Fantastyka · 1 godz. 37 min czytania
Wędrowcy ( rozdział I Dromo)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Rozdział 1 Zegar odliczający, znajdujący się na kapsule, dobił do zera. Przez chwilę nie działo się nic, a gdy już owa chwila minęła, coś cicho syknęło i szklana pokrywa kapsuły zaczęła się unosić, wydając z siebie jęk starości. Stopniowo odsłaniała coraz więcej, z tego, co znajdowało się w jej wnętrzu, a kiedy już stanęła pionowo w pozycji całkowicie otwartej, zapaliły się kolejno, parami lampy oświetlające leżącego w kapsule człowieka. Miał on tylko maskę na twarzy, podającą tlen i usypiający gaz, oraz elektrody na całym ciele zapobiegające zwiotczeniu mięśni. Mężczyzna jednak nie budził się jeszcze. Nie podawano mu już, co prawda wymuszającego sen gazu, ale obudzić się musiał sam z siebie. Tak jak kiedyś ludzie z powierzchni, po nocnym odpoczynku. Miał też jednak, tak jak i oni sny, a ostatni, jaki miał wyśnić podczas swego przedłużonego odpoczynku, właśnie trwał. 1 Stał w środku ogromnego, okrągłego dziedzińca, znajdującego się pomiędzy wielkimi zwałami gruzu i złomu. Nie było kamienia na kamieniu, który by nie był zwalony. Po samym placu walały się resztki jakichś urządzeń, które nie przypominały niczego, co pamiętał i znał. Niebo chmurzyło się, gdzieś w oddali widać było błyski piorunów, a chwile później słyszało się potężne grzmoty i słupy gęstego dymu. Wiatr zwiewał pył z betonowych, wytartych płyt, na których stał. Powoli zaczynał kropić deszcz. Poza tym, nic się nie działo. Jednak w powietrzu dało się wyczuć coś jeszcze, i nie był to smród płonących w oddali składów paliw. To było coś całkowicie irracjonalnego. Coś, co budziło niejasne przeczucie, które powstało w jego głowie, tylko dlatego, że wierzył w przeczucia. Rozejrzał się wokół, ale wszystko było tylko bezładną kupą szarości, teraz już zlewającej się w jedną masę. Wiatr wiał coraz mocniej, a deszcz stawał się coraz bardziej dokuczliwy. Stojąc w wojskowych spodniach, w szaro-czarne moro i oficerskiej beżowej koszuli, wyjął z zasobnika na pasie skórzane motocyklowe rękawiczki bez palców. Założył je i z pochwy na plecach wyciągnął plazmowy miecz z dwoma ostrzami. Był to jednak wbrew pozorom, tylko niespełna pół metrowej długości, może kilogramowy pręt, o średnicy cala. Jedynym, co różniło go od zwykłego pręta, było radiowe połączenie ze specjalnym sterownikiem umieszczonym w jego przedramieniu i służącym do włączania i stabilizowania osiemdziesięciocentymetrowych izolowanych jednostronnie przepuszczalnym polem siłowym i regulowanych promieni plazmy, wychodzących z obu końców pręta. Nie włączając żadnego z nich stał dalej, nic sobie nie robiąc z nadchodzącej burzy. Czekał samemu nie wiedząc na co. Mokre włosy tej samej długości, co palec wskazujący u jego ręki, oblepiały mu czoło, a koszula zaczynała ciemnieć od wchłanianej wody. Patrzył jak błyskawice zbliżają się coraz bardziej i jak maleje czas pomiędzy błyskiem a grzmotem. Dopiero, gdy oba zjawiska zrównały się ze sobą, włączył najpierw jedno a po chwili drugie ostrze miecza. Był już całkowicie mokry i musiał naprawdę zacząć się kontrolować, by nie trząść się z zimna. Mógł schować się przed deszczem w gruzach, ale nie chciał. Czekał na to, co miało się zdarzyć na otwartej przestrzeni, wystawiony na silny wiatr i deszcz. Krople wody spływały mu z powiek, nosa i brody, ale on nic sobie z tego nie robił. Wiedział, że za chwilę takie szczegóły, nie tylko nie będą warte niczyjej uwagi, ale i nikt o nich nawet nie pomyśli. Potężny błysk i grzmot. Został na chwilę oślepiony i ogłuszony. Teraz gromy uderzały wprost w plac, w jednej chwili tworząc leje podobne do lejów w ziemi po granatach. Przyklęknął, cały czas trzymając miecz przed sobą. Spojrzał w niebo nad głową i zobaczył kolejny błysk, ale o wiele bledszy i słabszy. Gdy już mógł widzieć, zobaczył przed sobą człowieka, identycznej jak u niego postury, ale z pozbawioną całkowicie owłosienia głową. On też miał miecz. 2 Obudził się zwyczajnie, jak każdy człowiek otworzył oczy i chwilę gapił się w to, co miał nad sobą. Nie wiedział gdzie był, ani co tu robił, ale po kilku sekundach pamięć zaczęła mu wracać. Przypomniał sobie, że leży w kapsule hibernacyjnej, i że minęły lata odkąd się w niej położył. Zdjął maskę i powoli, tak jak mu zalecano zawczasu, zaczął siadać. Jego mięśnie, mimo elektrod, były nie tyle osłabione ile zastałe. Ścięgna w końcu nie pracowały już długo. Nie bardzo szło mu nawet wyprostowanie ręki w bok. Zaczął zdejmować z siebie wyłączone już elektrody i usunął kroplówkę ze zgięcia w łokciu. Spróbował rozciągnąć trochę ścięgna, a gdy już czuł się na tyle silny by wstać, zrobił to. Cały zesztywniały ledwo trzymał się na nogach, ale ustał. - Pieprzona hibernacja. Przez miesiące będę rozciągał stare kości. – Szepnął do siebie rozbawiony ale i niezadowolony z własnego niedołęstwa. - Gdzie tu, do ciężkiej cholery, mają jakieś ubrania, zaraz zamarznę. – Zaczął szperać przy kapsule, pamiętając, że ci co go do niej pakowali mówili coś o szufladach ze sprzętem. Nie szukał długo, w boku jego leciwego „łóżeczka” znalazł dwa spore wysuwane zasobniki. Od razu zaczął je przeszukiwać klęcząc. W jednym były spodnie w miejskie moro, z kilkoma kieszeniami i koszula w taki sam wzór, wojskowe buty z cholewami wysokimi do połowy łydek, zapinane na stalowe klamry po zewnętrznej stronie, śpiwór ze specjalnego, cienkiego jak aluminiowa folia do pieczenia, ale mocnego i ciepłego jak wełniany koc, materiału oraz wojskowy płaszcz przeciw deszczowy, który można było łatwo przerobić na plecak. W drugim, był gruby skórzany pas z zasobnikami mocowanymi do niego na specjalnych uchwytach, wojskowy tytanowy nóż, jakimś cudem opustoszone puszki po żarciu i zgnieciona kartka papieru. Szczerze się zdziwił tym obrazkiem, wyjął kartkę z szuflady i schował do kieszeni. Wstał i tym razem, korzystając z niewielkiej ilości światła dawanej przez oświetlenie jego kapsuły, przyjrzał się wszystkiemu wokół. Wszędzie panował porządek i ład, bo i jak nabrudzić w sterylnym pomieszczeniu wyłącznie z trzema kapsułami i komputerem. Nic by więc nie zmartwiło mężczyzny, który właśnie próbował włożyć spodnie i jednocześnie się nie przewrócić, poza dwoma trupami. Jeden leżał pod drzwiami a drugi zaraz obok komputera. Jeśli dobrze rozumiał poszlaki, obaj zginęli z odwodnienia, bo nie zdążyli umrzeć z głodu, nie mogąc otworzyć drzwi, ogołacając wcześniej jego racje żywnościowe. Sam, zaś nie stał się pokarmem dla nich, tylko dlatego, że pokrywy hibernatorów były z pancernego szkła. Sami wyglądali na nietkniętych ale ich zasuszone ciała mogły coś ukrywać. On jednak nie miał ochoty tego czegoś odkrywać. Zaczął się niepokoić, nie był z tych co martwią się na zapas, lub piętrzą przed sobą trudności, ale jeśli jacyś ludzie umarli tu, nie potrafiąc wyjść, to on nie czół się zbyt komfortowo. Wyjął z kieszeni zgniecioną kartę, wyprostował ją na ile potrafił i siadając na chłodnej podłodze, zaczął czytać. „Witaj PGiC-65b. Pewnie zastanawiasz się skąd takie dziwne oznaczenie na człowieka, który ma przecież imię i w ogóle jakąś tam przeszłość? Mogę ci odpowiedzieć. Jesteś Poprawiony Genetycznie i Cybernetycznie, wykorzystanie twojego ludzkiego organizmu jest ponad trzykrotnie wyższe i jesteś drugim z trzech takich w tym pokoju.” - Teraz już wiedział skąd te dwa trupy. Pewnie ich stworzenie kosztowało kupę forsy a oni nawet nie potrafili wyjść z durnej „wylęgarni”. „Z tych specjalnych dodatków jakie posiadasz to: radiowe złącze E, z komunikatorem i łamaczem prostych zabezpieczeń, czyli bezprzewodowa wtyczka do podłączenia się do każdego systemu komputerowego, z urządzeniem do przetwarzania twoich myśli na sygnał dla komputera zrozumiały. Wspomnianą, podniesioną trzy razy wydajność organizmu, wliczając w to wpływ standardowej porcji adrenaliny. Mówię tu o szybkości, sile, wytrzymałości, odporności na choroby, refleksie itp. Przyspieszoną trzykrotnie regenerację tkanek. Cybernetyczny układ sterujący walką i obsługą urządzeń, czyli jednym słowem układ, który wykorzystując zdolności organizmu, przystosowuje go do walki daną bronią i używania wszelkiej maści sprzętu. W największym skrócie, dzięki temu układowi umiesz skutecznie sterować pojazdami i urządzeniami mechanicznymi oraz walczyć każdą bronią przeciwko każdej broni jaka istnieje i wygrać (jeśli da się wygrać), nawet jeśli nie widziałeś jej nigdy na oczy, (gdy spałeś oprogramowanie było aktualizowane na bieżąco). Ostatnią rzeczą, jest sztuczny wzrok. Dzięki nowym gałkom ocznym możesz przełączać się pomiędzy podczerwienią, noktowizją i normalnym widzeniem, z możliwością dokładnego dostosowania go, do danego natężenia światła (dzięki temu nie potrzebujesz okularów przeciwsłonecznych) oraz z dwunastokrotnym cyfrowym zoomem w każdym trybie widzenia, zaś dzięki ich nowemu połączeniu z mózgiem możesz koncentrować wzrok na więcej niż jednym obiekcie. Podobnie zmodyfikowany masz słuch. Do tego porządny moduł tłumacza, dzięki któremu będziesz mógł rozmawiać swobodnie z każdym w jego języku. No i to by było na tyle żołnierzu. Dobrze wykorzystaj to co masz.” Podpisu nie było. Zmiął na powrót kartkę i cisnął ją do swojej kapsuły. Teraz wiedział trochę na swój temat. Wcześniej wyjaśniono mu tylko, że będzie żołnierzem nowej generacji, i że co prawda, jest jednym z pierwszych ochotników, ale nie grozi mu nic, poza brakiem prywatności. Jednak tym, to się akurat nie przejmował. Pamiętał, że przeszedł wtedy dość rozbudowany „test psychologiczny w warunkach bojowych”. Sprawdzono wtedy nie tylko jego psychiczną odporność na polu walki, ale także jego morale w niesprzyjających warunkach, to jak się zachowywał wobec słabszego, ale nie bezbronnego przeciwnika, jakie podejmował decyzje mając przed sobą atakujących a za sobą rannych itp. 3 - Dromo, rusz te swoje żołnierskie dupsko i połóż ogień zaporowy na tych skurwysynów! – Wrzeszczał wściekły dowódca. Atak na ich patrol był kompletnym zaskoczeniem. Z kilkunastoosobowego oddziału, zostało może kilku ludzi. Reszta albo nie żyła, albo była ranna i przez to wyłączona z walki. Wśród walczących znajdował się jednak on, Dromo. Jego matka uważała się za jakąś grecką, co najlepsze, nie znającą greki, wyrocznie i przewidziała, że celem jego życia będzie droga. Wyszperała więc w greckim słowniku tłumaczenie słowa droga i nadała mu tak kretyńskie imię. Właściwie do tej pory jej tego nie wybaczył. - Robię kurwa co mogę, ale nie mam moździerza maszynowego, tylko karabin, a ich jest kurwa dużo! - To się kurwa naucz celować! – Właściwie dowódca miał rację, Jak jesteś za cienki, to giń, a z tobą twoi towarzysze. On nie chciał ginąć tak jak i jego jeszcze żyjący kumple, którzy razem z nim próbowali schować się w przydrożnym rowie albo w jakimś zaułku, czy w ogóle za czymkolwiek. Niektórzy, tak jak on sam, przyjechali tu tylko po to, by coś w swoim popieprzonym życiu jeszcze zrobić. Inni jednak uważali, że to dobry sposób by zarobić trochę pieniędzy na dobry start w życie razem z pozostawionymi w domu narzeczonymi, albo wyjście z finansowego dołka w jaki popadli. Teraz wszyscy, jak jeden mąż, weryfikowali zdanie na ten temat. - Tak jest!!! – Odpowiedział wychylając się trochę z rowu pełnego śmieci, brudnej wody i czegoś gnijącego, przełączył karabin na ogień pojedynczy i przykładając go do ramienia tak, by szybko i łatwo mierzyć, zaczął strzelać do pojedynczych głów ludzi, którzy ich atakowali. Przez szczypiący w oczy i tym sposobem powodujący łzawienie, smród bijący z rowu, nie trafiał tak często jakby chciał, ale na kilkadziesiąt wystrzelonych z dwóch magazynków kul, prawie połowa trafiała tam gdzie chciał. Tylko cud chyba mógł sprawić, że jego nic nie trafiło. - Ty durniu, nie mówiłem dosłownie. Ale cieszę się, że z nami jesteś. – Powiedział, uśmiechając się krzywo od przydrożnych zapachów, szczupły, żylasty czterdziestolatek w mundurze sierżanta podchodząc do jego linii obrony. Atakujący zarządzili odwrót, po tym jak w ciągu kilku minut stracili trzecią część oddziału. W ciągu kilku następnych dni patrole atakowano jeszcze dwa razy. Oba ataki odparto. Wróg nie był już tak zdeterminowany i silny, a siły ONZ znając taktykę ataków, zdołały się wystarczająco na nie przygotować. Jednak misja stabilizacyjna w której brał udział, nie kończyła się na odpieraniu ataków na patrole i konwoje. Czasem wróg był na tyle bezczelny i okrutny, że atakował bazę posyłając pod bramę dzieci z ładunkami wybuchowymi. Ich bomby były zwykłymi pęczkami starego dobrego dynamitu odpalanymi lontem, albo jakimś innym dawno zapomnianym sposobem, ponieważ każde urządzenie elektryczne, bez odpowiedniego ekranowania, byłoby unieszkodliwione przez zapory elektromagnetyczne. Żeby zaś nie wyczuć zapachu lontu te dzieciaki paliły sobie papierosy, wyjątkowo w tym kraju tanie i śmierdzące. Podchodziły spokojne, zagadywały wartowników i po chwili wysadzały wszystko w promieniu dziesięciu metrów. Dromo, też stał czasem na warcie. Godziny ciągłego napięcia i gotowości bojowej. Czasem, aż chciało się srać i rzygać na raz. Niestety, warta musiała być złożona w minimum połowie z dobrych doświadczonych żołnierzy, by zieloni też mogli się czegoś nauczyć, bo gdyby byli na warcie sami, albo sprowokowaliby niepotrzebną potyczkę, albo zesrali w gacie i ukryli się, pozwalając takiemu dziecku wejść do mesy pełnej wojska i tam pozbyć się balastu własnego życia, przy okazji uwalniając od ciał, dusze wielu, chcących jeszcze pożyć, ludzi. Pewnego dnia, właśnie gdy on stał na warcie, z jakimś młodym z uzupełnień, postawionym po to by się uczył, podszedł do nich, może czternastoletni, chłopak. Palił papierosa, ale nie wyglądał na kogoś, kto mógłby ukatrupić człowieka. Pozory jednak mogą mylić. Droma coś natchnęło, by nie ufać chłopakowi. Coś mu się w nim nie podobało, choć sam nie wiedział co. Miał po prostu głupie przeczucie. Najpierw zagadał do nich łamaną angielszczyzną. - Co prawda, każdy żołnierz podczas misji pokojowej, był wyposażany w tłumacza, mały moduł wkładany do ucha, który tłumaczył usłyszany tekst, z jednego języka na drugi, z minimalnym opóźnieniem. Jednak nie pozwalał on płynnie odpowiadać tubylcom, w ich języku. Nie nadawał się więc na narzędzie do zdobywania sympatii. (Wiadomo, że każdy lubi rozmawiać we własnym języku.) W takim wypadku jedynym zastosowaniem było rozumienie tego co miejscowi mówią między sobą myśląc, że wojsko ich nie rozumie. Czasem ratowano dzięki temu dupę nie jednego żołnierza. Chłopak jednak długo nie mówił. Nagle, nie wiadomo skąd, w jego ręku znalazł się nóż, a on sam już atakował starszego z wartowników, który instynktownie odbił cios karabinem. Młody z którym stał na warcie chciał mu pomóc, ale zanim zrobił cokolwiek odbity nóż wbił mu się głęboko w trzewia, w czym dobitnie pomógł mu nie źle wyszkolony w walce na noże dzieciak. Młody wrzeszczał widząc dziurę w brzuchu i wypływającą z niej posokę. Upadając, nie widział na szczęście jak w błyskawicznym tempie zfajdał się w spodnie. Dromo na szczęście nie był ani „zielony”, ani głupi, zanim chłopak przygotował się do ponownego ataku, dostał solidny cios karabinem w gębę, po którym padł na ziemię. Wtedy z kolei w ręku dzieciaka pojawiła się zawleczka od granatu z końca XX w i Dromo po raz kolejny udowodnił, że jest odważnym durniem. Zamiast uciekać, chwycił dzieciaka za nogę i rzucił nim najdalej jak potrafił od bazy. Choćby nie wiadomo jak by był szybki, nie zdążył by znaleźć i wyrzucić samej bomby, musiał więc poświęcić zamachowca, by ochronić żółtodzioba, który leżał ranny i zafajdany pod bramą. Rzucił wystarczająco daleko, by eksplozja nie wyrządziła większych szkód. Obaj wartownicy poczuli tylko silny gorący podmuch powietrza i mokre krople czegoś czerwonego padające im na twarze. Stare dobre czasy sprzed hibernacji. Pamiętał jak źle było mu zostawiać miejsce, gdzie był naprawdę kimś, gdzie szanowano go i gdzie mógł się wykazać. Jednak po zakończeniu jego warty na polu bitwy, nie stał się nikim - weteranem opluwanym za zabijanie dzieci. Dostał skierowanie do nowej jednostki specjalnej, którą tworzono po cichu pod skrzydłami ONZ. Wtedy jednak wiedział tylko, że ma przed sobą szansę na karierę w wojsku. Nie myślał wtedy o niczym więcej, jedyne czego pragnął to nie być nikim. Nie być nieważnym kawałeczkiem motłochu, posiadać zasłużony szacunek i żyć spokojnie we własnym kraju. 4 Teraz jednak siedział w jakimś zasranym pokoju wylęgania żołnierzy nowej generacji z dwoma trupami nowej generacji i zmuszał swoje od lat nieużywane ciało nowej generacji, by na powrót zaczęło działać chociaż jak to stare. W między czasie zaś zastanawiał się nad sposobem wyjścia z tego zakichanego pomieszczenia. Jeśli tamci, też byli tacy jak on, to musieli buszować w komputerze, a jeśli im się nie udało to znaczy, że i jemu się nie uda. Bo choćby nie wiadomo jak tamci byli kiepscy w te komputerowe klocki, on na pewno nie był od nich lepszy. Siłowo też się pewnie nie da, bo z pewnością i tego próbowali, a jak widać nie udało im się wyjść. Jedyny sposób by się stąd wydostać, to szukać innych drzwi. Tylko gdzie je znaleźć? Rozejrzał się po pomieszczeniu, ale to stalowe pudło nie miało innych drzwi. Pomyślał o wentylacji ale zaraz przestał brać ją pod uwagę, filtrowane powietrze dochodziło tu przez cieniutkie szpary pod sufitem. Kanalizacji nie było w ogóle. Zaczynało brakować mu pomysłów. Zastanawiając się cały czas, zaczął przeszukiwać tamtych oraz szuflady w ich kapsułach. Znalazł i zabrał dwa kolejne noże, śpiwory, a także komplet ubrań na zmianę, pasy i zasobniki. Spakował wszystko do swojego płaszcza przerobionego na plecak i wrzucił do swojej kapsuły, samemu dalej rozciągając mięśnie i ścięgna. - Kurwa, musi być stąd jakieś wyjście! – Mimo, iż myślał coraz intensywniej, nie mógł nic wymyślić. Z desperacji spróbował podłączyć się do komputera. Samą myślą nawiązał połączenie z systemem głównym, a następnie z podprogramem sterującym drzwiami. Ten jednak nie był w pełni sprawny i dlatego nie mógł wykonać żądanej operacji. Próbował na wszystkie sposoby jakie mu przyszły do jego, od dawna nie używanej tak intensywnie, głowy. Chciał przejść na sterowanie ręczne. BRAK DOSTĘPU. Chciał obejść podprogram do drzwi i otworzyć je bezpośrednio ze złącza E. BRAK DOSTĘPU. Chciał jakoś zlokalizować awarię by spróbować ją naprawić. BRAK DANYCH. Nic nie skutkowało. Zrobił jeszcze kilka karkołomnych prób otwarcia drzwi, ale żadna z nich nie przyniosła niczego, poza odmową dostępu, albo nie posiadaniem danych na interesujący go temat. Wreszcie stwierdził, że jeśli gorzej być nie może, to może być tylko lepiej, po czym otworzył obudowę komputera. W środku był niesamowity gąszcz kabli wcześniej przez kogoś pociętych, a następnie poskręcanych na powrót. Wiedział kto się wcześniej bawił w małego elektronika. Spojrzał na ciało leżące przy komputerze i poirytowany, kopnięciem odepchnął je jak najdalej od siebie by go nie rozpraszało. Jeśli ktoś wcześniej działał tu poprzez jakiś logiczny sposób, to on już tego nie będzie próbował. Chwycił nóż i przeciął wszystkie przewody jakie znalazł, system zaczął wariować, ale nic poza tym. Położył się więc na plecach i zaczął kopać z całej siły we wszystko co przypominało elektronikę. Z tych wszystkich komputerowych bebechów zrobił gęstą miazgę. Gdy przestał, podłączył się na powrót do systemu, ale ten nie dawał znaków działania. Po chwili jednak, dało się usłyszeć cichy szum, po czym znów zapadła cisza. Złącze E nadal nie nawiązało połączenia z systemem, ale przeczucie mówiło mu, że coś się zmieniło. Podszedł do drzwi, nacisnął przycisk zamka, lecz te nie drgnęły nawet na milimetr. Nacisnął jeszcze raz, nadal nic. Kopnął kilka razy w drzwi, później nacisnął przycisk zamka ponownie, lecz nic nie zdziałał. Był wściekły na tą wszechobecną, cholerną elektronikę i tych, którzy pchali ją wszędzie gdzie się tylko dało. Wcisnął paznokcie w płytką szparę pomiędzy skrzydłami drzwi próbując otworzyć je siłą. Początkowo tylko rozbolały go palce, ale nie zważając na to wkładał w rozsunięcie wrót coraz więcej siły. Palce zaczęły rwać z bólu a pod paznokciami zaczęła zbierać się krew. Jednak ten kawał złomu, który uniemożliwiał mu wyjście na zewnątrz zaczął powolutku rozwierać się. Zaczął krzyczeć z wysiłku i bólu, ale nie przestawał walczyć o wyjście ze swojego więzienia. Wepchnął w szparę jeden z noży i poszerzył ją na tyle by mógł wsunąć w nią ręce. Walczył kilkanaście minut, o każdy milimetr przestrzeni w przejściu, aż wreszcie otworzył drzwi na tyle szeroko by mógł się przez nie przecisnąć. Wrócił szybko po swój plecak i wypełznął do korytarza pełnego szkła, osmolonych ścian i innych sprzętów, których nawet gdyby je znał, nie mógłby zidentyfikować. Podniósł z ziemi plecak, założył go na plecy i rozejrzał się dokładniej po pomieszczeniu, które oświetlało tylko nikłe światło z jego dawnego więzienia, przebijające się przez szczelinę w drzwiach. Widział mimo tego zniszczenie i teraz już nie dziwił się, dlaczego nic nie działało jak należy. Przeszedł tym korytarzem do wyjścia oglądając wszędzie te same obrazki. Zdeformowane kawałki szkła, czy elementy elektroniki chrzęściły mu pod butami, zakłócając niemal idealną ciszę panującą pośród betonowych ścian tego bunkra, zwanego ośrodkiem badawczym. Teraz właśnie zaczął się zastanawiać, dlaczego właściwie nie ma przy nim sztabu doktorków w okularkach czekających tylko na to, by zobaczyć efekt ich wieloletniej pracy? Powinni zabijać się o to, który pierwszy go zbada. Czy okulista sprawdzający sprawność wszczepu i stopień jego asymilacji z mózgiem, czy może jakiś wojskowy sprawdzający stopień sprawności w walce wręcz, celność strzelania czy umiejętność walki innymi rodzajami broni, których on jeszcze na oczy nie widział? Może oni chcieli sprawdzić go jakoś? Czy nie zestarzał się za bardzo i czy nie stracił wartości bojowej? Czy nadal umiał myśleć i działać? Wtedy jednak nie poświęcaliby tamtych dwóch, a poza tym nie robiliby z instytutu badawczego poligonu. Był zdziwiony, ale nie był zaskoczony, nawet cieszył się, że jeszcze przez jakiś czas nie będzie żadnym przedmiotem badań. Doszedł do końca korytarza, mijając w niemym zdziwieniu jakieś zdeformowane drzwi, które pewnie kiedyś przypominały te niedawno przez niego otworzone. Stanął przed otworem prowadzącym do szybu windy, wnioskując po linkach zwisających gdzieś z góry. Wychylił się i spojrzał najpierw w dół, gdzie nic nie było widać poza tym, że pod nim jest jeszcze sporo poziomów. Następnie zaś w górę, gdzie również zobaczył kilka poziomów. Porównując gdzie było więcej światła Dromo doszedł do wniosku, że na dole wszystko się kończy a na górze zaczyna, więc trzeba będzie się wspinać. Trzymając się framugi, próbował chwycić i przyciągnąć do siebie którąś z lin. ale nie był w stanie sięgnąć do żadnej. Pozostawało mu tylko, znów zaryzykować i to, wbrew pozorom, nie mniej niż gdy pokonywał poprzednią przeszkodę w drodze do wolności. Cofnął się o kilka kroków, rozpędził się i skoczył, wybijając się najmocniej jak potrafił. I to był jego błąd. Skok był tak silny i szybki, że w locie po prostu nie zdążył złapać liny, trafiając od razu na przeciwległą ścianę szybu. Gdyby nie jego wrodzony instynkt, dno szybu byłoby dla niego takim samym miejscem śmierci, jak „wylęgarnia”, dla dwóch poprzednich super żołnierzy. Lądując na przeciwległej ścianie, zrobił to tak, jakby lądował na ziemi po zeskoku z wysokiej gałęzi. Podkulone ręce i nogi mogły od razu oddać energię, robiąc następny skok, zanim całe ciało oderwałoby się do ściany i spadło w przepastną czeluść. Tym razem skok był słabszy, na tyle słaby, że udało mu się złapać linę windy. Mimo tego tak gwałtowne hamowanie o mało nie wyrwało mu jej z rąk, powodując trzask w jeszcze nieprzygotowanych na takie przeciążenia stawach. Udało mu się jednak jakoś utrzymać. Mimo bólu, z łatwością wspinał się po linie, mijając po drodze otwory kolejnych poziomów z coraz mniejszymi cyframi wymalowanymi na ścianach obok nich. Gdy już znalazł się na szczycie, był już pewny, że stało się coś, co wymiotło ludzi i zniszczyło co się dało w instytucie. Patrzył na puste wnętrze budynku instytutu, jednocześnie próbując rozbujać linę na tyle, by móc złapać coś, by już nie skakać więcej i nie narażać się na ryzyko zabicia się, przez nieopanowanie własnego, nowego ciała. Wiedział teraz, że ci wszyscy naukowcy, którzy przy nim pracowali, byliby dumni z tego co z niego i ich pracy powstało. Nie mógł się jednak niczego chwycić, bo nie było niczego takiego na czym by się utrzymał bez pomocy liny. Zaryzykował więc po raz trzeci, zeskoczył po prostu z bujającej się liny wprost w otwór po wrotach windy, lądując pewnie na ziemi. Obejrzał się na szyb, splunął do niego po czym spokojnie, nie spiesząc się, rozcierając sobie stawy, skierował się w stronę wyjścia z budynku instytutu. 5 - Co tu się, do cholery, stało? – Wyrwało się Dromowi, gdy zobaczył kilkanaście walających się po ulicach, kompletnie niesprawnych droidów, kilka ledwo się poruszających i kilka bardziej sprawnych, ale sprawiających wrażenie jakby były sterowane za pomocą starego, poczciwego, windowsa. Wiedział, że za jego czasów były już prototypy różnego rodzaju robotów. Nie wierzył jednak, ani w ich skuteczność, ani szybkie wejście do służby w straży pożarnej, policji, przedsiębiorstwach komunalnych, itp. Cóż, jednak postęp technologiczny szedł na przód szybciej, niż mu się zdawało. Rozglądając się po okolicy, widział jednak degradację, a nie postęp. Ulice zasypane kawałkami betonu, odkruszonymi z elewacji budynków. Leżące gdzie niegdzie, poskręcane elementy zewnętrznych schodów ewakuacyjnych, czy innych stalowych elementów, takich jak balkony, czy anteny, kiedyś sterczące z dachów, teraz zaśmiecające swymi kawałkami ulicę. A wszystko to okraszone słabym światłem zachodzącego akurat słońca. Dromo znów czół niepokój. Postanowił wspiąć się na coś wyższego i przyjrzeć się całemu miastu. Klucząc ulicami, pomiędzy co większymi przeszkodami, wszedł w wąski, zaciemniony zaułek. Wiedział, że przy odpowiednim rozpędzie i odbiciach jest w stanie wejść tędy na dach, bez używania jakichkolwiek drabin czy schodów. Przypominając sobie to, co robił w szybie windy, przed kilkunastoma minutami, postanowił sprawdzić teorię w praktyce. Stanął pod jedną ścianą, rozpędził się i wbiegł na drugą ścianę, na wysokość prawie czterech metrów, znów czując ledwo, co uśmierzony ból w stawach. Nie cofnął się jednak w wykonywaniu raz postawionego sobie celu. Gdy poczuł, że nie jest w stanie wbiec na większą wysokość, odbił się w stronę przeciwległej ściany, jednocześnie wspinając się w ten sposób o następny metr wyżej. Z tamtego zaś punktu wybił się znów wyżej o metr. Skakał tak, aż udało mu się wskoczyć na dach, trochę niższego z dwóch budynków. Coraz bardziej podobało mu się to, co zrobiono z jego ciałem, tylko ten cholerny ból nadwerężanych stawów niesamowicie go drażnił. Podszedł do zachodniej krawędzi dachu, tak by mieć widok na panoramę miasta. To, co zobaczył nie podobało mu się w ogóle. Choć widok monumentalnego upadku, wspaniałej ludzkiej cywilizacji, mógł mieć w sobie jakiś straszny urok, on go nie zobaczył. Dla niego była to tylko śmierć tego, co kiedyś było siłą i oparciem dla ludzi. Skorzystał po raz pierwszy z wbudowanego zoomu i to, co zobaczył, tylko go dobiło. Nigdzie nie było ani jednego żywego organizmu zwierzęcego. Gdzieś w bliższej okolicy, zobaczył jedynie na wpół zgniłe, ludzkie i nie tylko, ciała. Gdyby nie był uparty i przekorny, teraz tak jak stał, padłby na tym dachu i czekał, aż trafi go piorun i spali mu mózg, razem z resztą ciała, na popiół, tak by nie musiał żyć w tym, co widział. Za swojej beztroskiej młodości, naczytał się wystarczająco dużo książek fantastyczno-naukowych, by wiedzieć, co ma przed oczyma. Dodając do tego siebie samego takiego, jakim był, wyszło mu, że teraz powinien ratować świat. Ale to nie była żadna literacka fikcja, w której jeden człowiek zmienia bieg historii. To było samo życie, w którym to co się stało, nie ma prawa się odstać i wali się z całym dobrodziejstwem konsekwencji na łby pozostałego przy życiu społeczeństwa. Usiadł skołowany na dachu zastanawiając się, co ma zrobić. Po hibernacji liczył na spokojne poddawanie się różnym badaniom nad własną zmodyfikowaną osobą a nie na pozostawienie samemu sobie. Teraz już naprawdę nie wiedział, co ma ze sobą począć. Nic nie przychodziło mu do głowy. Wszelkie złudzenia odeszły w dal. Nie mógł już liczyć na to, że to, co musiał do tej pory zrobić było jakimś testem jego umiejętności wykorzystywania, posiadanych przez niego, nowych narzędzi i zaradności w trudnych sytuacjach. Jednak myślenie o tym, co miało się zdarzyć w przyszłości odleglejszej, niż najbliższe kilka dni, nie było jego ulubionym zajęciem. Nie miał zamiaru myśleć o losie świata do końca życia zakończonego śmiercią głodową. Miał zamiar zapobiec tej śmierci. Wiedział, że teraz jego być albo nie być, to odnaleźć w miarę stałe źródło pożywienia i wody oraz zdobyć jakiś podstawowy sprzęt do przetrwania w tych naprawdę nietypowych warunkach. Teraz, już po chwili słabości, spowodowanej obdarciem ze złudzeń i nadziei, zdeterminowany by jakoś przeżyć w tym czymś, co zgotował mu los, postanowił poszukać jakichś wojskowych albo, chociaż policyjnych składów broni, jakichś pozostałości po sklepach ze sprzętem do obozowania, czy czegokolwiek, co mogłoby mu się w przyszłości przydać. Podszedł do gzymsu i zeskoczył z czwartego piętra, jak dzieciak z huśtawki. Przestał już nawet zwracać uwagę na ból w stawach. Miał ważniejsze sprawy na głowie. Szedł ulicą okrążając całkowicie zniszczone centrum. Mijał gruzy budynków i mijał budynki prawie nie naruszone. Nie wiedział jak można było zniszczyć kilku milionowe miasto tak wybiórczo. Nie sądził, że można zrównać z ziemią wielopiętrowe drapacze chmur w takiej ilości, jednocześnie pozostawiając prawie całe, dużo mniejsze budynki oddalone jedynie o kilkaset metrów, a następne kilkaset metrów dalej wybebeszyć ogniem wnętrze innego budynku. - W końcu w „jego” instytucie nie szalały myszy, tylko temperatura topiąca szkło. Krążył w okolicach walcowatego budynku, z którego wyszedł licząc na to, że jeżeli walało się wokół niego tyle policyjnych droidów, to pewnie gdzieś niedaleko musi być komisariat z jakąś, choćby nędzną zbrojownią. Nie przeliczył się, niedaleko znajdował się niewielki posterunek policji. Nie był nienaruszony, ale nie był też na tyle zniszczony by wejście do środka było czymś niezwykle niebezpiecznym. Stał na końcu jednej z ulic, krzyżującej się tuż przed nim z inną. Nie czekał wiec na przyzwolenie, skierował się bezpośrednio do głównego wejścia. Za progiem znajdował się normalny komisariat, taki sam jak każdy inny licząc od połowy XX w. Znał mniej więcej rozkład takiego budynku. Zszedł po schodach piętro poniżej parteru i znalazł się w pomieszczeniu, z którego były trzy wyjścia. To po lewej prowadziło, według napisu na drzwiach, do aresztu. To po prawej, do podziemnego parkingu, a te na wprost do zbrojowni właśnie. Przynajmniej tak się Dromowi wydawało po napisie „sprzęt”. Wszedł do środka, ale jedyną rzeczą, jaką zobaczył była pustka. W pomieszczeniu były tylko puste pułki. Nie wiedział, dlaczego tak było, ale nie był zaskoczony, był raczej zawiedziony. Rozejrzał się jeszcze raz i zauważył stojący w kącie duży sejf, zwany też kasą lub szafą pancerną. Na jego szczęście miał elektroniczny zamek, więc otworzył go bez większych trudności. Tym razem miał więcej szczęścia. Na drzwiach wisiało w specjalnych uchwytach kilkanaście starych, dobrych glocków dziewiętnastek z laserowymi celownikami, a w samym sejfie stały w równym rządku automatyczne strzelby, niestety nie na ostre kule, ale te z ładunkiem paraliżującym. Amunicji jednak nie było do żadnej broni. W takich sytuacjach mówi się trudno i żyje się dalej. Spakował do plecaka kilka pistoletów w nadziei na handel z kimś, kto to przeżył. Bo przecież prawdopodobieństwo wykończenia kilku milionów ludzi w tak wielkim mieście nigdy nie mogło równać się jeden. Zamknął na powrót szafę na zamek i wyszedł z pomieszczenia. Postanowił przeszukać jeszcze inne pomieszczenia. Być może znajdzie coś przy trupach policjantów. Wrócił z powrotem na parter i chodząc od pokoju do pokoju szukał czegokolwiek, co mogłoby mu się przydać. Nie było jednak niczego, co w jakikolwiek sposób dałoby się wykorzystać. Miał wrażenie, że ktoś już tu przed nim był, robiąc dokładnie to samo, co on teraz. Słońce było już tak nisko, że nie wiele było widać w zapadających ciemnościach. Więc przerwał swoje poszukiwania. Mógł posiłkować się noktowizją, ale nie chciał. Nie spał dopiero od kilku godzin, jednak czół się jakby to był tydzień. Za wiele zaserwowano mu na dziś wrażeń, by nie był zmęczony. Uwalił się gdzieś w kącie, podkładając sobie pod głowę swój plecak, po czym w przeciągu kilku minut zasnął. 6 Szedł szeroką sześciopasmową drogą. Po obu jej stronach znajdowały się pozornie nienaruszone wieżowce, które jednak powyżej kilku pięter wysokości, ginęły w gęstej mgle. Przed sobą widział jedynie na kilkanaście metrów. To wyglądało tak jakby poruszał się, będąc w centrum mydlanej bańki otoczonej zewsząd gęstą mgłą. Bańka poruszała się razem z nim, nie pozwalając nigdzie się ukryć. Ulica była tak pusta jakby ktoś ustalił, że ma tak być. Nie mijał żadnych samochodów, ani jadących, ani stojących, ani nawet wraków. Przyprawiało go to o gęsią skórkę strachu na karku. Szedł w kompletnej ciszy. Czół się, jakby kroczył ścieżką, o której istnieniu w ogóle nie powinien wiedzieć, jakby łamał jakąś niepisaną zasadę, której nikt nigdy nie odważył się nawet podważać, a co dopiero łamać. Irracjonalnie czół również obecność i zainteresowanie tych, których interesowało to, by ścieżka była nienaruszona, i tych, którzy chcieli, by udało mu się przejść. Nie wiedział, którym ufać i którym spełnić życzenie. Nie wiedział czy warto będzie dojść do końca, czy może lepiej zawrócić i pozostawić wszystko tak jak miało być. Wiedział za to, że bez względu, co wybierze dla nich, on sam nie ma wyboru. Jego los był już przesądzony. Na obu końcach ścieżki czekała już na niego ta, która wcześniej czy później przychodzi po każdego. 7 Zerwał się nagle. Kark i plecy pulsowały bólem, pierwsze od niewygodnego podgłówka a drugie od twardego podłoża. Obudziły go dochodzące zza okien ciche szczekania psów. Nie wiedział jeszcze skąd one dochodzą, ale powoli stawały się coraz głośniejsze. Spakował się i wyszedł z zaciemnionego wnętrza komisariatu na jego dach, gdzie poraziło go swą jasnością wschodzące słońce. Stanął przy samej krawędzi dachu, pod sobą mając główne wejście, którym się tu dostał. Rozejrzał się po okolicy, ale nic nie wypatrzył, budynki zasłaniały większość dróg, a ta przebiegająca tuż przed komisariatem była na całej widocznej przestrzeni pusta. Jednak szczekanie było słychać coraz wyraźniej i były to coraz bardziej nieprzyjemne odgłosy. To na pewno nie było stado szczeniaków i na pewno nie chciało się bawić, przynajmniej w takim sensie, w jakim zrozumiałby to człowiek. Dromo był spokojny, nawet, jeśli go wyczują, pójdą stadem do budynku, a on wtedy bez problemu zeskoczy z dachu i ucieknie. Zastanawiał się jednak, dlaczego psy słychać już tyle czasu, a do tej pory nie zobaczył żadnego ich celu. Powinien już tędy przebiegać, chyba, że wybrał drogę niewidoczną z tego dachu. Czekał dalej. Teraz szczek zbliżał się coraz szybciej, aż wreszcie zobaczył pierwsze psy wybiegające na drogę równoległą do tej przechodzącej przed komisariatem, ale oddaloną od niego o przecznicę. Biegły szybko, niektóre trzymały w zębach maleńkie szczeniaki, wszystkim z pyska szła już piana zmęczenia, ale żaden nawet nie spojrzał na samotnego obserwatora, który ze zdziwieniem stwierdził, że to duże stado psów nie goni żadnej ofiary. To stado, samo jest ofiarą. Przebiegały przed komisariatem w pełnym bólu szczeku. Naliczył ich na razie kilkadziesiąt, a jeszcze nie wszystkie przebiegły. Teraz widział stare, kulawe, na wpół ślepe, lub po prostu najsłabsze z nich. One jednak też nie poddawały się, biegnąc za czołówką wytrwale. Z kolei, od strony, z której przybiegały, usłyszał coś nowego. Usłyszał psie, zajadłe, wojownicze warczenie i szczeki mówiące: „Nie podchodź, bo zabiję.” Dromo gdyby stał naprzeciw psa, który daje takie znaki, nie wahałby się z odejściem dłużej niż sekundę. Zaczęło go jednak interesować, co te psy wprawiło w taką panikę. Jeśli one się boją, to on powinien już umierać ze strachu. To musiało być coś dla nich nie do pokonania, bo nie uciekały by i coś stadnego, bo nie uciekałyby w zorganizowanej grupie. Wiedział, że za chwilę dowie się, co to jest i pewnie poprze psi pomysł samemu uciekając. Przed komisariatem przewinęła się już ponad setka psów. Teren przed wejściem wreszcie opustoszał. Jednak on nie cieszył się. Słyszał już dokładnie odgłosy walki i dziwne syki, które powodowały jeżenie się włosów już nie tylko na karku, bez względu na ich długość. Nie czekał długo by zobaczyć co wydaje takie dźwięki. Dla zwiększenia własnego bezpieczeństwa położył się na dachu i obserwował. Pierwsze co zobaczył to ciała psów wpadające na plac, jak szmaty rzucone na stół. Żaden z nich już nie wstał, choć były tam i takie psy, które nie wyglądały na łatwe nawet do zranienia, a co dopiero zabicia. Chwilę później widział już to coś, co było przyczyną całego zamieszania. Wyglądali jak ludzie, a nawet byli ludźmi, ale takich ludzi Dromo nigdy nie widział. Kompletnie łysi, lub z włosami do pasa, brudni tak, że aż prawie czarni, mający na sobie strzępy ubrań, lub w ogóle nie ubrani, z paznokciami długimi średnio na dwa do czterech cali i zgrubiałymi na tyle, by nie łamały się przy podcinaniu gardeł psom; z szaleństwem w oczach. Tak, ich można było się panicznie bać. Ci na początku grupy mieli dużo ran. Niektórzy z nich padali martwi, a wtedy reszta po prostu ich tratowała. Było ich kilkudziesięciu, ale ich stado topniało niewiele wolniej niż stado atakujących ich psów. Nie tylko jednak od śmierci. Po prostu ci, z ostatnich szeregów pozostawali przy psich zwłokach i jedli je. Te żyjące ludzkie szczątki, po prostu wyszły na polowanie. To się Dromowi zupełnie nie podobało. Patrzył jak ostatni ludzie albo giną, albo chwytają swoją zdobycz. Gdy doszli do końca placu nie było już widać walczących. A był to widok mimo wszystko znośniejszy, niż patrzenie jak ludzki odpad z pokruszonymi wszystkimi zębami, próbuje zjeść jeszcze ciepłego psa, albo co gorsze zabitego przez psy człowieka. Mimo wszystko musiał to przeczekać, więc nie chcąc patrzeć na te kurioza zaczął się cofać. Pech chciał, że nie wiadomo dlaczego, właśnie teraz odpadł kolejny kawałek elewacji komisariatu, przerywając zapadającą powoli ciszę. Spojrzał na powrót na pożywiających się i niestety został zauważony. Schował się szybko, ale to nic nie dało. Usłyszał przeciągłe wycie i już wiedział, że zaraz przyjdą po niego. Wychylił się i zobaczył jak grupka kilkunastu brudasów biegnie w jego stronę. Nie miał czasu na myślenie. Zerwał się na równe nogi i zaczął biec po dachach budynków sąsiadujących z komisariatem, przeskakując co chwilę nad wąskimi zaułkami pomiędzy blokami. Poniżej, drogą wzdłuż jego trasy biegli ci dziwni ludzie. Mimo iż starał się biec jak najszybciej, nie odstawali za bardzo. Sycząc i wyjąc biegli jego tropem. Czół ich smród z dachów, którymi biegł. Nie chciał spotkać się z nimi bliżej, nie tyle dlatego, że byli niebezpieczni, choć byli, a przede wszystkim z powodu tego zapachu. Gdyby musiał stanąć między nimi na wyciągnięcie ręki ten odór chyba by go udusił. Mimo, że biegł nie dając im ani okazji by odpocząć, ani okazji do schwytania go, nie poddawali się i to najbardziej go martwiło. Z każdym kilometrem ich liczba nie malała, zmieniały się tylko twarze. Dromo zaś zaczynał się męczyć, zaczynał się zastanawiać, czy nie łatwiej by było ich po prostu wyciąć jak zwierzęta, którymi przecież i tak się stali. Nie chciał jednak ryzykować tężca od jakiejś przypadkowej rany jaką mogliby mu zadać swymi czarnymi pazurami. Nie miał lekarstw, więc walka mogła być bardzo niebezpieczna. Po następnym kilometrze męczącego biegu stwierdził jednak, że jeśli będzie tak tracił siły, to i tak go dopadną, z tą różnicą, że będzie niezdolny do walki ze zmęczenia. Dobiegł więc do najbliższego budynku, który miał normalne, bezpośrednie wejście z klatki schodowej na dach i tam się zatrzymał. Teraz już tylko czekał, aż ci zezwierzęceni ludzie, zaczną wychodzić do niego przez wąskie drzwi ułatwiając mu zabijanie. Na otwartej przestrzeni nie miałby z tak durzą grupą, atakujących na raz, szans. Szybko zostałby otoczony i obezwładniony. Jednak jeśliby zmusił ich do ataku w małych, góra trzyosobowych grupkach, miałby szansę skutecznie się bronić. Wyciągnął swoje dwa wojskowe noże o szerokich, dwusiecznych, długich na osiem cali ostrzach i czekał w napięciu na atak. Słyszał już na schodach zbliżające się syki. Mimo, że miał taktyczną przewagę, nie uspokoiło go to na tyle, by nie zaczęła trząść mu się szczęka i by nie oblał się zimnym potem. Nie na co dzień przychodziło mu walczyć ze sforą zwierząt w ludzkich skórach. Sądził, że był przygotowany na atak, a jednak i tak został zaskoczony. Drzwi otworzyły się z hukiem i wyleciał z nich wymachujący pazurami, niemłody, grubawy, śmierdzący jak diabli, mężczyzna, ubrany jedynie w podarte spodnie. Dromo uskoczył w tył, unikając pazurów i w momencie gdy cios przeciwnika nie mógł mu już nic zrobić, doskoczył na powrót i poderżnął atakującemu gardło. Wszystko stało się na tyle szybko by kolejny brudas nie zdążył zdać sobie sprawy, że jego poprzednik już nie żyje. Zobaczył jedynie, że jego towarzysz pada i zawahał się. Broniący się wykorzystał to, zabijając kolejnego wroga, tnąc od pachwiny, przez brzuch, do ramienia. Posoka z głębokich ran obydwu, zachlapała już dużymi kroplami ubranie i twarz Droma. Nie miał on jednak czasu na to by ją wytrzeć. Kolejni Zezwierzęceni wbiegali już na dach. Na szczęście szerokość drzwi nie pozwalała na to, by na dach dostawało się ich na raz, więcej niż dwóch. Jednak żaden nie cieszył się długo – jeżeli potrafił się w ogóle cieszyć - życiem na dachu. Obaj atakując głowę nożownika trafili w powietrze. PGiC-65b był już na wysokości ich ud i przecinał im tętnice w pachwinach. Posoka znów chlapnęła, ale tym razem trafiła na nogi okryte spodniami. Reszta ciała okryta między innymi koszulą była już znacznie wyżej. Następnych dwóch, tak jak i ich poprzednicy nawet nie drasnęli Droma, ten za to kilkoma szybkimi ruchami umieścił ostrza swych noży we wnętrzach ich głów trafiając tam przez najmniejszą linię oporu, czyli przez oczodoły. Walka dla nożownika, stawała się jednak, wbrew pozorom, coraz trudniejsza. Trupy utrudniały swobodę ruchów, a za drzwiami prowadzącymi na dach zbierało się coraz więcej Zezwierzęconych. Wszyscy uwijali się jednak w swej robocie jak mogli. Kolejni „czarni ludzie” padali na plac boju z różnymi, wymyślnymi ranami. Po kilku chwilach jednak zwał trupów był na tyle duży, że zanim na dach dostał się następny osobnik roztaczający wokół aromat śmierci, Dromo mógł wytrzeć rękawem krew z twarzy i złapać głębszy oddech świeższego, jeszcze przecież porannego, powietrza. 8 - Nie źle sobie radzi, co? - Maleństwo, ty znasz takie delikatne określenia? - Puchatek, odpieprz się od niej! - Królik, zajmij ty się lepiej marchewkami jeśli mamy mu pomóc. - A na jaką cholerę mu pomagać jeśli sam sobie radzi. Pójdziemy na gotowe. - Maleństwo, ty tylko w walce i języku jesteś cięta jak żyletka, ale wzrok i umysł masz tępy jak zardzewiały średniowieczny miecz. Zobacz, czym on walczy. - Dwoma cholernymi nożami, buraku. - Tyle to ci pięcioletnie dziecko powie, a ty jeden z najlepszych wojowników getta powinnaś wiedzieć. - Co, kurwa powinnam wiedzieć?! - Że to są wojskowe noże z tytanu. Dostępne tylko dla jednostek specjalnych. - No i co z tego? - Jeśli ten koleś ma takie dwa, to znaczy, że ma dojście do wojskowych składów broni. A nam przydało by się na taki skład położyć łapę, nie? - Jeśli ma dojście do składów wojskowych to, czemu nie użyje granatów, albo jakiejś spluwy. - Jak ci Maleństwo ubliżyć, to od razu zaczynasz ruszać łbem. Może nie ma granatów, ani amunicji do broni palnej. - A lasery? Przecież do nich nie trzeba chyba amunicji? - A miałeś ty w ręku kiedyś laser bojowy, prosiaczku? - Nie. - No, właśnie. Takiej broni to nawet ja jeszcze na własne oczy nie widziałem, a na zdjęciach w prasie sprzed Apokalipsy nie było mowy o laserach podręcznych. Istnieją tylko takie działa. - Dobra, nie wiem jak długo jeszcze będziecie pierdzielić o głupotach, ale tam nam robota stygnie. - Tygrysek, zbierz ludzi! Królik, rozdaj im marchewki i spryskiwacze na szkodniki! Idziemy się zabawić. 9 Dromo nie był zadowolony. Zwał trupów rósł ale atakujących go Zezwierzęconych nie ubywało w ogóle. Atakowali zaciekle nie rozumiejąc, że nie maja szans na zwycięstwo. A może po prostu nie potrafili zrozumieć, że przewaga liczebna już im nie wystarczy. Ponosili coraz większe straty, nie męcząc już swojego przeciwnika. Żołnierz nowej generacji, mógł w tych warunkach walczyć do samego wieczora. Mógł też uciec, ale wiedział, że to zachęci ich jedynie do pogoni. Sytuacja stała się więc patowa dla obu stron, z tą różnicą, że tylko jedna osoba miała pewność, iż wyjdzie z tego żywa i nie był to żaden ze szturmujących dach śmierdzących, brudnych ludzi. Miało się to jednak zmienić i to zaskakująco dla obu stron. Dromo broniąc się już spokojny o wynik, niepewny jedynie czasu w którym nastanie, usłyszał eksplozję. Atak na niego na chwilę zamarł a później zmienił się w furię. Teraz znów musiał się napocić by obronić swoje życie, ale teraz miał do tego akompaniament eksplozji i strzałów z pistoletów. W ciągu kilku chwil nie było już ani jednego Zezwierzęconego, zaś na dach wchodziła spora grupa ludzi. Byli, w przeciwieństwie do leżących na dachu trupów, ubrani kompletnie, w różnego rodzaju odzienie, zupełnie jednak nie pasujące do sytuacji. W rękach mieli pistolety lub rewolwery i granaty. Mieli także pasy z zasobnikami do których przyczepione były kabury i jeszcze po kilka granatów. Niektórzy mieli taką samą broń jaka leżała w plecaku Droma. Byli w miarę czyści i nie śmierdzieli jak żywe trupy. - Wypadałoby się przedstawić. – Powiedział wysoki, dość dobrze zbudowany, ciemnowłosy, mężczyzna, w okularach o lustrzanych szkłach, takich jakie nosili amerykańscy policjanci, z policji motocyklowej, w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku, ubrany jak lotnik z drugiej wojny światowej. – Jestem Kubuś Puchatek. 10 - Jaki chatek? - Nie chatek, tylko Puchatek, Kubuś Puchatek. – Mężczyzna w lustrzanych okularach wyjaśnił spokojnie zdziwionemu Dromowi swoje imię. – A to jest: Prosiaczek, - wskazał na tęgiego, łysawego czterdziestolatka, ubranego w przymałą, błękitną marynarkę i tak samo przymałe i błękitne spodnie. Wyglądał w nich, co najmniej śmiesznie. - To jest Maleństwo – wskazał na najniższą osobę z towarzystwa; dwudziestokilkuletnią dziewczynę z trzema, długimi, brązowymi warkoczami; dużymi, jasnozielonymi oczami; słusznym biustem i zgrabną resztą ciała. Była ubrana w wojskowe buty z cholewami po łydki, krótką, czerwoną, plisowaną spódniczkę i cienki skórzany płaszcz sięgający pod kolana, zapięty tylko na jeden guzik znajdujący się pomiędzy pępkiem, a biustem, więcej ubrań nie było widać. - To jest Królik – wskazał na najwyższego i najszczuplejszego z nich mężczyznę, o jasnych włosach ubranego w wojskowe ciuchy, z plecakiem na sobie. - To jest Tygrysek. – Wskazał na dość wysokiego, najbardziej napakowanego mężczyznę w grupie. Miał na sobie bojówki, koszulę w tygrysie paski i wielką bliznę na twarzy. Świstaka i Kłapouchego nie zdążył już przedstawić. Dromo nie wytrzymał i zaczął się śmiać. - Wiem, że te imiona są zabawne, a dla ciebie nawet śmieszne, ale zapewniam cię, to tylko pozorne wrażenie. – Nadal jednak słychać było głośny śmiech „żołnierza”. - Uspokój się durniu, bo ci przypierdolę! – Warknęła nie mogąc wytrzymać Maleństwo. - Zamilknij, nie jesteśmy tu po to, by się kłócić – przerwał jej Puchatek. Dromo jednak już się nie śmiał. - W domu wszyscy zdrowi. – Powiedział do ogółu, ale nie zabrzmiało to zabawnie. - Skąd ty się urwałeś?! Większość z nas nie ma już własnych domów, a rodzinę odwiedza na cmentarzu, jeśli miało się szczęście, a jeśli nie, to własnoręcznie się ją eksterminuje! Być może wśród tych trupów leży brat kogoś z nas. – Zaczął wściekle Królik, ale z każdym słowem ton jego głosu, był coraz bardziej zgorzkniały. - Proszę cię stary, nie bądź odrazu taki bezpośredni. To nie pomaga innym – uspokajał go Prosiaczek. - Czy ja śnię? W tej kupie gruzu robicie z siebie „Drużynę Puchatka”? Nie…