Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 19 min czytania

Wartość życia

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

WARTOŚĆ ŻYCIA (listopad 2005) Gabinet Dyrektora był jedyny w swoim rodzaju. Przestronny,wygodny, w ciemnych kolorach. Dwie ściany całe oszklone specjalnym, najnowszym rodzajem zespolonego szkła, natomiast dwie pozostałe były pokryte monitorami. Na ekranach Dyrektor mógł śledzić kilkaset najbardziej ważnych miejsc na Ziemi. Z okien natomiast rozciągał się przepiękny widok na połowe ziemskiego globu. W końcu gabinet był umieszczony w małej stacji kosmicznej krążącej po ziemskiej orbicie. Pod ścianą naprzeciwko wejścia stało duże, dosyć toporne, stare dębowe biurko. Za biurkiem siedział Dyrektor, ubrany w szaty zdobione złotymi wykończeniami. Niezła ekstrawagancja, pomyślał Simon Crow wchodząc do gabinetu. Usiadł na pzygotowanym krześle. - Zadanie wykonane. Nowy Londyn nie istnieje. Ludzie są pewni, że to zamach jednej z bojówek skrajnych nacjonalistycznych partii. Pięć skoordynowanych zamachów. 5 i pół miliona ofiar. - Mówił jednostajnie, nie okazując jakichkolwiek uczuć. Na twarzy Dyrektora zagościł uśmiech, a oczy rozbłysły blaskiem, który każdorazowo towarzyszył tak dobrym wieściom jak ta. - No. Widzę, że czeka cię premia i awans, Crow. Ale to pod warunkiem, że spełnisz jeszcze jedno zadanie. Przypuszczam, że będzie to twoja najtrudniejsza misja. Ale zaręczam, że warto. - Zamieniam się w słuch, dyrektorze. - Simon był specjalnym koordynatorem do spraw zasobów ludzkich. Musiał kontrolować zaludnienie na eksperymentalnej kolonii jaką obecnie, w roku 2065 była Ziemia. W praktyce natomiast znaczyło to tyle, że musiał co jakiś czas eksterminować znaczne ilości populacji w sposób, który nie wywołałby podejrzeń. - Jak pewnie dobrze wiesz, te szczury zaczęły się domyślać, że coś jest nie tak już w 2009 roku, odkąd zaczęły nasilać się różne kataklizmy i zamachy. Wtedy rozpoczęliśmy program zasiedlania księżyca. Wtedy to bagatelizowaliśmy, ale teraz widzę, że sytuacja robi się nieciekawa. Prawda jest taka, że i tak choćby udało im się zebrać nie wiadomo jakie środki to i tak nic nie zdziałają. Ale nie zamierzam dopuścić do sytuacji, w której na Ziemi zapanuje komplentny chaos. A wszystko do tego zmierza. Nasi informatorzy dowiedzieli gdzie mieści się baza tego swoistego ruchu oporu. Są już naprawdę mocni. Chyba nie muszę precyzować jakie jest twoje zadanie. - Mam się ich pozbyć. - dopowiedział Simon. - Wszystkich, co do jednego. Ich przywódcą jest kobieta, Izabela Ross. Niewiele o niej wiemy, poza tym, że potrafi być naprawdę groźna.- Na twarzy Simona wymalował się strach. Wszyscy tylko nie Ona, pomyśłał. - Czyżby coś nie tak?? Myślę, że podołasz i temu zadaniu. - Dyrektor uważnie zmierzył swojego pracownika. Crow siedział jak wryty, na szybko analizując to, co właśnie usłyszał. - T...tak, Dyrektorze. - Z trudem się otrząsnął. - Zrobię wszystko, żeby jak najlepiej wykonać to zadanie. Czy jeszcze coś?? - Drobnostka. Chodzi o Paryż. Obecnie żyje tam jakieś 10 milionów tych tak zwanych ludzi. A za miesiąc przyleci transport z Kolonii Karnej na Wenus i wypadałoby przygotować im miejsce. W magazynie znajdziesz wszystkie materiały, plany gdzie ukryte jest centrum dowodzenia ruchu oporu i bombę wodorową, dzięki której zrównasz z Ziemią stolicę Fzrancji. Rozpoczeliśmy przesiedlenia najbardziej obiecujących Ziemian do innych rejonów. W Paryżu pozostaną jedynie śmieci: dzieci, kobiety, chorzy, niepełnosprawni i starcy... 8 milionów śmieci, hahahaha. - Simon nnienawidził tej części odpraw. Nie dlatego, że brzydził się swojej brudnej roboty, albo dlatego, że miał wyrzuty sumienia. Po prostu donośny śmiech Dyrektora był nie do wytrzymania... *** "Ziemia roku pańskiego 2065 diametralnie różniła się od tej sprzed trzech pokoleń. Jedynie silni i zdrowi mężczyźni mogli mieć Nadzieję. Cała reszta była uważana za śmieci. Ziemia była swego rodzaju wysypiskiem odrzutków i niepotrzebnych nikomu ludzi, z którymi nie było co zrobić. Jednak ci najlepsi dostawali szansę wyrwania się z tego piekła. Dostawali się do swego rodzaju obozów pracy, pomagając ukończyć budowę stacji na Marsie, ostatniego punktu wielkiego planu wysiedlenia Ziemi. Gdy plan ten dobiegnie końca, planeta zostanie zamieniona na wielki rezerwat przyrody, i jedynie wycieczki z innych kolonii bedą mogły stąpać po jej chronionych terytoriach. Natomiast ludzie którzy obecnie zamieszkują niebieską planetę mają być masowo wybici. I tak nie są nic warci dla nowego społeczeństwa, więc po co ktoś miał by się nimi zamartwiać??. Wszytko zaczęło się na początku XXI wieku, kiedy okazało się, że Ziemia nie wytrzyma obecnego wzrostu zaludnienia. Kończyły się podstawowe surowce, zaczynało brakować żywności, miejsca... Rząd USA, Francji, Niemiec, Zjednoczonego Królestwa, Japonii i Rosji podjął wspólny plan budowy kolonii na księżycu, Marsie i Wenus. Najwybitniejsi mieszkańcy Ziemi zostali wywiezieni pomiedzy 2005 a 2015 rokiem na nowo powstałą bazę księżycową. Tania siła robocza z Afryki i wielu innych biednych państw Europy Środkowo- Wschodniej i Ameryki Południowej zostało zmuszonych do pracy przy tworzeniu kolonii na Wenus, a obecnie na Marsie. Na Ziemi pozostali "zwyczajni" ludzie. Nikt już o nich nie dbał, więdząc, że jedynym celem planety będzie od tej pory dostarczanie rąk do pracy. Dlatego szybko zapanował chaos. Ludzie zapomnieli o czymś takim jak litość, braterstwo, przyjaźń, wspólnota. Rozpoczęła się walka o przetrwanie. Droga donikąd... " - Izabela ziewnęła, przerywając pisanie. Spojrzała na zegar. Dochodziła 22. Na dziś pora kończyc, pomyślała. Rano musi wczas wstać, w końcu Simon tak bardzo nalegał na szybkie spotkanie. "To nie rozmowa na telefon, sprawa jest bardzo poważna"- powiedział. No cóż, pomyśłała Iza, to chyba będzie bezsenna noc... *** Następnego dnia z rana spotkali się w jedynej czynnej o tej porze kawiarni w Paryżu. Simon zamówił dwie kawy. Przyglądał się Izabeli, walcząc ze soba, nie wiedząc kompletnie co robić. Stał przed wyborem. Cokolwiek uczyni, będzie tego żałował do końca życia. Inna sprawa, że czuł, iż koniec ten bardzo szybko się zbliża. W końcu po pełnej napięcia chwili milczenia rozpoczął rozmowę: - Chciałem z tobą porozmawiać ponieważ doszły mnie słuchy, że... - urwał w pół zdania. Jak to mam, do cholery, powiedzieć?, pomyślał. Przecież nie mogę się wygadać kim jestem... Ani też nie mogę dać jej do zrozumienia, że poznałem jej drugą tożsamość... - ...że Paryżowi grozi jakieś niebezpieczeństwo. - Izabela drgnęła. Simon ujrzał w jej wzroku jakąś zmianę. Nagle zaczęła świdrować go wzrokiem, skanować. Czyżby powiedział za dużo?? Nie, pocieszył samego siebie w duchu, to przecież niedorzeczne. W jaki sposób mogłaby się domyślić, że mogę stać za tymi zamachami?? - To nic potwierdzonego, raczej zwykla plotka... Ale sama rozumiesz, w dzisiejszych czasach lepiej nie ryzykować. Najlepiej będzie jak się przeprowadzisz do jakiegoś bezpieczniejszego miejsca. - Nie ma bezpieczniejszych miejsc. Poza tym nie mam zamiaru nigdzie się ruszać. - Tym razem spojrzała na niego kamiennym wzrokiem, aż Simonowi przebiegły ciarki po plecach. Coś tu, kurwa, jest nie tak, pomyślał. Zaczął szybko analizować, jego mózg pracował jak komputer. Jednak nie mógł skojarzyć żadnej swojej wpadki, żadnej przesłanki, którą mógłby podświadomie podrzucić Izie. Nic. Więc o co chodzi?? - NIe mówiąc już o tym, - kontynuowała. - że nie będę słuchać twojego zdania. Przecież nie jesteś ani moim ojcem, ani nawet mężem. - Ona nie zachowywała się tak jak powinna. Simon nie wiedział co się dzieje, ale miał wewnętrzne przekonanie, że coś jest nie tak. NIe wiedział nawet dlaczego. Może chodziło o ton, może o treść, może o ruchy... I w tym momencie zrozumiał. Momentalnie zbladł. Spojrzał na kciuk lęwej reki, w której Iza trzymała łyżeczkę, stukając nią o spodek na którym stała filiżanka z kawą. TATUAŻ. Nie ma, nie ma nic, lewa ręka, tatuaż, to nie ONA. Jeszcze w środę miała tam swój ukochany tatuaż. ANDROID!! No to nieźle wdepnąłem, Simon starał się wymyślić drogę ucieczki. Już raz miał problem z pewnym androidem. Tego typu humanopodobne roboty są obecnie niezwykle zwinne, szybkie, inteligentne i, co najgorsze, wytrzymałe. Ale wszystko ma swoje słabe punkty. Wiedział, że jest otoczony. NIe wiedział tylko przez kogo. Ruch oporu?? Rząd?? Jakaś bojówka?? Spojrzał na zegarek. - Kochanie, o której masz to spotkanie na które mam cię zawieźć? - Starał się mówić tonem nie wzbudzającym podejrzeń. - Chciałem jeszcze coś załatwić na mieście. Moglibyśmy... - w tym momencie usłyszał ruch. Drobny szmer, który nie doszedł by do ucha zwyczajnego człowieka, ale on był wyszkolonym tajnym agentem. Coś się poruszyło. Wiedział, że to koniec, że nie ma czasu. Wstał, podniósł stolik i rzucił nim z całych sił w stronę androida. Izabela zachwiała się, po czym runęła na ziemię, zaskoczona obrotem wydarzeń. Simon padł na ziemię. W sekundę potem z trzech stron sali, zza parawanów, ozdobnych krzewów, drzwi i wszelkich innych potencjalnych kryjówek wybiegli specjalni rządowi agenci strzelając seriami z półautomatycznej broni. Simon wturlał się pod stolik, zaczął szamotac z

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%