Romans · 14 min czytania
Welon
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Spójrz na nią! - Patrzę... - odpowiedziała stłumionym, cichym głosem, zachłystując się łzami, które nagle pojawiły się nie wiadomo skąd. - Jest cudowna prawda? - mówił dalej, wpatrując się zamglonymi z zachwytu oczami w idealnie biały materiał sukni ślubnej. - Czegoś takiego właśnie szukałem dla mojej naukochańszej! - Jest cudowna, ale... - przełknęła łzy i zmęczonym głosem wyrecytowała wyuczoną już kwestię - ale ty już masz żonę, kochanie. I jestem nią ja, na litość boską! - Och, być może - mruknął on pojednawczo, nie zaprzątając sobie zbytnio głowy słowami współmałżonki. - Muszę tylko znaleźć welon do tej sukni. Powinien być długi, piękny i lśnić niczym krople rosy w jej czarnych włosach, nie nazbyt piękny jednak, aby nie przyćmił jej urody. Choć to byłoby raczej niemożliwe - roześmiał się cicho. Twarz mężczyzny zapłonęła nagłym gorączkowym rumieńcem, a w oczach pojawił się ten obłędny zapał, którego przez pięć lat małżeństwa z nim zdążyła już nauczyć się na pamięć. Znała również wszystko, co miało nastąpić poźniej, gdyż stanowiło to pewien makabryczny rytuał, który powtarzał się niezmiennie od czasu, gdy go poznała, zawsze w ten sam marcowy dzień. Wiedziała, że mężczyzna wejdzie jeszcze do kilku sklepów z modą ślubną - Anna naliczyła ich w mieście siedem - a później nagle "przypomni" sobie, iż jego matka ma w domu cudowny, delikatny welon, który od czasu jej ślubu leży cicho w głębi starej komody ze skrzypiącymi drzwiami. Później chwyci Annę za rękę i, ciągnąc ją za sobą, pobiegnie w kierunku domu, który zamieszkiwali wspólnie z jego matką. Zacznie przetrząsać gorączkowo szuflady komody w poszukiwaniu welonu i... Anna otrząsnęła się z ponurych myśli i rozejrzała w około spanikowanym wzrokiem, jakby szukała ucieczki. Ale nie było żadnego wyjścia prócz tego, żeby poddać się losowi, który kpił z niej w żywe oczy, odkąd pokochała tego mężczyznę. I tym razem wszystko odbyło się dokładnie tak, jak przewidziała. Mężczyzna zdawał się nie dostrzegać pobladłej twarzy żony, na której, choć przysłaniała ją fala miedzianych włosów, widać było płynące łzy. Nawet patrząc na nią, nie widział również jej zgaszonych teraz niebieskich oczu i zaciśniętych kurczowo dłoni - może z bólu, może z wściekłości, a może z bezsilności. Kiedy patrzył na ostre rysy twarzy swojej żony, widział bowiem w tej chwili kogoś innego. Jej rysy zdawały się łagodnieć, niebieskie oczy ciemniały i zaczynały skrzyć się złotymi błyskami, jej wąskie zaciśnięte usta stawały się pełniejsze i nabierały tego specyficznego koloru, jaki mają dojrzałe maliny. Sylwetka żony wyszczuplała nieznacznie w jego oczach, a zamiast jej prostych jasnych włosów widział opadające kaskadami czarne loki. Tak wyglądała właśnie jego najukochańsza, jego najdroższa Nika. Oczywiście na chrzcie dano jej inne imię - Weronika, ale jemu nie mieściło się w głowie jak można tak kruchą, delikatną i czarującą istotę nazwać mocnym imieniem Weronika, dlatego też skrócił to do Niki. Co prawda dziewczyna nie wyglądała na dumną boginię zwycięstwa, a jednak miała w sobie coś takiego, że każdego potrafiła zjednać i przekonać do swoich racji. Zdrobnienie Nika pasowało więc do niej idealnie. Nika... Nika... Nika... Imię to dźwięczało w jego uszach niczym słodka muzyka. Dokładnie pamiętał, kiedy wypowiedział je po raz pierwszy. Został zaproszony na uroczystość ślubną swojej kuzynki, której nie widywał od lat. Jego wspomnienia z wesela przysłonił dym papierosów i gęste, ciężkie płatki śniegu, które właśnie tamtego wieczoru zaczęły padać z nieba. Jedyne, co pamiętał wyraźnie, to mocny uścisk czyjejś drobnej dłoni, należącej do postaci, która w samym środku zabawy nagle bezceremonialnie pochwyciła go za rękę i zaczęła ciągnąć w stronę wyjścia z sali. Próbował protestować, ale wtedy dziewczyna spojrzała na niego parą czarnych, figlarnych oczu i roześmiała się: "Nie mów, że wolisz tańczyć z tymi bufonami na sali, niż uciec stąd razem ze mną!". "Ależ my się nawet nie znamy!" - udawał oburzonego, lecz ona skwitowała to krótkim: "I co z tego?". Dalej pobiegł za nią już z własnej woli. I właśnie wtedy, gdy patrzył, jak dziewczyna ze śmiechem przeskakuje przez płot oddzielający restaurację od lasu, a później biegnie w samej tylko delikatnej, odkrywającej ramiona sukni i błękitnych pantoflach po śniegu, zrozumiał, że się zakochał. Nagle dziewczyna gwałtownie zatrzymała się w miejscu. Przestraszony mężczyzna już miał zapytać, co się stało, lecz nie dała mu dojść do głosu, wykrzykując: "Do diabła! Zapomniałam się przedstawić! Weronika jestem!". Ponieważ jej wesołość była zaraźliwa, on również zaśmiał się i powiedział: "Co ty gadasz! Nie możesz nazywać się Weronika. Dla mnie jesteś Nika". Nika... Jak bogini zwycięstwa, jak pieśń w jego sercu. "Nika... Jak nasze przekleństwo" - pomyślała Anna, kiedy wracali do domu po obejściu wszystkich sklepów z sukniami ślubnymi, jakie były w mieście. Nie szli teraz tak jak zazwyczaj, trzymając się za ręce. Szli obok siebie, ale wydawało się, że coś ich rozdziela, może niewidzialne widmo owej dziewczyny, którą wciąż kochał mąż Anny. Żadne z nich nie wymówiło słowa w drodze do domu. Tyle, że za milczeniem mężczyzny kryło się gorączkowe podekscytowanie, a za milczeniem jego żony - ból tępy niczym zbyt często używana żyletka. Wbiegłszy do domu, mężczyzna prawie zderzył się ze swoją matka, która przypatrywała się jemu i Annie z wyrazem troski i... tak, Anna była pewna, że w oczach teściowej dostrzegła również całkowite zrezygnowanie i bezdenny smutek. - Mamo! Wyobraź sobie, że kupiłem już mojej Nice śliczną suknię ślubną. Tyle, że nigdzie nie mogę znaleźć równie cudownego welonu. Przypomniałem sobie, że ty masz taki i... - mężczyzna gorączkowo wyrzucił z siebie potok słów, który ucichł dopiero wtedy, gdy jego matka w milczeniu pokazała mu miejsce, gdzie trzymała welon. Kiedy kobiety zostały same, spojrzały na siebie. Były zbyt udręczone, aby ze sobą rozmawiać, jednak gdy ich zmęczone spojrzenia skrzyżowały się, powiedziały sobie więcej, niż mogłyby to wyrazić za pomocą jakichkolwiek słów. - To już pięć długich lat! Pięć lat, kiedy próbowałam pokochać go takim, jaki jest i zrozumieć tę jego obsesję! Ale mamo... jak wiele można znieść? - mówił zgaszony, lecz wciąż krzyczący w niemej rozpaczy wzrok Anny. - Spróbuj zrozumieć mojego syna. Rzadko kocha się kogoś na tej ziemi tak, jak on kochał Nikę. Pamiętam krótki okres ich narzeczeństwa, kiedy prawie cały czas spędzali razem. Ona potrafiła wpaść do naszego domu w środku nocy i obudzić go tylko dlatego, że chciała zobaczyć wraz z nim księżyc odbijający się w taflach jeziora, albo przyjeżdżała tu na motorze i znikali czasami na parę dni, żeby "znaleźć wolność". Wciąż robili coś szalonego. Ona był jak wiatr - dzika,…