Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

fantastyka · 7 min czytania

Wędrowiec znikąd

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Północny wiatr lodowatym oddechem ogarniał wszystko dokoła. Paraliżował ruchy i zapierał dech w piersiach kroczącemu z niemałym wysiłkiem mężczyźnie. Rozwiane poły czarnego płaszcza uwidaczniały przyczynę powolnego marszu. Wędrowiec był ranny. Okutaną kawałkiem brudnej, zakrwawionej szmaty nogę, powłóczył za sobą. Ból wykrzywiał wysmaganą wiatrem, pokaleczoną twarz i wyciskał łzy, które zamiast płynąć w dół, kierowane podmuchami wiatru znikały gdzieś w okolicach skroni. Zaciśnięte szczęki uwypuklały wystające kości policzkowe i mocny, szeroki podbródek. Przywodził na myśl Indianina, cierpiącego, ale dumnego i powściągliwego w ujawnianiu emocji. Miejsce w którym się znajdował, ziało śmiertelnością i bezdenną pustką. Wokół, jak okiem sięgnąć ciągnęły się bezkresne pola, a elementem urozmaicającym krajobraz były oazy skarłowaciałych akacji. Jedynymi słyszalnymi odgłosami: zawodzący wiatr i ciężkie kroki zdrożonego piechura. Dokąd zmierzał? Co przyczyniło się do powstania krwawiącej rany? Skąd wziął się w tym odludnym, zapomnianym przez świat zakątku? Tego nie wiedział nawet on sam. Zatrzymał się na chwilę - prawdopodobnie by zaczerpnąć tchu i odpocząć. Powiódł dokoła bezradnym wzrokiem. Nie miał pojęcia dokąd iść. Wkrótce miał nadejść zmierzch. Nie posiadał latarki, cieplejszego okrycia, ani wody. Postanowił zatem znaleźć większe skupisko drzew i podjąć próbę rozpalenia ogniska pierwotnym sposobem. Ruszył przed siebie, usiłując pokonać wietrzną ścianę wściekłych, mroźnych podmuchów. Bezskutecznie wypatrywał miejsca odpowiedniego do odpoczynku. Opuszczały go siły i nadzieja na ratunek. Wtedy w oddali spostrzegł migoczące delikatnie światełko. Przyspieszył kroku, by znaleźć się bliżej. Czas dłużył się niemiłosiernie. Sekundy były niczym minuty. Zakrwawiony, prowizoryczny opatrunek praktycznie przestał spełniać swoją rolę. Strużki krwi przesiąkającej przez tkaninę spływały do butów, podobnie jak krople potu z rozgorączkowanego czoła, łącząc się ze łzami, zdążały w kierunku szyi, gubiąc się gdzieś w przepastnych czeluściach kołnierza. Wreszcie udało się rannemu wędrowcowi dotrzeć ku zbawiennemu światełku. Jego oczom ukazał się majaczący w zapadającym zmierzchu budynek. Wiszący u zadaszenia ganku kinkiet miał klosz zamocowany na łańcuchu, więc kołysał się delikatnie wprawiony w ruch wiejącym wciąż wiatrem. Dziwne było to, że dom nie posiadał okien. Mężczyzna zawahał się przed przekroczeniem progu, jakby przeczuwał, że zamiast pomocy może spotkać go coś o wiele gorszego, niż śmierć na pustkowiu. Przygnębiająca była również cisza, jaka zapadła w momencie otwierania ciężkich, rzeźbionych drzwi. ***

Srebrny mustang Shelby mknął z zawrotną prędkością szeroką dwupasmówką. Z głośnika sączyła się głośna wersja „Whiskey in the Jar”. Głos Hetfielda ulatywał w przestrzeń przez opuszczone do połowy szyby samochodu. Kierowca bynajmniej nie przejmował się mijanymi znakami ostrzegawczymi, ani ograniczeniami prędkości. Darł się bez opamiętania w rytm muzyki choć brzmieniu jego głosu…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Wędrowiec znikąd — czytnik · opowiadania