Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Wojna · 12 min czytania

wędrowcy

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Wędrowcy

Raptor bezszelestnie przysunął się do krawędzi tarasu pokrytego gęstą warstwą popiołu. Przyłożył oko do celownika AK 47. Dezerter na swoje nieszczęście rzucił się do ucieczki, rezygnując z ochrony, którą dawały gruzy jakiegoś dużego budynku, prawdopodobnie szkoły. Jego szanse zmniejszyły się w statystyce do 1%. Zmalały do 0,5%, gdy przestał kluczyć i puścił się prosto w kierunku lasu. Po sekundzie leżał już nieżywy. Celny strzał spowodował, że nie wydał nawet jęku. Na zgliszczach Żar zapanowała znowu cisza. Raptor zszedł na dolną kondygnację domu. Upewnił się z przyzwyczajenia czy nikt nic mu nie ukradł, wiedział, że miasto jest wymarłe. Broń biologiczna zrobiła swoje. Ruszył na zachód, chcąc jak najprędzej dostać się do oddalonego o około 60 km Chociebuża. Mijając zwłoki upolowanego przeszukał mu kieszenie, znajdując tylko finkę i dwa jabłka. Nici ze spodziewanej premii. Ruszył znów w drogę, żwir skrzypiał mu pod nogami. Gdy obejrzał się za siebie, wokół ciała zbierały się już szczury wielkości małego psa, wypełzając tłocznie z jam i rozpadlin. Słońce zaczęło zachodzić, pokropił pospolity kwaśny deszcz. Nocą minął, nad którą roznosiła się woń rozkładu. Wszędzie w różnych dziwnych pozach leżały ludzkie truchła. Raptor nie zaprzątał tym sobie uwagi, przyzwyczaił się do okrucieństw III Wojny Światowej, trwającej nieprzerwanie już 45 lat, od 2010 roku.

* * * Drugiego dnia od wyruszenia od wyruszenia z Żar, rankiem dotarł do celu. Żelazna tablica Chociebuż” kołysała się na pordzewiałych łańcuchach. Tu, w przeciwieństwie do mniejszych miejscowości zachowała się jako taka architektura, chociaż stan budynków był kiepski. Ubodzy, brudni mieszkańcy już kotłowali się na uliczkach, spiesząc po trochę wody do Sztabu Kryzysowego. Okoliczne zbiorniki były skażone. Przydział wynosił średnio litr na głowę. Raptor zauważył znajomą twarz. -Witaj przyjacielu- powitał przybysza kwatermistrz lokalnej jednostki wojska niejaki Jacek Soplica. Weszli do niskiego, odrapanego budynku, pełniącego funkcję punktu poborowego. Raptor ściągnął pokaźnych rozmiarów plecak podróżny z ramienia, otworzył i wyłożył swój towar na ladę. -Pomyślmy... cztery AK-47 plus dwa uzi. Ofiary to...? -dezerterzy z oddziału Krasickiego, w tym sam Krasicki. -Mam nadzieję, że ty nie uciekniesz -Nie rozumiem... -Witamy w armii, szeregowy Ray’u Bradburry, pseudonim „Raptor” Chciał rzucić się do ucieczki, lecz czyjeś silne ręce sprawnie skrępowały go powrozami. -Myślisz, że jak jesteś Wędrowcem, to masz taryfę ulgową? Długowieczność, odporność na zranienia i zwierzęco wyostrzone zmysły nie zwalniają z poboru do wojska. Należysz odtąd do oddziału składającego się z bandy takich dziwolągów jak ty. Misja śmiertelnie niebezpieczna, dostosowana do umiejętności... -Jacek, ty sprzedawczyku!- krzyczał Raptor, próbując wyrwać się strażnikom. -zapomniałem napomknąć: nazywam się George Orwell. Jacek Soplica to nazwisko wyjęte z jakiejś książki... -Pana Tadeusza. Czytałem. -Mając sześćdziesiąt lat też mógłbym się pochwalić, że czytałem. Ja cieszę się tym, że mam lat czterdzieści. Odprowadzić do celi. Ubrani w czarne kamizele strażnicy poprowadzili go jakimś śmierdzącym zaułkiem i brutalnie wrzucili do ciemnej celi więziennej, nabijając niezłego guza. W mrocznym pomieszczeniu bez okien siedziało jeszcze kilkunastu Wędrowców. Niektórzy podeszli do niego. Od razu rozpoznał twarze. -Myślałem, żeś się nie wylizał z ran i sczezłeś gdzieś koło Nowej Soli. Widząc cię z twarzą ciętą aż do kości i tą miazgą, którą zwałeś nogą nie miałem nadziei...-zaczął znany Raptorowi muzułmanin, daleki potomek sekty Assasinów, niejaki Osama. Imię przybrane na wzór jakiegoś sławnego terrorysty. Kolejny przejaw fanatyzmu religijnego matki (nie miał ojca, który zginął w ataku terrorystycznym „w imię dżihadu”). Raptor pomacał się po bliźnie. -Miło cię widzieć- mruknął Sędzia, doskonały snajper o ponurym usposobieniu. Nie lubił dużo mówić. Bracia Aleksander i Kiejstut Kamińscy uścisnęli Ray’owi rękę. Po powitaniach wszyscy się rozeszli, oddając się swoim zajęciom. Osama recytował na głos wersety Koranu, bracia ryli w ścianie rysunki. Sędzia zaszył się w kącie i zdawał się drzemać. Mijały godziny, co jakiś czas ziemią wstrząsały eksplozje jądrowe. Jeden z obcych Wędrowców niespokojnie kręcił się po celi. W pewnej chwili przysiadł się do śpiącego niespokojnie Raptora, który zbudził się po chwili, czując obecność intruza. -Chcesz prochów, marihuany? Może ufo dla pana? -Zmykaj, jeśli nie chcesz żebym ci to gdzieś wepchnął- warknął zaspany Ray, przecierając klejące się oczy. Rozejrzał się po celi. Spali wszyscy poza dealerem, który krzątał się jeszcze chwilę i przykryty poszarpanym kocem zapadł w sen. Przytomny był też Sędzia, w milczeniu wpatrywał się w jakiś odległy punkt, jakby znajdujący się za ścianą. -Idą- rzekł głośno. Raptor pobudził wszystkich. Oczekiwano w napięciu. Wyostrzony słuch Sędziego był legendarny. Zaskrzypiały drzwi, światło z korytarza oświetlało podłogę. -Wychodzić, zwyrodnialcy. Jeśli jesteście spragnieni wiadomości, to wiedzcie, że Zielona Góra nie istnieje.

* * * Udekorowany kępami trawy, gałązkami i mchem zwiadowca wychynął z lasu. Sędzia wybrany na dowódcę oddziału, wysłuchał raportu i zwrócił się do reszty grupy, wygrzewającej się w promieniach południowego słońca z papierosami w ustach. Osama zwijał modlitewny dywanik. Po plecach przebiegały ciarki, temperatura po nocnym ochłodzeniu nadal utrzymywała się na poziomie 6-7 stopni Celsjusza. Szli na front od trzech dni, od dziesiątego Maja. -Ruszamy dalej- zakomenderował dowódca- Ojczyzna wzywa! Wszyscy, choć z niechęcią, przygotowali się sprawnie do drogi. -Naprzód marsz- krzyknął Sędzia. Weszli do lasu. Nad nimi, w koronach buków szalał wiatr. Raptor szedł na przedzie, koło dowódcy i Osamy. Muzułmanin ciągle powtarzał urywki

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
wędrowcy — czytnik · opowiadania