Psychologia · 24 min czytania
Wet za wet
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
UWAGA: opowiadanie zawiera słowa powszechnie uznane za wulgarne lub obelżywe
Ksiądz Marek przybył na miejsce z sołtysem, gdy już zmierzchało. Maj, podobnie jak cała wiosna w tym roku, był wyjątkowo ciepły i słoneczny, toteż mimo że zbliżał się wieczór na dworze było jeszcze całkiem jasno. Słońce dopiero co schowało się za horyzont, gdzieś wysoko po niebie pomalutku przelatywały pojedyncze chmury, na wschodzie, gdzie było ono najciemniejsze, co uważniejszy mógł dostrzec pierwszą, nieśmiało mrugającą gwiazdę. Powietrze było suche, ziemia oddawała ciepło po całodniowym nagrzewaniu. Gdzieniegdzie unosił się kurz i zapach świeżo ruszonego gruntu. Zaczynały się wykopki wczesnych ziemniaków. Ksiądz Marek opuścił samochód sołtysa. Przecinająca pola uprawne, wybetonowana przed laty droga, teraz mocno już poszarpana i wykruszona, ale wciąż przejezdna, krzyżowała się w tym miejscu z szeroką polną ścieżką. A raczej rozdwajała w dróżki, odchodzące od siebie pod szerokim kątem. Między nimi umieszczona była cementowa kapliczka z mosiężną, około półmetrową figurką przedstawiającą ukrzyżowanego Chrystusa. Wokół niej zgromadziła się ciżba ludzi. Ksiądz Marek z wyrazem niepokoju na twarzy podszedł do nich. Mieszkańcy pobliskiej wioski przywitali się i rozstąpili. Duchowny zbliżył się do kapliczki i westchnął głęboko, po czym zafrasowany wykonał znak krzyża, złączył dłonie i pochylił głowę. Po krótkiej modlitwie podniósł wzrok i smutnymi oczyma obejrzał figurę. A raczej to, co z niej pozostało. Kapliczka była zdewastowana. Daszek wykonany z kilku dachówek rozrzucony był w promieniu kilku metrów od niewielkiej budowli. Liche ścianki zgruzowano u jej podstawy. Oberwało się nawet fundamentowi, w którym ktoś usilnie próbował zrobić jak najwięcej dziur. Mosiężnej figurki Chrystusa pozbawiono ramion krzyża, a tym samym rozpostartych rąk Zbawiciela. Leżała bezładnie tuż obok niewielkiej dziury w trawie. Ksiądz Marek domyślił się, że była tam wetknięta – szczytem krzyża i głową Chrystusa do dołu. Duchowny stłumił w sobie odruch gniewu. Sołtys stanął obok niego z dłońmi opartymi na biodrach i kręcąc głową rozejrzał się wokoło. – Komu to przeszkadzało? – powiedział półgłosem, bardziej do siebie niż do księdza czy kogokolwiek innego. Ksiądz Marek milczał. Rozległy się za to głosy mieszkańców wsi, którzy zebrali się wokół zrujnowanej kapliczki. – To już trzecia w naszej parafii – rzekła niska starsza pani w fioletowym fartuchu w wielkie czerwone kwiaty. – Trzeba coś z tym zrobić, sołtysie! No, koniec świata! Proszę księdza, tak nie może być!... – Przecież wiemy – odparł sołtys. – Zgłaszaliśmy już na policję. Musimy czekać. – Na co czekać? – odrzekł wysoki, łysiejący pan ze zbyt długą, zaczesaną przez środek głowy grzywką. – Aż pójdą na cmentarz i zacznie pomniki niszczyć? – A jak im przyjdzie do łba nasze chałupy podpalać? Jezusieńku kochany... – babcia w postrzępionej, brązowej spódnicy i wyblakłym, jasnym swetrze złapała się za twarz w pełnym przerażenia geście. Tłum wzburzył się. Tu i ówdzie słychać było podniesione głosy. – Spokojnie, spokojnie! – sołtys zrobił użytek z donośnego głosu. – Nie rozsiewajmy paniki... – Jak mamy być spokojni?! – Albo stodołę podpalą, albo... – Sami ich złapiemy, bandytów!... – Ja nowy pomnik postawiłam! Matko jedyna!.... – Moi drodzy, uspokójcie się! – odezwał się wreszcie ksiądz Marek. Parafianie pokornie usłuchali swojego proboszcza i uciszyli się. – Słuchajcie sołtysa. Nie możemy siać paniki. Policja wie o wszystkim. Na pewno niedługo sprawca tych wszystkich... zniszczeń zostanie złapany i sąd go ukarze. Nic nie wskazuje na to, żeby miał podpalić czyjś dom. Bardziej jest zainteresowany obiektami sakralnymi... – No to jeszcze kościół podpali! – wystrzelił siwy pan z grzywką. Na te słowa wszystkie kobiety aż się przeżegnały. – Jasiu, proszę cię, nie gadaj bzdur – sołtys otaksował go spojrzeniem. Ksiądz Marek westchnął i powiedział: – Nie możemy dać się nastraszyć. Musimy być cierpliwi. I musimy się modlić. O to was wszystkich proszę. – Niech no tylko wpadnie w nasze ręce – pomachał pięścią siwy pan z grzywką. – Już my go nauczymy. Wszystkie sam będzie odbudowywał. A najpierw batogiem po plecach dostanie... – Panie Świniarski, proszę nawet tak nie żartować – przerwał mu ksiądz Marek poważnym tonem. Świniarski zamilkł zmieszany. – Jeśli faktycznie ktokolwiek złapałby tego człowieka – albo ludzi – ma obowiązek zawiadomić policję i sołtysa. – I księdza – dodał sołtys. – I mnie. I proszę nawet nie myśleć o żadnych samosądach. Słuchali go w milczeniu, onieśmieleni mocą i powagą, z jaką wypowiadał te słowa. Zajęci byli rozmową do tego stopnia, że nikt nie zauważył nadjeżdżającego radiowozu. Sołtys wskazał go księdzu. Policyjny wóz zatrzymał się tuż za autem sołtysa. Po chwili wyszedł z niego funkcjonariusz z wąsem w jasnobłękitnej, spoconej koszuli. Drugi, młodszy, pozostał w pojeździe. Policjant zbliżywszy się do duchownego zdjął czapkę. Szybko zerknął na zrujnowaną figurkę. – Dzień dobry. – Szczęść Boże. Czy coś się stało? – Przyjechaliśmy, bo dowiedzieliśmy się, że ksiądz jest tutaj. – Macie do mnie jakąś sprawę? – Tak – zerknął na zgromadzonych ludzi i przyciszył głos. – Złapaliśmy go – wskazał głową na resztki kapliczki. Ksiądz Marek zaskoczony odrzekł tylko: – Och... – No, widzicie, ludzie! – krzyknął sołtys, przysłuchujący się rozmowie. – Już go mają! Wśród zebranych wybuchł gwar. – No, Bogu dzięki – wykrztusił z wyraźną ulgą ksiądz Marek. – Taa... Tylko, że... jest sprawa do księdza – tym samym przyciszonym głosem rzekł policjant. – Do mnie? – zdziwił się ksiądz Marek. – No... i my żeśmy właśnie po księdza przyjechali. – A co się stało? – uśmiech spełzł z twarzy kapłana. – Ten, co go żeśmy złapali... nic nie chce gadać. Powiedział, że chce rozmawiać z księdzem i tylko z księdzem. Duchowny zamilkł. Zdumienie to za mało, by opisać, co czuł. – No więc, proszę księdza, jakby ksiądz mógł z nami pojechać, to... no, bylibyśmy wdzięczni. Nie wiem, może chce się najpierw wyspowiadać, czy coś... Mówi, że tylko z księdzem. Ksiądz Marek słuchał funkcjonariusza z otwartymi ustami. Zorientował się nagle i zamknął je, przełknął ślinę i wychrypiał: – No dobrze, jedźmy. Policjant kiwnął głową. Ksiądz ruszył za nim, odwracając się jeszcze w stronę nie mniej zdumionego od niego sołtysa: – Zaopiekuj się nimi. Dam znać, co z tego wszystkiego wyniknie. Sołtys przytaknął. Ksiądz Marek usiadł na tylnym siedzeniu radiowozu, pozdrawiając młodego policjanta, który ukłonił się i odpalił silnik. Starszy usiadł na fotelu pasażera, rzuciwszy: "No, jedziemy". Odwrócił się, żeby coś powiedzieć, gdy nagle rozległ się głos w CB radiu: – Wiesiek, cholera, wracaj szybko na komisariat, bo wóz jest potrzebny... Starszy funkcjonariusz błyskawicznie przyciszył głośnik. – Przepraszam – rzekł z zakłopotaniem. – Nie szkodzi – ksiądz machnął ręką. – Jest jeszcze jedna rzecz, o której musi ksiądz wiedzieć. – Tak? – Złapaliśmy tego niszczyciela, jak się kręcił wokół kościoła. Był sam. Okazało się, że ma przy sobie kanister z benzyną. Księdza Marka oblał zimny pot. – Jeden z mieszkańców go przyuważył. Chyba wyczuł moment, jak księdza nie było na plebani i... No, wolę nie myśleć, co by było, gdyby stary Oleszczyk go nie przydybał. Ksiądz też wolał nie myśleć. Roztrzęsiony pogrążył się w modlitwie. Do gminnej miejscowości, gdzie mieścił się kościół, mieli jakieś sześć kilometrów, a do niewielkiego miasta z niedużym komisariatem kolejne cztery, więc jazda nie trwała zbyt długo. Ksiądz przyjrzał się świątyni, którą właśnie mijali. Przełknął ślinę, gdy pomyślał, jakie niebezpieczeństwo groziło Domu Bożemu, ludziom i jemu samemu. Skierował swe myśli ku nieznajomemu, który tak bardzo chciał się z nim spotkać. Nie miał pojęcia dlaczego. Czy chodzi mu o spowiedź? A może jeszcze o coś innego? Ale o co? Nic nie przychodziło mu do głowy, więc ponownie cicho się pomodlił, wsłuchując się w szum opon jadących po bitumicznej nawierzchni. W krótkim czasie zajechali pod komisariat. Gdy tylko ksiądz Marek przestąpił próg brudnego piętrowego budynku w kolorze ecru, przypomniał sobie, że nie ma przy sobie stuły, jeśliby człowiek ten chciał istotnie skorzystać z sakramentu pokuty. Ogarnął go jednak niepokój tak duży i niewiadomego pochodzenia, że zepchnął ten problem do podświadomości, jeszcze raz prosząc Chrystusa o spokój i siłę. Duchowny został zaprowadzony pod zamknięte drzwi, gdzie policjant, z którym przyjechał, oznajmił mu, iż zatrzymany przebywa w pomieszczeniu za ścianą. Ksiądz Marek przez niewielką szybę zajrzał do środka. Dość nikłej postury mężczyzna siedział przy stole z opuszczoną głową. – Jak ma na imię? – zapytał proboszcz. – Nazywa się Stanisław Korbecki – odparł policjant, zaglądając do kartki, których kilka trzymał w dłoni. – Tylko tyle udało się z niego wyciągnąć. Stwierdził, że chce rozmawiać z księdzem, inaczej zrobi sobie krzywdę. Duchowny kiwnął głową. – Jest ksiądz gotowy? – Tak. Policjant otworzył drzwi i puścił księdza przodem. Obecny wewnątrz niewielkiego pokoju o bladoniebieskich ścianach młody funkcjonariusz wyprężył się jak struna. – Korbecki, przyprowadziliśmy wam księdza. Korbecki nie odpowiedział. Nawet nie drgnął. – Tomek zostanie z wami – rzekł funkcjonariusz do księdza, wskazując stojącego na baczność policjanta. – Nie – odparł ksiądz Marek – zostawcie nas samych. Policjant zawahał się, ale po chwili skinął głową, gestem dłoni nakazał młodszemu koledze wyjść i obaj funkcjonariusze opuścili pomieszczenie. Ksiądz Marek i Stanisław Korbecki zostali sami. – Szczęść Boże. Mężczyzna nie zareagował. Kapłan zajął miejsce za stołem vis a vis zatrzymanego. – Dzień dobry...? Cisza. – Panie Stanisławie? Chciał pan ze mną porozmawiać? – Chciałem, zgadza się – odrzekł Korbecki, nie podnosząc głowy. – A więc... słucham pana. Ale i tym razem ksiądz Marek nie doczekał się odpowiedzi. – Panie Stanisławie? Duchowny uznał, że powinien dać mówić Korbeckiemu, kiedy ten zechce, toteż zamilkł. Cisza jednak przedłużała się. – Czy chciałby się pan wyspowiadać? – przerwał ją w końcu kapłan. – Zabiłeś mi dziecko. Korbecki wycedził te słowa przez zaciśnięte zęby, lecz ksiądz Marek dosłyszał je. Zupełnie zbiły go z tropu. – Słucham?... Ja?... – Zabiłeś mi córkę. Ksiądz Marek spoglądał na Korbeckiego w niemym zdumieniu. Co ten człowiek wygaduje? – Panie Stanisławie... o czym pan mówi? Ja nie potrafiłbym komukolwiek zrobić najmniejszej krzywdy... – No widzisz? A jednak. Ksiądz Marek nie wiedział, co odrzec. Nieznajomy mu kompletnie człowiek rzuca niedorzeczne oskarżenia. Postanowił się bronić, jednocześnie najdelikatniej, jak potrafił. – Panie Stanisławie, ja... naprawdę nie rozumiem... Przecież nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy. Nie znam pana ani pańskiej rodziny... W jaki sposób mógłbym zrobić coś tak strasznego pana córce? Korbecki wreszcie podniósł wzrok. Wyraźne oczy odznaczały się na wychudłej twarzy o ziemistej cerze. Biła od nich złość. Nie mógł mieć więcej niż czterdzieści kilka lat, choć wyglądał na wiele starszego. – Naprawdę... bardzo mi przykro z powodu straty córki, ale... – Przykro ci? – przerwał mu Korbecki. – Jak może być ci przykro, skoro – jak sam powiedziałeś – w ogóle nie znałeś mojego dziecka? Ani mojej rodziny? Ksiądz Marek przełknął ślinę, zbierając wszelkie siły, które opuściły go na skutek strachu. – Po prostu... tak po ludzku mi przykro... – Po ludzku, mówisz. To ciekawe. Ciemne oczy Korbeckiego przeszywały go niemal na wylot. – Czy trzeba kogoś znać, żeby mu współczuć? – zapytał ksiądz lekko drżącym głosem. – Ty mi powiedz. Ksiądz Marek zawahał się. – No, śmiało. – Nie trzeba. – To twoje zdanie? Kapłan nie zrozumiał. – Moje?... – Tak – twoje czy Pana? – odrzekł Korbecki, odchylając się w krześle i cynicznie rozkładając ręce na wzór księdza prowadzącego nabożeństwo. Duchowny nie odpowiedział. Coraz mniej mu się to podobało. Strach ustępował miejsca urazie. Korbecki mógł szydzić z niego, ale nie z Boga. – Coś ci powiem,…