fantastyka · 9 min czytania
Wiadomość
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Otworzyłem drzwi. Pierwsze co poczułem to zaduch. Pewnie znów zapomniałem otworzyć okno przed wyjściem – pomyślałem idąc w kierunku kuchni. Po drodze zrzuciłem plecak na kanapę w salonie. Czułem, jak mokry podkoszulek klei się do pleców. W taką pogodę to nic dziwnego. Było chyba ze 40 stopni. Nie ważne z resztą. W kuchni jak zwykle syf, i jak zwykle mi to nie przeszkadza. Dziś nikt nie przychodzi, a gary w zlewie jeszcze nie śmierdzą. Otworzyłem lodówkę. Przyjemny chłód uderzył w twarz. Powtórzyłem jeszcze kilka razy ten rytuał, choć za pierwszym razem było widać, że nie ma tam nic do picia. Poza octem, ale tego nie ruszam. Nie wiem czy w ogóle ocet powinien stać w lodówce. W sklepie przecież stoi na półce… po co mi w ogóle był ocet ? Na szczęście w szafce została jeszcze jedna czysta szklanka. Łapczywie podstawiłem ją pod kran i odkręciłem wodę. Rzęziło, stukało i bulgotało, po wodzie jednak ani śladu. Dlatego nie umyłem garów – miałem już wymówkę na niespodziewaną wizytę. Ale pragnienie pozostało. Może zaraz odkręcą. Rozłożyłem się na kanapie, uprzednio strącając na ziemię pogniecione puszki po „Be Power” oraz innych wiercących dziury w żołądku dopalaczach. Jak przystało na dobrego programistę uwielbiałem oglądać wschód słońca zza monitora. Przynajmniej nie mam problemów ze snem, bo nie śpię prawie w cale. Nie wliczając przypadków w pracy. Chwyciłem w rękę pilota. Power… power! Cholera, chyba znów baterie wysiadły, ale zaraz przecież kontrolka na telewizorze zmieniła kolor na zielony. Może musi się rozgrzać. Plazma? Chyba jednak nie musi. Spieprzył się – chińska tandeta. Ostatnio coraz gorsza. Poleżałem jeszcze chwilę rozmyślając o tym, gdzie położyłem gwarancję. Cisza zmusiła mnie do wstania. Usiadłem przed biurkiem i włączyłem laptopa. Wystartował nadzwyczaj szybko. No to standardowa procedura – odpalam komunikator, sprawdzam pocztę, może jakaś muzyka dla relaksu. Brak dostępnych znajomych, jedna wiadomość od Angelika – nie znam takiej, pewnie spam, to do kosza. A co nowego w świecie? „Nie można wyświetlić strony”. Cholera, i tej też. Ktoś zapukał do drzwi. Zdziwiło mnie to bardzo. Znajomi przychodzą do mnie tylko wieczorami i tylko kiedy ich zapraszam. Podbiegłem szybko do drzwi, jakbym myślał, że pukający odchodzi zaraz po ostatnim puknięciu. Otworzyłem. Za drzwiami stał zasapany kurier. - Przesyłka dla pana Mateusza Milczyka – powiedział. - Tak to ja. Gdzie mam podpisać ? – zapytałem, patrząc ze zdziwieniem na faceta w czerwonym stroju. Zawsze patrzę ze zdziwieniem na kurierów, szczególnie gdy się ich nie spodziewam. - Nigdzie. Po czym wręczył mi kopertę i odszedł bez słowa. Nie pozostało mi nic innego jak zamknąć drzwi. Koperta również była czerwona. W przeźroczystym okienku widniał mój adres. Spojrzałem na adresata: „Angelika Global Corp. – przymusowe ubezpieczenia na życie”. Tylko tyle. Nie przypominam sobie żebym się gdzieś ubezpieczał. Otworzyłem list i przeczytałem. „Szanowny Panie Mateuszu. Z przykrością stwierdzamy, że od dnia dzisiejszego jest pan oficjalnie uznany za martwego. W związku z powyższym, prosimy o niezwłoczne stawienie się w oddziale naszej firmy w celu ustalenia szczegółów dalszego postępowania. Poniżej zamieszczamy adres najbliższej placówki. Życzymy miłego dnia.” Przez moment poczułem się jak idiota. Byłem zmieszany. Tego jeszcze nie było. Zastanawiałem się ile kosztowało trudu wymyślenie takiej głupoty - Czyżby kolejny chwyt reklamowy, zaproszenie na pokaz bielizny. Wystarczyło by napisać, że będą rozdawać upominki. W sumie to dwie ulice dalej. Jeśli ktoś robi sobie ze mnie jaja to przynajmniej kupię jakiś napój. Idę więc. Ulica wyglądała normalnie. Tylko trochę pusto jak na godziny szczytu. Stanowczo za pusto. Cholera, wcale nie jest normalnie! – Nikogo nie ma. Zaczynam się bać. Poszedłem dwie ulice dalej. Tak bliska okolica a nigdy tu nie byłem. Może dlatego, że mam przystanek trochę wcześniej. Stał, jakby był tam od zawsze. Czteropiętrowy budynek z czerwonej cegły – to chyba nie przypadek. Wszedłem do środka mijając nad głową szyld z napisem „AGC”. W twarz uderzył mnie chłód – świetnie mieć klimatyzację - pomyślałem. Ogromny hol przypominał raczej siedzibę banku bądź poczty. W kolejce do okienka stało kilka osób. Obok przy biurku siedziała uśmiechnięta pani za komputerem. Przy niej na…