Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Filozofia · 36 min czytania

Wiara

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

- Na pewno proszę księdza będzie dobrze? - Na pewno to tylko Pan Bóg wie, ale trzeba być dobrej myśli. - Ale... - Trzeba wierzyć. Trzeba wierzyć i w Boga i w zdrowy rozsądek. - Jaki tam zdrowy rozsądek? Ksiądz wie, co ona mi ostatnio powiedziała? Ten dialog mógł trwać jeszcze długo, nie wnosił już jednak nic nowego. Piotr przetarł zmęczone oczy i postanowił go zakończyć. Na dzisiaj miał dosyć. - Pani Kupisowa, młodzi często gadają głupstwa, ale zwykle jakoś na ludzi wychodzą. Wszyscy kiedyś tacy byliśmy. - O nie! - ostatnie słowa nie spodobały się rozmówczyni. – Ja tam zawsze swój rozum miałam, nie szlajałam się po jakiś knajpach i nie dałam sobie zrobić dzieciaka jako gówniara. „Że w ogóle dałaś sobie coś zrobić to już jest cud” - z ironią pomyślał Piotr. – Niech się pani o córkę nie martwi, przecież wyjdzie za mąż - starał się być pocieszycielsko-wyrozumiały. Brakowało mu już jednak cierpliwości, która zdawała się przeradzać w coraz bardziej chłodną stanowczość. - Ale czy to się uda? On też taki postrzelony... - Przecież nikt go do tego małżeństwa nie zmuszał, ma pracę, stara się... - Aj tam ksiądz to ludzi nie zna! Co z tego, że pracę ma? I jaka to tam praca w tej masarni. - Kupisowa machnęła ręką. - Skoro memu słowu pani nie wierzy, to proszę się modlić do Boga. Jak rozsądek to za mało, to zawsze zostaje nam jeszcze wiara. - Wiara, wiara... - do Kupisowej, ku rozgoryczeniu Piotra, zupełnie nic nie docierało. – Nie samą wiarą... - w tym momencie kobieta wzdrygnęła się, ponownie przemyślała co i do kogo miała powiedzieć i w końcu jeszcze raz machnęła ręką, dodając nieprzekonująco. – Wiara ważna rzecz, ale czy Pan Bóg wysłucha? Tu świat ludzki i bez zdrowego rozsądku... - kontynuowała na zrzędliwą nutę. Piotr już wiedział, że nadchodzi kolejna fala lamentów i narzekania na córkę i jej chłopaka. Przerabiał to już od dwóch godzin. Doskonale rozumiał potrzebę wygadania się przed kimś, ale na dzisiaj miał naprawdę już dość. - Modlić się trzeba pani Kupisowa, modlić, bo jak wiary w szczęście nie ma, to nic nigdy nie wychodzi - powiedział stanowczo, przerywając jej. Jego rozmówczyni już chciała powrócić do swoich wywodów, ale tym razem jej na to nie pozwolił. – Ścieżek Pańskich nikt nie zna, ale modlić się trzeba i jeszcze raz modlić. Co miało zostać zrobione po ludzku to już zostało, dalej to już sprawa boska, to on zadecyduje co ma być i to u niego trzeba łaski szukać - starał się mówić jasno, zrozumiale, przy tym nieco patetycznym tonem, który nie zniesie sprzeciwu. Robił to celowo i, jak się okazało, skutecznie. Kobieta na moment przycichła i widać było, że coś tam kalkuluje w tym swoim prościutkim móżdżku. - Modlić? - powiedziała w końcu z wahaniem. - Modlić - ksiądz brzmiał jak wyrocznia. Oboje zerknęli przez okno parafii w kierunku niewielkiego, murowanego kościoła. - To może pójdę się pomodlić? - niepewnie zapytała kobieta. Odpowiedziało jej zdecydowane kiwanie głowy. - Bardzo dobry pomysł - pochwalił ksiądz. On pierwszy wstał od stołu, jakby zachęcając do tego samego swoją parafiankę. Ta nie była do końca przekonana, czy już o wszystkim pomówiła, ale nie śmiała teraz sprzeciwić się księdzu. Spojrzała jeszcze raz przez okno na kościół. - I myśli ksiądz... - Wiara przede wszystkim. Kim byśmy byli bez wiary. Wiara i modlitwa. - Delikatnym gestem, puszczając ja przed sobą, odprowadzał ku drzwiom. Wkrótce oboje stali już przy otwartym wyjściu. Kupisowa jeszcze raz się obejrzała. - Myśli ksiądz, że starczy im rozumu? Że sobie poradzą? - zapytała z prawdziwym matczynym niepokojem. Mimo zmęczenia Piotr zdawał sobie sprawę, jak ważny jest to moment. Ona czekała na dobre słowo. Na dobre słowo na pożegnanie. To słowo może mleć w swych myślach w całej drodze powrotnej do domu, a może jeszcze dłużej. Musiał się zdobyć na jeszcze odrobinę cierpliwej wyrozumiałości. - Myślę, że trzeba być optymistą. Im nie tyle brakuje rozumu, co doświadczenia. Musicie wspierać ich oboje. A co z tego wyjdzie to już w rękach Boga. My możemy tylko wierzyć, że ześle im to co najlepsze. Nie była to do końca ta odpowiedź, której kobieta oczekiwała. Chciałaby bardziej czegoś konkretnego, potwierdzenia, że na pewno będzie dobrze. Jeżeli człowiek, który działał tu w imieniu Boga, nie mógł jej dać żadnych gwarancji, to kto mógł? Nie bardzo usatysfakcjonowana pożegnała się krzywo wypowiedzianym „szczęść Boże” i udała do kościoła. - Z Bogiem. - Głos Piotra zawierał zdecydowanie więcej energii. „Taak. I co więcej miałem jej powiedzieć?” - Uniósł wzrok ku niebu. - „No jak myślisz, co? E...” - machnął ręką. - „...jak zwykle cisza z tamtej strony.” Zamknął drzwi i wrócił do małej jadalni, w której przed chwilą siedział z Kupisową. Na stole stał nadal duży kubek z niedopitą przez niego herbatą. Była już zimna, ale nie szkodzi – zimną też lubił. Szczególnie w tak ciepły, późnowiosenny dzień jak dzisiejszy. Usiadł i wziął kubek w ręce. Spojrzał na swój kościół za oknem. Lubił go. Nie był zbyt duży, ale za to murowany, zabytkowy, dzięki mieszkańcom pobliskich wioseczek niedawno go wyremontowali i teraz przeżywał swoją drugą młodość. Często, siedząc na jednej z jego ław, tuż przed albo zaraz po modlitwie, Piotr zastanawiał się jak wiele widziały już te mury. Jak wiele modlitw o nadzieję słyszały, jak wiele rozpaczy było na nie wylewane. Te mury miały duszę, a raczej wiele dusz, którymi przesiąkły przez te wszystkie lata swojego istnienia. Nie był to tylko budynek, to było świadectwo istnienia zgromadzonej wokół niego społeczności. Herbata prawie już się skończyła, gdy przez okno parafii można było dostrzec powoli wychodzącą z kościoła kobietę. Po jej pozbawionych energii ruchach można było poznać, że brzemię z którym tam weszła, nadal z nią jest. Piotr spojrzał na zegarek. „Specjalnie długo tam nie siedziała” - pomyślał. - „Zdążyła już o wszystkim powiedzieć Bogu? A może zmówiła tylko krótką modlitwę, tak na wszelki wypadek, bo i tak nie wierzy, że to coś da?” - zamyślił się chwilę biorąc ostatni łyk. - „Czy to coś da? Czy to choć czasami coś daje?” - Coraz częściej miał tego typu wątpliwości. - „Pewnie, że daje. Cała wiara w Bogu” - skarcił siebie, ale wcale nie był przekonany do tego co pomyślał. Z jadalni przeszedł do swojego niewielkiego pokoju. Chciał odpocząć, odciąć się od tych wszystkich problemów, z którymi ludzie do niego przychodzili. Szczególnie dzisiejszy dzień upodobali sobie jako termin wszelkiego pocieszenia. Od rana przychodzili do niego skarżąc się na sąsiadów, reumatyzm, zbyt małe zarobki, opowiadając o tym co złego spotkało ich ze strony innych i prosząc o radę. Piotr z charakteru był optymistą i między innymi dlatego chciał zostać księdzem – by dać siłę innym. Jednak po wysłuchaniu tylu utyskiwań prawie każdego dnia, coś w nim zaczynało się wypalać. Coraz częściej miał problem by znaleźć odpowiedź szczególnie, kiedy ludzie pytali się go czemu Bóg zsyła na nich nieszczęścia. Ostre załamanie przeżył pół roku temu, gdy pod kołami ciągnika zginęło trzyletnie dziecko. Do tej pory wyraźnie pamiętał, jak matka tego małego chłopca prawie krzyczała na niego, pytając przeraźliwym tonem „dlaczego”. Nie potrafił odpowiedzieć. Do tej pory nie potrafił sobie na to odpowiedzieć. To nie była niczyja wina – zwyczajny wypadek. Zwyczajny bezsensowny wypadek. Czy tak to zaplanował Bóg? Teraz skacząc po kanałach telewizyjnych, słysząc statystyki ofiar katastrof, wojen, patrząc na kolejnych ludzi którzy nie mają za co żyć, pojawiały się w nim kolejne wątpliwości. W sumie cała masa wątpliwości, których jednak starał się do siebie nie dopuszczać. W takich chwilach i w chwilach kiedy o podobne sprawy pytali się go parafianie, lubił wracać do przypowieści o ślimaku. Tak sobie nazywał historię, która przydarzyła mu się wiele lat temu, jeszcze na studiach w seminarium. Przypowieść o ślimaku miała miejsce na pewnej niezwykle ruchliwej ulicy. W każdą stronę biegły po trzy pasy jezdni, które przedzielały niewielkie, rzadko uczęszczane chodniki. Za nimi z jednej strony był park, a z drugiej zaczynało się osiedle domków jednorodzinnych. Młody Piotr często przechodził tamtędy wracając z uczelni na stancję. Lubił te spacery i przy okazji mógł oszczędzić kilka złotych na biletach autobusowych. Tego dnia było tuż po deszczu, powietrze pachniało dość świeżo, jak na możliwości wielkiego miasta, a na jego drodze pojawił się ślimak. Wyraźnie pełzł on od strony domków jednorodzinnych i podążał w kierunku parku. Widać było, że przeszedł już kawał drogi i powoli zbliżał się do krawędzi chodnika. Na jego drodze była jednak przeszkoda składająca się z sześciu pasów szybkiego ruchu, na których o tej porze dnia samochody pędziły tak często, że otaczający hałas nie pozwalał na swobodą, nieprzekrzykującą się rozmowę. Przejście w tym miejscu dla człowieka stanowiłoby nie lada pokaz odwagi, bądź głupoty i trzeba by trochę szczęścia, aby przebiec na drugą stronę w jednym kawałku. Dla ślimaka próba pokonania tej bariery musiała skończyć się zgnieceniem skorupki przez czyjąś oponę. Piotr patrzył to na ślimaka, to na ruchliwą szosę i zastanawiał się co zrobić i czy coś w ogóle robić – w końcu to tylko ślimak. Ten ślimak miał jednak swój domek, jakieś tam swoje plany no i żył. Wystarczyło się schylić i mógłby żyć nadal. Więc Piotr schylił się i go podniósł, zabierając ze sobą w głąb osiedla domków, do którego właśnie skręcał. Gdy był już spory kawałek od drogi, odstawił ślimaka z powrotem na trawę w jednym z przydrożnych domków. Popatrzył na skorupkę, z której mieszkaniec uczynił swój chroniący go przed wszystkim schron, popatrzył na odległość od szosy, odwrócił się i poszedł dalej. Ślimak wydawał się bezpieczny. Przynajmniej na razie, bo dojście z powrotem do szosy musiało mu zająć teraz ładnych parę dni. Piotr był z siebie zadowolony – uratował ślimaka. Ale czy ślimak też był zadowolony? Kurcze, mógł być wściekły. Piotr odwrócił się na moment, nie zwalniając jednak kroku. Ślimak już tu przecież był i coś musiało mu nie pasować, skoro postanowił się wybrać w tak daleką drogę. Pewnie szedł do tej szosy ładnych parę dni i kosztowało go to sporo ślimaczego trudu. A gdy już w oddali widział piękny park, to nagle ktoś go zabrał i w jednej chwili przestawił tam skąd wyruszył. Tak wiele ślimaczej pracy poszło kompletnie na marne. Musiał być wściekły, musiał kląć w tej skorupce na czym świat stoi lub wyzywać los od najgorszych, że tak go potraktował. Zapewne kompletnie nie zdawał sobie sprawy, jak bliski był śmierci - to widać było dopiero z perspektywy Piotra. „Może tak samo jest z nami? Może to, że coś nam nie wyjdzie to dobrze albo przynajmniej lepiej niż by wyszło? To że widzimy tylko złe strony jakieś sytuacji, nie oznacza, że tylko takie posiada.” Tak myślał wtedy Piotr. Do tej pory starał się tak myśleć o Bogu. Starał się tak tłumaczyć sobie wiele sytuacji. „Może czasami musi nas spotkać coś złego, aby nie spotkało nas coś jeszcze gorszego?” - powtarzał sobie. Z wiekiem coraz trudniej było w to uwierzyć. Coraz trudniej było uwierzyć w cokolwiek. Piotr wiedział jednak, że jest tylko ludzkim głupcem, który nie dostrzega bardzo wielu aspektów tego świata, a głównie tylko swoją małą parafię. „Scio me nihil scire” – wiem, że nic nie wiem – to było jedno z jego ulubionych powiedzeń. Przełączył telewizor na któryś z kanałów naukowych. Lubił je i bał się ich jednocześnie. Często mówiły o niezwykle ciekawych rzeczach, nowych odkryciach, odzierając jednocześnie świat z kolejnych pierwiastków boskości. Kiedyś wszystko zależało od Boga, dzisiaj od jednych albo drugich cząsteczek, ewentualnie pewnych zjawisk fizycznych lub chemicznych. „Czy w dzisiejszym świecie jest jeszcze miejsce dla Boga?” - Odruchowo spojrzał przez okno. Takie myśli potrafiły zmęczyć bardziej niż Kupisowa. Był księdzem do cholery! Kto jak nie on musiał być pewien wszystkiego co Boskie i mieć siłę, aby natchnąć innych do wiary? Nikogo innego nie było. Nie było zbawiciela, dwunastu apostołów, czy innych pomniejszych proroków. Od setek lat wszyscy, którzy się pojawiali, byli w mniejszym lub większym stopniu fałszywi. Pozostał tylko on i jemu podobni. „Czy nikt nie przyjdzie nas zbawić? Może faktycznie cała „Biblia” to tylko piękna powieść z gatunku science-fiction?” Miał dosyć tych przemyśleń. Wstał z fotela i ruszył z powrotem do kuchni. Musiał napić się piwa. Oczywiście piwo to nie wino mszalne i parafianom nie kojarzyło się z osobą duchowną, ale był też przecież facetem, a faceci zawsze mają jakieś piwo w lodówce. Takie na czarną godzinę, gdy tylko łyk zimnego napoju jest w stanie odstresować człowieka. Pss – kojąco zrobiła puszka i po chwili trunek wlewał się do dużego kubka, tworząc przy tym gęstą pianę. Piotr ciężko opadł na krzesło. Zrobił głębokie „uff”, piana zbliżyła się do ust. Rozległo się dostojne – ding dnog! I cisza. Kubek zastygł tuż przed ustami. Konsternacja. Ponowne – ding dong!. „Cholera jasna, kogo tam znowu niesie?! Akurat teraz?!” - Piotr wściekle poderwał się z krzesła, jednocześnie z niechęcią odstawiając piwo. - „Już nawet na plebanii nie można mieć świętego spokoju? Przecież nie mam żony, dzieci, gosposia już wyszła, a mimo to ciągle ktoś mi dupę truje!” - myślał idąc wściekle do drzwi wejściowych. Tuż przed nimi lekko się zreflektował i spojrzał ku górze. - Wybacz mi Panie Boże tę złość i język, ale nawet święci mają jakieś granice wytrzymałości - wyszeptał i otworzył drzwi. Osoba którą za nimi zastał, wzbudziła w nim spore zdumienie. Nie znał tego człowieka. Chociaż... przyjrzał mu się uważniej. I jeszcze raz. Z kimś go kojarzył. „No przecież...” - o mało nie klepnął się dłonią w głowę na skutek nagłego olśnienia. – Tak słucham. W czym mogę pomóc? - zapytał zdawkowo w nadziei, że to pomyłka. - Pochwalony - zaczął obcy. Głos miał głęboki, spokojny, nieomal kojący. - Pochwalony - odparł Piotr. Czekał na dalszy rozwój wydarzeń. Ten jednak nie następował, tak jak gdyby obcy na coś czekał. Ksiądz przyjrzał mu się uważniej. Czego ten człowiek mógł chcieć? Czy mógł go jednak znać? Oczywiście bardzo przypominał kogoś, kogo spotykał na co dzień – te same długie włosy, ta sama broda, twarz pociągła, szczupła sylwetka, nawet ciuchy, mimo że współczesne, to luźno opadające, swobodne, jak u hipisa. Albo jak u Jezusa. - W czym mogę pomóc? - spytał w końcu zniecierpliwiony ksiądz. Dzisiejszego dnia jego cierpliwość była wystawiana na próbę już tyle razy, że najchętniej zatrzasnąłby drzwi i pozbył się delikwenta. Tylko poczucie duchowego obowiązku go przed tym powstrzymywało. - Myślę, że to raczej ja mogę księdzu w czymś pomóc - zabrzmiał znowu ten spokojny głos. - Proszę? - spytał z niedowierzaniem Piotr. – Pan wybaczy, ale miałem ciężki dzień i nie mam ochoty na żadne rebusy - rzucił, choć ton głosu tego obcego dziwnie zachęcał do wysłuchania. - „Czy ja na pewno go nie znam? Wydaje się taki znajomy, taki bliski.” - W takim razie ja w sprawie Kupisowej. Myślę, że mam informacje które mogłyby pomóc – od razu odparł nieznajomy, uśmiechając się przy tym serdecznie. Teraz Piotr nie mógł go już szybko zbyć. Mógł przekazać coś ważnego w dość rozwlekłej sprawie. Rozmowa pewnie nie będzie trwała pięć minut. Nie było sensu stać na dworze, wypadało zaprosić tego człowieka do środka. Ku swojemu zdziwieniu Piotr zauważył, że w sumie mu to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie czuł się, jakby nagle zyskał kompana do tego czekającego na niego w jadalni piwa. Gdyby tylko mógł się nim z kimś podzielić... - Dobrze niech pan wejdzie. - I wskazał gościowi wejście. Zaraz potem przypomniał sobie: - „Cholera piwo! Zostawiłem piwo w jadalni.” Miał już wymyślić coś, aby wyprzedzić tamtego w drodze do kuchni, ale ten sam z siebie podsunął mu rozwiązanie. - A czy mógłbym przy okazji skorzystać z toalety? - „Uff” - pomyślał zadowolony Piotr. – Oczywiście. Trzeba się cofnąć. To tamte drzwi. - Wskazał palcem wejście w końcu korytarza. Nieznajomy udał się w tamtym kierunku, a Piotr popędził do kuchni. Początkowo chciał szybko wylać piwo do zlewu, ale teraz miał chwilę by działać. Najpierw nie oparł się pokusie i skosztował trochę. Było nadal przyjemnie zimne. Następnie otworzył lodówkę i próbował wepchnąć tam kubek. Okazał się jednak nad wyraz niewymiarowy, szczególnie w lodówce parafialnej, pełnej od różnego rodzaju darowizn w postaci jaj, kiszonych ogórków i kapusty, czy kawałka pieczonego prosiaka. Wcześniej, w zamkniętej puszce, dało się to jakoś upchnąć, ale teraz nie było takiej możliwości. Tymczasem usłyszał właśnie jak zamek w drzwiach od ubikacji się otwiera. Nie było już czasu. Lekko spanikowany, postawił kubek za sporą naokienną donicą. Dopiero chwilę potem naszła go myśl, że dużo lepszym pomysłem byłoby choćby wstawienie go jednej z kuchennych szafek. Nieznajomy znajdował się już jednak w jadalni. To on wykonał pierwszy gest, zapraszając gospodarza, by usiadł z nim przy stole. Usiedli obaj. - No więc co to za ważne informacje ma pan na temat mojej parafianki? - zapytał ksiądz. - Ah, na jej temat w zasadzie takie, aby się ksiądz zbytnio nie przejmował, bo jeszcze długo wszystko będzie dobrze. - Głos nieznajomego był nadal spokojny, ale już dużo bardziej poważny. Odnosiło się także silne wrażenie, że ten człowiek jest pewien tego co mówi, a ta pewność była bardzo zaraźliwa dla rozmówcy. – Tak naprawdę przybyłem tu jednak do księdza. - Do mnie? - Piotr prawie zbladł i zaczął uważniej badać wzrokiem nieznajomego. Potem jednak odzyskał rezon. – Przepraszam bardzo, ale jak się pan w zasadzie nazywa? Czy my się znamy? Nieznajomy uśmiechnął się bardzo ciepło i w tym samym momencie wszelkie obawy Piotra zniknęły. To było niezwykłe dla niego samego, ten jeden uśmiech potrafił sprawić, że prawie polubił tego człowieka. Nie dał się jednak ponieść do końca tym emocjom, tylko pomyślał podejrzliwe: „Coś tu jest nie tak.” - Ja znam ciebie całe twoje życie i miałem nadzieję, że ty też będziesz mógł tak powiedzieć. Obawiam się jednak, że ostatnio tak nie jest. - Nieznajomy wyraźnie posmutniał. – Dlatego przyszedłem. Piotrem targały teraz dwa skrajne stany. Z jednej strony lęk przed kimś…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Wiara — czytnik · opowiadania