Fantastyka · 35 min czytania
WHOLE LOTTA LOVE
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Mogłem godzinami wpatrywać się w jej twarz. W te usta, które ślą zalotny i zniewalający półuśmiech, dający do zrozumienia, że „być może, ale bądź cierpliwy”. W te przymrużone oczy czyniące spojrzenie z lekka kpiącym, emanujące pewnością siebie, jak gdyby mówiące „nie masz szans robaczku, zrobię z tobą co tylko będę chciała. Jeśli będę chciała”. Co ja plotę: „jeśli będę chciała”! Przecież jej twarz, ba – całe ciało wyrywało się ku mnie każdym centymetrem tak samo, jak moje wyrywało się ku niej. Czy ktoś opracował już matematyczny model grawitacji miłości? Nie wychodziliśmy z mieszkania przez cztery dni. Był tylko seks - spontaniczny, zachłanny, szalony i dziki. Każde miejsce w moim mieszkaniu obdarzaliśmy sprawiedliwie swoją namiętnością i gwałtownością. Gdyby tylko meble umiały mówić… Może i lepiej, że nie umieją, bo z pewnością nie wszystkie były zadowolone z tego, jak je traktowaliśmy. Ależ zacząłem bez sensu, gdzieś od środka. Już się poprawiam.
***
Właściwie nie byłoby tej historii, gdyby kot Jane nie wlazł na drzewo w pogoni za szpakiem. Głupie kocisko. Daje się nabierać ptakom, które robią sobie z niego jaja, prowokując do wspinaczki. Zaślepione swym myśliwskim instynktem zwierzę podąża za nimi bez zastanowienia, a potem, gdy zerknie w dół, drze mordę z przerażenia. No, może nie powinienem przedstawiać go w aż tak złym świetle; przecież bez tych jego łowieckich fascynacji nie poznałbym Nivriti… Zresztą bo ja wiem? Może bardziej winienem wdzięczność szpakowi? Mniejsza z tym. Tak więc Jane zadzwoniła gdzieś koło piątej, że nie przyjdzie, bo ma na głowie policjantów i strażaków ściągających z drzewa jej kretyńskiego kota. Więc mogę sobie iść z kolegami do pubu świętować urodziny „tego lalusiowatego Patryka”. Tak powiedziała: „lalusiowatego Patryka”. Coraz bardziej odpychała mnie od niej ta pełna ironii niechęć do moich kumpli. Nie przeczuwałem, że dziś pojawi się potężna siła, która, przyciągając do siebie, odepchnie mnie od Jane na dobre. Byliśmy stałymi gośćmi pubu „Virtual Paradise”, który, jako jeden z pierwszych w hrabstwie, podniósł się z upadku po tym, jak Senat, uległszy feministkom walczącym z dyskryminacją i bezczeszczeniem godności płci pięknej, przegłosował ustawę o zakazie „tańców przy rurze”. Gdzieś wyczytałem, że tajemnym sprzymierzeńcem organizacji feministycznych był ponoć koncern VR Technologies. Tak czy owak, w pubach i nocnych lokalach frekwencja poleciała na łeb na szyję i stanęły one wobec perspektywy bankructwa. Część splajtowała naprawdę, zaś u właścicieli pozostałych zaczęli się pojawiać agenci VR Technologies, oferując instalację aparatury emitującej w technice wirtualnej rzeczywistości programy z tańcami erotycznymi, strip tease i innymi bardziej lub mniej pikantnymi atrakcjami tego typu. Było to całkowicie legalne, albowiem ustawa nie zabraniała popisów panienek, choćby i rozebranych do rosołu, lecz całkowicie wykreowanych w komputerach (emisja clipów filmowych z autentycznymi tancerkami była, rzecz jasna, zakazana, jako „uwłaczająca godności płci”). Mark, właściciel pubu „Virtual Paradise” (znanego dotąd pod nazwą „Virgin Paradise”) szybko wyczuł złoty interes. Zainwestował w najlepszą na rynku aparaturę firmy Phantomatic Machinery Ltd. i wszedł w układy z czołowymi producentami wirtualnych spektakli, dzięki czemu miał od ręki wszystkie nowości. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Lokal w mig zaroił się od facetów wzdychających za pięknem kobiecego ciała, pięknem, którego tak brutalnie ich pozbawiono. Rzeczywiście „wirtualne laseczki” były perfekcyjnie podrobione, nie do odróżnienia od naturalnych. Jako stali bywalcy pubu i dobrzy znajomi Marka mieliśmy swój stolik w najlepszym miejscu sali. Koledzy do tego stopnia ucieszyli się moim przyjściem, że usadowili mnie na honorowym miejscu, tuż obok jubilata. Złożyliśmy życzenia Patrykowi, on postawił kolejkę. Ledwo przynieśli piwo, rozpoczął się pokaz. Przy dźwiękach fanfar na środku lokalu wyrosła ogromna, świetlista czasza wypełniona jakimś bulgoczącym syropem. Na jego powierzchni nabrzmiewały coraz większych rozmiarów balony, które wyglądały jak monstrualna guma do żucia. W pewnym momencie, przy ogłuszającym łoskocie werbli, pękły wszystkie, wystrzeliwując w górę siedem skąpo odzianych sex-tancerek. Równocześnie system laserowych reflektorów wykreował wokół czaszy siedem ogromnych pajęczych siatek połączonych w imponujących rozmiarów sferę. Lecące podniebnymi trajektoriami wirtualne dziewoje wnet zostały schwytane w tę gigantyczną sieć, która zatrzepotała gwałtownie wskutek zderzenia z jędrnymi ciałami. W rytm coraz bardziej dynamicznej muzyki siedem nieziemsko zgrabnych lasek wiło się namiętnie w sieci, z idealną synchronizacją zmierzając ku dołowi, gdzie w międzyczasie wyrosło z krawędzi czaszy siedem wypustek w kształcie liści łopianu, mających stanowić taneczny podest dla każdej z nich. Patrzyliśmy jak urzeczeni, sącząc piwo. Mark wiedział, co tygrysy lubią najbardziej. Laski, paluszki lizać. Do tego ta perfekcja wykonawcza… Z uznaniem obserwowałem płynność, naturalność i ponętność ruchów dziewcząt dopracowaną do najmniejszych skurczów mięśni, najlżejszych grymasów twarzy. Pamiętali o wszystkim – pomyślałem, dostrzegłszy na aksamitnej cerze najbliższej tancerki małe kropelki potu – rezultatu coraz dynamiczniejszych ruchów, jakich domagała się muzyka (że o widzach nie wspomnę). Było coraz przyjemniej. Tancerki wyczarowywały swoimi kocimi i wężowymi ruchami coraz większą afirmację i entuzjazm zebranych, czemu z pewnością sprzyjały kolejne kufle bursztynowego płynu skwapliwie serwowanego przez uwijających się kelnerów. Nie wiem, czy to właśnie ów trunek, czy inny czort sprawiał, że coraz trudniej było mi oderwać wzrok od najbliższej nam wirtualnej tancerki. Czułem się omotany siecią jej seksapilu. Było w tym coś masochistycznego, bo chłonąc wzrokiem jej idealne, jędrne ciało, jej bezlitośnie piękną twarz, zalotne, a jednocześnie nieśmiałe oczy, wyzywające, a jednocześnie melancholijnie rozchylone usta, doświadczałem rozkoszy i cierpienia równocześnie. Rozkosz – to chyba zrozumiałe. A cierpienie? Ono przychodziło wraz z powracającą jak zły duch świadomością, że to przecież fikcja, iluzja, oszustwo, że nigdy nie będę mógł jej dotknąć, pogłaskać, przytulić się, o śmielszych uczynkach już nie wspominając. W pewnej chwili odniosłem wrażenie, że spojrzała na mnie. Ciarki mi przeszły po plecach. - Człowieku daj se na wstrzymanie, to tylko komputerowy program! – zgromiłem się w myślach. – Po prostu piwo zaczyna robić psikusy z twoją wyobraźnią! Oczywiście, na zdrowy rozum to było złudzenie, lecz od tej chwili zerkałem coraz częściej na jej twarz (przyznam, że do tej pory bardziej interesowały mnie krągłości - te z przodu i te z tyłu). Jak było do przewidzenia, „złudzenie” powtórzyło się kilka razy. Chwała ci piwo, trunku wszechmogący! Koledzy w mig spostrzegli moje zachowanie i zaczęli dowcipkować, w czym znakomicie służyły im oszołomione piwem umysły. - Niezła lalunia, co Steve? – Danny klepnął mnie po plecach aż się skrzywiłem. – Wyluzuj bo się jeszcze zadurzysz i nie zostanie ci nic innego jak iść do Marka w niewolę! Już tam on znajdzie sposób, żeby cię wprowadzić do tego wirtualnego świata! - O, tak – sekundował mu Roni. – Ma ci on taką maszynkę, jak do mięsa. Wkłada cię, koleś, z jednej strony a z drugiej wychodzą bajty! Wszyscy ryknęli śmiechem. - Jak wychodzą? Na DVD czy na fleszach? - Luzem! Bajty luzem, bez opakowania! – wydzierał się Paul. - Steve, nie słuchaj tych palantów – odezwał się Patryk płaczliwym głosem, co zwiastowało, że jest już nieźle ululkany. – Ale nie patrz na nią tak zachłannie, błagam – zatoczył się i ciężko opadł na mój prawy bark. – Steve, mówię ci, to szkodzi! Nie będziesz pożądał wirtualnej laski nadaremno! Ona nie istnieje, mówię ci! – kontynuował pijackim głosem, wciąż się zataczając. - Patryk, siadaj, a od tej chwili już nie pij więcej – Roni próbował ściągnąć kolegę do pozycji siedzącej. Bezskutecznie. Nasz jubilat nie zwracał na niego uwagi. Zwrócony w moją stronę wciąż perorował z pijackim uporem: - Nie ma jej! Patrz! – zamachnął się ręką, w której trzymał opróżniony do połowy kufel (albo do połowy pełny, kto by się w takiej chwili spierał o szczegóły). Strumień złocistego płynu wzbił się w powietrze, lądując na głowie, piersiach i plecach tancerki, mocząc obficie włosy i spływając po skórze cienkimi strumyczkami. Zamarłem. - O, kurwa! – wymamrotał Roni i też zamarł. Patryk także stał z rozdziawioną gębą i głupawym spojrzeniem. - Chło… chłopy, czy widzicie to samo co ja? – jąkając się, pytał przestraszonym głosem dziecka i rozglądał wokół. Pozostali dopiero teraz zwrócili uwagę na to, co się stało. Nim jednak ktokolwiek zdążył zareagować, tancerka, która także zaskoczona znieruchomiała na moment, wydała z siebie krótki pisk i zbiegła z podestu znikając w drzwiach toalety. Poza naszym stolikiem nikt nawet nie zwrócił uwagi na to, co się stało. - Oszustwo! Mistyfikacja! – zapiszczał Patryk, doszedłszy do siebie. – Pieprzony Mark! Cwaniaczek jeden! Chodźcie! Już ja mu pokażę moją pięść, tak samo wirtualną jak te jego dziwki! - Tak! Chodźmy do niego – poparł go Roni. - Spokojnie chłopaki – próbowałem pohamować krewkich kolegów. - Owszem, chodźmy to wyjaśnić, ale nie róbcie zadymy, dobrze? W końcu Mark to nasz kumpel, chcecie go zadenuncjować? Przecież jak się sprawa wyda, to mają go jak na patelni! - Racja! Idziemy – ale cicho-sza! – poparł mnie Danny. Podnieśliśmy się z miejsc. - Na pohybel z nim! – wrzasnął Patryk, zataczając się niebezpiecznie. - Przytrzymajcie go, a jak będzie trzeba zatkajcie mu łapą mordę – powiedziałem i przepychając się ruszyliśmy wszyscy w kierunku baru, za którym była kanciapa Marka. Władowaliśmy się do niej, starannie zamykając drzwi. - Mark? Mamy do pogadania – odezwał się Danny. - Co tam chłopcy? Piwo za ciepłe czy dziewczyny za zimne? – Mark był w znakomitym humorze. - Dziewczyny za mało wirtualne – odparował Danny. - Raczej za bardzo rzeczywiste – uściślił Roni. - Co wy mi tu pieprzycie? – obruszył się Mark. - Oszust! Na pohy… - wrzasnął Patryk, ale Paul natychmiast przycisnął swe potężne łapsko do jego ust. - Mark, to niebezpieczne – zacząłem. – Jak cię złapią, stracisz cały interes. - O co wam chodzi do diabła?? - Patryk oblał jedną piwem. Spłynęło po niej. Spłynęło, rozumiesz? A ona stanęła jak wryta, zapiszczała i uciekła! Będziesz nam wciskał kit, że to wirtualna iluzja? A może jest tak doskonała że się sama automatycznie materializuje? Nam to możesz wciskać, ale w każdej chwili podobną rzecz może zrobić każdy na tej sali. Jak cię podkabluje, przyjadą tu tacy, którym już kitu nie wciśniesz! - No bez jaj! – uniósł się Mark. – Laski są wirtualne, jak je Phantomatic stworzył! – podszedł do konsoli monitorującej działanie systemu. - O kurwa, Nivriti się zawiesiła – mruknął zdumiony. - To się jeszcze nie zdarzało. - Co? – spytałem zaskoczony. - Stream o nazwie Nivriti zawiesił się. Pieprzeni programiści! Na szczęście to nowy program, na gwarancji. Jutro składam reklamację. Pomerdał trochę myszą, resetując stream. Zerknąłem na ekran podglądu sali: tancerka była z powrotem na swoim miejscu. - Trochę za dużo wypiliście chłopcy – powiedział troskliwie Mark. – Zwłaszcza on – wskazał na Patryka. Idźcie do domu odpocząć. Następnym razem postawię wam kolejkę, OK? Wyszliśmy z kanciapy i ruszyliśmy w kierunku wyjścia. Po drodze zajrzałem do damskiej toalety. Była pusta. Danny i Paul holowali Patryka. Rozstaliśmy się na parkingu, gdzie obaj troskliwie zapakowali kolegę do samochodu i odjechali. Roni gdzieś się zawieruszył. - Pewnie poszedł piechotą, ma blisko – pomyślałem i przystanąłem, żeby zapalić papierosa. Pstrykając zapalniczką, kątem oka złowiłem jakiś ruch. Spojrzałem dokładniej w tym kierunku: chyba ktoś przykucnął między kubłami śmieci. Kto? Podszedłem bliżej. Nieprawdopodobne. To była ona! W samym tylko skąpym bikini z fikuśnymi piórami przyszytymi w okolicach pośladków, bosa i drżąca. Na mój widok wstała, ociągając się i krzyżując ręce na piersiach, jakby była naga. Patrzyła na mnie a ja znajdowałem w jej spojrzeniu mieszankę strachu, zaskoczenia, pożądania, Bóg wie, czego jeszcze. Też patrzyłem w jej oczy, które wsysały łakomie moje spojrzenie, przyciągały twarz ku twarzy aż wreszcie nasze usta zwarły się w żarłocznym pocałunku. Wiem, wiem – pomyślicie, że to idiotyczne: zamiast wyjaśnić co i jak, biorą się za całowanie. Mnie też nie bardzo chce się w to wierzyć. Ale tak było. Wziąłem ją na ręce i zaniosłem do samochodu. Całą drogę milczeliśmy. Rozmawiały tylko nasze spojrzenia, informując się wzajemnie o potężnej kipieli namiętności, jaka w nas wzbierała. Dojechaliśmy przed kamienicę, gdzie mieszkałem. Opatuliwszy dziewczynę marynarką, uniosłem ją po schodach, modląc się, aby portierka, stara sekutnica, chrapała przed telewizorem, jak to ma w zwyczaju. Miałem szczęście. Chrapała. Stąpając na paluszkach pokonałem schody, potem korytarz i znikłem w czeluściach mojego mieszkania. Z dziewczyną na rękach, oczywiście. A co się potem działo, opisałem na początku, więc nie będę się powtarzał.
***
Chociaż trochę tam naściemniałem, mówiąc że był tylko seks. Nasze ciała tworzyły potężną i niezwykle dynamiczną maszynę miłosną, ale przecież nie perpetuum mobile. Zużywając megadżule energii, musieliśmy uzupełniać jej zapasy, mówiąc mniej górnolotnie - jeść. Więc ktoś musiał od czasu do czasu wyskoczyć na zakupy. Ktoś, czyli ja; Nivriti była przecież moim gościem. Zresztą nie znała miasta i nie miała nawet w co się ubrać. No i dużo rozmawialiśmy. Nie od razu, bo pierwszego dnia, po całej tej historii w pubie i ostrej jeździe na mojej kanapie, Nivriti zasnęła snem kamiennym i pewnie spałaby tak do południa, gdybym jej nie zbudził. A zrobiłem to elegancko, przynosząc do łóżka tacę z jajkami na bekonie (moja kawalerska specjalność), grzankami, kawą i czerwonym sokiem grejpfrutowym. Postawiłem śniadanie na nocnym stoliku i przez chwilę rozkoszowałem się widokiem jędrnych pośladków wyglądających spod kołdry. - Jednak Mark kłamał – uprzytomniłem sobie w pewnej chwili. – Głupiec! Czemu igra z losem? Przecież jak go nakryją, straci wszystko. I pójdzie siedzieć; już mu takiego numeru feministki nie przepuszczą. Nivriti rozbudzała się powoli, pomrukując gniewnie w reakcji na moje pieszczotliwe poszturchiwanie. Jednak, gdy odzyskała świadomość, usiadła zaskoczona, rozglądając się wokół. Spostrzegła, że jest naga i gwałtownie zasłoniła piersi rękami. Dopiero gdy spojrzała na mnie, najwyraźniej wróciła jej pamięć. Twarz wypogodziła się, usta wygięły w kuszącym uśmiechu a w oczach znów zaiskrzył głód rozkoszy. Jednak gdy dojrzała tacę, do głosu doszedł zupełnie inny głód. Rzuciła się łapczywie na jadło, jak gdyby nie miała niczego w ustach od tygodnia. Zresztą może i nie miała? Po tym, co się chwilę potem dowiedziałem, możliwość taka była całkiem prawdopodobna – tak jak całkiem nieprawdopodobna była dla mnie jej historia. - Może się wreszcie poznamy? – rzuciłem, gdy zaspokoiła już pierwszy głód i popijała kawę siorbiąc delikatnie. – Jestem Steve Douglas, prawnik. - A ja... – zawahała się - ... cóż wpięłam się w stream o nazwie Nivriti, więc możesz mnie tak nazywać. Nivriti – uśmiechnęła się do mnie słodko i wyciągnęła dłoń, którą, zaskoczony, niezgrabnie uścisnąłem, czując jak prąd pożądania przepływa między nami i rozlewa się mrowieniem po plecach, schodząc niebezpiecznie w okolice lędźwi. Opanowałem go jednak, bo zaintrygowała mnie jej zagadkowa odpowiedź. - Wpięłaś się w stream??? Co to znaczy? - Nie wiem czy będę umiała ci to wytłumaczyć. No… u nas jest taka usługa, nawet na poziomie turystycznym. Do Ercinei najłatwiej przejść jako tulpa przez wirtualne streamy. Ślizgasz się podobnie jak surfer na morskich falach i przeskakujesz z jednego łożyska do innego… - Chryste Panie! Mów po ludzku! Jakiej Ercinei? Jaka tulpa? Jakie łożysko? - Ercinea… tak nazywamy wasz świat! Ojej, nie umiem o tym mówić, nie znam się na tym, jestem zwykłą turystką! I nie bardzo wiem, czy wolno mi o takich rzeczach rozmawiać z tubylcami… lepiej chodź, przytul się do mnie - spojrzała na mnie tak czule, że aż mi się zrobiło miękko w dołku i przyciągnęła do siebie. – Kto wie, ile mamy czasu… Instynkt samca w mig wyparł ze świadomości dociekliwego racjonalistę. Ochoczo zanurzyłem się w ramionach Nivriti. Pominę, co było potem, bo to wątek poboczny, choć, być może, zainteresowałby was bardziej. Wyobraźcie sobie, że przez cały ten czas kamera powolutku, jak u Antonioniego, obraca się, kontemplując pokojowe meble… Jeszcze nie uspokoił się mój oddech, gdy dociekliwy racjonalista podjął kontratak, wyparł samca, po czym błyskawicznie rozpoczął ostrzał Nivriti natarczywymi pytaniami. - Więc jesteś tu jako turystka? Nazywacie turystów tulpami? W jakim to kraju Stany Zjednoczone Ameryki Północnej nazywają Ercinea? - Ercinea to nie nazwa Stanów Zjednoczonych ale całego waszego łożyska. - Co rozumiesz przez łożysko? - U nas nazywa się to chalia. Nie macie odpowiednika tego pojęcia więc użyłam słowa, które…