Kobiety patrzyły zawsze na

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Warszawa — czytnik · opowiadania