Akcja · 17 min czytania
Wędrowiec
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Drzwi do karczmy otwarły się powoli, skrzypiąc przeraźliwie. Do środka wszedł mężczyzna, twarz skrytą miał w cieniu kaptura a na plecach jego wisiał miecz. Dosyć dziwny, prawie bez jelca z lekko zakrzywionym ostrzem. Wszyscy zebrani w izbie wieśniacy bacznie obserwowali przybysza. We wsi takiej jak Słoniowa Kość rzadko można było zobaczyć wędrowca. Szynkarz patrzył spode łba, lodowatym spojrzeniem lustrował nieznajomego. Przybysz najwyraźniej nic sobie nie robił z zaciekawienia jego osobą, dziarsko kroczył wśród ław i stołów aż w końcu usiadł na zydlu przy szynkwasie. Zdjął kaptur ukazując młodą i jasną twarz. Jego długie, brązowe włosy były związane za plecami. - Strawy i piwa gospodarzu – nieznajomy zdjął z pleców miecz i położył go sobie na kolanach. Gładził lekko ostrze i rozglądał się niepewnie – Obcych tu nie lubicie, co? - Takich z mieczami to nie – stwierdził chłodno szynkarz – Nic jeszcze nam dobrego nie przyszło po takich jak ty. Zawsze tylko przychodzicie, robicie burdy i spieprzacie. A nam potem po was sprzątać trza. - Nie zamierzam robić burd, chcę tylko zjeść i odpocząć. Gospodarz z niechęcią podał obcemu miskę wypełnioną jeszcze parującymi ziemniakami i kawałkami kurczaka, chwilę później dostawił kufel piwa. Strawa była wyjątkowo dobra. Choć wsie były zacofane technologicznie względem miast, nie posiadały ogrzewania ani nawet kanalizacji, było w nich o wiele łatwiej o smaczne i świeże jedzenie. - Nie wiecie czy ktoś w okolicy nie potrzebuje może pomocnika ? Kończą mi się pieniądze a przede mną jeszcze daleka droga – spytał a widząc zdenerwowane spojrzenie karczmarza dodał szybko – Spokojnie, mam czym zapłacić. - Stary Bilentham chyba szuka kogoś kto pomógłby mu przy zbiorach – stwierdził sucho szynkarz zbierając z blatu zapłatę – Jego syn się rozchorował i nie ma mu kto pomóc. - Rozumiem – odparł – Powiecie mi gdzie mogę go znaleźć ? - znów spojrzał na gospodarza – Nie bójcie się nic mu nie zrobię, możecie mi zaufać karczmarzu. - Na zaufanie trzeba sobie zasłużyć. Podróżny westchnął, dokończył posiłek i wyszedł. Przez chwilę chodził po wiosce i wypytywał miejscowych o owego Bilenthama lecz nie wiele to dało. Wieśniacy nie ufali obcym, nie byli przyzwyczajeni do ich widoku, to też każdego nowego przybysza traktowano jak potencjalnego zbójce. Słońce już zachodziło i wędrowiec jął myśleć o jakimś prowizorycznym noclegu, nie miał bowiem pieniędzy na wynajęcie pokoju. Wtem natknął się na małą, jasnowłosą dziewczynkę. Dziecko szarpnęło go za nogawkę. - Nie macie gdzie się podziać ? - spytała z szerokim uśmiechem na twarzy – Może potrzeba wam czegoś panie ? - Tak dziewczynko – odparł, również się uśmiechnął – Nie wiesz gdzie mieszka rodzina Bilentham ? - Wiem, ja jestem Bilentham ! - Świetnie, zaprowadzisz mnie do swojego tatusia ? Muszę z nim pomówić. -Oczywiście. - Jeśli nie masz gdzie nocować możesz zanocować u nas – rzuciła wesoło dziewczynka gdy byli już w drodze – Moja mama zawsze mówi, że trzeba pomagać potrzebującym, głodnych karmić a biednych poić i w ogóle. - Ta wioska to siedlisko skrajnych zachowań – westchnął obcy – albo każą ci się wynosić albo proponują mieszkanie. - To źle i to źle ? – zadumała się dziewczynka – To jakim trzeba w końcu być ? - Zawsze należy umieć odnaleźć złoty środek. Tymczasem jasnowłosa i wędrowiec zbliżali się już do domu Bilenthamów. Była to drewniana, jednopiętrowa, chata ze słomianą strzechą. Kryła się świetnie wśród falujących na wietrze zbóż, a te otaczały ją z każdej strony. Tuż obok domu stała obora, zdało się słyszeć rżenie koni i świński rechot. Dziewczynka wpadła na podwórko i ruszyła w stronę wejścia, po drodze chwyciła kota i zaczęła go głaskać. Zwierzęciu się to jednak nie spodobało i szybko, za pomocą pazurów, wyswobodził się z objęć. - Ja go lubię bardzo – stwierdził dziewczynka – Ale on mnie chyba nie. A szkoda, bo gdybyśmy się lubili obaj to moglibyśmy zostać przyjaciółmi. Tak samo jak ty i ja ! Wędrowiec nie odpowiedział, uśmiechnął się tylko. Jasnowłosa wparowała do sieni. Obcy szedł wolnym krokiem za nią. W środku nieznajomy usłyszał kłótnie małżonków, dziewczynka wparowała do pokoju gdzie owa się odbywała i wszystko natychmiast ucichło. Chwilę później z pokoju wyszedł mężczyzna. Był wysoki i dobrze zbudowany. Włosy miał krótkie lecz niezbyt zadbane, podobnie brode. Miał na sobie przeciętną, brązową chłopską tunikę. Mężczyzna nie był zbyt zadowolony co zdradzał wyraz jego twarzy. - Czego chcesz ? - spytał ostro - Nie mamy miejsca dla przybłęd. - Nie jestem przybłędą - odparł spokojnie, zdjął powoli miecz z pleców i oparł go o ścianę - nie chcę kłopotów. Słyszałem, że was syn jest chory i potrzebujecie kogoś do pomocy... - Potrafisz go wyleczyć ? - spytała z nadzieją kobieta, która wyłoniła się zza drzwi - Potrafisz ? Błagam wylecz go. W jej oczach błysnęły łzy. Obcy na chwilę zaniemówił, później lekko skinął głową. Kobieta wybauszyła oczy ze zdumienia, pochwyciła wędrowca za rękę i porwała za sobą do izby. Mąż nie był zadowolony, spróbował jej przeszkodzić lecz ta skarciła go spojrzeniem tak złowrogim jak wilczyca, która broni swych szczeniąt. Już wkrótce byli w jedej z sypialni, była to ciasna izdebka. Pod otwartym oknem stało łóżko na którym leżał chłopak w wieku najwyżej osiemnastu lat. Wędrowiec, na początku, nie zamierzał uzdrawiać chłopaka, lecz nie mógł odmówić zapłakanej matce. Podszedł do chłopaka i usiadł na skraju łóżka. Nachylił się i zbadał oddech, potem puls i na końcu temperature. Sprawiał wrażenie obeznanego. - Muszę was prosić abyście wyszli - powiedział wędrowiec - Inaczej nie będę mógł pomóc. - Nie ma mowy ! - wykrzyknął mężczyzna lecz kobieta natychmiast zaczęła go wypychać z pomieszczenia. Wkrótce byli sami. Wędrowiec i chłopak. Przez otwartą okiennice wystrzelił słup białego, oślepiajacego światła. Przebił się on też pod drzwiami za, którymi stali rodzice. Natychmiast wdarli się do pokoju zaniepokojeni. Ojciec chłopaka miał już zaciśnięte pięści i złowrogie spojrzenie, był gotowy do uderzenia. Zawahał się jednak. Na łóżku, obok obcego siedział chłopak, wyglądał na całkiem zdrowego. Matka rzuciła się na siedzących na łóżku, najpierw uściskała wędrowca potem syna. Ten był jeszcze oniemiały i lekko zszokowany ale w pełni zdrów. - Nic mu nie będzie - rzekł obcy - Czy teraz zyskałem wasze zaufanie ? Pozwolicie mi u was pracować ? Nikt nic nie odpowiedział przez bardzo długą chwilę. Później mężczyzna podszedł do wędrowca i podał mu rękę. - Dziękuję - powiedział - Jestem Armm Bilentham, będę cholernie szczęśliwy jeśli z nami zjesz. - Miło mi - odparł wędrowiec - Jestem Loen Mertero. Później wszystko potoczyło się szybko. Najpierw ciepła kolacja ze zdrowym synem, później kilka kufli piwa z mężem kobiety. Na końcu siano w stodole i sen. W nocy wędrowiec ocknał się na chwilę, słyszał jak mężczyzna, który go ugościł przekazuję żywność rebeliantom, elfom i krasnoludom którzy walczyli z królem. Udał, że nic nie słyszał, zwieńczył nawet tę chwilę szczerym uśmiechem. Potem znów usnął.
*
Obudził go krzyk Mishy, żony Armma. Podniósł się gwałtownie ze stogu na, na którym leżał i pobiegł do wyjścia. Usłyszał głosy. - Sprawdź w stodole i oborze - powiedział ktoś na zewnątrz stodoły - On musi się gdzieś tu kryć. Kroki były coraz głośniejsze, Loen rozejrzał się szukając kryjówki. Czym prędzej zanurkował w stóg siana. Dwoma palcami rozchylił lekko siano by móc obserwować wnętrze budynku. Otworzyły się wrota. Do środka wszedł mężczyzna ubrany w niebieski mundur, u boku miał szablę, a przez ramię przewieszony muszkiet. Na twarzy widniał tatuaż, ogromny trójkąt wpisany w okrąg. Mężczyzna w niebieskim mundurze zdjął z ramienia broń i załążył na nią bagnet skrywany w pochwie przy udzie. Następnie zaczął przeszukiwać kolejne stogi siana. Z podwórza natomiast dochodziły kolejne krzyki. Wędrowiec żałował, że zostawił swój miecz w sieni domu Armma. Przeklął cicho, pod nosem. Mimo to mężczyzna przeszukujący budynek odwrócił się w jego stronę. Podszedł i dokładnie zlustrował stóg. W końcu zamachnął się i dźgnął. Kilka centymetrów od głowy Loena śmignęło ostrze bagnetu. Mężczyzna zamachnął się po raz drugi, a wędrowiec wiedział,…