Fantasy · 2 godz. 46 min czytania
Wędrówka w nieznane
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
Wędrówka W Nieznane
1
Niebo było niebieskie, na zachodzie świeciło jeszcze czerwone chowające się słońce, zaś na wschodzie cieniutki jak lichy rogalik księżyc. Śnieg lśnił i mienił się kolorami tęczy, mróz siarczysty otaczał całą planetę, tu na szczytach Białej Wieczności było chyba najzimniej. Dwaj wędrowcy pokonywali śnieżne zaspy, już tydzień minął odkąd opuścili jaskinie w Dolinie Szarego Zająca gdzie był ich dom. Na mapie górskiej bieli wyglądali niczym mrówki, jednak w rzeczywistości nie byli tacy mali. Pierwszy z nich opatulony w wilczą skórę, w butach z króliczych skórek i czapki zastępowanej przez wilczy łeb przedzierał szlak, był wysoki na 200 cm długości, twarz miał zmarzniętą, czerwoną, ale ładną i delikatną, wysoko osadzone kości policzkowe nadawały jej wyraz powagi i uporu. Drugi zaś niewiele mniejszy od tamtego, bo tylko o głowę, otulił się skórą niedźwiedzią, z niej także miał buty i czapę. Twarz jego była pełna desperacji i zaciętości, choć podobna do tamtej to już nie taka ładna, tu kości policzkowe były jeszcze bardziej wystające i wyglądały jakby skóra na nich była naciągnięta do granic wytrzymałości. Jak długo przyjdzie jeszcze im wędrować zanim znajdą to, czego uparcie szukają? Do mrozu, który ich zewsząd otaczał byli przyzwyczajeni, tu w tych górach, w których mieszkali zawsze było zimno, raz mniej, raz bardziej, ale zawsze tylko zimno. Żywili się upolowaną zwierzyną i rybami z jeziora oraz niedaleko położonego od ich wioski oceanu, a także wodną roślinnością, innego pożywienia nie znali. Na tej planecie, w ich świecie nie było nic innego, tylko skały, śnieg, mróz. Wiosna i lato trwały tu bardzo krótko a objawiały się topnieniem śniegów i opadem nowych, czasami zamiast śniegu spadł deszcz, ale to zdarzało się bardzo rzadko, oraz wędrówkami zwierząt. Rzadko kiedy zdążyła wyrosnąć świeża trawa, choć bywały i cieplejsze lata. Wędrowcy szli w poszukiwaniu swojego ojca, który już dwa pełne księżyce temu wyruszył na polowanie i wszelki słuch po nim zaginął. Chłopcy wiedzieli gdzie się mają kierować, na południe, tam był najwyższy szczyt, szczyt bardzo trudny do zdobycia, ale pełen gniazd z młodymi ptakami, tam właśnie miał iść ich ojciec aby zdobyć pożywienie na ostatnie miesiące zimy, zanim pojawią się wędrujące niedaleko ich doliny zwierzęta, podążające w nieznanym Mrozoidom kierunku. - Dero może trochę odpoczniemy – spytał mniejszy, jego nogi były krótsze i ciężej było mu pokonywać śnieżne zaspy. – Jestem zmęczony i głodny. - Przecież niedawno odpoczywaliśmy, dobrze wiesz, że trzeba się spieszyć, czuję to. - Wiem, przepraszam. – odparł ze smutkiem jego brat. Młodszy stąpał za Dero w milczeniu, był głodny, zresztą zawsze był głodny, na tą wędrówkę wybrał się tylko z przymusu. W wiosce brakowało pożywienia, a po ojcu słuch zaginął, jedynie stara wiedźma, praprababka chłopców wyczuwała, że coś jest nie tak jak trzeba, mimo, że jak chciała mogła dojrzeć gdzie, kto się znajduje, tu miała problemy, ktoś lub coś zakrywało jej wizje. Jej stalowe wszystko widzące oczy widziały tylko ciemność, gdy chciała sprawdzić, co dzieje się z jej wnukiem. Nawet zdolności telepatyczne ją zawodziły, napotykała stanowczy opór, ani zaklęcia, ani tajemne wywary nie pomagały, dlatego na poszukiwania wysłała swoich praprawnuków i uczniów. W drogę miały wyruszyć także dziewczęta, starsze siostry Dero i Zona, Merga i Kora, jednak Merga spodziewała się potomka, zaś Korę spotkało na polowaniu nieszczęście i teraz leżała umierająca. Zon szedł powoli i wspominał tamten wypadek. Biały Głaz schował się za oblodzonymi górami, jego wielkie ciało wykarmiłoby pół wioski, zaś białe skóry były by wspaniałym prezentem dla dziecka, które miało przyjść na świat, zaś ogromne kły wspaniale nadawały się na broń myśliwską. Cała rodzina zrobiła wspaniałą zasadzkę, okrążyli zwierza i wycelowali w niego dzidy, jednak jednego nie przewidzieli, że Biały Głaz może być samicą spodziewającą się młodych. Białe futro ukryło jej stan, a bogowie zemścili się za to, że Mrozoidzi chcą zabić przyszłą matkę i tak pokierowali jej wielkimi łapami, że przerażona z wielkim krzykiem, chcąc wyjść cało z opresji biegła wprost na Korę, która została prawie stratowana, przed śmiercią uchronił ją śnieg, w który została wbita. Teraz wszystkie wiedźmy ze wsi próbowały przebłagać bogów, aby te nie zabierały do siebie Kory. - Jak myślisz, będzie żyć? – Zon przerwał ciszę trwającą już bardzo długo? - Jeżeli bogowie się zlitują, wiesz przecież, że nie można ruszać poczętego życia, ono jest święte, a my je naruszyliśmy. - Ale przecież nie było jeszcze nic widać, skąd mogliśmy wiedzieć? Dopiero po polowaniu znaleziono w jej brzuchu młode. - Za mało jeszcze wiesz, nasza praprababka powinna to wiedzieć wybierając zwierzę do zabicia, kiedy rozmawiała z duchami przeddzień polowania. Bera jednak znów miała przysłonięte widzenie i nie zauważyła tego. Miejmy nadzieje, że bogowie przyjmą ofiarę z tych młodych na przebłaganie. – Dero zamyślił się - Wiesz Zon myślę, że ktoś ma większą magiczną siłę od Bero i to ten ktoś miesza, trzeba to wyjaśnić, chodź szybciej. Robiło się już ciemno, księżyc dawał niewiele światła byli, więc zmuszeni poszukać miejsca na odpoczynek. W końcu dotarli do małej dolinki zasypanej śniegiem, wyciągneli łopaty zdobyte na łopatniku w czasie połowu. Łopatnik był rybą żywiącą się wodnymi roślinami, które wykopywał za pomocą łopat umieszczonych w pysku jak zęby. Wykopali jamę w śniegu, nie mieli jak rozpalić ogniska żeby się ogrzać nie było tu ani odrobiny gołej ściany ani drewna, z którego można by było skorzystać, musiało im starczyć po kawałku suszonego mięsa zagryzanego śniegiem i jama, która nie wpuszczała wiatru. W razie zaspy śnieżnej w dach wbili grube, w środku puste laski, które pomagały im w drodze. Laski te były chronione przed zapchaniem śniegiem, przez specjalne korki zrobione z chrząstek, a miały one za zadanie wpuszczanie powietrza do wnętrza jam. - Dero, daleko jeszcze, widzisz coś? – Dero usiadł po turecku i położył palce wskazujące na skroniach, zamknął swoje stalowe oczy, chwilę siedział w skupieniu, nagle krzyknął – pomórz mi, Zon to jest straszne. – Zon przerażony chwycił brata za ramiona i zebrał resztki sił, żeby się skupić. To, co ujrzał było straszne. Za szarą mgłą widać było mężczyznę przywiązanego do pala, całego we krwi z nagim torsem, nic więcej nie zobaczyli, ktoś z nimi walczył, żeby zamazać im obraz, w końcu opadli z sił. - Co to było? – - Nie wiem, ale nie podobało mi się to, jedyne milsze wrażenie, jakie odniosłem to takie, że tam było ciepło, a z tego, co udało mi się zobaczyć to tyle, że ten człowiek nie był w żadnym pomieszczeniu. - Masz rację Dero, ja odniosłem takie samo wrażenie, a ten człowiek to chyba był nasz ojciec, tak mi się zdawało. - Tak, chyba tak, ale w takim razie gdzie on może być, przecież na lodowcu nie ma takiego miejsca gdzie byłoby tak ciepło. - Czy ja wiem, przecież właściwie Mrozoidzi z naszej wioski nie wędrowali dalej jak do szczytu Gniazda, i nasz ojciec też miał tam być, ale co jest dalej, i czy jest coś dalej? - To dobre pytanie, jeżeli coś jednak dalej jest, to my tam musimy iść, żeby znaleźć ojca. Ale jest problem. - Jak to problem, przecież takie jest nasze zadanie, jakie wyznaczyła nam Bera. - Tak, ale po pierwsze jest nas tylko dwóch a ta siła, co nam przeszkadzała zobaczyć coś więcej jest silniejsza, po drugie nie mamy tyle pożywienia, ale to mniejszy problem, to można zdobyć i po trzecie gdzie mamy w ogóle się kierować. - W takim razie teraz idziemy spać i skoro świt ruszamy dalej.
2
- No cwaniaczku ktoś cię szuka, ale nie martw się my nie pozwolimy cię znaleźć - O co wam chodzi straszydła, czego ode mnie chcecie? - Chcemy twojej wiedzy i zdobędziemy ją, ha ha ha ha !!!!!!!!
3
Zanim wstał świt bracia zebrali swoje bagaże, zjedli po kawałku mięsa ze śniegiem i wyruszyli w dalszą drogę. Dzisiaj było gorzej, wiatr utrudniał wspinaczkę, w twarze sypał śnieg, który zmniejszał widoczność. Kierowali się na wyczucie. Szli tak już kilka godzin, kiedy nagle wyrosła przed nimi góra, na której szczycie mieściło się Gniazdo, teraz należało się wspiąć, jednak wiatr był coraz silniejszy i mimo, iż był dopiero środek dnia, nie mogli dzisiaj zacząć się wspinać. - Poczekaj tu a ja się rozejrzę za miejscem na nocleg. - O nie Dero, idę z tobą, bo się pogubimy. - Tak, chyba masz rację, chodźmy. Poszli kawałek w lewo, Dero szedł pierwszy i potknął się o coś, co wystawało odrobinę w śniegu. - Patrz Zon tu jest drewno. - Aha, znajdźmy jakieś dobre miejsce to może uda nam się ogrzać. Nie uszli daleko jak zobaczyli jaskinię, ostrożnie wsunęli się do środka, nie było czuć żadnego zwierza, ani też nie było tu zbyt ciepło, co oznaczało, że jaskinia jest niezamieszkała, zwierze, bowiem wydalałoby z siebie to ciepło, jaskinia nie była jednak na tyle głęboka, aby mógł się ty chronić jakiś większy zwierzak. - Zostawmy nasze pakunki i przynieśmy tu tamto drewno. - Poczekaj Dero, tu ktoś był, czuję pod dotykiem jakieś drewno, daj krzesiwo zapale to. – wziął do ręki jedną z gałęzi leżących pod nogami i zapalił. Rzeczywiście po prawej stronie jaskini leżało wyschnięte drewno, rozpalili ogień, nazbierali śniegu do garnczka na herbatę z wodorostów i do drugiego na pożywną zupę z resztek zapasów. - Chyba będziemy musieli spędzić tu kilka dni i zdobyć jakieś pożywienie na dalszą drogę, czeka nas, bowiem nie tylko wspinaczka jak myśleliśmy, ale także dalsza droga, dziś wieczorem będziemy musieli skontaktować się z babką Deno i przekazać to, co już wiemy i, że musimy iść dalej. - Dlaczego Dero, chcesz kontaktować się właśnie z nią a nie z praprababką? - Ponieważ z nią jest mi łatwiej nawiązać łączność, poza tym Bera będzie pewnie siedzieć przy naszej siostrze nie można jej przeszkadzać, a Deno nie ma uzdrawiającej siły, jedynie umie posługiwać się telepatiom, więc ma więcej siły na to, powinieneś bardziej uważać na lekcjach naszych babek i dziadów, przez ten brak uwagi nie wiadomo, co ty tak właściwie potrafisz. - Czy to aż takie ważne, przecież wszyscy z naszej rodziny mają ponadnaturalne zdolności, więc i moje pojawią się wtedy gdy przyjdzie potrzeba. Zon nawet nie wiedział jak bardzo przydały by się te jego zdolności już teraz, nie zdawał sobie w ogóle sprawy z tego jaka wielka siła jest w nim uśpiona. Dero najedzony i ogrzany usiadł przy ognisku i próbował się skoncentrować, ale ciepło usypiało go, zapadł w drzemkę. Po pewnym czasie Zon spytał się: - Dero jak ci idzie? - Co, a tak chyba przysnąłem, jestem strasznie senny. Poprawił się i skoncentrował: - Nie, tak nie da rady, pomóż mi. Złapali się za ręce i myślami zaczęli błądzić, aby dotrzeć do plemienia, w końcu usłyszeli w swoich myślach głos, głos stary zmęczony i smutny, zrozumieli, ich siostra przegrała walkę z bogami, odeszła. Obaj chłopcy z rozpaczą spojrzeli na siebie i z powrotem zamknęli oczy, po niedługim czasie seans był zakończony. Smutek wdzierał się im w każdy zakamarek ciała, obaj płakali. Mrozoidzi byli bardzo związani więzami krwi, kiedy umierał ktoś z rodziny wszyscy długo rozpaczali, a chłopcy w dodatku nie mogli towarzyszyć Korze w jej ostatniej drodze. Według obrzędu ciało zmarłej miało być obwiązane jej najlepszym płaszczem z kamieniami przywiązanymi do rąk i nóg, duchy kamieni miały ją chronić w drodze do drugiego świata, następnie miało spocząć na dnie oceanu, do którego odprowadzał je korowód składający się z całej społeczności, zmarły był prowadzony nad urwisko i tam przy dźwięku bębnów, piszczałek i śpiewu wrzucany do oceanu. Od ich wioski do oceanu szło się trzy dni i trzy noce, dlatego zawsze w takich wypadkach w wiosce zostawali najstarsi i dzieci. O tym wszystkim rozmawiali Zon i Dero, zastanawiali się czy najstarsza z ich rodu Bera pójdzie z korowodem i odprawi modły, czy też zrobi to ich prababka Deno lub matka matki Oka. Był to obowiązek najstarszej w rodzie czarownicy, jednak Bera była już tak stara, że poruszała się z wielką trudnością, jeżeli zaistniała taka potrzeba, że była zmuszona iść gdzieś dalej to ktoś ją po prostu zanosił. Bracia rozmawiali długo, wspominali swoje dzieciństwo, wszystkie psoty z siostrą i to jak jej dokuczali, ciągnęli za warkocz i robili jej psikusy, walczyli z nią na kule śniegowe lub zjeżdżali razem z pagórków, ich pierwsze wspólne polowania i połowy. Nawet nie zauważyli, kiedy zrobiło się całkiem ciemno, zjedli resztę zupy i położyli się spać podkładając do ogniska, żeby jego ognie ogrzewały ich jeszcze jakiś czas.
4
Część 22 / 4
Na zewnątrz panowała zawierucha, ale oni byli zmuszeni wyjść na polowanie, w pakunkach nie mieli już nic do jedzenia a czekała ich jeszcze kilku dniowa wspinaczka na szczyt Gniazda. Tam, co prawda czekało na nich smakowite świeże mięso piskląt oraz bardzo cenne jaja, ale do tego czasu też musieli coś jeść. Żeby nie zgubić się w tej zawiei wbili w lód jedną z gałęzi, które znaleźli i przywiązali do niej jedną derkę, która służyła im za okrycie w czasie snu. Wędrowali dość długo i właśnie zaczęli tracić nadzieję, że coś upolują, gdy wiatr nagle ustał, a około stu kroków przed nimi stał ogromny oszczepnik. Spojrzeli po sobie, wiedzieli już, co mają robić. Zon okrążył zwierza, Dero zbliżył się na trzydzieści kroków i w jednej chwili z bratem rzucił oszczepem w stronę zdezorientowanego przeciwnika. Oszczepnik miał długie cienkie kły, zakończone bardzo ostro, i ogromny łeb na środku, którego znajdował się ogromny okrągły nos z dwoma dziurami, a nad nim w małej odległości od siebie dwa okrągłe małe oczka. Pod nosem zaś znajdowały się małe usta. Sierść była długa i wycierała lód ze śniegu. Z oszczepnika było dużo tłuszczu, który przy takim mrozie był im bardzo potrzebny. Zwierz padł na miejscu, broń przebiła mu tętnice po obu stronach. Krojenie zaczęli od kłów. - No to mamy dodatkową broń, będzie trzeba tylko przypiłować, żeby nie były takie grube, bo źle wtedy się rzuca – ucieszył się Zon. - Tak, weź to – Dero podał mu odcięte kopyta – będzie trzeba zrobić klej, nigdy nie wiadomo, co może nam się przydać w dalszej drodze, skoro nawet nie wiemy gdzie mamy szukać ojca, trzeba też wyprawić skórę, stopić tłuszcz i uwędzić mięso, po powrocie do jaskini pójdę szukać drewna a ty zajmiesz się zrobieniem dołu pod wędzarnie. - To nie będzie takie proste, lód jest tu gruby, ale można by było poszukać zagłębienia, czy jakiegoś dołu w skale. - Tak, chyba tak, inaczej się nie da, w takim razie poczekamy z tym. Najpierw przyszykujesz mięso, a później ty wyjdziesz, tak żeby zawsze ktoś był w jaskini i pilnował mięsa, nigdy nic nie wiadomo, jakie zwierze poczuje krew. - A propos krwi, ugotujemy dzisiaj na niej potrawkę z resztkami, no nie. – Zonowi świeciły się oczy na samą myśl, taka potrawka była jego ulubionym daniem i czuł się po niej bardzo silny i gotów na nowe wyzwania. Zrobili jak było powiedziane. W czasie jak Dero szukał drew do wędzarni Zon wyczyścił kopyta i stopił je na klej, porozdzielał mięso na części do wędzenia i wysuszenia lub gotowania, to, co mieli ugotować miało być na początek podróży w nieznane. Zaś, kiedy przyszedł starszy brat wyszedł szukać zagłębienia w skale żeby przyszykować je na wędzarnie. Nie potrzebował oddalać się zbyt daleko, co bardzo go ucieszyło, gdyż jak już wszystko zostanie przygotowane łatwiej będzie pilnować dymu. Tuż obok wyjścia z jaskini znalazł wgłębienie, oczyścił ze śniegu rozłożył oszczepy, żeby było, na czym ułożyć mięso i wrócił do jaskini po przyniesione wcześniej drewno i pokazać bratu, co zrobił i jak. - Trzeba pomyśleć, co zrobić żeby nam nie zwiało to mięso. - Myślałem, żeby przywiązać je żyłami. - Tak też zrobimy, tylko czy w nocy jakieś zwierze nam go nie spróbuje ukraść, lepiej będzie jak będziemy przy nim czuwać na zmianę do póki nie będzie dobre. Czuwanie zaczął starszy z braci, robiło się już ciemno i jak co wieczór mróz chwytał jeszcze bardziej, zmienić się mieli po północy, czyli jak księżyc będzie już bardzo wysoko. Młodszy brat nie poszedł jeszcze spać, ugotował potrawkę i zaniósł Derowi, aby ten zjadł i się ogrzał przed czuwaniem nad dymiącą dziurą, do jego obowiązków należało ponadto pilnowanie dymu, dlatego Zon doniósł także drew. Zon chciał jeszcze przed snem wyprawić, chociaż część pociętej skóry, a nie była to szybka praca, trzeba było w jednostajnym tempie ocierać płaskim kamieniem o lewą stronę materiału, takie skórki miały być później spakowane do dalszej drogi. Kiedy zrobiło się już dość ciemno poszedł jeszcze sprawdzić czy bratu nic nie trzeba i położył się spać. O północy Dero zbudził Zona, aby ten go zmienił, powiedział, że drewno do wędzarni dopiero podkładał i żeby, co jakiś czas poruszać nim, tak, aby było więcej dymu i położył się spać. Rano znów się zmienili, tym razem Dero wziął skórki do wyprawienia, aby mieć zajęcie. Zanim wyszedł odgrzali szybko wczorajszą potrawkę i zjedli. Zon postanowił się zdrzemnąć. Kiedy się wyspał poszedł nazbierać jeszcze drewna i zobaczyć czy nie jest potrzebny bratu. Dero akurat przekładał mięso na drugą stronę. - Potrzebujesz czegoś? - Napiłbym się ciepłej herbaty, trochę mi zimno od takiego siedzenia, a ta dziura nie daje wiele ciepła. - No ciepła może to nie, ale ty już apetycznie pachniesz wędzonką. - No coś ty, tylko mnie nie zjedz, ale serio, bardzo dobrze, że podzieliłeś to mięso na takie cienkie kawałki, a właściwie plastry, bo w tym tempie pojutrze będzie można wyruszać dalej. - W takim razie idę robić tą herbatę i przyszykuję coś do jedzenia, aha wyczyściłem jelita, mogą się przydać w czasie drogi, a zaraz wezmę się za kości, zrobię z nich igły do wspinaczki, musi ich być dużo żeby nie trzeba było się bać, że zabraknie. Dni mijały im na ciągłej pracy. Minęło sporo takich dni, zanim dopiero mogli ruszyć w dalszą drogę, pogoda, bowiem nie sprzyjała dalszej wędrówce. Tak, więc chociaż mięso było gotowe musieli odłożyć wymarsz, znów, bowiem zerwał się silny wiatr i musieli zostać w jaskini. W końcu jednak na tyle się uspokoiło, że mogli wyruszać. Z samego rana jak tylko zobaczyli, że wiatr ucichł i śnieg przestał sypać zebrali wszystko, wszystkie narzędzia, które zrobili z kości zwierzęcia, mięso i skóry, oraz to wszystko, co zabrali z domu i wyruszyli w dalszą drogę. Pakunek był dużo większy niż wtedy, gdy wyruszali z wioski, ale wtedy nie mogli sobie nawet pozwolić na to żeby wziąć ze sobą spore ilości jedzenia, jeszcze trochę a będzie tam panował głód, chyba, że uda się ludziom coś złowić pod lodem. Musieli poza tym pamiętać, że nie wiedzą jak długa droga ich jeszcze czeka, wiedzieli tylko, że ich ojciec jeszcze żyje i że muszą się spieszyć, aby go uwolnić, bo to, że jest w niewoli wyczuwali bardzo dobrze, a Dero widział to w swoich myślach. Z wioską nie kontaktowali się w tym czasie, chcieli poczekać, aż dojdą na szczyt i będą mieli, co przekazać. Wiedzieli, że plemię nie martwi się o nich, jeżeli by tak było to któraś z wiedźm próbowałaby się z nimi skontaktować telepatycznie. Pakunki rozdzielili po połowie, tak, aby było sprawiedliwie i ruszyli w drogę. Na początku szło się dość łatwo, choć śnieg był świeży nie napadało go wiele. Pod koniec dnia zrobili krótką przerwę na posiłek, mieli nocować na szlaku jednak, gdy ujrzeli na niebie zapowiedź jasnej nocy postanowili chwilę odpocząć i ruszyć dalej, nie chcieli dłużej zwlekać i tak z powodu wiatru mieli kilka dni straconych. Księżyc oświecał im drogę, cała jego okrągła twarz odbijała swoje światło od śniegu, co pozwalało iść dość szybko, na tyle na ile pozwalał im głęboki tutaj biały puch. Nad ranem jednak musieli dać za wygraną, byli zmęczeni a czekał na nich naprawdę trudny odcinek, zaczynała się stromizna. Położyli bagaże na śniegu i zaczęli oglądać się za jakimś cichym zakątkiem. Na prawo od nich, jakieś kilka kroków dalej było wgłębienie w skale, podnieśli pakunki i skierowali swoje kroki w tamtą stronę. Wgłębienie nie było duże, akurat takie, że obaj mogli usiąść i oprzeć się o zimną skałę. Niedaleko widać było niewielki lasek, tu na dłużej zatrzymywała się wiosna, więc las miał oparcie dla swoich korzeni, mógł spokojnie rosnąć. Zostawili tobołki i bez słowa skierowali się w stronę tego lasku w poszukiwaniu chrustu. - Bogowie nad nami czuwają. – Powiedział Dero kładąc przed wnęką drewno. - Chyba muszę się z tobą zgodzić, ja też mam całą wiązkę, napijemy się gorącej herbaty, co? Po rozpaleniu ognia zebrali do kociołka śnieg i czekając aż się stopi i zagotuje szykowali śniadanie, kiedy woda wrzała i zrobili zielony napój rozsiedli się wygodnie, aby odpocząć. W końcu obaj usnęli. Nie spali długo, kiedy się obudzili słońce było jeszcze nisko. Zebrali swoje rzeczy, przewiązali się sznurami i zaczęli się wspinać po stromych skałach. Nie było to łatwe, bowiem skały były śliskie od lodu. Pierwszy z nich Dero wbił igłę specjalnie do tego celu zrobioną przez brata, jedną ręką, oparł na nim nogę, następnie wbił kolejne, aby mieć, na czym się podciągnąć i oprzeć nogi, Zon szedł za nim. Niestety igły te były spisane na straty, chyba, że będą wracać tędy przed roztopami, wtedy mogliby je zebrać, tak jak robili to zawsze, kiedy szli upolować ptaka, lub po jajka na Gniazdo. Tym razem jednak szli dużo dalej i prawdopodobnie, kiedy będą tędy wracać igieł już nie będzie, w czasie topnienia lodu spadną i ukryją się gdzieś w zakamarkach skał. Zon trochę się bał, że igieł może zabraknąć, mimo iż zrobił ich dość sporo i mieli węzełek tych, które wzięli ze sobą z domu. Wspinali się dość mozolnie, słońce już zaszło dawno temu, siły ich opuszczały, w końcu starszy brat zarządził odpoczynek. Po prawej stronie znaleźli niewielką półkę, mogli jedynie na niej stać i to w dodatku bardzo blisko siebie, inaczej by się nie zmieścili. Dla nich dobre było, chociaż to, posilili się na stojąco ugotowanym mięsem i zagryźli śniegiem, postali chwilę i postanowili ruszyć dalej. Po uciążliwej wspinaczce około południa dotarli na miejsce. Ich oczom ukazał się piękny widok. W zagłębieniu, jakby ogromnym dole, nie głębokim, ale szerokim było bardzo dużo gniazd, które kryły się w zielonej trawie, było tu niesamowicie ciepło. Bracia zrzucili z głów okrycia i wdychali pachnące powietrze. Nad dolinką latały ogromne ptaszyska i strzegły swych rodzin. Do gniazd nie można było podejść od tak sobie, potrzebna była technika, żeby ptaki nie zaatakowały. Na początek postanowili odpocząć i rozebrać się. - Wiesz Dero, ale to niesamowite, że jeszcze przed chwilą było tak zimno. Tu jest bardzo ciepło i zielono, nawet kwiaty tu rosną i można zdjąć kożuchy. - Tak, ale uważaj, bo te ptaszyska krążą bardzo nisko i są czujne. Obaj zostali w ciepłych puchowych spodniach, ale na górze zostawili sobie tylko cienkie koszule wykonane z ptasich skórek, oskubanych z piórek. Na razie nie chcieli jeść, mieli ochotę na świeże jaja, tęsknie patrzyli w stronę krążących ptaszysk. - Chodź Zon, przechytrzymy naszych milusińskich, ale weźmiemy ze sobą pakunki, bo i tak mamy iść dalej, więc trzeba przejść przez ten kocioł. Zebrali swoje rzeczy i czołgali się w dół zbocza, całe szczęście nie było tu stromo, jedynie słabe nachylenie. Powoli przesuwali się między gniazdami, tam gdzie nikt nie siedział na jajkach sięgali rękoma i brali je, brali także pisklęta, którym od razu ukręcali łebki. Wszystko to pakowali do głębokich kieszeni, całe szczęście jajka miały bardzo grube skorupy i nie łatwo było je zbić, kieszenie zaś były głębokie i szerokie ze specjalnym zapięciem na rzemienie, więc nie groziło im, że skarby powypadają. Jednak, czym dalej się posuwali szło im to coraz gorzej, kieszenie były wypchane po brzegi, zmuszeni, więc byli wstać. Całe szczęście wyszli w takim miejscu gdzie do następnej ściany gniazda nie było bardzo daleko, przebiegli go bardzo szybko. Wdrapali się na górę i przeżyli szok. Przed nimi rozciągał się wspaniały widok, z tej strony nie było tak stromo jak poprzednio i w dodatku dalej widać było następne szczyty. Zawsze, kiedy ojciec ich tutaj zabierał zbierali tylko jaja i pisklęta przy samym brzegu po tamtej stronie i wracali, nigdy nie zapuszczali się na drugą stronę, w wiosce mówiono, że ci, którzy postanowili przejść dolinę i iść dalej żeby zobaczyć coś więcej nigdy nie wracali. Dlatego właśnie o dalszym świecie wioska nie wiedziała nic, prócz tego, że dalej są tylko skały, skały, które nie były pokryte lodem. Rzeczywiście szczyty, które mieli w polu swego widzenia pokryte były zielenią, choć ten najwyższy, który ukazał się ich oczom przykrywała pierzyna śniegu. Usiedli na skałkach i wyjęli swoje zdobycze, obok położyli również swoje pakunki zarzucone do tej pory na plecach. Zostało im kilka igieł, jedną z nich wywiercili otwory w jajkach i pili ich zawartość, resztę jaj trzeba było ułożyć wygodnie między skórami. Jeżeli szczęście dopisze i po drodze nie wypiją reszty pozostawionych jaj to po jakimś czasie wyklują się z nich pisklęta i będzie można je przez jakiś czas karmić, aż podrosną i jeszcze zanim nauczą się latać zabić. Tak zawsze robili, kiedy brali jaja do domu, teraz pisklęta miały zginąć zaraz po wykluciu. Jedzone były w całości włącznie z wnętrznościami i bardzo kruchymi kostkami, Mrozoidzi, bo tak właśnie nazywało się ich plemnię, mieli bardzo mocne zęby, takie jak mają mięsożerne zwierzęta. Po posiłku postanowili rozbić niedaleko obóz, powinni skontaktować się z praprababką i porządnie wypocząć przed nieznanym. Nie wiedzieli jak się za to zabrać, w pobliżu nie było żadnej jaskini, ani śniegu, w którym mogliby wykopać jamę. Była tu goła ziemia, a raczej skała. Zeszli jeszcze niżej, tu rosły drzewa. - Może by tak przewiązać drzewa tym sznurem, który używaliśmy do wspinaczki i przerzucić przez niego skóry, będzie przynajmniej jakiś dach nad głową? – Zaproponował Zon. - Wiesz, że to nawet dobry pomysł, tylko skórki są chyba za małe? - Spróbujmy je połączyć za pomocą tych żył. – Zon wyjął z pakunków, żyły i futerka po upolowanym niedawno oszczepiaku. - O, a tu można podwyższyć je za pomocą naszych lasek. – Zaproponował Dero. Dzięki tym pomysłom wyszedł im całkiem pokaźny namiot. - Tylko ognisko będzie trzeba rozpalić na zewnątrz, żeby nam nie spłonął nasz dom. - Tak i jajka musimy zjeść, bo i tak nie zostało nam skór, żeby je opatulić. - No to na kolację jemy jajecznicę. Teraz idę nazbierać drewna na ognisko, a ty tymczasem oskub te pisklaki, jak wrócę skontaktujemy się z Bero. – Dero poszedł zostawiając dumnego ze swojego pomysłu brata. Zon siedział zamyślony na kamieniu, jego stalowe oczy zaszły mgłą, zawsze tak się działo, kiedy myślami był gdzie indziej. Oczy miał skośne, podchodzące do góry przy nosie, nos ten był mały i miał tylko jedną dziurkę. Usta składały się w dziób, broda była płaska i zarośnięta, złotą szczeciną, taki kolor miały również jego mocno poskręcane włosy, sięgające do mocno zbudowanych ramion. Zresztą wszyscy w wiosce byli dobrze zbudowani, barczyści i wysocy, mięśni nabierali w czasie codziennej ciężkiej pracy. Zon myślał o domu.
5
- Szybko Bero, Merga dostała silnych buli, zaraz urodzi. - Stara powlekła się do jaskini rodzinnej, którą zajmowała Merga z mężem i rodzicami oraz braćmi, których teraz nie było. Była to jama we wnętrzu góry, w której mieszkało całe plemię. Światło dawał płomień z ogniska i pochodnie przymocowane na ścianach, było tu ciepło i przyjemnie, nie czuć było wiatru, który hulał na zewnątrz. Merga leżała na skórach, była spocona i przestraszona, zawsze poród odbywał się szybko i prawie bezboleśnie. Dziecko, które rodziła było jej pierwszym, ale była już przy kilku porodach, jako wnuczka najważniejszej wiedźmy w plemieniu musiała uczyć się jak to się odbywa i wiedzieć, co ma robić w razie komplikacji. Choć problemy przy porodach pojawiały się bardzo rzadko, teraz miała jednak poczuć je na własnej skórze. Poród ciągnął się w nieskończoność, Bera zaparzyła specjalnych wodnych ziół i odmawiała nad rodzącą zaklęcia, wzywała duchy, aby jej pomogły. Po dwóch dobach męczarni i ogromnego strachu urodził się chłopiec, świeżo upieczona matka była strasznie zmęczona, ale szczęśliwa, chłopiec żył, jednak wyglądał dziwnie. Na jego główce były trzy różki, dwa z przodu, jeden z tyłu, na czubku skręcała się czarna czupryna, rączki i nóżki miały po sześć palców, a na klatce piersiowej widniał znak trójkąta, z którego czubków odchodziły trzy krople. - Dlaczego mój syn wygląda tak dziwnie babko? – Spytała Merga, przytulając płaczącego dzieciaczka, jego głosik był cichy. - Nie wiem, ale jeszcze dzisiaj spytam o to duchy. - Nie trzeba babko, - podeszła do nich matka Mergo, Sanada – ja wiem, dlaczego – Sanada pochodziła z całkiem innej wioski, jej mąż będąc na Gnieździe razem ze swoim ojcem znalazł ją. Jej ojca zaatakowały ptaki i nie przeżył, a ona jako dziecko jeszcze nie potrafiła sama znaleźć drogi do swego domu, więc chłopiec wyprosił u ojca, aby zabrać ją do ich wioski, choć nigdy tego nie robili ze strachu przed nieznanym – przypominam sobie mojego dziada, co prawda dosyć mgliście, bo przecież byłam bardzo mała jak mnie znalazł mój mąż, ale jednak, on też tak wyglądał, nie pamiętam za, wiele, ale patrząc na to dziecko mam wrażenie jakbym patrzyła właśnie na niego. - Nigdy o tym nie mówiłaś – Bera była zdziwiona. - Tak, muszę przyznać, że nie pamiętałam za wiele z mojego dzieciństwa, jak już wcześniej wspomniałam, wiem tylko, że bardzo długo wędrowaliśmy z ojcem w poszukiwaniu przygód, ale jak już mówiłam malec przypomina mi moje dzieciństwo. - No dobrze zastanowimy się nad tym później, może sobie więcej przypomnisz, teraz dajmy Mergo odpocząć.
6
Zon nawet nie zauważył brata, dopiero, kiedy ten zrzucił na ziemię naręcze chrustu podniósł powoli głowę. - W domu coś jest nie tak, wyczuwam to bardzo dobrze, nie wiem, co się dzieje, ale czuję, że coś jest nie tak. - Co ty mówisz, jak to możliwe, przecież ty nie masz daru telepatii? - Wiem, tym bardziej się niepokoję, siadaj i skontaktuj się z Bero. Dero zrobił jak mu kazał brat, złapali się za ręce, mimo iż Zon nie miał zdolności telepatycznych, przekazywał siłę Derowi, dzięki czemu mimo powłoki, a raczej cienia, który stał im na drodze mogli dotrzeć myślami do babki. - Nie wiem, o co ci chodzi, rzeczywiście Mergo urodziła chłopca i czuję również, że coś z nim jest nie tak jak, powinno, ale Bera wyraźnie dała mi do zrozumienia, że dziecko jest zdrowe. – Powiedział Dero po dość długim skupieniu, w czasie, którego wezwał do „rozmowy” swoją praprababkę. - Ja sam nie wiem, o co chodzi, ale kiedy myślę o domu czuję jakieś dziwne zdenerwowanie i niecierpliwość. - Szkoda, że nie możemy wrócić do domu, dowiedzielibyśmy się, co się tam tak naprawdę dzieje. Teraz chodź zjemy jajka i popijemy resztą herbaty. Szkoda, że nie ma tu jeziora, w którym można by było zanurkować po świeżą, wysuszyłoby się i nie musielibyśmy pić czystej wody. Po smacznej kolacji ułożyli się na skórach przodem do ogniska, tak, aby zanim jeszcze zasną mogli dokładać do niego drew. - Tęsknię za domem. - Ja też, ale coraz bardziej martwię się o ojca, za każdym razem, kiedy próbuje się z nim skontaktować napotykam stanowczy opór, jakieś skondensowane zło, nie podoba mi się to. – Dero podłożył do ognia. - Mnie też, jak myślisz, w co wplątał się nasz ojciec? – Zon nie mógł uleżeć, więc wstał i zaczął krążyć koło ogniska. - Nie mam pojęcia, ale musimy tam dotrzeć i go uwolnić, bo że jest w niewoli to czuję bardzo dobrze, ale, u kogo tego nie wiem.
7
Keraj był przykuty łańcuchami do ściany lochu, przez cały czas próbował skontaktować się z kimś z wioski, najpierw ze swoją prababką Berą, później ze swoim synem Dero, jednak na próżno, ciemna zasłona zła nie dawała się zniszczyć ani przeniknąć. Pozostawało mu myśleć tylko o tym miejscu, w którym się znalazł, a może jego młodszy syn Zon będzie umiał tu trafić czytając w jego myślach, zakładając, że odkrył już swój talent. Wiedział, że syn jeszcze nie wie, co potrafi, on jednak wiedział, pamiętał jak Zon czytał w czyichś myślach jako mały chłopiec, jednak później uśpiły się jego zdolności, tak, że chłopiec nie potrafił dojść do tego, co w nim mieszkało. Stało się tak przez wypadek, który przeżył w wieku 6 lat. Przy zabawie z innymi dziećmi wewnątrz jaskini spadł ze skały i uderzył się w głowę, później musiał uczyć się wszystkiego od nowa, nic nie pamiętał, a zdolności z braku ćwiczeń zostały uśpione. Jedyna nadzieja w tym, że albo Zon sam odkrył swoje zdolności albo ktoś mu o nich przypomniał, myślał Keraj wyglądając przez okratowane okno.
Część 33 / 4
8
Zon intensywnie myślał o ojcu, gdzie on może być. Dero coś sobie przypomniał: - Zon, tak sobie myślę, matka mówiła kiedyś, że jako dziecko potrafiłeś czytać w myślach, spróbuj zrobić to teraz, ja o czymś pomyślę a ty powiedz, co to. - Wygłupiasz się jak to możliwe, nikt takich zdolności nigdy nie miał, telepatia, kontakt z duchami przodków, uzdrawiająca siła, to u nas w rodzie normalne, czasami zdarzają się inne zdolności, takie jak jasnowidzenie, ale nie czytanie komuś w myślach. - Spróbuj, chociaż, może to się uda, pamiętam, że matka była tym bardzo zdziwiona, rzeczywiście nikt tego nie potrafił, umiemy czarować, wzywać duchy, porozumiewać się za pomocą myśli, ale nie czytać w myślach, dlatego matka była taka zdziwiona i opowiedziała mi o tym niedawno zastanawiała się czy ci o tym powiedzieć, ale ostatnio w wiosce tyle się działo, że w końcu chyba zapomniała. - No dobra. – Zon usiadł i skupił całe swoje myśli na bracie, po dłuższym czasie podniósł rozpromienioną twarz, - myślisz żeby zjeść resztę tego gotowanego mięsa. - Tak, właśnie o tym myślałem, no widzisz jednak to prawda, jak to odczytałeś? - Właściwie to nie tak, myślałem o tobie i wyczułem, że jesteś głodny i myślisz o tym, co jest tu blisko, nawet bardzo, a obok ciebie leży to mięso w tych tobołkach, właśnie to gotowane, bo reszta jest tu, koło mnie. - Musisz trochę poćwiczyć, co powiesz na to żebyśmy to robili, co wieczór, jak rozbijemy obóz. - Dobra, czemu nie. Na tym stanęło, chłopcy położyli się spać, Zon jednak długo nie mógł zasnąć, próbował przypomnieć sobie po raz setny, co było przed wypadkiem, jednak jak zwykle na próżno, z głębokim westchnieniem przewrócił się na bok i po dłuższym czasie zasnął. Słońca nie było w ogóle widać, chmury pokrywały całe niebo, długimi krokami wędrowała do nich wiosna, z tych chmur niewątpliwie spadnie deszcz. Było dość ciepło, ciepłe kurtki spokojnie mogli spakować i zostawić na sobie jedynie prócz koszul z ptasich skórek, cienkie kurteczki z letnich futer zajęcy wyprawionych z obu stron i wyczyszczonych starannie z sierści. Spodnie także zmienili, ściągnęli ciepłe futrzane a zostawili tylko te, które nosili zawsze pod spodem. Spodnie te szyte były podobnie do letnich kurtek, do nich także używano skórek wyprawianych z obu stron z przeróżnych zwierząt. Zon miał na sobie spodnie zrobione ze skóry konedara zaś Dero z korona. Konedar i koron były zwierzętami mieszkającymi blisko ludzi, były ich przyjaciółmi i pomocnikami. Konedar miał sześć łap i puszysty ogon, łeb jego był okrągły i łysy, uszy sterczały wysoko, miały bardzo dobry słych i węch, ich nos miał trzy części, dlatego mogły wyczuć coś, co znajdowało się jeszcze daleko, uprzedzały Mrozoidów przed niebezpieczeństwem. Korony miały cztery łapy, i były olbrzymie, miały niesamowitą siłę, dawały żółty napój, nazywany mlekiem i pomagały ciągnąć sanie kiedy przyszła taka potrzeba, w przeciwieństwie do konedara, który odżywiał się mięsem, on odżywiał się tylko rybami, które sam łowił w jeziorze, chyba że wyprawiano się dalej wtedy jadł to co akurat znalazł lub dostał. Szli przed siebie cały dzień, raz w górę raz w dół, nie mogli się nadziwić, że nie ma tu śniegu tylko gołe skały, choć musieli przyznać, że tak szło się łatwiej. W pewnym momencie trafili na niewielką polankę, więc postanowili odpocząć, ale tylko chwilkę, chcieli dojść dzisiaj jak najdalej, do tego jeszcze musieli znaleźć jakieś schronienie przed deszczem. Na ich szczęście było ty dużo jaskiń, mniejszych i większych, jednak bali się czy te jaskinie nie są już zamieszkałe. Zjedli przygotowane wcześniej pisklęta i ruszyli w dalszą drogę. Zaczęło się już ściemniać, kiedy doszli do niewielkiej groty, zapalili przed nią ognisko, żeby wykurzyć jej lokatora, jeżeli taki by był, choć żaden z nich nie wyczuwał zapachu zwierzęcia. Trzeba dodać, że ich nosy z jedną dość dużą dziurką miały dobry węch, dzięki nim „wywąchiwali” zwierzęta na dużą odległość. Nosy jak zwykle ich nie zawiodły, w środku prócz pająków nie było innych lokatorów. Było już ciemno, księżyc nie wychylił się zza chmur nawet na moment, zaczęło nawet kropić. Zon i Dero siedzieli przy ognisku wtopieni we własne myśli, a właściwie Zon wtapiał się w myśli brata. Ćwiczyli. Coraz lepiej szły im te ćwiczenia. Już, kiedy się kładli spać Zon zaczął mówić jakby do siebie. - Jest ciepło, nawet bardzo, pośrodku jest okrąg, pośrodku tego okręgu stoi kamień chyba ofiarny, bo cały zalany krwią, naokoło są skały, gołe skały, coś strasznie śmierdzi, widzę coraz gorzej, jest coraz ciemniej. - O czym ty mówisz? – Dero podniósł się na łokciu i przypatrywał się bratu w świetle dogasającego ogniska. - Wiesz, myślałem o ojcu i zastanawiałem się, o czym on może teraz myśleć i w głowie ukazał mi się taki właśnie obraz. Wiesz, co myślę? - Nie, a co? - Myślę, że muszę spróbować zrobić to samo jutro rano, wydaje mi się, że dzięki moim zdolnością dowiemy się w końcu gdzie szukać ojca. Chłopcy położyli się spać, na obu sen przyszedł bardzo szybko, niezauważenie, byli naprawdę zmęczeni. Rano zbudził ich śpiew ptaków i ciepło promieni słonecznych. Przeciągnęli się i usiedli zdziwieni, jeszcze nigdy nie słyszeli tylu ptaków i nie czuli takiego ciepła bijącego od słońca. Świergot, pisk, gruchanie i inne przeróżne dźwięki, jakie potrafią wydawać ptaki. Wyszli z jaskini, wczoraj utrudzeni całodzienną tułaczką nie przyglądali się zbytnio przyrodzie, szukali jedynie jaskini, schronienia, teraz zauważyli piękno krajobrazu. Góry pokryte tu były delikatnym meszkiem, gdzieniegdzie widać było białe i niebieskie kwiatuszki, nad szczytami krążyły przeróżne ptaki, kawałek dalej widać było skupisko dziwnych drzew, podeszli do nich i nie mogli się nadziwić, to było to, o czym mówiła kiedyś bardzo dawno temu ich matka, te drzewa nie miały igieł, miały liście. Do tej pory nawet te drzewa, które widzieli idąc na górę Gniazdo były drzewami iglastymi. Z podziwem i zdziwieniem gładzili delikatne listki. To właśnie z tego zagajnika dobiegał ich śpiew ptaków, stojąc pod jednym z drzew wyraźnie widzieli kolorowe pióra tych zadziwiających stworzeń. Te ptaki, które do tej pory oglądali były czarne, szare, białe lub po prostu w odcieniach tych właśnie kolorów, nigdy nie widzieli innych. - Ciekaw jestem jak też smakują te ptaki, nigdy jeszcze czegoś takiego nie widziałem, ale trzeba przyznać apetycznie wyglądają. - Ty Zon jak zwykle tylko o jedzeniu, ale daj sobie z tym lepiej spokój, chodź zjedzmy lepiej coś z naszych zapasów, co prawda jaj i piskląt już nie ma, ale mamy jeszcze wędzone, a to też nie może zbyt długo leżeć. - Ale one tak smacznie wyglądają. – Zasmucił się Zon. - Obiecuję ci, że jeżeli po drodze spotkamy jeszcze takie ptaki a zostanie nam tylko suszone mięso to odłożymy je na gorsze czasy ( wszak nie wiadomo, co czeka nas dalej) to zapolujemy na nie. Zon musiał pogodzić się z decyzją brata, głodny, ale z ciężkim sercem zabrał garnczek i powędrował w kierunku strumyka, który wczoraj mijali. Strumyk wypływał z wyrwy w skale i nie był duży, woda w nim była lodowata, ale Zon przy okazji postanowił się ochlapać. Ściągnął ubranie i pochylił się żeby zanurzyć ręce, w wodzie pływały małe rybki, zostawił je jednak w spokoju. Odświeżony z pełnym garnczkiem wody powrócił do Dera. Dero czekał z przygotowanym śniadaniem. Kiedy najedli się do syta, Zon choć niezadowolony z decyzji brata na temat ptaków pochłaniał niezliczoną ilość jedzenia jakby co najmniej chciał specjalnie uszczuplić zapasy, Dero zaproponował żeby Zon spróbował wczuć się w myśli ojca.
9
Gdzieś bardzo daleko od wędrujących chłopców, gdzieś na południu gdzie słońce grzało tak mocno, że przyzwyczajony do wiecznego zimna, Mrozoid ledwie mógł wytrzymać, stał przywiązany do słupa zmasakrowany mężczyzna. Krew zaschła bardzo szybko w upalnym słońcu, jedna rana dotykała drugiej, muchy, co chwila siadały i gryzły. Z nosa o jednej dużej dziurce ściekała ciecz, ni to krew ni to woda. Mężczyzna próbował stanąć tak, aby chociaż słońce nie świeciło mu po oczach, chciał się skupić i myśleć o otoczeniu, może syn go szuka, może pamięta, może spróbuje czytać w jego myślach. Niestety próby się nie powiodły, albo raczej nie zdążyły się powieść, wrócili jego prześladowcy. Jedynie, o czym zdążył pomyśleć zanim zaczęli go bić pejczami to ich wygląd.
10
- O bogowie to straszne – Zon przerażony tym, co zobaczył w swoich myślach przerwał medytację. - Co się stało? – Dero podbiegł do brata i złapał go za ramiona. – Mów, co jest straszne, no mów, na co czekasz. - To potwory, wielkie z trzema rogami, jak u Byka Korony, mimo upału, który wyczuwałem, strasznie owłosione, przednie zęby to po prostu wielkie kły, ale najgorsze z tego wszystkiego były oczy, a raczej oko, bo miały tylko jedno oko znajdujące się po środku głowy, było jedno, ale zajmowało znaczną część czoła, i ta złość, wręcz wrogość, zło czające się w nich, to było straszne. - O bogowie to gdzie też może się znajdować nasz ojciec. – Zastanawiał się Dero po raz chyba setny. Nie chcieli na długo zostawać w jednym miejscu, choć było tu wyjątkowo pięknie, ptaki śpiewały, słońce przygrzewało, a wszędzie było widać zieleń pokrytą gdzie niegdzie drobniutkimi kwiatuszkami. Wiedzieli, że czas ich goni a jedyną wskazówką, jaką mieli to, to, że gdzieś tam gdzie jest ich ukochany ojciec jest strasznie ciepło, więc muszą się kierować na południe. Mrozoidzi, choć żyli w bardzo zimnym świecie gdzie przez większą część roku był tylko mróz i śnieg, nosili w sercach gorącą miłość do najbliższych, byli połączeni więzami krwi tak silnymi, że nawet ci co nie mieli żadnych ponadnaturalnych zdolności wyczuwali jeśli jednemu z ich krewniaków groziło niebezpieczeństwo. Dero i Zon pochodzili z tej gałęzi rodu, która umiała więcej niż zwykli śmiertelnicy, ich rodzina była szanowana w całym plemieniu. Najstarsza kobieta z tego rodu zawsze była szamanką, mężczyźni zaś byli pomocnikami, choć czasami zdarzało się tak, że najstarszy mężczyzna miał większy dar niż najstarsza z kobiet i wtedy role się odwracały. Teraz jednak nie było w tej rodzinie żadnych mężczyzn oprócz dwóch wędrujących chłopców. Ich ojciec podziewał się niewiadomo gdzie, zaś obaj dziadkowie i pradziadkowie już nie żyli, mężem siostry chłopców Mergo był jeden z „normalnych” Mrozoidów. Rzadko było tak żeby ktoś z rodziny szamana brał za partnera zwykłego śmiertelnika, ale zdarzało się to i nikt nie miał większych problemów z pogodzeniem się z takim obrotem sprawy, uważano, bowiem, że jeżeli bogowie zechcą to napełnią dziecko zrodzone z takiego związku mocą. Co prawda bywało tak, że z takiego związku rodził się zwykły Mrozoid, ale póki rodzili się wybrańcy nie trzeba było się tym przejmować. Chłopcy zebrali swoje rzeczy i skierowali się przez śpiewający zagajnik, szli w ciszy napawając się pięknem krajobrazu, wyciągali szyje do przyjemnego ciepła płynącego od słońca poprzez gałęzie drzew. Zagajnik zmieniał się w coraz gęstszy las. Pachniało tu tak wspaniale, jakby ziemia sama wydzielała zapachowe soki. Szli cały dzień bez odpoczynku, byli wypoczęci i nie chcieli tracić czasu, pożywiali się w czasie drogi resztkami wędzonego mięsa i popijali wodą z bukłaków uszytych ze zwierzęcych skór. W pewnym momencie przystanęli, byli już w głębokim lesie. Cały czas podczas całodziennej wędrówki wyczuwali, że posuwają się delikatnie w górę. Teraz znaleźli się w dziwnym miejscu. Atmosfera była duszna i czymś przesycona, tylko, czym? Nie wiedzieli, ale wrażenie, jakie odbierali stojąc tak na skraju tego dziwnego miejsca nie było dobre, jakby ktoś patrzył na nich zły, że wtargnęli nieproszeni na czyjeś terytorium. Drzewa jakby się do nich przybliżyły i chciały ich pochwycić w swoje gałęzie, jednak nic się nie poruszyło, nawet wiatr jakby się zatrzymał na skraju lasu, śpiewu ptaków też nie było słychać. Zon i Dero stali i wczuwali się w atmosferę tego miejsca i zastanawiali się czy iść dalej prosto przed siebie czy też spróbować jakoś ominąć to miejsce. Wydawało się jednak, że teraz las właśnie taki jest wszędzie, poza tym intuicja podpowiadała im, że jeżeli chcą znaleźć ojca muszą iść właśnie tędy. Nagle ni stąd ni zowąd odezwał się głos, nie było nic słychać tylko w ich głowach pojawiły się czyjeś słowa: - Kim jesteście i czego tu chcecie intruzi? - Witaj, ty, którego nie widać, chcemy tylko przejść przez twój las. – Odezwał się Dero ukłoniwszy się przy tym głęboko. - Po co chcecie przechodzić przez mój las Mrozoidzi? - Więc znasz nas i wiesz, kim jesteśmy? – Zdziwił się Zon. - Tak, znam was, jakiś czas temu miałem do czynienia z jednym z was, poznaje to po waszym wyglądzie. Ale nie odpowiedzieliście na moje pytanie intruzi. - Nie jesteśmy intruzami, a chcemy jedynie przejść przez las, ale więcej wyjawić nie możemy gdyż nie wiemy czy jesteś po naszej stronie, czy też nie, a poza tym źle rozmawia się z kimś, kogo się nie widzi i prawdę mówiąc nie słyszy. – Odparł Dero. - Słyszeć, co ty nie powiesz, ale dobrze, jeżeli chcecie mnie zobaczyć, to zamknijcie oczy i nie otwierajcie ich do póki nie pozwolę. Chwilę potrwało zanim Głos pozwolił otworzyć im oczy. Kiedy w końcu mogli to zrobić ich oczom ukazał się dziwny stwór, był dużo niższy od nich, sięgał im ledwie do pasa, jakby płaski z czterema rękoma i wielkimi stopami, kiedy spojrzeli na jego twarz zrozumieli dlaczego słyszą ten głos jedynie w swoich głowach, na twarzy bowiem nie widać było ust najwidoczniej stwór ich nie miał, co zaś dziwne miał uszy, długie i szpiczaste. Ubrany był w kurtkę splecioną z cieniutkich gałęzi i spodnie z wyprawianej kory jakiegoś drzewa. W miejscu nosa miał niewielką trąbę, która musiała służyć do wchłaniania pokarmu, nad nią natomiast mieściły się oczy, oczy okrągłe jak księżyc w pełni i tego też koloru, mimo surowości w głosie oczy były sympatyczne, choć niepewne przybyszów, biło jednak z nich ciepło. Zdziwili się bardzo na taką różnorodność w jednej osobie i w jednakowym czasie tym bardziej, że miejsce było przesycone niezadowoleniem. - Nie lubimy tu obcych – znów odezwał się głos, tym razem oczy nie były już takie ciepłe, zmieniały się z minuty na minutę. Chłopcy chcieli zbliżyć się do stwora, ale kiedy zrobili jeden krok zza drzew wyszła cała gromada podobnych stworów uzbrojonych w dziwną broń podobną do ich włóczni. Stroje mieli takie jak ten stojący przed nimi z tą tylko różnicą, że niektórzy z nich mieli na sobie korale z owoców, prawdopodobnie były to kobiety. Wrócili, więc na swoje miejsca. - Przepraszamy, nie chcieliśmy naruszyć waszego spokoju, ale poszukujemy naszego ojca i wszystko wskazuje na to, że powinniśmy przejść przez wasz las, aby dotrzeć do miejsca, w którym on się znajduje. – Zon nie chciał mówić, że nakazują im tak zdolności, jakie obaj posiadają, przez cały czas próbował, bowiem czytać w myślach tego stwora, ale nie udawało mu się to. - Znam waszego ojca, przechodził tędy jakiś czas temu. - Jak to możliwe, jeżeli podróżował tędy sam to nic już nie rozumiem? - Nie powiedziałem, że podróżował sam, ale że tędy przechodził, ale jeżeli jesteście jego synami to jesteśmy przyjaciółmi, chodźcie z nami a dowiecie się czegoś więcej. Zaproszenie było poparte uśmiechem oczu i ciepłem bijącym od całej postaci stojącej przed nimi, zauważyli również, że atmosfera panująca przed chwilą zniknęła, a ptaki znów wesoło świergoczą. Szli przez jakiś czas w skupieniu, aż doszli do wielkiego drzewa, tak grubego, że żeby je objąć potrzeba by było, co najmniej pięciu najwyższych mrozoidów. Tu otworzyły się przed nimi niewidoczne do tej pory drzwi, bracia musieli się schylić, żeby się zmieścić, zeszli po schodach w głąb, aż pod ziemię. Ich oczom ukazał się wspaniały widok, było tu bardzo jasno, światło dawały kamienie umieszczone na ścianach tej podziemnej komnaty, przed nimi na ogromnym fotelu siedział jeszcze jeden stwór, ten, który ich witał ukłonił się i prawdopodobnie mówił coś do tego, który siedział, oni jednak nic nie słyszeli nawet w swoich głowach, w końcu ich przewodnik odezwał się do nich: - Przepraszam, ale się nie przedstawiłem, nazywam się Ki i jestem Ziemonem, głównym strażnikiem, a oto mój władca Po zaprasza was na wspólny posiłek i rozmowę o waszym ojcu. Gościnę przyjęli z radością, choć bali się, co też mogą tu dostać do jedzenia, poza tym ciekawi byli, czego mogą dowiedzieć się na temat swojego ojca. Po chwili siedzieli na ławach, które były korzeniami drzewa, do którego weszli a przed nimi na jednym wielkim korzeniu służącym za stół pojawiło się jadło. Byli zdziwieni widząc przed sobą ptaki, na które to właśnie miał taką ochotę Zon, różne sałatki z roślin, które prawdopodobnie rosły w tym lesie i coś, co już mniej ciekawie wyglądało, czyli różnego rodzaju robaczki, jedne długie z nóżkami inne grube i okrągłe, jeszcze inne w skorupkach, całe szczęście wszystko było martwe, nic się nie poruszało. Do popicia dostali jakiś dziwny płyn, po którym zaczęło im się dziwnie kręcić w głowach i poprawiał im się humor. W swojej wiosce nie pili czegoś takiego, jedynymi napojami były woda, żółte mleko i herbata z wodorostów, jedynym mocniejszym napojem było wino ze specjalnego gatunku wodnych roślin, pite jednak tylko przy wyjątkowych okazjach. Opowiadali sobie różne ciekawe historyjki, śmiali się i śpiewali, dla chłopców dziwnie było słyszeć muzykę tylko w głowach, mieli wrażenie, że mają jakieś zatyczki w uszach. Jedli i pili, wszystko smakowało wspaniale, choć nie mieli pojęcia jak było przygotowywane, nawet robaczki okazały się wspaniałym przysmakiem, zostali jednak ostrzeżeni żeby sami czasami nie zbierali robaków i ich nie jedli, sposób przygotowania ich polegał bowiem na tym, że trzeba było usunąć truciznę a to mógł zrobić jedynie ktoś kto znał się na robakach tak dobrze jak Ziemoni. Uczta mijała we wspaniałej atmosferze, w pewnym momencie chłopcy posnęli. Zon obudził się ze strasznym bólem głowy, zdziwiony gdzie się znajduje rozglądał się dokoła, pomieszczenie, w którym się znajdował było niskie, ale zdołał się jakoś wyprostować, sufit stanowiły przeplatające się ze sobą korzenie, podłogę i ściany zaś ubita ziemia, w ścianach umieszczone były dziwne świecące kamienie, kiedy je zobaczył przypomniał sobie gdzie jest. Nagle usłyszał krzyk, spod jednej ze ścian podniósł się jego brat. - Gdzie ja u licha jestem ? - Spokojnie braciszku jesteśmy u Ziemonów, nie pamiętasz?· - A tak, coś sobie przypominam, ale głowa mi pęka. - Tak mnie też, to pewnie po tym dziwnym napoju, którym nas wczoraj częstowali, ale nic nie powiedzieli o naszym ojcu, a mówili przecież, że coś wiedzą. - Choć idziemy kogoś poszukać może się czegoś dowiemy. Kiedy mieli zamiar opuścić pomieszczenie w którym nocowali zobaczyli coś dziwnego, mianowicie łóżka na których spali także się podniosły i ich oczom ukazały się zwierzęta pokryte grubą wełnistą sierścią z krótkimi pyskami i uszami. Stały one na czterech łapach i przyglądały się z zainteresowaniem dwóm zdziwionym Mrozoidom. Ich oczy były błękitne jak niebo, gdy nie ma na nim ani jednej najmniejszej chmurki a z pysków wydobywały się ciche dźwięki jakby mruczenie. Gdy tak się sobie przyglądali do pokoju wszedł Ziemon. - O, widzę, że już poznaliście Psy – usłyszeli w swoich głowach Mrozoidzi, - mój Pan zaprasza na śniadanie. - Co to za dziwne zwierzęta, które udają posłania, te jak je nazwałeś? Psy?- Spytał Dero. - Te zwierzęta to najlepsi przyjaciele, jakich można oczekiwać, nie służą jedynie za posłania, ale również do tropienia i pilnowania naszych siedzib, to oni ostrzegają nas przed intruzami, my niestety nie mamy najlepszego słuchu, poza tym jak już wspomniałem to najlepsi przyjaciele, bardo oddani. Ci dwaj na przykład to Wiatr i Róża, są jeszcze szczeniakami, choć kilkumiesięcznymi. Ale teraz chodźmy, bo Pan czeka. · · Kiedy szli za Ziemonem psy nie odstępowały ich ani na krok, Zon odważył się pogłaskać jednego po łbie, wtedy ten w ramach podziękowania polizał go po ręce, język jego był chropowaty ale niezwykle delikatny. Szli przez chwilę krętymi korytarzykami aż w końcu dotarli do drzwi z plecionych gałęzi, kiedy zostały one otwarte ich oczom ukazał się śliczny mały pokoik, oświetlony jak inne kamieniami w ścianach, te jednak nie były takie jak wszędzie, nie była to goła ziemia, ozdabiały je różnego kolory liście, zielone, żółte, brązowe a nawet czerwone, zaś podłoga pokryta była trawą. Pod ścianą na jednym z czterech ozdabianych runami pni siedział Po a przed nim na większym pnie służącym za stół była tak jak i wczoraj cała masa różnego rodzaju jedzenia, jednak nie było wczorajszego dziwnego napoju tylko czysta woda. - Siadajcie przyjaciele, widzę, że poznaliście już Psy. - Tak Panie poznaliśmy, widzę, że i ty masz takiego. – Powiedział Dero siadając do suto zastawionego stołu. - Tak, tu prawie wszyscy mają swoje psy, kto ich nie ma śpi na ubitej ziemi lub trawie, którą sobie przyniesie, te dwa, które służyły wam za posłanie pragnę wam ofiarować, choć nie powiedziałem wam nic o waszym ojcu, to trochę wiem i wiem, że w dalszej wędrówce przyda wam się każda możliwa pomoc. Także jeden z Ziemonów pragnie wam towarzyszyć w dalszej wędrówce, jeżeli się na to oczywiście zgodzicie, ja już wyraziłem swoją zgodę. - Tak Panie, jeszcze nic nam nie powiedziałeś, dziękujemy ci jednak za Twój dar i przyjmujemy go z otwartym sercem, powiedz tylko jak mamy się nimi opiekować. Jeżeli zaś chodzi o jednego z twoich ludzi nie mamy nic przeciw temu, musicie jednak wiedzieć, że my nie wiemy, dokąd tak naprawdę idziemy i co nas dalej może spotkać. - O to się nie martwcie, do pewnego momentu Ziemon was poprowadzi, dalej zaś będzie podróżował tak jak i wy w nieznane, jeżeli zaś chodzi o psy to one same umieją o siebie zadbać, polują na zwierzynę i piją wodę, bądźcie po prostu dla nich dobrzy i nie dajcie im zrobić krzywdy. Teraz zaś jedzcie a ja opowiem wam o waszym ojcu. Chłopcy zaczęli jeść wsłuchując się w głos w swoich głowach. - Był dżdżysty, zimny poranek, grupa moich ludzi szła jak co dzień nazbierać świeżej roślinności, kiedy natknęła się na jakiś dziwny hałas. Za drzewami, na zielonej polanie leżało ciało a nad nim krążyły jakieś wielkie ptaszyska. Najdziwniejsze było to, że one ze sobą rozmawiały, a moi Ziemoni rozumieli ich język, tak jak ja rozumiem wasz. Mówili mianowicie, że muszą zabrać go ze sobą, ale, że jest tak poturbowany, iż może nie przeżyć drogi, a jest potrzebny ich władcy żywy. W końcu zrezygnowali z pilnowania go całą zgrają, było ich około dziesięciu, zostawili jednego na straży i wyruszyli szukać czegoś do jedzenia. Ziemoni skorzystali z okazji, że został tylko jeden postanowili zabrać ciało ze sobą do domu. Ptaszysko było okropne, miało dwa długie dzioby umieszczone obok siebie, czworo oczu naokoło głowy, ostro zakończone skrzydła i trzy pazury, które były jednocześnie nogami. Najgorsze były jednak jego oczy, na wskroś przesiąknięte złem. Według myśli mojego Generalnego Ziemona wszystkie były takie same różniły je jedynie obroże na szyjach, ten miał lśniąco czarną, a że całe jego opierzenie też było czarne tyle, że matowe, było dobrze widać jak się lśni. Ziemoni postanowili złapać go w sieć myśli i zmusić go do głębokiego snu, potrafimy hipnotyzować nawet na dużą odległość, jeżeli tylko kogoś widzimy. Ptak zasnął bardzo szybko, widać był zmęczony. Ziemoni zabrali ciało i przynieśli je tutaj, aby wyzdrowiał. - Znaczy wyrwaliście ojca z niewoli? - Tak, ale to jeszcze nie koniec. Wasz ojciec rzeczywiście trafił pod nasze drzewo, ale ptaszyska się wściekły, zaczęły szukać. Nas nie znalazły, bo my jak nie chcemy być widziani potrafimy wkomponować się w otoczenie, ale nie odeszły. Widać czuły jego obecność. Zawsze kilku z nich krążyło nad naszym lasem. Wasz ojciec w końcu wyzdrowiał, opowiedział nam jak wyruszył po jaja i jak przez chwilę nieuwagi złapało go to ptaszysko, jak udało mu się wyrwać z jego szponów, ale spadł z wysoka i poturbował się, przy upadku stracił przytomność i nie wiedział, co się dzieje. Trzeba przyznać, że jak powróciła mu świadomość był przerażony i chciał uciekać, ale jakoś udało nam się go przekonać do nas. Kiedy zaś całkiem wyzdrowiał chciał zaraz wracać do domu, nawet próbował kontaktować się z waszym plemieniem, jak to mówił telepatycznie, ale coś mu w tym przeszkadzało, domyślaliśmy się, że to muszą być te ptaki. Kiedy tylko wyszedł, aby podążyć w drogę powrotną nie uszedł daleko, zaraz jak tylko znalazł się poza drzewami, pojawiły się nie wiadomo skąd i porwały go w górę, więcej o nim nie słyszeliśmy. Dlatego też dajemy wam te dwa Psy, mamy sobie za złe, że nie udało nam się pomóc waszemu ojcu, a tak może Psy pomogą wam go odszukać. - Więc tak, właściwie dalej nie wiemy, dokąd mamy iść, żeby go odnaleźć. – powiedział Dero. - Nie całkiem, widzieliśmy, w którą stronę go zabrali, jednak nie mogliśmy mu pomóc – dodał Po – oni lecieli bardzo szybko, a my nie mogliśmy za nimi podążyć, chociaż kilku z naszych próbowało. Wrócili jednak bez niego po kilku dniach. Mam dla was jednak dobrą wiadomość, ptaszyska te, choć szybkie i groźne, nic nie widzą w nocy, tyle zdołano się o nich dowiedzieć podążając za nimi. - Dziękujemy ci Po, myślę, że powinniśmy się już zbierać w dalszą drogę. Dziękujemy za gościnę i Psy a także za tego, który ma iść z nami. - A właśnie. Ker! – Pomyślał Po. – Oto Ker on z wami pójdzie, jest młody i żądny przygód, ale bardzo rozsądny i pracowity, a także umie przyrządzić prawdziwą ucztę z tego, co uda mu się znaleźć. Przed nimi stał Ziemon o ciekawym świata spojrzeniu, krótkiej trąbie, która nie umiała chyba ustać w miejscu, czterech rękach, z których każda coś trzymała i kapeluszu z plecionych gałązek, z którego wystawały wielkie uszy. Resztę odzienia miał taką samą jak reszta mężczyzn z tego plemienia, a mianowicie, kurta z gałęzi jakiegoś giętkiego drzewa i spodnie z kory. Obok niego stał Pies, też gotowy do drogi. Psy Dero i Zona przywitały się z tamtym liżąc go po pysku, a ten nie był im dłużny. - Witaj Ker, jestem Dero a to mój brat Zon – przedstawił się Dero podając rękę przyszłemu współtowarzyszowi. – A jak nazywa się twój Pies? - To Liść, jeszcze szczeniak, jak te wasze, ale bardzo oddany i radosny kompan. – Rozległ się głos w myślach braci, głos ten należał jeszcze do chłopca, prawie dziecka. - Po, przecież to jeszcze prawie dziecko, a droga daleka i niebezpieczna. – Zbuntował się Dero. – poza tym mówicie, że te psy to jeszcze szczeniaki a są przecież takie ogromne, że służą za bardzo wygodne posłania nawet dla nas choć jesteśmy od was dużo wyżsi, jak więc wyglądają dorosłe? - Twój brat też jest młody, poza tym, niech nie zmyli cię ten głos, Ker ma już 50 lat, zresztą z tego, co rozumiem i wiem, wy żyjecie krócej, dla was 50 lat to dużo, dla nas mało. My żyjemy po 400 lat, czasem dłużej, później odchodzimy, zamieniamy się w drzewa, zresztą będziecie przechodzić koło niektórych z nas. Każdy, kiedy czuje, że przyszła na niego kolej szuka sobie miejsce, aby zapuścić korzenie. No, ale jeżeli będziecie przechodzić obok Ziemonów poznacie ich a Ker powie wam coś więcej na ich temat. Co do Psów one już nie urosną, rosną tylko przez kilka miesięcy a później po prostu nabierają więcej masy i siły a również rozumu i doświadczenia. Teraz przyszedł czas, aby się pożegnać przyjaciele. Długo żegnali się z nowymi przyjaciółmi i obiecywali wrócić cali. Jeszcze przed wyruszeniem w drogę spróbowali skontaktować się z babką i z ojcem. Babka cieszyła się, że ich słyszy i życzyła powodzenia w odszukaniu ojca, zaś Zon myśląc o ojcu widział tylko pogorzelisko, jakieś rudery i dużo ognia, Dero zaś czuł, że ojciec jest słaby i nie może podjąć kontaktu. Dowiedzieli się jeszcze jednej rzeczy, w trakcie ich wędrówki odbył się już drugi pogrzeb, zmarła ich praprababka i nauczycielka Bera, na wezwanie odezwała się Deno, która po śmierci, Bery przejęła nie tylko jej obowiązki głównej szamanki Mrozoidów, ale również jej zdolności, które wzmocniły jej własne, stało się to w czasie po pogrzebowego rytuału przejęcia szamańskich obowiązków.
11
Część 44 / 4
Teraz było ich w sumie sześcioro, szli przez gęsty las. Gdzie niegdzie widzieli dziwne drzewa, niskie wręcz karłowate, Ker wytłumaczył im, że to właśnie Ziemoni, oni właściwie nie umierali, żyli nadal tyle tylko, że w innej postaci, jeżeli komuś bardzo zależało na rozmowie z takim przodkiem to mógł przyjść i porozmawiać z nim, ponieważ wystarczyło bardzo cicho się zachowywać i słuchać, a w szeleście liści można było usłyszeć ich głos, tak głos, bo choć jako Ziemoni nie mówili, to słyszeli każdy najcichszy szelest, zaś jako drzewa porozumiewali się za pomocą szumu liści. Grupa poszukiwaczy szła bardzo długo, kiedy zapadł zmierzch postanowili zatrzymać się, aby odpocząć i coś zjeść. Mrozoidzi chcieli szukać jaskini zaś, Ziemon nory, ale w końcu postanowili zrobić tak jak poprzednio, kiedy nie było jaskini, postawili namiot ze skór, teraz mieli ich do dyspozycji trochę więcej, bo za łóżka służyły im Psy. Ker dziwił się na coś takiego, ale kiedy rozpalili ognisko i usiedli na skórach, którymi mieli się przykryć, był szczęśliwy i myślał już tylko o jedzeniu wdychając zapach skóry, którą dostał od braci, jego koc, bowiem był zrobiony tak jak i ubranie z witek i suchej trawy. W norze, w której mieszkał byłby wystarczający, ale tu pod gołym prawie, że niebem na niewiele by się zdał. Kiedy oni się posilali w milczeniu, psy gdzieś zniknęły, a właściwie zniknęły dwa z nich Wiatr i Liść, Róża została pilnować swoich nowych przyjaciół. Po jakimś czasie wróciły niosąc w pyskach jakieś drobne zwierzęta, położyły je przed Różą i znów zniknęły. Kiedy wróciły ponownie, usadowiły się ze swoimi zdobyczami przed ogniskiem i przystąpiły do jedzenia, gdy skończyły, po posiłku nie było najmniejszego śladu. Wstały jeszcze leniwie i podreptały wszystkie trzy do rzeki, obok której rozbity był obóz i chłeptały wodę. Jeszcze zanim się położyli Dero i Zon próbowali skontaktować się z ojcem, ale ani jeden ani drugi nie mogli dotrzeć do niego. - Wiesz, ojciec musi być bardzo słaby, szkoda, że nie możemy mu przekazać swoich sił. – Powiedział Zon. - Dlaczego nie możecie? – Spytał Ker. - A kto to potrafi, nie znam kogoś takiego, tego nie da się zrobić. – Stwierdził Dero - Moment, kochacie ojca no nie? - No tak, kochamy go, ale to nie wystarczy. - Ale nie szkodzi spróbować. – Upierał się głos w ich głowach. - E, to bez sensu. - Jak chcecie, ale ja bym nie dał za wygraną, przecież potraficie przesyłać myśli na odległość, ty Zon potrafisz zobaczyć to, co widzi wasz ojciec, z tego, co zauważyłem, dlaczego nie mielibyście spróbować? - Może masz i racje, co mamy do stracenia, co o tym myślisz Dero. - No dobra spróbujmy, pomożesz nam Ker? - Mogę spróbować, ale ja umiem tylko hipnotyzować, to jedyna broń, jaką my Ziemoni posiadamy, prócz tej ręcznej. Kiedy już postanowili usiedli jeszcze wygodniej i złapali się za ręce, Kerowi zostały dwie wolne które położył na miękkiej sierści Róży i Liścia, które leżały po jego dwóch stronach. Dużo czasu minęło zanim chłopcy skończyli cichy seans. Wszyscy byli wycieńczeni, siły ich opuściły, pozostawało pytanie czy wybrały się tam gdzie były posłane, najmniej sił zostało Zonowi, on położył się tam gdzie leżał, nie miał sił się podnieść. Wiatr podszedł do niego i zaczął lizać go po twarzy, ten uśmiechnął się tylko blado i resztką sił dotknął sierści Psa. Ker, któremu zostało najwięcej sił kazał położyć się psom i z pomocą Dera dźwignął Zona i położył na posłaniu. Położyli się wszyscy, jeszcze tylko Ker w milczeniu dołożył trochę chrustu do ogniska, aby grzało ich zanim zasną.
12
Leżał nieprzytomny, pobity do krwi, powoli jednak wracała mu świadomość, ale jedyne, o czym marzył to umrzeć zanim uda się jego wrogom przejąć jego zdolności. Co prawda gdyby był szamanem mogli by to zrobić po jego śmierci, on jednak szamanem nie był, a jego zdolności i wiedzę przejąć mogli tylko za jego zgodą i jedynie przy odrobinie jego woli, poza tym tylko on wiedział w jaki sposób by trzeba było to zrobić. Oni jedynie, co wiedzieli to tylko to, że chcą wejść w posiadanie tego wszystkiego. Teraz nie miał sił, ani ochoty o tym myśleć. Kiedy już miał zamiar zrezygnować i starać się uśpić swoje ciało tak aby przestało w końcu funkcjonować, a w rezultacie końcowym umrzeć, poczuł jak powracają mu siły, albo raczej jak wstępują w niego obce siły – no synu, chyba w końcu odzyskałeś swoje zdolności - pomyślał i z uśmiechem kogoś kto podjął decyzję dalszej walki ułożył się wygodniej na gołej ziemi i zasnął.
13
Zon był nieprzytomny cały dzień, Ker chciał się zbierać i cofnąć do rodzinnej nory aby przyprowadzić medyka, ale Dero mu odradził. Prosił, aby raczej ugotował coś pożywnego i spróbował nakarmić nieprzytomnego, on tymczasem nazbiera więcej chrustu, ponieważ chory cały czas trząsł się z zimna, mimo, iż grzał go Pies i było ciepło. Najpierw jednak postanowili odciążyć Wiatr i położyli go na kocu Kera i skórach, którymi byli przykryci. Psy jednak jak tylko zjadły położyły się po obu stronach Zona i grzały go dodatkowo swoim ciepłem. Kiedy już Ker ugotował zupę i jakoś udało mu się nakarmić nieprzytomnego zauważył, że ten stara się otworzyć oczy. - Nie męcz się, musisz wypocząć, nie możemy sobie pozwolić na to żebyś zbyt długo chorował. – Przesłał myśl. - Co się stało, odzyskuje przytomność? – Spytał Dero - Tak, ale powiedziałem mu żeby się nie przemęczał, teraz zasnął, za jakiś czas dam mu więcej tej zupy, ty też zjedz. - Chyba udało nam się przesłać nasze siły ojcu, skoro Zon je stracił, wiedziałem, że on musi mieć większe umiejętności ode mnie, kiedyś wspomniała o tym Bera, jednak nie wiedziałem, o co jej konkretnie chodzi, teraz to widzę. - Jeżeli masz rację to twój brat musi po prostu porządnie się wyspać. Odpoczynek musiał jednak trochę potrwać. Zostali w tym miejscu jeszcze dwa dni dopóki nie byli całkowicie pewni, że Zon odzyskał siły, które potrzebne mu były w dalszej wędrówce. Postanowili jednak przez jakiś czas oszczędzać siły i nie kontaktować się z ojcem, a Zon musiał nauczyć się dawkować przesyłane siły, tak aby i jemu ich trochę zostawało. Wędrowali przez dłuższy czas przez las, od czasu do czasu zatrzymując się na popas. Rejony należące do Ziemonów przekroczyli już pierwszego dnia, gdy opuścili ich gościnne progi. Ker jednak znał drogę prowadzącą na skraj lasu, więc posuwali się w dość szybkim tempie. Psy wędrowały obok nich, czasami tylko oddalały się pojedynczo, ale zaraz wracały, czasami po prostu wyprzedzały podróżnych żeby sprawdzić czy nie ma niebezpieczeństwa przed nimi. Szli tak przez kilka dni, w nocy zawsze jeden z nich czuwał. Ker był miłym towarzyszem, podtrzymywał braci na duchu, kiedy ci tracili już nadzieję czy siły. Był bardzo silny, sam dźwigał to, co bracia musieliby podzielić między sobą i przy tym się nie męczył. Czasami dawali swoje bagaże na grzbiety któregoś z Psów, zostawiając przy tym dwa z nich odciążone, aby w razie niebezpieczeństwa mogły się bronić. Jednak póki szli przez las nie natknęli się na nikogo, kto chciałby przeszkodzić im w dalszej wędrówce. Lasy były tu pełne śpiewających ptaków, pachnących słońcem liści drzew i różnego rodzaju mniejszych i większych zwierząt. Dzień chylił się już ku zachodowi, szóstka przyjaciół planowała iść do czasu aż prawie całkiem się nie ściemni, Ker uprzedził pozostałych, że jeszcze kawałek i jego znajomość drogi się skończy. I rzeczywiście nie uszli daleko, kiedy ich oczom ukazał się straszny widok. Dalej byli w lesie, ale tu wyglądał on strasznie, poplątane gałęzie pozbawione większości liści, jeżeli już jakieś były to zżółkłe lub wręcz brązowe, ziemia przed nimi była grząska i pokryta zgniłą roślinnością. - To jest skraj lasu, który znam, dalej nigdy się nie zapuszczaliśmy, bo kto tego próbował to zaraz tonął w tym bagnie, przykro mi, ale wydaje mi się, że ta droga jest nie do pokonania. – Przekazał im swoje zdanie, Ker. - Ale dlaczego nie powiedziałeś nam wcześniej, co nas czeka na skraju tego lasu, poszlibyśmy inną drogą. – Zdenerwował się Dero. - Bo nie ma innej drogi, po obu stronach tego lasu są gołe skały, na które nie sposób się wdrapać, dzięki nim właśnie jest u nas w lesie tak ciepło i zielono, bo zatrzymują większość zimna i opadów. - W takim razie należałoby coś wymyślić, – powiedział Zon – a tymczasem proponuję zatrzymać się, zjemy coś, wyśpimy się to może przyjdzie nam coś do głowy. Tak też zrobili, rozbili obóz, ugotowali posiłek z tego, co znaleźli i zjedli. Znaleźli nawet niewielki strumyczek, w którym postanowili się umyć i napełnić bukłaki wodą. Nie mieli pojęcia, jaka droga ich czeka, zapasy mogły starczyć im na długą drogę, bo oprócz tego, co mieli bracia przed spotkaniem Ziemonów, dostali tam jeszcze różne smakołyki, a po drodze odżywiali się tym, co znaleźli lub na prędce upolowali, ale co się tyczy wody to kończyła się bardzo szybko, a las przed nimi nie wyglądał na taki, w którym była by świeża i czysta woda. Noc przespali przez nikogo nie niepokojeni, rano zaś zjedli duże śniadanie składające się z ryb, które złowili w strumyku i upiekli nad ogniskiem. Ker pierwszy raz poczuł zapach i smak pieczonej ryby, choć jedzenie jej było dla niego nie lada sztuką uważał, że jeszcze nigdy nie jadł czegoś równie smacznego. Wywijał trąbą na wszystkie strony, gdy tylko jakaś zapomniana ość dostała się do niej i parskał przy tym tak komicznie, że Zon i Dero pokładali się ze śmiechu, tym bardziej, że pierwszy raz słyszeli jakiekolwiek dźwięki wydobywające się z Ziemona. Psy patrzyły tylko zdziwionymi oczkami i przekręcały łebki jakby z oczekiwaniem jak to wszystko się skończy. Im ryby pieczone także smakowały, one jednak dostawały kawałki już bez ości. Nadszedł czas, aby ruszać w dalszą drogę, nie mieli jeszcze pojęcia jak pokonać te bagna. Najlepszy pomysł, jaki przyszedł im do głowy to wdrapywanie się na drzewa i przeskakiwanie na następne, lub korzystanie z wystających gdzie niegdzie korzeni. Na psach nie robiły one zbytniego wrażenia, ale stąpały bardzo ostrożnie, kiedy już ruszyli się, aby iść dalej. Wędrowcy nie próbowali nawet na nich stawać. Wdrapanie się na pierwsze drzewo nie stanowiło zbytniego problemu nawet, dla Kero, który miał wielkie stopy, Mrozoidzi, choć wysocy stopy mieli zgrabne i jakby dopasowujące się do podłoża. Buty ze skór zdjęli, aby im nie przeszkadzały. Gałęzie wyrastały w każdym możliwym miejscu jakby chciały w ten sposób powetować sobie stratę liści. Podróżnicy wdrapywali się z jednego drzewa na drugie, robili to strasznie mozolnie, bowiem gdy tylko próbowali przyspieszyć jakaś gałąź zaczynała trzeszczeć jakby miała się zaraz złamać. Kiedy już byli tak zmęczeni, że nie wiedzieli gdzie stawiają nogi Róża zaczęła popiskiwać, a zaraz za jej przykładem poszli Liść i Wiatr, spojrzeli w dół i zobaczyli niewielką wysepkę otoczoną zewsząd bagnami, na tej wysepce siedziały psy i patrzyły na swoich przyjaciół zapraszająco. - Myślę, że jeżeli one tak spokojnie siedzą i popiskują, możemy do nich zejść i trochę odpocząć. – Powiedział Zon. Poszli, więc za jego propozycją i powoli zsunęli się do kudłatych kompanów. Nie było tu zbyt dużo miejsca, ale mogli usiąść i odpocząć. Spanie na siedząco bez jakiegokolwiek oparcia było niemożliwe, ale niemożliwe również było pójście dalej, po pierwsze byli tak zmęczeni, że ledwie utrzymywali się na nogach po drugie nawet nie zauważyli jak ciemno się już zrobiło. Nie mieli nawet siły czuwać, ale jeden z nich musiał to robić, dlatego usiedli tak, aby opierać się o siebie plecami i jak tylko zjedli, co nieco z zapasów Zon zaoferował się czuwać pierwszy. Dero i Ker zasnęli zaraz jak tylko zamknęli oczy, Zon natomiast siedział i głaskał Wiatr po łbie myśląc, co dzieje się w domu. Tęsknił za matką i siostrami, wiedział, że jednej już nigdy nie zobaczy, ale tęsknił również za ojcem i chciał go sprowadzić do domu, wspominał jak ojciec brał wszystkie dzieci na udawane polowania żeby nauczyć ich podstawowej techniki, jak zjeżdżali na skórach z różnych wzniesień, jak szykowali broń. Gdy tak myślał zobaczył krew i kości rozrzucone jakby po większej uczcie i wzdrygnął się, zrobił to tak, że aż obudził Dero. - Czy coś się stało braciszku? – Spytał ten - Nie po prostu myślałem, śpij już, obudzę cię jak będzie twoja kolej na stróżowanie. Dero z powrotem zamknął oczy i zasnął a jego brat na powrót zatopił się we własnych myślach, starał się skoncentrować na modlitwie do boga życia, – Tua, prosząc go, aby ten opiekował się jego ojcem. Kiedy jego czas dobiegł końca obudził Dero, aby ten objął straż a sam zasnął. Nagle obudziło go jakieś poruszenie. - Wstawajcie tu coś się zbliża, psy warczą i jeżą sierść, a tam widać jakąś parę oczu. Wołał Dero. - Gdzie, pokaż? – Spytał Ker – macie wejście to – podał im ich oszczepy a sam usiadł i patrzył na to coś, co majaczyło w ciemności. Był to ogromny wąż, który sunął do nich bardzo powoli, ale zdecydowanie, w ciemności, która panowała widać było świecące ślepia i jedynie zarys wielkiego pyska, z którego wysuwał się język, słychać było również syk wydobywający się z jego gardzieli. – Przyszykujcie waszą broń, a ja spróbuję go trochę uśpić. Bracia stanęli z gotową do wycelowania bronią jednocześnie uspakajając psy, potwór zbliżył się do nich niebezpiecznie blisko, jeszcze chwila a mógłby ich dosięgnąć, ale zaraz zauważyli, że potwór zaczyna tracić siły, więc nie czekając dłużej wycelowali w niego, schylając się zaraz po następną broń, która czekała już w pogotowiu, ale nie była potrzebna, wąż nie miał sił, jego wielkie około trzymetrowe cielsko zatopiło się w bagnie, z którego dopiero, co się wynurzyło. - Piękna robota, w trójkę wiele zdziałamy. – Krzyknął z radością Zon. - Poczekaj aż będziesz miał okazję poznać, co potrafią psy, zobaczysz wtedy jak wiele naprawdę potrafimy dokonać. – Odpowiedział Ker. - Fajnie, ale odpocznijmy jeszcze chwilkę, a jak tylko zacznie się przejaśniać ruszamy dalej. – Podsumował Dero. Nie spali już, tylko siedzieli w milczeniu czekając aż zacznie świtać. Po pewnym czasie odezwał się Zon: - A może by tak zapakować większość na psy, szłoby nam się łatwiej i szybciej. - Czemu nie, ale czy wtedy dalej będzie się im szło tak łatwo po tym błocku? – Myślał Ker. - Spróbujmy z jednym, jak będzie dawał sobie rade i nie zacznie się topić, to tak zrobimy. Żeby, chociaż trochę poniosły to już by było nam lżej. Jeżeli wam się uda hojnie was nagrodzimy. – Dodał Dero, klepiąc wszystkie po kolei. Kiedy tylko zaczęło się rozjaśniać zapakowali część ładunku na Wiatr i kazali przejść mu się po bagnie. Szedł powoli ale nie zatapiał się, doszli jednak do wniosku, że nie mogą przeciążać zwierząt, bo to one teraz będą szły wolno, poza tym nie byli pewni jak pójdzie im w dalszej drodze, jak giętkie jest to bagno dalej i podzielili pakunki tak aby cała wędrująca szóstka niosła po trochu, psom nie szło się źle z małym pakunkiem a ich opiekunowie mieli trochę lżej. Znowu zaczęli się wspinać, z drzewa na drzewo, na początku szło im się trochę łatwiej, bo nie mieli takiego ciężaru na plecach jednak im dalej tym drzewa miały mniej gałęzi, gdzie niegdzie nawet były tylko same zmurszałe pnie, lub, co gorsza puste bagna bez jakiegokolwiek oparcia dla stopy na jej wyciągnięcie. Musieli często się zatrzymywać, co jakiś czas jeden z nich zsuwał się na dół i sprawdzał czy choć chwilę mogliby iść po ziemi. Psy szły powoli, czym głębiej zapuszczali się w te rejony tym i dla nich było trudnij znaleźć oparcie dla łap, miejscami musiały iść za przykładem dwunożnych i wdrapywać się po drzewach, co nie szło im najlepiej. Chłopcy przewiązali się sznurem, tak, aby w razie jakby któremuś podwinęła się noga nie spadł do bagna. Kiedy w zasięgu ręki nie było nowych gałęzi rzucali oszczepem do którego przywiązali linę, do najbliższego drzewa lub pnia i przesuwali się po nim. Niekiedy jednak znajdowali suche miejsca i korzystając z okazji chwilę odpoczywali. Całe szczęście nie natrafili póki, co na żadne groźne zwierzę, jednak latało tu dużo różnego rodzaju dokuczliwych owadów, na które nie umieli nic poradzić ponad to, żeby nie zwracać na nie uwagi. Szli tak dopóki nie zaczęło się ściemniać. Tym razem nie było żadnej wysepki, aby mogli spędzić na niej noc, nie mogli też iść po ciemku dalej, postanowili, więc spędzić ją na drzewie, na którym właśnie byli, tym bardziej, że jego konary były grube i wyglądały na solidne. Pomogli wdrapać się psom i usadowili się w razie możliwości jak najwygodniej. W ciszy zjedli i wypili po łyku wody, tu na bagnach dzielili się zapasami z psami, a że bukłaki nie były zbyt duże woda powoli się kończyła. Noc minęła dość spokojnie, nic ich nie zaatakowało, z dala tylko dostrzegali ślepia w nich wpatrzone, jakby to coś, co na nich patrzyło zastanawiało się, co to za dziwadła siedzą na drzewie. Gdy tylko zaczęło świtać ruszyli w dalszą drogę. Szli to wspinając się to przeskakując, czasami nawet idąc po ziemi, gdy zauważyli, że coraz częściej mają przed sobą względnie twardą ziemię, czym bliżej było wieczoru tym częściej wędrowali idąc i nie musząc się wspinać. Rośliny zaczynały przybierać normalne kolory nie zgniłe, coraz częściej mijało ich jakieś zwierze, słychać było nawet czasami pisk jakiegoś ptaka. Nagle nie wiadomo, kiedy ich oczom ukazało się gołe pole, bez najdrobniejszego drzewka, tylko trawa i inne zielska nic więcej, przed nimi tylko horyzont, nie widzieli nawet, co może być za tą zieloną pustynią. Na początek postanowili poszukać jakiegoś strumyka lub rzeczki i upolować coś na ciepły obiad. Najpierw jednak rozbili obóz, aby wiedzieć, dokąd wrócić po polowaniu. Kiedy szałas ze skór był już gotowy, a czym częściej go robili tym szybciej im to szło, rozeszli się w różne strony aby przynieść wodę, coś do zjedzenia i drewno na ognisko. Na miejscu pozostały psy, którym obiecano, że jak tylko któryś wróci one będą mogły iść tam gdzie chcą. Ker poszedł szukać wody, za nim skradał się przez nikogo niezauważony Liść, doszedł, bowiem do wniosku, że tamtych dwoje da sobie świetnie radę bez niego, a jemu chciało się pić. Kierowali się na wschód od obozu, nie musieli iść daleko, gdy tylko zniknął im z oczu namiot, ich oczom ukazała się wcale nie taka mała rzeka, której prąd kierował się leniwie w stronę, w którą mieli kierować się wędrowcy, czyli na południe. Ker skorzystał z okazji i jak nabrał już wody do bukłaków i garnka, wszedł do wody, aby wykąpać się i złapać kilka ryb, co jednak z braku wprawy mu się nie udało, za to, kiedy z rzeki spojrzał na brzeg zobaczył Liść, który najspokojniej w świecie chłeptał sobie wodę. Zaraz, gdy to zobaczył wyszedł, aby skarcić psa, który skulił się u jego stóp. Dero poszedł coś upolować, nie wiedział, jakie zwierzęta się tu kryją tym bardziej, że trawa, która rosła na tym polu, była dość wysoka, sięgała mu mianowicie do pach, tylko gdzieniegdzie była niższa, między innymi właśnie w miejscu, które zaadoptowali na obóz. Nie musiał jednak iść daleko, pomniejszych zwierząt było tu bardzo dużo, złapał, więc kilka królików i wrócił do obozu. Tu czekali już na niego Zon z rozpalonym ogniskiem i Ker z różnymi owadami, które udało mu się złapać i teraz oczyszczał je ze wszelkich zbędnych skrzydełek. Psów nie było, skorzystały z okazji, że dwunożni wrócili poszły sobie coś upolować i napić się wody. W czasie, kiedy Dero piekł nad ogniem złapane króliki a Ker szykował potrawkę z owadów Zon poszedł złowić kilka ryb, o których powiedział mu Ziemon. - Jak zjemy pójdę upolować jeszcze kilka królików, lub innych drobiazgów, ugotujemy je i będziemy mieli na drogę, prowiant się co prawda jeszcze nie kończy, ale lepiej się zabezpieczyć skoro mamy trochę miejsca w bagażach. Trzeba przyznać, że psy jedzą dość dużo, a i o nich trzeba pomyśleć jakbyśmy znów trafili w miejsce gdzie nie znajdziemy nic świeżego. – Powiedział Dero. - To prawda, ale one jeszcze nabierają masy, ale lepiej idź teraz ja przypilnuje jedzenia, bo później będzie za ciemno, a nie możemy sobie pozwolić na dłuższą przerwę w podróży. – Poradził Ker. - Masz rację przyjacielu, idę, więc. – Dero zabrał swój oszczep oraz kilka noży do rzucania i odchodząc w gąszcz traw dodał jeszcze – przydałby się tu oszczepnik przez tego węża straciliśmy dwa oszczepy. - Jak chcesz pokaże wam jak my robimy oszczepy? - Super, to jak wrócę, idę, ale moment, przecież wy Ziemoni nie polujecie, więc, po co wam oszczepy? - Właściwie to nie do końca są oszczepy, my mówimy na nie dłubacze. Używamy ich do pobierania krwi z drzew lub wykopywania robaczków, ale jako broń też może się nadać. - Rozumiem, teraz już idę. Już było prawie ciemno, kiedy wrócił z kilkoma królikami i innymi małymi zwierzątkami. - Nie mam pojęcia, co to takiego, ale może będzie dobre. – Powiedział kładąc koło ogniska stworzenia większe od królika z małymi uszkami, szerokim i króciutkim ogonkiem, długich zębach i ostrych pazurkach o futerku koloru zielonego jak trawa. – Upolowałem to przypadkowo, rzucałem, bowiem noże do wszystkiego, co się ruszało, jak na polowanie to jest trochę za ciemno. - Powinno być smaczne, psy też takie przyniosły i zajadały się nimi tak aż im się uszy trzęsły. – śmiał się Zon, - a teraz siadaj bo jedzenie stygnie, w garnku jest jakaś dziwna, ale smaczna herbata, Ker ją zrobił. - To herbata z naszych ziół, jest nie tylko smaczna, ale również daje dużo energii, zapomniałem o niej, była na dnie plecaka, bo byłaby w sam raz wtedy, gdy straciłeś siły. - A właśnie trzeba skontaktować się znowu z ojcem, może znów potrzebuje trochę moich sił. Zaraz jak zjedli i chwilę odpoczęli usiedli w kole i trzymając się za ręce wchodzili w trans, Ker niewiele mógł im pomóc, ale chciał a to się liczyło, dlatego zaprosili go, aby i tym razem był z nimi jak będą kontaktować się z ojcem. Seans był długi, księżyc zdążył już wzejść, dzięki czemu zrobiło się trochę jaśniej. W końcu skończyli, Zon tym razem nie opadł tak bardzo z sił jak poprzednio, ale też był zmęczony, zaraz też napił się herbaty podanej mu przez Ziemona. - Z ojcem chyba nie jest już tak źle. – Powiedział - Tak, nawet przekazał wiadomość, że ostatnio oprawcy o nim zapomnieli. – Dodał Dero. Ker tak jak obiecał pokazał chłopcom jak to Ziemoni robią oszczepy, albo raczej dłubacze. Były one lżejsze od broni Mrozoidów, ale i słabsze, ponieważ strugane były z cienkich gałązek. Strugając je trzeba było uważać żeby nie złamać takiej gałązki, bo trzeba było zaczynać od nowa. Różniły się też tym od broni Dero i Zona, że ostrza ich były z dwóch stron. Zonowi tak się spodobały te lekkie oszczepy, że jeszcze zanim położył się spać poszedł szukać gałązek, które nadawałyby się do strugania i sam stworzył sobie kilka Ziemowych oszczepów.
14
Dzień wstał zachmurzony i nieprzyjemny, nie padało jeszcze, ale w każdej chwili mogło zacząć, ugotowali resztę mięsa, zjedli resztki…