Inne · 50 min czytania
Wcale nie ma mnie obok
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Mężczyzna czekający przed przejściem dla pieszych na rękach trzymał psa. Pies był nieokreślonej rasy i nieokreślonego koloru. Sierść miał krótką i szorstką w dotyku, uszy duże i spiczaste. Poruszyły się, rejestrując charakterystyczny dźwięk. Światło zmieniło się na zielone. Mężczyzna szybkim krokiem wszedł na pasy. Ktoś idący z naprzeciwka wpadł na niego i powiedział z irytacją coś, czego mężczyzna nie usłyszał. Pies zawarczał cicho. Mężczyzna przyśpieszył kroku. Zaczynały drętwieć mu ręce. Ubrany był w czarny garnitur i takiegoż koloru płaszcz. Pod pachą trzymał cienką plastikową teczkę na dokumenty. Myślał o tym, że z każdym kolejnym krokiem zwiększa się prawdopodobieństwo, że teczka wypadnie i utytła się w błocie. A płaszcz oblezie psia sierść i trzeba go będzie znowu prać. Mężczyzna nie przepadał za psami. Robiły wokół siebie dużo hałasu i zamieszania, wymagały czasu, regularnego karmienia i okrążenia bloku spacerowym krokiem przynajmniej raz, ale koniecznie wczesnym ranem. Mężczyzna cierpiał na permanentny brak czasu, sam jadał nieregularnie i byle jak, ranne wstawanie było dla niego przykrym obowiązkiem i skutecznie psuło mu humor na cały dzień. A że niemal zawsze musiał wcześnie wstawać, zazwyczaj bywał w nienajlepszym humorze. Wszedł na chodnik. Skręcił w lewo, jedną ręką mocniej chwycił psa, drugą sięgnął do kieszeni płaszcza. Wyczuł obły kształt breloczka. Zatrzymał się przy samochodzie i dłuższą chwilę trwał w bezruchu, w jednym ręku dzierżąc psa, w drugim kluczyki. Szczerze mówiąc, nie miał pojęcia, co powinien zrobić. Nigdy przecież nie wiózł w samochodzie psa. Czy należałoby trzymać go na kolanach, licząc, że będzie siedział spokojnie i nie zacznie przeraźliwie szczekać, wskakiwać na kierownicę, ani plątać się niespokojnie między nogami? A może posadzić go na siedzeniu pasażera, uprzednio obwiązawszy pasami? Jak się zachowuje w samochodzie pies? Czy rzuca się nerwowo na szyby, wgryza w tapicerkę, drapie pazurami fotele? Mężczyzna wzdrygnął się. Miał nadzieję, że nie spowoduje dziś żadnego wypadku. Po chwili namysłu otworzył drzwi i posadził psa na tylnym siedzeniu. Zatrzaskując je, przyjrzał się mu przez lekko przybrudzoną szybę. Pomyślał, że pies faktycznie sprawia wrażenie chorego. Był zbyt spokojny i zbyt obojętny, biorąc pod uwagę fakt, że zupełnie obcy człowiek niósł go na rękach przez jedną z najbardziej hałaśliwych ulic miasta i pozostawił w dziwnym, okutym blachą pomieszczeniu przesiąkniętym zapachem będącym mieszanką papierosowego dymu i odświeżacza powietrza. Mężczyzna odsunął się o kilka kroków i chwilę obserwował go zza szyby. Pies chwilę trwał w bezruchu, błędnym wzrokiem ogarniając wnętrze samochodu. W końcu w iście koci sposób zwinął się w kłębek i zakrył nos ogonem. Mężczyzna nie chciał sprawdzać, ale mógłby się założyć, że nos psa był suchy. Wsiadł do samochodu. Spojrzał na zegarek, upewnił się, że nie spóźni się do pracy i zapalił papierosa. Oparł głowę o zagłówek i wydmuchał dym w sufit. Usłyszał szelest na tylnym siedzeniu, ale nie odwrócił się. Nie był w najlepszym nastroju. Jak to się w ogóle stało? Dlaczego się na to zgodził? Dlaczego w odpowiednim momencie nie podał jednego z wielu tak oczywistych i tak wiarygodnych powodów, dla których można po prostu powiedzieć „nie”? Był na siebie zły. Przez uchylone okno wyrzucił papierosa. Przeciągnął dłońmi po szorstkich policzkach. Dziwne. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że zapomniał dziś się ogolić. Znów usłyszał szelest za plecami. Przekręcił kluczyk w stacyjce.
***
Nie podobała mu się jej koszula. W kolorze krzykliwego różu, z dziwnym wzorem przy guzikach i na kołnierzu. Nie pasowała do niej i chyba nie było jej w niej do twarzy. Nie zauważyła jego krytycznego spojrzenia i uśmiechnęła się. - O jak wcześnie jesteś. Wejdź – powiedziała otwierając szerzej drzwi. W korytarzu pocałował ją w policzek i zauważył, że w zestawieniu z tym odcieniem różu jej oczy wydają się być bardziej niebieskie. Wszedł do pokoju i ogarnął wzrokiem częściowo spakowaną walizkę i ubrania rozrzucone w nieładzie na łóżku i krzesłach. - Tylko nie bierz wszystkiego, bo będziesz musiała zamawiać drugą taksówkę – zażartował, ale humor miał podły. Ukradkiem spojrzał na zegarek i stwierdził, że jest późno. Śpieszyło mu się, nie wiedział, jak ma to jej powiedzieć i czuł się z tego powodu niezręcznie. - To gdzie jest sprawca zamieszania? – spytał, uśmiechnął się sztucznie i wsunął ręce do kieszeni. Przyniosła go. Zawinęła w koc. Przyjrzał mu się i stwierdził, że faktycznie wygląda marnie. Gdy wychodził, chyba chciała coś powiedzieć. Zatrzymała go, uśmiechnęła się. Próbowała się do niego przytulić, ale przeszkadzał jej pies, którego trzymał na rękach. Zawstydziła się i cofnęła rękę. Uśmiechnął się. Szybko pocałował ją w usta. Nie chciał usłyszeć tego, co mogłaby mu powiedzieć. Naprawdę bardzo chciał już iść. Nie skorzystał z windy. Bał się, że gdyby na nią czekał, ona chciałaby poczekać razem z nim. Szybko zbiegł po schodach.
***
Rozległ się elektroniczny dźwięk i drzwi windy rozsunęły się. Wszedł do środka i nacisnął przycisk. Podnosząc tekturowy kubek do ust przyjrzał się swojemu odbiciu w lustrze. Skrzywił się przełykając pierwszy łyk kawy z automatu. Wychodząc z windy nie pamiętał już ani o niej, ani o jej psie, ani o smaku kawy. Wyłapywał pojedyncze słowa nakładających się na siebie rozmów telefonicznych prowadzonych podniesionym głosem, słyszał odgłos palców uderzających w klawisze klawiatury, rejestrował cyfry zmieniające się na ekranie monitorów. Drobna szatynka podała mu wydruk z komputera mówiąc coś niewyraźnie i szybko. Zatrzymał się, kiwnął głową, postawił teczkę na podłodze i przyjrzał się dokładniej kolumnie liczb. Odpowiedział na pytanie i nie patrząc na nią oddał jej wydruk. Pozdrowił kilku kolegów, oni pozdrowili jego. Usiadł w fotelu, chciał jeszcze komuś o czymś przypomnieć ale nie zdążył, bo zadzwonił telefon. Praca na wysokich obrotach. Tysiąc myśli na sekundę. Konieczność zachowania trzeźwości umysłu przez cały czas, pozwalającej opanować sytuację i podjąć odpowiednią decyzję. Wysokie stężenie adrenaliny w gestach, spojrzeniu i głosie. Czas, który działa przeciw tobie, mija błyskawicznie, godzina jak minuta, minuta jak sekunda, a każda z nich ma wagę złota. Tylko wtedy nie patrzył na zegarek. Zapominał, że go ma na ręku. A gdy było już po wszystkim, odczuwał dziwną pustkę. Czuł się wytrącony z równowagi, albo raczej do niej przywrócony, tyle, że nie do końca wiedział, jak sobie z nią radzić. Po pracy poszedł z kolegą na drinka. Co prawda miał potem wracać do domu samochodem, ale zawsze twierdził, że na jednego drinka może sobie pozwolić. Trochę rozmawiali o pracy, trochę o kobietach, żartowali. - No i słuchaj, mam teraz w domu tego psa. Ktoś na mnie czeka, może nawet ucieszy się na mój widok. Tak wygląda małżeństwo? Tylko, zdaje się, w tym przypadku to ja będę musiał gotować - zaśmiał się i nawet wydało mu się całkiem zabawne to, co powiedział. - A właścicielka tego psa? Coś poważnego? - Magda? - spytał odstawiając kieliszek i sięgnął do kieszeni płaszcza po portfel - Nie. To tylko koleżanka. Przy barze siedziała ładna brunetka. Obserwował ją od dłuższego czasu. Uśmiechnął się do niej, a ona odwzajemniła uśmiech. Podobała mu się. Innego dnia podszedłby do niej, zamówiłby jej drinka, zaczął rozmowę, wziął numer telefonu. Wieczorem może by do niej zadzwonił i umówił się na weekend. Innego dnia, ale nie dzisiaj. Dzisiaj po prostu mu się nie chciało.
Nie słyszał radosnego szczekania, gdy przekręcał klucz w zamku. Nie czekał na niego w korytarzu, gdy otwierał drzwi. Zachowywał się tak, jak gdyby jego powrót do domu nie zrobił na nim żadnego wrażenia. Leżał w kuchni na podłodze, obok misek z wodą i jedzeniem. Zdaje się, że spał. Mężczyzna stanął w drzwiach i przyglądał mu się przez chwilę. Otworzył lodówkę, wyjął puszkę z napojem, postawił ją na stole. Sięgnął ręką do górnej półki po telefon bezprzewodowy, oparł się o stół, puszka spadła i potoczyła się po podłodze. Mężczyzna zaklął. Pies podniósł uszy, otworzył oczy i ze spuszczonym nosem i ogonem, śmiesznie człapiąc małymi łapkami po podłodze, wyszedł z kuchni. Podniósł puszkę i otworzył ją. Stanął przy oknie i upił łyk. Blok naprzeciwko przestał rosnąć kilka miesięcy temu, ale wciąż trwały prace wykończeniowe. W drewnianym baraku mieszkali robotnicy, późnym wieczorem widział światła palące się w ich małych okienkach, a gdy szedł na parking często słyszał dobiegającą stamtąd muzykę i śmiech. Co piątek przyjeżdżał po nich autokar, odwożący ich do domów. Co poniedziałek przywoził ich z powrotem. Magda wyglądając przez jego okno opowiadała zawsze, co znajdowało się w tym miejscu, gdy nie było jeszcze tego bloku. Duża, niezagospodarowana przestrzeń zieleni, plac zabaw, piaskownica i samotna jabłonka, która podobno pięknie kwitła na wiosnę. Magda bawiła się tam, gdy była małą dziewczynką. Przychodziła z koleżankami, właziły na karuzelę i potrafiły kręcić się na niej tak długo, aż po którąś z nich przychodziła matka. Widział ją teraz, w jego swetrze założonym na gołe ciało, boso, jak stoi z kubkiem gorącej kawy przy oknie. Wygląda na zewnątrz i opowiada z rozmarzonym uśmiechem, jakby chciała, żeby ujrzał ją te dwadzieścia lat temu, podszedł, zdjął z karuzeli i pomógł wdrapać się na kwitnące drzewo. Powtarzała to bardzo często, a gdy zwracał jej delikatnie uwagę, że słyszał to już nie raz, odpowiadała, że wie. Urywała w pół zdania i przestawała mówić, jakby przyłapała się na czymś niestosownym i wstydliwym. Stawał wtedy za nią i przytulał pierś do jej pleców. Wtulał twarz w jej włosy, ale szybko się odsuwał, bo przesiąknięte były papierosowym dymem. Często zaczynała smęcić. Najczęściej w nocy, gdy chciał spać. Coś nagle przychodziło jej do głowy i chyba miała ogromną ochotę z nim się tym podzielić, bo zaczynała opowiadać historie bez ładu i składu, wyrzucała z siebie strzępki myśli i wspomnień, spędzała mu sen z powiek swoimi wątpliwościami, domysłami, czasem pretensjami. Przytakiwał jej będąc w półśnie, obejmował mocniej, żeby nie czuła się samotna, czasem prosił, żeby wróciła do tego jutro, kiedy będzie wyspany i gotowy do rozmowy. Nigdy nie rozmawiała z nim w odpowiedniej chwili. W ogóle mało mówiła o rzeczach osobistych i intymnych. Czasami próbowała, zaczynała coś mówić, długo się zastanawiała przed każdym kolejnym słowem, z reguły nie kończyła nawet jednego zdania. W zasadzie odpowiadało mu to. Nie odpowiadało mu natomiast zupełnie, gdy wyskakiwała z czymś w środku nocy i oczekiwała empatii. Zgniótł puszkę i wrzucił ją do śmieci. Uchylił lufcik w oknie i zapalił papierosa. W którymś z czarnych otworów okiennych przeciwległego bloku strzelały iskry zimnych ogni. Poznał ją ponad pół roku temu, we wrześniu. Znajomy z pracy zorganizował swoje urodziny w pubie i ona też tam była. Spodobała mu się, była bardzo w jego typie. Miała na sobie jasny płaszczyk, czarne skórzane spodnie i buty na wysokim obcasie. Zdziwiło go, że nie zdjęła tego płaszcza. Stała sama, tyłem oparta o bar, wolno sączyła drinka i wyglądała jak ktoś, kto nie może znaleźć sobie miejsca. Wstał od stolika i podszedł do niej. - W tym płaszczu i z na wpół dopitym drinkiem w ręku sprawiasz wrażenie ulotności – spojrzał jej zaczepnie w oczy i spróbował powiedzieć coś niebanalnego, co zwróciłoby jej uwagę, ale i tak zabrzmiało to banalnie i głupio. Roześmiała się i jasne włosy spadły jej na twarz. Odgarnęła je i popatrzyła na niego wesoło. - Bo ta chwila jest dużo bardziej ulotna niż mój drink i płaszcz – odpowiedziała poważnie, ale oczy jej się śmiały. Okazało się, że mieszka tuż obok niego. Późnym wieczorem odwiózł ją do domu. Była ładna, miała bystre spojrzenie, miły głos i przyjemny śmiech. Podobała mu się, ale ich spotkanie, rozmowa i drink miały taki ulotny smak. Zadzwonił chyba z nudów. Dopiero po miesiącu.
Część 22 / 2
***
Położył się dziś trochę wcześniej, ale nie mógł zasnąć. To po prostu chyba nie była jeszcze jego pora na sen. Leżał po kołdrą, trzymał w ręku pilota od telewizora i bezmyślnie patrzył w ekran. Chyba nawet nie rejestrował obrazów, ani dźwięków. Oglądanie telewizji nocą traktował jako swojego rodzaju kołysankę na dobranoc. Męczył mu się od tego wzrok, wyłączały myśli, nadchodziło znużenie. Zazwyczaj po godzinie zasypiał. Dzisiaj położył się zdecydowanie za wcześnie. Wstał z łóżka i poszedł do kuchni. Włączył okap nad kuchenką, zapalił. Dawno już odzwyczaił się od studenckiego nawyku palenia w łóżku. Nie lubił zasypiać w zadymionym pomieszczeniu. Pies spał w koszyku, który ustawił przy lodówce. Zawinął się w siebie i nos przykrył ogonem. Mężczyzna spojrzał na zegarek. Dochodziła dwunasta. Magda od dawna powinna być już na miejscu. Powiedziała, że zadzwoni. Chyba jednak zdawała sobie sprawę, że on na ten telefon wcale nie czeka i pewnie dlatego nie zadzwoniła. Zgasił papierosa w popielniczce i wrócił do łóżka. Zdaje się, że zakochany był jakieś dwa razy. Dawno temu, jeszcze na studiach. Pierwsze kobiety w jego życiu, pierwsze doświadczenia, pierwsze wielkie rozczarowania. Kochał jak szaleniec, tonął w ich oczach, przeżywał chwile wzlotów i uniesień, nie wypuszczał ich z rąk, głupio się uśmiechał. Przestawał widzieć, słyszeć, cokolwiek rozumieć. Wewnątrz stawał się binarny, monotematyczny, skoncentrowany i skupiony tylko na jednej myśli. Zawsze przy nich, zawsze dla nich, zawsze o nich. Obydwie odeszły. Dwa razy spadł z wysokiej skały. I chyba rozbił sobie łeb, za drugim razem dużo mocniej, i coś mu się w tym łbie poważnie przestawiło, bo potem już nigdy więcej czegoś takiego nie poczuł. Nie znaczy to wcale, że nie spotkał odpowiednich kobiet. Owszem, spotkał, i to nawet takie, które od tamtych dwóch były dużo piękniejsze, mądrzejsze i bardziej interesujące. Niezależnie jednak od tego nie był w stanie wykrzesać z siebie niczego poza delikatnym zainteresowaniem. Cierpiał jak uczniak, którym zresztą wtedy był. Z dnia na dzień życie straciło kolor, zapach i sens. Miał wrażenie, że zawisł w próżni, gdzieś pomiędzy uczelnią, akademicką stołówką i papierosem wypalonym w łóżku o świcie. Coś w nim zwiędło i zgasło. Na ostatnim roku studiów wyjechał do wielkiego miasta. Zaczął pracować, mieszkać sam, poczuł smak szybkiego życia i krótkiego snu. Był bardzo z siebie zadowolony. Nikogo nie potrzebował, za nikim nie tęsknił, osobowość miał zbilansowaną. Chłodno kalkulował, generalnie mało czym się przejmował, bo mało co potrafiło wywołać w nim większe emocje. Pracował dużo i praca była dla niego najważniejsza. To jej poświęcał najwięcej czasu i najwięcej siebie. W jego życiu przewijały się oczywiście kobiety, niektóre pojawiały się tylko na chwilę, inne zostawały trochę dłużej. Te znajomości nie były dla niego zbyt istotne. Wiedział, że czegoś u niego szukały, coś od niego chciały, może nawet niektóre były w nim zakochane. Przeszkadzały, gdy chciały coś powiedzieć i nie mogły wydobyć z siebie słowa, gdy wzrok zaczynał im się szklić, gdy nie mogły zrozumieć, że on nie potrafi albo po prostu wcale nie ma ochoty. I chyba każdej wydawało się, że go zmieni, że z nią będzie inaczej, ze jej nie będzie potrafił się oprzeć. Chyba żadna z nich nie przeczuwała nawet, że on potrafił oprzeć się wszystkiemu. Możliwe, że je w jakiś sposób oszukiwał, co wynikało poniekąd chyba z tego, że nie lubił mówić prawdy. Szczerość była taka problematyczna, trzeba było usiąść i poważnie porozmawiać, a to zabierało dużo czasu i energii, samo w sobie było mało przyjemne i wcale nie zabawne. Dużo łatwiej było nie zadzwonić, zmienić temat, albo roześmiać i patrząc w oczy wziąć za rękę. Skłamać, tylko dla świętego spokoju. Tylko po to, żeby przestały już mówić, zadawać pytania, płakać, rzucać w twarz pretensjami. Zdecydowanie najwygodniej było z tymi, które wychodziły trzaskając drzwiami. Tak w zasadzie wcale nie chciał źle. Czasami czuł potrzebę przytulenia się do kogoś, porozmawiania, nie przepadał za samotnością. Lubił widok kobiety krzątającej się po kuchni. Z jedną z nich na pewno kiedyś się ożeni, któraś będzie matką jego dzieci. To naturalny etap w życiu, nawet w życiu kogoś takiego jak on. Czasami jednak wydawało mu się, że nawet gdyby chciał, nie byłby stanie niczego z siebie wykrzesać. Wyjechał. Zostawił za sobą akademik, kumpli, z którymi pił wieczorami, pomazany model samolotu, który wisiał nad jego łóżkiem. Zmienił swoje życie, a jego nowe życie zupełnie zmieniło jego. Czasami przypominał sobie studenta ze smutnymi oczami, który palił trochę za dużo. Wtedy uśmiechał się do niego z daleka. Wiedział, że student już nigdy więcej nie wróci. Zaczęły go szczypać oczy. Wyłączył telewizor.
***
Zaparkował pod jej blokiem i wyłączył silnik. Był trochę za wcześnie, jak zwykle zresztą, gdy umawiał się z kobietą. Lubił na nie czekać. Zastanawiał się, w co będą ubrane, jak uśmiechną się na jego widok, o czym zaczną mówić tuż po przywitaniu. Poza tym lubił obserwować, jak się przybliżają i jak się przybliżając poruszają, jak zdejmują płaszcz, jak siadają poprawiając włosy. Zawsze przed spotkaniem sam ze sobą robił zakłady. Spódniczka, czy spodnie. Niewyczuwalny, subtelny zapach, czy mocne perfumy. Ciemna szminka, czy delikatny błyszczyk. Włosy rozpuszczone, czy związane. Celebrował swoje oczekiwanie. Trzaśnięcie drzwiami klatki schodowej. Jest. Ten sam jasny płaszczyk. Skórzane spodnie i buty na obcasie. Rozpuszczone jasne włosy, które trochę zbyt często odgarniała z twarzy. Wyglądała tak samo jak wtedy, gdy zobaczył ją ten pierwszy raz, na imieninach kolegi, miesiąc temu. Z jedną drobną różnicą. W ręku trzymała smycz, a coś małego i szarego poruszało się koło jej nogi. Stanęła na chodniku i rozejrzała się bezradnie, a pies usiadł tuż przy lewym bucie. Mógłby się założyć, że nie zapamiętała jego samochodu. Prawdopodobnie nawet wtedy nie zwróciła uwagi na markę. Pewnie należy do tych kobiet, które rozróżniają samochody po kolorze. Wysiadł z samochodu, choć zazwyczaj tego nie robił. Zdawał sobie z tego sprawę, że są mężczyźni, którzy otwierają kobiecie drzwi i zatrzaskują je za nią, ale on nie miał tego w zwyczaju. Nie przepadał za tego rodzaju gestami. Tanie i efekciarskie, a zresztą, jak często śmiejąc się mawiał, żyjemy przecież w dobie równouprawnienia. Podszedł do niej. Uśmiechnęli się do siebie, a on spojrzał na nią pytającym wzrokiem i wskazał na psa. Powiedziała, że niedawno wróciła z pracy i nie zdążyła go wyprowadzić. Spytała, czy nie miałby nic przeciwko temu, gdyby przeszli się na mały spacer. Ależ skąd, zaprzeczył, oczywiście, że nie miał. Ruszyli w stronę małego osiedlowego parku. Zauważył, że szybko chodzi, a psu, który chciał zatrzymywać się przy każdym krzaczku, kamieniu i każdej latarni, trudno było za nią nadążyć. Zdawała się tego nie zauważać, chyba było trochę spięta i chciała jak najszybciej mieć ten spacer za sobą. Mówiła niewiele, ale nie wyglądała na nieśmiałą. Odpowiadała z sensem, dużo się uśmiechała, mówiąc patrzyła w oczy, była zabawna. Odprowadziła do domu psa, on poczekał przy samochodzie. Zabrał ją na kolację do swojej ulubionej restauracji. Pomógł jej zdjąć płaszcz, usiedli. Podszedł kelner, podał menu, zapalił świeczkę na ich stoliku. - Na co masz ochotę? – spytał przeglądając kartę dań. Zauważył, że zbyt szybko przerzuca strony. Chyba po prostu wcale nie czytała. - To ty jesteś stałym bywalcem tej restauracji. Najlepiej by więc było dla mnie, gdybym miała ochotę na to samo co ty – odpowiedziała wyciągając z pudełka cienkiego długiego papierosa z białym filtrem. Spojrzał na nią podejrzliwie znad karty, ale uśmiechała się. Uśmiechała się, jakby to określić, trochę figlarnie. Tak, pomyślał, odwzajemniając uśmiech, to było dobre określenie. Podał jej ogień i sam zapalił. Obydwoje na chwilę odwrócili głowy obserwując otoczenie i ludzi siedzących przy sąsiednich stolikach, poczym równocześnie zwrócili się ku sobie i w tym samym momencie wydmuchali dym. Próbowała go odgonić machając przed twarzą dłonią. Zaczęli się śmiać. - Jaka jest twoja największa wada? – spytał rozbawiony, bo doskonale wiedział, co mu odpowie. Bo w tym konkretnym momencie powiedziałby to samo. - Taka, że jak do tej pory jeszcze nie udało mi się rzucić palenia. A twoja? Znów zaczęli się śmiać. Przyglądał jej się z rosnącym zaciekawieniem. Zadziwiała go. Była zabawna, zaskakująca, intrygująca. Chwilami milkła nagle i zamyślała się nad czymś głęboko, miał wtedy wrażenie, że odpływa gdzieś myślami. Wracała jednak tak samo nagle, jak nagle odpłynęła, chwilowo rozmyty wzrok odzyskiwał blask. Obserwując ją dochodził do wniosku, że jest doskonałą hybrydą piękna i inteligencji. Mimo włosów opadających na twarz, chwilowego rozkojarzenia i figlarnych błysków w oku, mimo atmosfery nieładu i nieuporządkowania, jaką owiana była cała jej osoba, wyglądała, szukał w myślach odpowiedniego słowa, wyglądała tak inteligentnie. To coś czaiło się w jej spojrzeniu, bystrym i ruchliwym, szerokim rozwieraniu powiek, zakrywaniu oczu rzęsami, w uśmiechu, w ruchach drobnych dłoni. Hybryda piękna i inteligencji, pomyślał i uśmiechnął się sam do siebie. Hybryda dojrzałej kobiety i małej dziewczynki. Owszem, przy pierwszym spotkaniu wydała mu się interesująca, ale zamienił z nią tylko kilka zdań. Nawet nie przypuszczał, że przy bliższym poznaniu okaże się być aż tak interesująca. Jak dobrze, że do niej jednak zadzwonił. Jak dobrze, że zdecydował się z nią umówić. Zaczęła pytać go o pracę. Opowiadał, a ona słuchała ze skupieniem na twarzy i co chwilę ze zrozumieniem kiwała głową. - Interesuje cię to? – zażartował licząc, że jednocześnie ją sprowokuje – Większość kobiet, które znam, nie rozróżnia bankowca od bankiera. - Jasne – odparła beznamiętnie – Tak samo jak banku od bankomatu. Rozmawiali, żartowali, śmiali się. Opowiadali sobie nawzajem różne rzeczy i z uwagą rzeczy tych słuchali. Patrzyli sobie w oczy. Dobrze się rozumieli. Wyszli przed północą. Odwiózł ją do domu. Zaparkował pod jej klatką i spojrzał na nią. Uśmiechnął się do niej, a ona chyba trochę tego spojrzenia i uśmiechu się wystraszyła, bo szybko i niewyraźnie podziękowała mu za miły wieczór, co, jego zdaniem, zabrzmiało trochę sztucznie, i wysiadła z samochodu. Wysiadł za nią. - Poczekaj – powiedział – Pewnie nie uwierzysz w to co powiem, ale już dawno z nikim tak dobrze się nie bawiłem jak dzisiaj tobą. Uśmiechnęła się i odgarnęła włosy z twarzy. - Nie spacerujesz o tej porze z psem? – uprzedził jej słowa – Jeśli tak, to chętnie dotrzymam ci towarzystwa. Szli alejką parku. Było zimno, drżała. Opowiadała cicho i spokojnie, on słuchał uważnie. Słuchanie jej sprawiało mu przyjemność. Stwierdził, że po prostu uwielbia jej słuchać. Odprowadził ją pod klatkę. - Spotkamy się jeszcze kiedyś? – spytał, gdy szukała w torebce kluczy. - Nie wiem – odpowiedziała patrząc na niego zaczepnie - Zadzwonisz do mnie jeszcze kiedyś? Sięgnął do kieszeni płaszcza. Wybrał numer. Wyciągnęła z torebki dzwoniący telefon. Chyba w pierwszej chwili nie zrozumiała, bez zastanowienia odebrała połączenie. - Dobry wieczór, Magdo. Umówisz się jeszcze kiedyś ze mną? – spytał z telefonem przyłożonym do ucha. Przez dłuższą chwilę była tak zaskoczona, że nie wiedziała, co odpowiedzieć. Zaczęła się śmiać. - Dobranoc – powiedziała przez śmiech do słuchawki. Rozłączyła rozmowę, schowała telefon do torebki i otworzyła drzwi. - Dobranoc – powtórzyła z uśmiechem, odwracając się przez ramię. Wrócił do samochodu. Ziewnął. Poczuł się zmęczony.
***
Siedział przed komputerem i czuł, że bolą go plecy. Czuł to śmiejąc się z dowcipu, który opowiadał mu kolega. Zdecydowanie brakowało mu ruchu i sportu. Zaczynało robić się ciepło. Pora wyciągnąć z piwnicy rower. - Co się tak krzywisz? – spytał Wojtek uśmiechając się złośliwie – Poranne spacerki z pieskiem psują humor? Chyba był jego najlepszym przyjacielem. Pracowali razem już trzy lata, dobrze się rozumieli, często wychodzili razem wieczorem na piwo albo drinka, oglądali razem mecze. Nigdy nie zwierzali się sobie, nie opowiadali o problemach, nie poklepywali się po plecach. Ich przyjaźń mogłaby wydawać się na pierwszy rzut oka powierzchowna, ale tak naprawdę łączyła ich jakaś dziwna empatia, która sprawiała, że rzeczy ważne wypowiadane były między słowami. Ale chyba żaden z nich nie chciał nawet zastanawiać się nad tym, czy jeden drugiemu by pomógł, gdyby kiedykolwiek zdarzyło się, że któryś z nich potrzebuje pomocy. Zazwyczaj siadali przy barze, oglądali za tymi samymi kobietami, rozmawiali o polityce, pracy i sporcie. Czasami w ogóle się do siebie nie odzywali, tylko siedzieli obok czytając gazety. Najczęściej, spędziwszy cały dzień razem w pracy, nie mieli już o czym rozmawiać. Porozumiewali się wówczas półsłówkami, tocząc między sobą dziwne gry polegające na skojarzeniach, śmiali się, bywali w stosunku do siebie złośliwi. - Nigdy nie słyszałem bardziej obrzydliwego kawału – mężczyzna śmiał się odchylając się na krześle i próbując złączyć łopatki. Liczył, że od tego przejdzie mu ból pleców. Wyciągając ręce w tył zauważył, że nadeszła do niego poczta. Pochylił się szybko nad…