Akcja · 25 min czytania
Warszawa 2048 - drugi fragment
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Osobiście polecam pobranie ebooka stąd (PDF, Mobi, Epub, Jva); http://chomikuj.pl/irask2/E-booki i przeczytaniu go w formacie PDF. Dzięki zastosowanym grafikom, czyta się zdecydowanie wygodniej niż w tej psotaci :)
PS Transfer na moim chomiku jest darmowy, dlatego możecie pobierać eBOOK'i za darmo.
LINK DO PIERWSZEJ CZĘŚCI: http://opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=72341
ROZDZIAŁ I: UPADEK PODROZDZIAŁ II: DEZERTER
Przesiadywał w małym pokoju na drugim piętrze, w wygodnym fotelu. Nogi założył na taboret, a w jednej z rąk ściskał cygaro. Po każdym wciągnięciu dymu do płuc sięgał po szklaneczkę z jakąś ohydną whisky i wspominał czasy, kiedy jeszcze był zwykłym szeregowcem. Pamiętał doskonale dzień, który zmienił dosłownie wszystko. W kilka godzin jego życie zmieniło się nie do poznania. Po tamtym wydarzeniu nigdy nie było już jak przedtem. Był żołnierzem, z czego był niezwykle dumny. Jednak duma ta malała z każdą sekundą, a zaczynała ją zastępować nienawiść do tego, co robił.
Bronił granic kraju, tak mu mówiono. A tak naprawdę zabijał niewinnych ludzi, którzy wściekli na panującą sytuację, chwycili broń, by samodzielnie wymierzyć sprawiedliwość. Gdyby kiedyś nie dał się omamić pustymi obietnicami ludziom z korporacji, a przede wszystkim, gdyby znał prawdę, stanąłby po stronie zwykłych ludzi, a tak… był pierwszym, który otworzył ogień do cywili. Nie interesowało go, po co przyszli ani dlaczego noszą cywilne ubrania, a nie mundury. Powiedziano mu, że chcieli zaatakować obóz korporacji przez zaskoczenie, i stąd te stroje. To mu zupełnie wystarczyło. Tak samo jak tych pięć lat w zupełnym odcięciu od świata, na małej wyspie, wystarczyło, by zrobić mu pranie mózgu i zaprogramować zupełnie od nowa. Nauczono go myśleć tak, jak chciała korporacja. Przede wszystkim nauczono go bezwzględności i zabijania. Brutalnego zabijania, gdy zaszła taka potrzeba. Jego myśli ograniczono do niezbędnego minimum. Myślał tylko o spaniu, jedzeniu i o tym, by jak najlepiej wykonywać rozkazy dowódcy. Jednak gdzieś tam, w nieokreślonym punkcie, tliła mu się myśl, że coś jest nie tak. Czasami coś kazało mu się otrząsnąć z otępienia i spojrzeć trzeźwo na sytuację. Wtedy jednak szybko odtrącał ledwo słyszalny głos sumienia – pranie mózgu, jakie zafundowała mu Mega Industries, było silniejsze. Tak było przez kilka lat, aż w końcu wydarzyło się coś, co sprawiło, że bariera ciszy pękła i dobiegły do niego nie tylko głosy z zewnątrz, ale także prawda. Od tamtej pory wręcz opętańczo pragnął wiedzy. Chciał wiedzieć jak najwięcej. A teraz, gdy sobie przypomniał, jak się dał oszukać wiele lat temu… Klął po cichu na samą myśl o tym. Zaczęło się niewinnie.
Powiedziano mu, że wytypowano kilkunastu najlepszych, by wyjechali na kilkutygodniowy obóz, gdzie staną się prawdziwymi żołnierzami. Kilkutygodniowy obóz zamienił się w pięć morderczo długich lat, a trening okazał się przygotowaniem do przyjęcia ciał obcych. Morderczy trening był konieczny. Miał ich uodpornić na ból. Na ból, który miały zadać im skalpele lekarzy i naukowców. Mieli się uodpornić na coś, co zwykłego człowieka zabiłoby w kilka sekund. Ani on, ani nikt z grupy nie zdawał sobie sprawy, że mieli stać się żołnierzami doskonałymi. Oszukiwano ich i robiono to po mistrzowsku. Gdy nauczyli się tego, czego chciano ich wyuczyć, rozpoczęła się operacja „Tytan”. Na wyspę, gdzie się szkolili, przeprowadzono atak. Miał on na celu okaleczenie wszystkich uczestników obozu, by potem „odratować ich cudem”, a przy okazji wprowadzić biotechniczne wszczepy, które rzekomo były konieczne do utrzymania ich przy życiu. Tak otrzymał nowe ręce i nogi oraz nową, metalową połowę czaszki. Za każdym razem, gdy przypomniał mu się film RoboCop nie wiedział, czy ma się śmiać, czy płakać. Coś, co kiedyś uważano za fikcję, nabrało realnych kształtów. Stał się cyborgiem, wbrew sobie i nienawidził się za to. Napawało go obrzydzeniem, że był tylko pionkiem w wielkim planie. Pluł sobie w brodę, że nie potrafił kierować swym życiem. Ale to się zmieniło. Odkąd został Dezerterem, wiódł lepsze życie, na uboczu, nikomu nie wadząc i nikomu nie wchodząc w drogę. Było mu z tym dobrze. Inaczej niż na myśl, o tym jak łatwo ich oszukiwano i mamiono, kiedy przebywał na wyspie. Wydawało mu się wtedy, że w pełni kontroluje swoje życie. Wydawało mu się, że doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co się wokół niego dzieje. Dopiero później poznał bolesną prawdę. Teraz zastanawiał się nad tym, jak to było możliwe, że uwierzył, iż ludzie, którzy ich zaatakowali, byli z wrogiej korporacji i chcieli ich wszystkich zabić, by potem dobrać się do tyłków nie tylko szefostwa Mega Industries, ale także zająć całą strefę. Do dziś nie był w stanie tego zrozumieć. Był pewien tylko jednego. Pranie mózgu, które przeszli, było czymś naprawdę niezwykłym. Zrobiono z nich chłopców na posyłki myślących, że panują nad swym życiem i robią coś naprawdę wielkiego i ważnego, chociaż w rzeczywistości byli naiwnymi marionetkami, które robiły wszystko, co im kazano, i łykały wszystko, nawet największe brednie, w jakie nie uwierzyłby nawet nastolatek.
Odstawił szklankę i pogłaskał rudego kota, który siedział mu na kolanach, po czym spojrzał na telewizor, gdzie jakiś spiker nadawał bez sensu, i znów zanurzył się we wspomnieniach, co robił dość często i regularnie. Wrócił w nich do momentu, gdy obudził się na stole operacyjnym. Głowę rozdzierał mu przeraźliwy ból, a reszty ciała w ogóle nie czuł. To, co się działo wokół niego, pamiętał jak przez mgłę, a słów, które do niego docierały, w ogóle nie był w stanie sobie przypomnieć. Jednak dość wyraźnie przypominał sobie swoją własną rękę, którą trzymał ktoś inny, by po chwili odrzucić ją na bok jak najzwyklejszy śmieć. Tak samo wyraźnie przywołał obraz mechanicznej ręki, którą przyłożono mu na miejsce odciętej. Zalała go wtedy fala bólu: to był najgorszy ból, jaki kiedykolwiek mu zadano, był wręcz nie do opisania. W dniu, gdy stał się cyborgiem, wiele stracił – przede wszystkim dla wielu nie był już człowiekiem, ale robotem. Mało kogo interesowało, że choć nosi w sobie kupę żelastwa, ma odczucia bardziej ludzkie niż niejeden zwykły człowiek. Ale także wiele wówczas zyskał. Przede wszystkim niezwykłą siłę, odporność na ból czy możliwość poruszania się z nadzwyczajną szybkością. Nie potrzebował żadnych pistoletów, żadnych energetycznych mieczy ani shirukenów, bo samo jego ciało było bronią. Teraz przyszło mu na myśl hasło głęboko zapamiętane już w dzieciństwie, często powtarzane przez instruktora walki KFM – „całe ciało jest bronią”. Dzisiaj ta sentencja nabrała zupełnie nowego znaczenia.
Część 22 / 2
Uśmiechnął się mimowolnie i po raz kolejny zaciągnął cygarem, by po chwili pociągnąć solidny łyk ze szklaneczki. Przez głowę przebiegła mu myśl, że stał się melancholikiem, że nie ma już śladu po wojowniku, jakim był kiedyś. Stał się zwykłym pijakiem rozpamiętującym stare, niekoniecznie lepsze czasy, ale na pewno niosące mniej zmartwień.
Wspomniał jeszcze moment, kiedy wydało się, że był szkolony na maszynę do zabijania na zlecenie korporacji, dla której miał służyć. Przypomniał sobie, jak ze wszystkimi podobnymi sobie postanowili uciec i zaszyć się miejscu, gdzie ani Mega Industries, ani żadna inna organizacja na jej usługach by ich nie odnalazła. Przypomniał sobie, jakim był kiedyś człowiekiem: honorowym, odważnym i pełnym szacunku dla przeciwnika. Postanowił na powrót zostać wojownikiem doskonałym, tylko że od tej pory jego mottem będzie: „żadnej litości”. Ścisnął mocniej szklankę z whisky i patrzył, jak ta rozpryskuje się na drobne kawałki. Zawartość oblała kota, który nastroszył futro i czmychnął z jego kolan. Dezerter po raz ostatni spojrzał na telewizor i, zdegustowany pustą obietnicą lepszego jutra, wyłączył go, po czym zastygł w miejscu. Mały robot – od wielu miesięcy jego przyjaciel, unoszący się obok w powietrzu – ostrzegł go przed gośćmi zbliżającymi się do drzwi, czerwono rozbłyskując na krótką chwilę. Dezerter nie spodziewał się żadnych wizyt, toteż był pewien, że nie czeka go nic dobrego, jednak nie oczekiwał aż tak dużych kłopotów.
Wysłał swego małego robota do judasza, aby wyświetlił mu hologram gości czekających po przeciwnej stronie drzwi. Gdy tylko zobaczył, kto go odwiedził, rozległo się pukanie – ciche, ale zdecydowane. Hologram przedstawiał dwóch, wydawać by się mogło, zwykłych ludzi, których los nie rozpieszczał. Wyglądali jak mieszkańcy dzielnicy robotniczej, jednak nie byli stąd. Wiedział to doskonale. Przynależność do luksusowego świata, przez tutejszych nazywanego Edenem, była aż nadto wyraźna. Nie miał wątpliwości, że byli to ludzie korporacji. Ich gładko ogolone twarze nie były niczym nadzwyczajnym w gorszej części Warszawy, jednak brak oznak niewyspania zdradzał wszystko. Nikt, nawet przestępcy, nie wysypiali się zbyt często. Tutaj sen był luksusem, na który mogli sobie pozwolić naprawdę nieliczni. Jedynie mieszkający w luksusowej dzielnicy, gdzie obecność korporacji widać było na każdym kroku, mieli odmienną sytuację.
Adriana nie interesowało, czego dokładnie ci dwaj chcą. Ważne było dla niego, że na pewno przyszli po niego, co było wystarczającym powodem do użycia najcięższej broni. Naparł mocno plecami na oparcie fotela, a kiedy podłokietnik odskoczył ze swojego miejsca z kliknięciem, sięgnął do wnęki po MB, miniaturową wersję bazooki. Następnie ostrożnie podszedł do okna. Rozejrzał się po ulicy, gdzie, ku jego uldze, nie było nikogo widać. Mogłoby się wydawać, że ci dwaj są zupełnie sami, jednak nikt nie jest na tyle głupi, by do schwytania Dezertera wysyłać tylko dwóch ludzi. Wycelował MB w stronę drzwi i wstrzymał na krótki moment oddech. „Będzie gorąco” – pomyślał, po czym nacisnął spust. Patrzył, jak pocisk sieje spustoszenie w futrynie i na korytarzu. Odrzucił broń i wyskoczył przez okno z drugiego piętra. Gdy tylko upadł na nogi, przekoziołkował i zerwał się do biegu. Bioniczne nogi, które zastąpiły jego własne, zwiększały szybkość, czyniąc go celem niezwykle trudnym do schwytania. Dzięki nim był w stanie dogonić rozpędzający się samochód. Podążał w stronę małej studzienki kanalizacyjnej nieopodal sklepu, w którym robił zakupy. Gdy tylko wybiegł zza rogu, wpadł w grupkę małolatów. Roztrącił ich, nie zważając na zaczepne wyzwiska.
Właz był coraz bliżej, o czym wiedział doskonale, tak jak i o tym, że uformował się za nim pościg. Ulicą nadjeżdżało kilka opancerzonych samochodów, a w oddali było słychać helikopter. Był jednak przygotowany. Przez kilkanaście miesięcy, jakie spędził w tej dzielnicy, poznał dokładnie każde miejsce, które mogłoby mu ułatwić ucieczkę albo ją udaremnić. Wiedział, gdzie się udać, by uciec. Dobiegł do studzienki, padł na kolana, po czym z całej siły uderzył w zasłaniający wejście właz. Ten, mimo iż był masywny, rozleciał się na kawałki, odsłaniając przejście.
Adrian wielokrotnie widział ekspresowe tempo regeneracji uszkodzonej skóry ręki, jednak nigdy nie potrafił oprzeć się pokusie, by spojrzeć po raz kolejny. Wiedział, że kiedyś go to zgubi. Skóra na dłoni była w strzępach. Spod niej ukazywała się bioniczna ręka wykonana z niezwykłego stopu metali. Była ona niewrażliwa na działanie jakiegokolwiek magnesu, podobnie jak reszta bionicznych komponentów jego ciała. Patrzył przez krótką chwilę, jak skóra odrasta, pokrywając uszkodzone fragmenty ciała i zakrywając jego prawdziwą tożsamość. Tę zdolność cenił sobie najbardziej ze wszystkich. Nie chciał, by ktokolwiek dowiedział się, że jest cyborgiem. Ta wiedza niejednego mogłaby kosztować życie. Gdy tylko proces regeneracji się skończył, rzucił okiem na nadjeżdżające samochody i wskoczył do studzienki, po czym od razu ruszył biegiem w dobrze znanym sobie kierunku. Choć ciemność dla zwykłego człowieka była nieprzenikniona, dla niego nie stanowiła problemu. Kolejna z jego funkcji umożliwiała przystosowanie wzroku do ciemności. Zabawki, które korporacja wszczepiła w jego ciało, czyniły go przygotowanym na każdą ewentualność. Dlatego był niezwykle trudnym przeciwnikiem, a teraz znajomość terenu dodatkowo przemawiała na jego korzyść.
Adrian kierował się w stronę oczyszczalni ścieków. Kilkaset…