fantastyka · 17 min czytania
Wenus z piany morskiej
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Biały statek płynął wśród gwiazd. Nazywaliśmy go leniwcem. Nie mogę sobie przypomnieć, czy to ze względu na marną prędkość jaką rozwijał, czy z powodu wyglądu. Miał przygarbiony przód, upstrzony czarną grubą kreską wokół okien na mostku kapitańskim. Długie zakrzywione skrzydła, powodowały, że statek powoli wspinał się po pustce kosmicznej. A może oba powodu były trafione? Mostek kapitański opustoszał. Jeden nawigator i operator. Monitory błyskały, drgały. Operator, człowiek starej daty powiedział dosadnie "To nie ma prawa się udać". Nawigator warknął, żeby nie krakał. Obaj patrzyli zawzięcie w ekrany. Czy chcieli siłą umysłów zmienić przeznaczenie? Być może. W tamtych czasach wiara w telekinezę była większa niż kiedykolwiek wcześniej. Operator zazgrzytał zębami. Nawigator otarł spocone czoło. Leniwiec leciał torem teoretycznie właściwym. Na torach właściwych teoretycznie nie ma zdarzeń niewłaściwych czytaj kolizyjnych. Teoria. Operator siedział z tyłu i obserwował kątem oka plecy nawigatora. One więcej mówiły niż wskaźniki. Ucieszył się, gdy dostrzegł jak spokojnie, w bezruchu tkwią na stanowisku. Nawigator był młody, rok temu skończył praktyki na statkach pasażerskich. "Nigdy więcej. Mam dość patrzenia jak ludzie upadlają się, wmawiając sobie, że to niezła zabawa", tak podsumował tamten czas. W każdym razie praktyka była za krótka, by nabrać właściwych odruchów. I zarazem dość długa, by stwierdzić, czy będzie nadawał się do tej roboty. Ten się nadawał. Długie czarne włosy nawigatora związane były w piękny warkocz. Operator przełknął ślinę, bo zagrał w nim instynkt o którym myślał, że go nie dotyczy. Odegnał myśli, nie patrzył na nawigatora. Statek kosmiczny dryfował właściwym torem, we właściwym czasie. Właściwie wszystko było właściwe. Operator nie mógł zakłócić tego niewłaściwymi myślami. Nawigator był biocyborgiem, ale to nie program kierował jego esencją życiową. Wyczuł pożądliwości operatora i się uśmiechnął. Biocybernetyczna, kobieca natura została mile połechtana. Chciał popatrzyć na mechanika. Na chwilę odwrócił głowę w stronę operatora, pod pretekstem "Jak tam, trzymasz się?". Operator trzymał się. Podziękował za troskę. Nawigator mógł, dzięki małemu fortelowi popatrzeć na delikatne rysy dojrzałej kobiety, przepiękne pukle złotych włosów i te błękitne oczy wielkie jak ocean. Dobrze, mieć za operatora taką istotę, zrodzoną z piany morskiej. Nawigator przypomniał sobie grubą teczkę osobową operatora. Kobieta, lat 35, urodzona na planecie oceanicznej typu (numer utajniony), zamieszkała przez liczną populację syren (odnośnik do artykułu naukowego "Syreny - praistoty rozumne"). Urodzona w roku księżycowego blasku, w upalny, letni dzień (odnośnik do wiersza ...zatarte). Pamięta dokładnie opis, skreślony przez samego operatora i umieszczony w aktach.
"Urodziłam się, gdy wściekłe fale rozbijały ostatnie skrawki lądu na mojej planecie. Wystające ostre skały, stały ością w gardle królowi mórz i królowej oceanów. Wysłano setki bałwanów morskich, by rozprawiły się z upartym lądem. Słońce prażyło, żar lał się z nieba. To był zły moment. Ląd triumfował, patrząc jak woda paruje od żaru słońca. Ląd krzyczał, zanosił się śmiechem na całą planetę. Naigrywał się. To rozdrażniło władców planety. Król morza złapał za łeb jednego z bałwanów morskich. Zaczął wykręcać go, jak wykręca się mokre ubranie z wody. Podnosił go wysoko w górę, aż do nieba. A później puścił, jednocześnie dmuchając w taflę morza. Zakręcony bałwan odkręcał się tworząc wielką trąbę powietrzną a wiatr pchał go do przodu. Rozpędzona trąba pociągała z sobą następne bałwany, wytwarzając falę, która zasłoniła na chwilę słońce. Monumentalne tsunami sunęło z gigantyczną prędkością w stronę lądu. Skały, przerażone, krzyczały z trwogi i obudziły śpiące od milionów lat siły wulkaniczne. Przerwany sen rozeźlił je i wybuchnęły rzekami ognia z głębokich pokładów pod ziemią. Małe skały, wystające ponad powierzchnię, były czubkiem ogromnych gór zatopionych w oceanie. Król i królowa byli za młodzi by pamiętać czasy sprzed miliardów lat, gdy planeta była posępną skamieliną, pełną długich na setki kilometrów wąwozów, szczytów drapiących tabuny ciężkich chmur. Był to czas bezwodny, bezoceaniczny, bezmorski, bezżyciowy. Siły wulkaniczne pamiętały te czasy. One dawno temu rządziły, ich dymiące kominy jako jedyne ożywiały martwy obraz planety. Gdy planeta dojrzała, nabrzmiała wodą, siły ziemi usunęły się same w cień historii, aż w końcu zasnęły, wydawać się mogło, snem wiecznym. Lekkomyślność oceanicznego ludu zerwała maskę i starzy władcy wstrząśnięci krzykiem prawnuków ziemi stanęli do obrony małego skrawka lądu, jaki pozostał na oceanicznej planecie. Potężna eksplozja wstrząsnęła światem tamtejszym. Gorąca lawa wypływała z wnętrza ziemi, by zatrzymać tsunami. Siły wody i siły ziemi miały stoczyć śmiertelny bój. Fale były pchane nienawiścią do lądu. Z drugiej strony wściekła erupcja wulkanu gotowała się (dosłownie) do bitwy ostatecznej. Słońce, mrużąc oczy, przyglądało się z góry epopei. Pisał się dzisiaj kolejny rozdział planety. Ogromna kula, wisząca miliony kilometrów od epicentrum zdarzeń, była w gruncie rzeczy istotą czułą i empatyczną. Słońce nie mogło patrzeć jak wewnętrzne siły planety niszczą się wzajemnie. Wiedziała, że swoimi promieniami mogła zmieniać konsystencję krążących, wokół niej, ciał niebieskich. W momencie katastrofy, gdy fala tsunami chciała rozłożyście sobą uderzyć w skały, a siły wulkaniczne miały wypluć z długich kominów nieskończenie wielkie pokłady magmy, poleciał w ich stronę wielki strumień energii z samych trzewi słońca. Cud ten był boską prokreacją nowej istoty. Poczęte zostało dziecko wody i ziemi. Słońce rozkwitło w nim żółtym szczęściem. Skały ze wzruszania skruszały i pękły. Rozpłynęły się wśród fal tsunami. Magma uratowała je, będąc spoiwem i wytworzyła nowy ląd. Tak narodził się świat człowieka. Poczęte dziecię dojrzewało w pianie morskiej i zostało oddane lądowi, podczas jednego z przypływów księżycowych (Księżyc jak zwykle spał i nie zauważył, że świat się zmienił, a on stał się liną, która będzie, po wsze czasy, przeciągana przez siły wody i ziemi, starając się wyrwać skrawki lądu oceanowi i przechylać zwycięstwo raz w jedną, a raz w drugą stronę). Dziecię leżało na miękkim piasku plaży, kwiląc cichutko. Król morza i królowa oceanu patrzyli zza fal na swoje dziecko, które poczęli ścierając się z siłami wulkanów. Siły wulkaniczne wstrząśnięte były widokiem. Były starsze od sił wody i wiedziały, że stała się rzecz niezwykła. Wiedziały co robić. Zwróciły się do słońca o radę. Słońce czuło, że odpowiedzialność za losy dziecka jest za wielka, by samodzielnie podejmować decyzję. Słońce zwróciło się do gwiazd, a gwiazdy pomyślały tak samo jak słońce i zwróciły się do galaktyk. Galaktyki powiedziały, że nie znają się na tyle dobrze na dzieciach, by udzielać rad i poprosiły o radę mgławice. Mgławice były najmądrzejszymi kosmicznymi istotami. Oddały pytanie do najwyższych. I tak zapytanie trafiło do boskich istot, które zarządziły: - Dziecko niech wychowają jej rodzice, siły wody i ognia. Niech nikt nie ośmieli się zgładzić dziecka. Gdy dojdzie do wieku pełnoletności zabierzemy je do świata ludzi, gdzie zadecyduje samo o swoim losie. Do tego czasu ląd da schronienie, żywność i zapewni dziecięciu bezpieczeństwo, a woda da mu miłość, radość życia i towarzystwo innych istot. I stało się. Morskie fale zmieniły króla i królową w ludzi. Wyszli z oceanicznych, słonych wód. Królowa wzięła na ręce dziecię. Przytuliła czule. Siły wulkaniczne zadbały o resztę czyli o żywność, schronienie przed deszczem (syreny nie znały pojęcia zmoknięcia, mieszkały przecież w otchłani wodnej). Inne syreny przypływały do nich, ciekawe jak król i królowa radzą sobie. Tyle wiem, z opowieści moich rodziców. Król i królowa, razem z syrenami, byli moją połową rodziny, a drugą połową były siły wulkaniczne. One nigdy się nie zmaterializowały, ale czułam, że są ze mną. Dawały mi ciepło, gdy marzłam, chłodziły w gorące dni. Uczyły mnie świata. Do momentu pełnoletności cieszyłam