Fantastyka · 1 godz. 22 min czytania
Wiatr - I część
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
WIATR
„Jaka siła drzemie w tym, co niewidoczne? W tym, co ledwie muśnie naszą twarz? W tym, co burzy domy i przewraca drzewa?” Pol.
Nikt tego do końca nie opowiedział i nikt więcej nie mógł mu na ten temat powiedzieć. Cokolwiek. Coś więcej. Moralizatorskie bajki, baśniowe stwory, wymyślone historie w ostatnich chwilach jego życia były tylko błyskiem przeszłości. Teraz jego ciało rozrywane było na tysiące kawałków i w jednej chwili zobaczył. Zobaczył ten moment życia, który powinien zmienić. Za późno. Druga szansa, bzdura. Gdyby mógł jeszcze raz zrobić pierwszy krok w tym miejscu, gdyby tylko mógł ponownie rozpocząć tą zapomnianą już rozmowę. Gdyby tylko wiedział, że mógł. Chciwość gubi człowieka a miłość do niej jest jak narkotyk. Wystarczy raz i po tobie. Jesteś nią zarażony. Albo jej pragniesz albo nienawidzisz. Chyba, że się wyłączysz, choć na chwilę. Mgnienie oka to za mało. Wyłącz się na dłużej. Dzień w teraźniejszych Tobie czasach nie wystarczy żeby zrozumieć, że nie możesz nie chcieć. Tacy jesteśmy od początku do końca. Od urodzenia do śmierci. Ale przystań w biegu, choć na chwilę. Wsłuchaj się w śpiew kołysanki dnia i pobudki nocy. Jedź dalej drogą albo się zatrzymaj i posłuchaj życia, jakie obok ciebie się toczy. Wiatr wieje i będzie wiał. To tak samo jak ktokolwiek z nas kiedykolwiek w życiu wypowiedział te słowa. Kochałem, kocham i będę kochał. On wiał, wieje i będzie wiał. Cokolwiek mogło nas zadziwić zadziwi jeszcze bardziej, ale pod postacią innego rodzaju, kolejnego wymiaru. Tylko wytrawni obserwatorzy mogliby zauważyć, co się powtarza a to dejavu istnieje i On postanowił Jemu zaufać.
*** - Synku co się stało? – przerażona matka ściskała w ramionach swojego pięcioletniego chłopca, który zanosił się płaczem jak niemowlak. W środku nocy obudził ją krzyk swego własnego dziecka. Krzyk tak przerażający jaki wydała kiedyś z siebie ona sama. Tak dawno temu. Teraz siedziała na jego łóżku przyciskając go do siebie czując jak łzy moczą jej nocną koszulę. - Mamo, czarownica. – przez łzy chłopczyk wykrztusił niezdarnie, wskazując palcem na drzwi za nią. Obróciła się nadal nie luzując uścisku. Nic a nawet nikogo tam nie było. Pusto. W świetle zapalonej lampki nocnej z sypialni majaczyły się tylko niezdarne kształty szafy nieoświetlonej przez zachodzący księżyc. - Nie bój się, mama przy Tobie. - proszę zostań....
Rozdział 1
Jego osiedle nie różniło się niczym innym od innych. Szarozielone w lecie, szare w zimie. Nic więcej. Blokowisko, wiało grozą ze starości. Kilka drzew wokół wyginało się z pierwszym, oddechem jesieni. Wiatr tutaj rządził tylko jak On spał. Asfalt i beton zlewał się z szarym odcieniem zieleni. Ziemia pożerała śmieci a psy wyrywały łapczywie każdy kąsek, który na niej leżał. Nic się tutaj nie zmieniło. Siedem długich lat. Siedem lat tęsknoty, siedem lat nadziei, siedem lat nauki, siedem lat życia. Liście zatrzymywały się na zamkniętych oknach. Kończyły swój żywot na brudnych szybach. Człowiek nie spał spokojnie. Tonął w pozornej ciszy, która walczyła z gigantem. Nikt tej walki nie widział. Nikt żadnej bitwy nie słyszał. Każdy wtedy zasypiał. Kiedy pierwszy się budził już było po wszystkim. Kiedy ostatni zasypiał wszystko zaczynało się od nowa. I tak w nieskończoność. Samo miasto było piękne poza enklawami szarości jak to jego szare pozbawione żywych kolorów blokowisko. Otoczone pięknymi szczytami gór niejednego artystę doprowadzały do twórczej pasji. Zmieniające kolory, jak w kalejdoskopie, szczyty panowały nad wszystkimi mieszkańcami tego miasta. Kiedy wjeżdżało się dwupasmową szeroką drogą można było spowodować wypadek nie mogąc wprost oderwać wzroku od ich piękna. Jednocześnie były zdradliwe. Wielu turystów pobłądziło wśród ich wierzchołków starając się dotrwać do wschodu słońca. Nielicznym którym się to udawało opowiadali niesamowite historie, które zaczynali mniej więcej od tego samego zdania. A wtedy zerwał się ogromny wiatr i ... Mało kto tu w dolinie pośród zapalonych w nocy świateł przy drogach o tym wiedział. Ludzie nie rozmawiali o złych rzeczach. Za dużo ich było. Tym bardziej teraz. Aż za dużo.
On miał dwadzieścia pięć lat. Nie pamiętał dobrze swojego dzieciństwa, zresztą nie było chyba dość ciekawe. Jego matka pracowała w sklepie, ojciec dorabiał jako handlowiec sprzedając słodycze w sklepach spożywczych. Tam też się poznali. Ona szczupła blondynka, on smukły i przystojny brunet od razu się zakochali. Niedługo po tym wzięli ślub w miejscowej kaplicy przy grupie znajomych i rodzinie. Wesele trwało dwa dni i były to pierwsze z trzech szczęśliwych dni w ich życiu. Tym trzecim zapewne był 30 marzec 1980 roku. Wtedy urodził się On.
Wstał i podszedł do okna. Uczył się dopiero życia w tym trudnym świecie. Dwadzieścia pięć lat to niewiele. Bez problemów teraźniejszości, lecz z wieloma bolączkami z przeszłości. Rany nie pozwalały mu czasami zasnąć. W środku starzał się z każdą nocą, z którą przychodziło się mierzyć. Czuł się rozrywany. Serce momentami zamierało w bezruchu by po chwili znów uderzać rytmicznie. Fizycznie był w doskonałym stanie. Psychicznie nad przepaścią. Od dziecka z nadzieją wypatrywał kolejnego dnia, jakby ten przynieść miał coś nowego, jednak, kiedy się budził kolejny kopniak wschodzącego słońca przypominał o tej cholernej rzeczywistości. Kraj, w którym mieszkał ledwie dawał sobie radę. Ludzie, którzy nim rzekomo rządzili byli tylko aktorami grającym swoje role. Nikt nic nie potrafił. Każdy tylko mówił. „Nasz kraj prężnie idzie do przodu a jego obywatele zgodnie niosą ciężar jego rozwoju na swoich barkach”. Miał rację, ludzie nieśli ciężar rozwoju państwa. Co tydzień nieśli go na transparentach z napisem „Pracy!!”. Ruda, wymalowana kukła w telewizji powtarzała w kółko „... Procent wzrostu gospodarczego przekroczył najśmielsze oczekiwania, bezrobocie wciąż spada”. Wymiociny padały na każdego widza w tym państwie. Nikt już i tak tego nie oglądał. Co pół godziny te same wiadomości, co tydzień ten sam film, codziennie po czwartej ten serial o bogatych lalkach zza oceanu. To już i tak nie było państwo. Za dużo osób rządziło tym krajem, który już nie dawał rady i ostatnim tchnieniem wysłał swoich żołnierzy na Arabię. „By zabezpieczyć nasze granice przed niepowołanymi atakami terrorystycznymi. By nasze dzieci miały spokojne dzieciństwo a nasi starcy spokojnie umierali w wolnym kraju”. Wtedy jeszcze nikt nie wiedział gdzie leży nasz kraj. Teraz każdy uzbrojony w granat szaleniec może zdmuchnąć szkolny autobus wiozący dzieci na wycieczkę w góry. On stał przy oknie. Przez moment wpatrywał się w topolę, która uginała się pod naporem... Nagle jedna gałąź odpadła, łamana w pół. Odbiła się od ściany sąsiedniego bloku i upadła z powrotem pod jej właścicielką. Na szczęście nie uderzyła w okno. Cisza wciąż panowała nad osiedlem jakby ten upadek posiadał własny tłumik. Żaden odgłos nie zaburzył tej monotonii. On nie chciał zasypiać. Nie podobały mu się nawet jego własne sny. Od jakiegoś czasu nawet się ich bał. Na stoliku leżały jeszcze dwa papierosy. ‘Na dwa razy ‘ pomyślał. Usiadł w fotelu i zapalił jednego. Do popicia zawsze obok stała szklanka z whisky. Jego matka uznałaby to za przejaw alkoholizmu, ale jemu było to obojętne. Siedział i czekał. Czekał aż coś się wydarzy. ,’na co? Ta myśl wciąż wisiała nad nim. Nikt już nie wierzy, że jest do czegoś stworzony. Każdy biega za szczęściem. Szuka substytutu prawdy. Błądzi za fałszywym obrazem życia. Nagle przypomniał sobie o tym dziwnym starym człowieku, który go ostatnio zaczepił na ulicy. - Widzisz? – Zapytał. - Słucham? – nie dosłyszał tego pytania, ale starzec jeszcze raz na niego spojrzał. - Popatrz. Widzisz? – Wskazał palcem na pobliski dom. Na dach. Nic wtedy nie zobaczył, ale ciągle się wpatruje w to wskazane mu miejsce. Przez następne pół dnia miał przed sobą twarz tego mężczyzny. Choć w połowie spowita cieniem kaptura, jakby znajoma. Taka rodzima. Wczoraj zobaczył. Albo tak mu się wydawało. ‘ Cień’ pomyślał wtedy. Przetarł jeszcze oczy, ale to tylko złudzenie. Kolejna ulica fascynacji w mrokach tego dna...
Część 22 / 3
Perfect Strangers przed chwilą się skończyło. W lokalnym radio zaczęły się reklamy. Grają ten kawałek Deep Purple bardzo rzadko i wielkie szczęście na niego trafić. Usiadł w fotelu i łyknął swój wieczorny napój, który w tym momencie stawał się cenniejszy niż łyk powietrza. Ciepło rozlewało się po jego ciele w każdej kropli, jaką chłonął. Płyn powracał do mózgu, na chwile zamykając powieki by ponownie je rozchylić. - Jakim jesteś człowiekiem – usłyszał wczoraj rano to pytanie przez telefon. - Nie wiem – pomyślał - Dobra odpowiedź, ale tylko na dzisiaj – ktoś po drugiej stronie odłożył słuchawkę. Był czysty, nie brał. Nigdy nawet nie próbował. Jedyna słabość to szklaneczka whisky i lokalny browar. ! Mam już dość! – jego wewnętrzny głos nie dawał odpocząć. Był dobry w tym, co robił, zresztą, czego się chwytał zawsze przynosiło to zysk. Wszystkim tylko nie jemu. Jedyne, za co się jeszcze nie wziął to własne życie. - Nie próbowałeś nigdy? Zadawał sobie to pytanie, stawał się wrakiem, w głębi się cofał. Cofał w głębię swojego jestestwa. Nie mógł być już bardziej żałosny. - Co Ja właściwie tu robię? - Dlaczego? - Bałeś się całe życie! – jego ostatnia niby-to-miłość tymi słowami go zostawiła, W tym momencie miłość jest jak wczorajszy poranny paw. Lepiej nie zaczynać, bo kac po związku jest gorszy niż ten wczorajszy po kolejnej butelce Gordona. Kiedy patrzysz na innych zadajesz sobie pytanie, jak oni to potrafią? Jak oni to robią? Są lepsi od Ciebie? Jak oni definiują to, co robią? Czy mają system? Czy może to ja nie pasuję do tej chorej teraźniejszości? Topola za oknem falowała, ruchomy cień wypełniał pokój. Idealny nieznajomy. Byłem kiedyś inny? To pytanie nie opuszczało go na chwile. Jestem chyba nieźle pokręcony. A może to początek choroby psychicznej? Jak oni to nazwali? Schizofrenia. Okno!!! Nagły trzask w okno wyrwał go ze wspomnień. Wstał, podszedł do okna i popatrzył w dół. Nic. Chwiejące się drzewa pod naporem wichury uginały się do ziemi. Ich czubki walczyły o miejsce należne w szeregu. Kolejny grzmot. Nadchodzi burza. Jego uwagę zwróciło nagle mało spotykane zjawisko. Ptak który siedział na parapecie, podczas gdy on stał w oknie lekko ruszył w stronę swojego obserwatora. Ten śnieżnobiały gołąb z szarymi skrzydełkami nie robił sobie nic z obecności większego stworzenia. Uchylił okno, gołąb cały czas dreptał w jego stronę. W radio zabrzmiał Perfect Strangers. Odwrócił głowę w bok. To ta sama stacja. Ta sama częstotliwość. Ten sam pokój. Nigdy ten utwór nie pojawił się dwukrotnie tego samego dnia. Spojrzał na zegarek. Jedenasta dwadzieścia. Jeszcze raz na radio i jeszcze raz na zegarek. Jedenasta dwadzieścia. Nagle na ręce poczuł miły i przyjemny dotyk. Popatrzył. Gołąb przeszedł na drugą część okna. Tą domową, tą jego. Ptak wszedł do domu. - Witaj Gościu Ptak znieruchomiał jakby zrozumiał przywitanie, pokręcił łebkiem, lecz już po chwili dreptał po parapecie w kierunku stolika. Pokój tonął w ciemnościach, ledwo zauważalne sylwetki mebli poruszały się razem z podmuchami wiatru. To topola przysłaniająca księżyc pozwalała ruszać się ich cieniom. Nowy mieszkaniec prawie świecił się w ciemnościach a blask księżyca przenikający przez gałęzie topoli odznaczał się na jego śnieżnobiałej maści. Gość był odważny. Nie zważał na domownika i naraz przeskoczył na stolik, gdzie obok dymiącego niedopałka z papierosa stał talerzyk z okruszkami po rogalikach. Niewiele tego zostało. Obrócił się przy nich i pochylił dziobek. Nic. Nie ruszył nic. - Nie jesteś głodny? Gość jeszcze raz zerknął na talerzyk. Prawdopodobnie nie podchodził mu taki rodzaj jedzenia. Okruszki z chleba byłyby lepszym posiłkiem. Domownik usiadł w fotelu przyglądając się nowemu przybyszowi. Gość nie robił sobie nic z jego obecności przechadzając się i zwiedzając zakątki tego pokoju. Na swój niewytłumaczalny sposób rozjaśniał miejsca, w których się znajdował. - Chyba wszystko ci jedno. Ale zostań. – On czuł się samotny. Popadał w swoją beznadzieję. Brak zajęcia. Brak wsparcia. Przed nim roztaczał się widok jedynie bloku, który stał naprzeciw jego okien. Na dachu sylwetki anten i wylotów kominowych zakrywały gwiazdy, które jako jedyne trwały niezmienione od setek lat wędrując po niebie nad tą ziemią. On cały czas patrzył na jedną gwiazdę. To była Wenus. Planeta, która najjaśniej oświecała Ziemię o tej porze roku. Z głośników popłynęła łagodna melodia Secret World Petera Gabriela. Oczy powoli się zamykały. Na powiekach tańczyły już pierwsze krople snu. Wenus nie przestawała świecić. W otoczeniu swoich podwładnych gwiazd panowała nad północną półkulą. Nagle mrugnęła. Tak, straciła na moment swoją jasność. Jakby coś lub ktoś na moment znalazł się na jej miejscu. Wstał z fotela i szybko ruszył w stronę okna. Gość również zerwał się ze stolika i pofrunął w stronę okna. Znalazł lukę i wyleciał na zewnątrz. Na świeżym powietrzu otworzył skrzydła i poszybował. Na dachu następnego bloku zauważył ruch. Ktoś albo coś zakrywało w części wschodzący księżyc. Z okna, przy którym stał On, było to doskonale widoczne. Coś działo się na dachu bloku nr 5. Wiedział doskonale co i doskonale zdawał sobie sprawę jak to się skończy. Wiedział że musi sam to zakończyć. Zdał sobie sprawę z tego, że wokół panuje kompletna cisza. Wokół wszystkie okna były ciemne. Osiedle spało. Odsunął firanki. Jeden krok, by o wszystkim zapomnieć. Wystarczył tylko jeden krok, żeby być wolnym.
Rozdział 2
Stara fontanna oświetlona tylko blaskiem księżyca z dala zdawała się wyglądać jak posąg kobiety trzymającej dzban na głowie. Widywał już takie kobiety kiedyś w telewizji, kiedy na kanale Discovery pokazywali w jaki sposób transportowana jest woda do odległych wiosek. Żony afrykańskich wojowników układały sobie dzban na głowie i tym sposobem potrafiły przenieść do trzydziestu kilogramów nawet przez pięć kilometrów. Jednak ten posąg jak później się przekonał nie był w kształcie kobiety dźwigającej dzban. Im dalej od niego tym bardziej był kobiecy. Im bliżej tym bardziej stawał się realny. Tak bardzo realny że przerażający. Im bliżej tym bardziej przypominał... - ... węże – szepnął kiedy stał już obok niego. Wijące się jak gałęzie miedziane rury posągu fontanny wystrzeliwały w górę. Przez trzy wąskie zakończenia wylewała się kiedyś woda. Teraz jednak było sucho. I tylko te trzy miedziane wężowe łby lśniły w blasku księżyca. Przypomniał sobie dzień kiedy był małym chłopcem i spacerował z ojcem po parku w ich rodzinnym mieście. Zbliżał się wieczór i choć szybko się ściemniało oni nadal cieszyli się kolorami liści, które na jesień ubarwiały się różnokolorowo. Szukali zawzięcie kasztanów, które o tej porze z radością spadały z drzew na wyścieloną opadłymi również z nich liśćmi. - Pójdę w prawo Tato – powiedział i powtórzył jeszcze raz ‘Tato’ upewniając się że on go usłyszał. - tylko nie odchodź za daleko – odpowiedział mu ojciec – zaraz wracamy. Kiwnął potwierdzająco głową i ruszył w obranym wcześniej przez siebie kierunku. Pod nogami szeleściły liście a on szurając butami po ziemi rozrzucał je na bok tworząc za sobą ścieżkę. Jakby chciał zaznaczyć sobie drogę powrotną. Liście Ariadny. Tej jesieni liście pokrywały cały park. Tylko droga wzdłuż rzeki, która przecinała miasto na pół była systematycznie zamiatana z kolorowych przybyszów. On jednak kierował się w głąb parku. Im bliżej ogrodzenia otaczającego teren zieleni tym więcej drzew stawało na jego drodze. Teraz na pewno nie zauważyłby tego, ale kiedy jest się dzieckiem wtedy wszystko jest większe i wtedy nawet trzy drzewa to dla ciebie las. - synu ! wróć za chwilę – usłyszał w dali głos swojego ojca. Odpowiedział że zaraz wraca tylko pozbiera jeszcze trochę kasztanów. Pani z plastyki zapowiedziała robienie z nich kasztanowych ludzików. Uwielbiał to robić. Z radością oczekiwał kolejnej jesieni. Wieczór zapowiadał się na bezwietrzny i bardzo ciepły jak na tą porę roku. Obejrzał się za siebie. Widział sylwetkę w dali schylające się i grzebiącą coś w liściach. To Tata. Na pewno znajdzie większe. Odwrócił głowę i serce stanęło mu w gardle. - witaj chłopcze. Przed nim nagle wyrósł niewysoki mężczyzna w czarnej czapce na głowie. - zapuściłeś się dosyć daleko. Chyba szukasz kasztanów. Znam miejsce gdzie jest ich więcej. – Obrócił się i wskazał palcem miejsce bliżej ogrodzenia a dalej od jego ojca. Mały zauważył że jego palec zakończony jest dłuższym paznokciem niż zdawał się widywać. Dłuższym niż u jego mamy. - chcesz więcej kasztanów? – powtórzył pytanie wyciągając do niego drugą rękę, która na szczęście była schowana w rękawiczce. Zauważył wtedy że jego głos momentami stawał się syczący. Szczególnie słowo kasztany wypowiedział z większym akcentem na głoskę sz. - co chłopcze? Boisz się? – boisz zabrzmiało jak odgłos grzechotnika. - Tata zabronił mi rozmawiać z nieznajomymi – odpowiedział malec i obrócił się w stronę ojca. Zobaczył jak on macha do niego i zaczyna biec w jego stronę. W tym samym momencie poczuł mocny uścisk na swoim ramieniu. Czuł jak palce z długimi paznokciami wbijają mu się w skórę. - Leonie znam Cię – syknął nieznajomy a jego przeszły wtedy ciarki po całym ciele. Nie obracał się, tylko wyciągnął ręce w kierunku biegnącego do niego ojca. Był już coraz bliżej co zapewne zauważył nieznajomy i zluzował uścisk aż w pewnym momencie go puścił. Wtedy on sam puścił się pędem w kierunku taty. Im bliżej był swojego ojca tym wyraźniej słyszał - ... Leoś - ... Leon ! Już prawie był przy nim - ..Leon !! Czuł już że jest bezpieczny - LEONIE !!
Poczuł jak dotyka lodowatego posągu fontanny i otworzył momentalnie oczy. Usłyszał głos w dali. - Leonie! - czego? - zawracaj! - co? - zawróć jeśli ci życie miłe – głos stawał się coraz bardziej znajomy. Leon znał tego człowieka. - wchodzę. - Leonie nie rób tego. Proszę. - dlaczego? – zapytał odwracając się i zostawiając za plecami wieżyczkę zamku. Stał na dziedzińcu w kształcie koła. Przy wężowej fontannie. Wydeptana w zarośniętym trawą dziedzińcu ścieżka prowadziła do potężnych dwumetrowych drzwi za którymi czaiło się żywe zło. Tak przynajmniej sądził. W końcu tak daleko już dotarł. - stój! Przy bramie pojawił się mężczyzna. Szedł chwiejnym krokiem, lecz mimo to wyglądał nadal jakby był w pełni sił. Leon był pewien, że jeszcze przed chwilą jego towarzysz leżał na trakcie prowadzącym do starego zamczyska. - mamy jeszcze czas. – podniósł do góry rękę zwracając ją dłonią w stronę swego przyjaciela. - nie – Leon odwrócił się i znów przed nim stał ten rozświetlony przez zachodzący księżyc zamek do którego tak bardzo chciał się dostać. - Leonie... nie jesteś jeszcze gotowy. - bzdura. Nigdy nie będę. Tylko że ... Leon poczuł jak ten dotknął jego ramienia, jakby próbując go zatrzymać. - tylko że teraz jest na to dobry moment. Wiemy że jest sam. Jego towarzysz obszedł go dookoła i stanął przed nim by spojrzeć mu w oczy. Znał go przecież już tak długo a wciąż nie mógł odgadnąć jego zamiarów. Tak niepewny jak dzisiaj nie był od dawna. - My też jesteśmy sami. Jeszcze nie teraz. - To kiedy? – krzyk Leona odbił się od murów posiadłości złowieszczo alarmując przebywających w środku. Wszystkich. W oknie na górze zgasło światło. Lekki podmuch wiatru musnął policzek Leona i rozwiał lekko czarne włosy jego towarzysza. Przeciągłe wycie wilków z oddali jak echo powtórzyło krzyk Leona ‘ kiedy?’. Lecz dwójka mężczyzn na dziedzińcu posesji, jak go nazywali, małego nawet się nie wzruszyła. W końcu spotkają je po raz drugi. - on wie że my już tu jesteśmy. Lecz nie sądzi że zdołamy jeszcze raz tutaj dotrzeć. - ja też. O mało nie zginęliśmy. Dokładnie. Krew spływająca po jego ramieniu przypominała mu o jego śmiertelności. Lecz to jego przyjaciel o mało nie wyzionął ducha na polu w trakcie przeprawy. Przecież tak daleko już zaszli. - Leonie wrócimy tu jeszcze silniejsi. W końcu jesteśmy tutaj całkiem przypadkowo. - tak nie tutaj mieliśmy się dzisiaj znaleźć. Wycie zbliżało się coraz bliżej. Już nie powtarzało ‘ kiedy’ teraz brzmiało jak zagrożenie. Odwrócili się w stronę bramy. Za mosiężnymi okuciami goniły świetliki poruszając się w górę i w dół miarowo jak światła podskakujących na wybojach samochodów. Tylko że to nie były maszyny... - Leonie. – w głosie czuć było lekką nutę strachu. - tak wiem. Już czas. - słyszysz to co ja? Leon popatrzył na swojego druha. Wymienili spostrzeżenie jednym skinieniem głowy. Jednocześnie zakładając kaptury na głowy ruszyli w stronę bramy za którą punkty świetlne przybrały postać żywych zdolnych do rozdarcia na strzępy maszyn do zabijania. Musieli spotkać je znowu. Byli pewni jednego. Nie zostało ich dużo. One jednak powtarzały w trupim wyciu tylko jedno. Słyszeli dokładnie. Pomiędzy złowieszczym wyciem dało się doskonale zrozumieć jedno słowo. Śmierć.
*** Obudziło go wycie maszyny spalinowej, która zaczęła coś ścinać na trawnikach przed jego blokiem. Piła wdzierała się z ogromnym impetem w jakieś drzewo, bo hałas wdzierał się jak przeraźliwy nocny koszmar do jego mieszkania. Otworzył oczy i zobaczył wiszący przed nim obraz. Zdawał się drżeć od panującego na zewnątrz zgiełku a wycie piły spalinowej mieszało się z odgłosem zbliżających się dźwięków syren. Zauważył też, że siedzi na łóżku i słyszy swój głos ‘ gdzie ona jest...’ Te sny od dawna nie dawały mu spokoju. W końcu były takie realne. Tak bardzo że kiedy męczył się we śnie wtedy nie mógł rano wstać z łóżka. Tak prawdziwe że kiedy wdał się na śnie w bójkę rano lała mu się krew z nosa. - Jasna cholera!!! – Popatrzył na zegarek, który spokojnie na przekór tej całej sytuacji wskazywał szóstą. Zerwał kołdrę ze złością i cisnął ją na podłogę. Nie zamierzał już spać by nie przegapić tak pięknego poranka. Poranka, który rewelacyjnie się dla nie go rozpoczął. Normalnie nakryłby głowę poduszką, lecz zgiełk był tak ogromny a na dodatek potęgowało go otwarte okno, które zostawił na noc. Dźwięk syren powoli mieszał się z odgłosem silników. Piła przestała ścinać. Już na pewno było wiadomo, że pod blok podjeżdża policja i inne zastępy służb ratowniczych. Wstał. Przetarł oczy i ziewnął, co z pewnością wróżyło dzień rozpoczętym oznaką niewyspania. Po prostu spieprzony. - O w mordę... Kiedy stawiał nogi na podłogę nacisnął na leżącego obok łóżka pilota od wieży stereo. W tym samym momencie włączyło się radio gdzie spiker rozpoczynał nadawanie wiadomości lokalnych. „...gdzie z niewiadomych przyczyn na terenie miejskiego osiedla koło lotniska sportowego znaleziono zwłoki dwudziestopięcioletniego mężczyzny zawieszone na topoli przed blokiem, w którym mieszkał...” - co za świr...przez takiego kretyna spieprzyć sobie dzień pomrukując podszedł do okna. Po drodze przystanął na chwile by pogłośnić trochę lokalną stację Omega FM. „....znalezione ciało przez młodą dziewczynę nadal oczekuje na identyfikacje...” - kto jemu przygotowuje te teksty?? Burknął „o cholera” pomyślał gdy ujrzał przed sobą niesamowitą scenerię, niczym z filmu sensacyjnego. Przed jego blokiem a w zasadzie bliżej do sąsiedniej piątki stała topola od której odpadła gałąź . Jedyna zmianą było to że teraz na jej szerokiej gałęzi leżało ciało mężczyzny po które powoli wspinał się strażak. Dwa wozy policyjne i karetka pogotowia wyłączyły już swoje sygnały dźwiękowe. Kilku policjantów blokowało teren wokół topoli a dwóch lekarzy oczekiwało na zwłoki które już strażak przypinał do liny zwisającej z wyciągnika. ‘nie ciekawy koniec jak na początek dnia, ciekawe, co temu biedakowi strzeliło do głowy’ odszedł od okna i skierował się w stronę łazienki. Odbicie w lustrze było trochę zamazane. Przetarł lustro ręką by w końcu dojrzeć siebie i określić stan, w jakim znajdował się na starcie dnia. W wannie nadal była woda. Zanurzył w niej głowę by otrząsnąć się szybko i skutecznie. Woda była zimna. Serce mu zamarło, na moment tylko by głowa mogła się przyzwyczaić do obecnej sytuacji. W momencie osłupienie zmieniło się w przerażenie. Gwałtowne wytrącenie ze snu, zwłoki zwisające z drzewa, lodowata woda w wannie. Uśmiechnął się ‘witaj wśród świrów, noc była bardzo ciepła’ to wytłumaczenie zadowoliło go na tyle by móc powtórnie wrócić do porannej toalety. Po piętnastu minutach przekręcał już klucz w drzwiach by udać się do windy. Był ogromnie ciekaw całego zdarzenia i nie chciał przepuścić tego widowiska.
*** Stała przy windzie, jak zwykle. Czekała na nią zawsze około dwóch minut. On w tym samym momencie wychodził do pracy, siódma czterdzieści lub siódma czterdzieści dwie. Ona w tym samym czasie stała lub zamykała za sobą drzwi windy. To miejsce oczekiwań było dla niego jedynym sposobem żeby z nią porozmawiać. Jednak zawsze brakowało mu odwagi. Do czasu.
***
Część 33 / 3
Dzisiaj zbiegał na dół schodami. Spieszyło mu się. Chciał jak najszybciej zjawić się przy tej topoli. W tej chwili nie powinien na nią nawet spojrzeć. Zbiegał a momentami nawet zeskakiwał ze schodów. „Będę szybciej niż inni” właśnie tak chciał. Na parterze mocno cisnął drzwiami. Czuł już wiejący silnie wiatr, który szarpał i mieszał liśćmi przed blokiem. Jednak zatrzymał się na chwilę. Winda zjeżdżała na pierwsze piętro, więc na parter trzeba było zejść zewnętrznymi schodami, które służyły za taras. Co jakiś czas ekipa robotników remontowała betonowe schody prowadzące na dół. Jednak zapewne z marnym skutkiem, skoro pojawiali się przy nich co roku. Popatrzył na nie i w tym momencie pojawiła się Ona. Wysoka, zgrabna jakby narysowana przez samego stworzyciela stała na schodach. Jej czarne włosy powiewały przeplatane liśćmi, którymi szarpał wiatr. Dzisiaj wyglądała jeszcze piękniej. Wyglądała jak jego marzenie. Jak sen, który mógłby się mu śnic bez końca. Niepotrzebny byłby budzik. Nie chciałby wstawać. W jednej chwili silny podmuch skierował się w stronę bloku. Nagły tuman liści przykrył mu widok, ale i stał się dla niej zagrożeniem. Szybko uciekła z powrotem do klatki schodowej. Nie zobaczył jak chciała do niego pomachać. Jeden z liści o mało nie wpadł mu do ust. On skierował się w stronę sławnej topoli. Liście szeleściły pod jego butami. Było ich coraz więcej w miarę jak przesuwał się w stronę drzewa. Wszystko już było posprzątane. Wszelkie ślady zatarte, dowody pozbierane. Rozglądnął się dookoła. Tylko liście. Oblegały jedynego pozostałego na miejscu świadka całego zdarzenia. Podszedł bliżej. Im bliżej był drzewa tym wyraźniej widział jego czerwone znamię. - A jednak krwawił – nagle to spostrzeżenie wydało mu się proste i jak najbardziej prawdopodobne. Musiał się wykrwawić. Jego ciało wbiło się w konary topoli. Dziw, że nie rozerwało biedaka na strzępy. Nagle wiatr się wzmocnił. Liście zaczęły tańczyć wokół niego. Przerzucały się na wschodnią stronę tworząc stożek sięgający jego kolan. Jakaś niewiarygodnie, cudowna siła tworzyła właśnie kolejny majstersztyk. „Natura potrafi zadziwić” spojrzał na gołe od liści miejsce, gdzie tylko pozostały skrawki trawy. W tym właśnie miejscu zobaczył jedną rzecz, której pod stertą liści nigdy by nie dostrzegł. Podszedł bliżej. Zeszyt, który tam leżał już po chwil znalazł się w jego rękach. Trzydziestodwukartkowy, w czarnej oprawie. Otworzył go. W delikatną kratkę, pisany piórem. - Proszę Pana!!! – Nagły krzyk kobiety oderwał go od oględzin niedawno znalezionego przedmiotu. Nie chciał się odwracać w stronę nowej rozmówczyni. Wiedział kim ona jest. -Proszę Pana! – Wiedział, co to oznacza. Znał ten głos, zresztą nie od dzisiaj. Nie musiał się odwracać, bo wiedział, kto to. Codziennie rano słyszał ten głos około siódmej rano, który sprzątał klatki schodowe. Niejedna sprzątaczka wypełniała swoje obowiązki w ciszy i ogólnej tolerancji dla innych mieszkańców, którzy jeszcze się nie obudzili. Ale nie ona. Wystarczyło zostawić papierek na wycieraczce, brud wokół drzwi a stek przekleństw roznosił się po całym korytarzu. Schował szybko zeszyt do tylnej kieszeni w spodniach i zakrył swetrem. Odwrócił się jeszcze zobaczyć gdzie jest wredna sprzątaczka, ale nie zobaczył nikogo. Postanowił wrócić do mieszkania. Rozglądnął się dookoła, szukał dziewczyny. Był sam. On. I wiatr.
***
Kiedy wrócił do mieszkania i zatrzasnął z impetem za sobą drzwi odezwał się telefon. Za oknem falowała topola na której zmasakrował się ten nieszczęśnik. Pierwszy sygnał. Nie chciał się pozbywać już tego zeszytu, chciał zerknąć do środka, zobaczyć, co w nim jest. Drugi sygnał. Nie rozwiązywał butów. Zdjął je starym dziecinnym sposobem przytrzymując buta drugą stopą, cały czas nie wypuszczając zeszytu z ręki. Trzeci sygnał - cholera jasna ! – Omal się nie przewrócił zdejmując jedną ręką kurtkę, kiedy potrącił nogami stojące pudło w przedpokoju. Wczoraj wieczorem dostał paczkę, której nie zdążył jeszcze odpakować. Telefon umilkł. Na pewno jeszcze raz zadzwoni jak będzie miał interes. Ciekawość, która ogarnęła go na dole przy topoli wzmagała się coraz bardziej. Narastała bez końca, w miarę upływu czasu. Czuł, że musi otworzyć ten zeszyt. Musi go przeczytać. Z drugiej strony czuł się jak złoczyńca, jak złodziej. Zwinął przecież dowód rzeczowy z miejsca zbrodni. ‘zbrodni?, Nie.. To raczej był wypadek’ to usprawiedliwienie nadane sobie uspokoiło go na chwilę. Przeszedł do salonu. Usiadł na kanapie i położył na kolanach swoje znalezisko. Ciekawość pierwszy stopień do piekła. Gdyby wtedy na serio wziął to przysłowie. Gruba oprawa zeszytu chroniła trzydzieści dwie kartki jakiejś tajemnicy. Otworzył go powoli starając się nie zniszczyć tego, co znalazł dosłownie dziesięć minut temu. Na pierwszej stronie widniała data oraz nazwisko i krótki tekst:
7/8/2001
Pol
Czasami nachodzi mnie nieodparte uczucie, że ktoś może kiedyś zainteresuje się moim życiem. Mam nadzieję, że będziesz to ty.
Jego oczy otworzyły się maksymalnie. Bujna wyobraźnia zrobiła swoje. Przed oczami stanął mu obraz nieszczęśnika, który dopisuje ten tekst przy nocnej lampce zastanawiając się, co zrobić ze swoim życiem. Widział jak zamyka zeszyt, odkłada pióro i podchodzi do okna. Czuł powiew świeżego powietrza zaraz jak stanął we framugach trzymając się ich kurczowo żeby naraz rozluźnić uścisk i być wolnym, polecieć. Czuł ostatni zapach, jaki czuł zapewne również on. Słodkiej mlecznej czekolady, jaką zapewne sprezentował sobie sam wypełniając ostatnie życzenie. Poczuł też woń roznoszącego się wokół zapachu ze świeżo nalanej szklaneczki whisky. Zapach ten momentalnie z wyobraźni momentalnie przenikać zaczął do pomieszczenia, w którym siedział. Może mu się tak wydawało. Bujna wyobraźnia? Stany lękowe? Lecz uczucie to nie było straszne. Rozkosz łechtanego podniebienia połączona z falą doznań. Nosowych. Zapach roznosił się po całym pokoju obejmując jego mieszkańca całą swoją potęgą. Specjalnie umieszczając go w epicentrum doznań. Zamknął oczy. Uspokajał się. Odpływał. Słyszał głos. Ledwo, ledwo.... Mam nadzieję... Czuł jak gałki oczne trą o wewnętrzną stronę powieki. Mam nadzieję... ... że będę to ja... Okno!!! Otworzył oczy i spojrzał w okno, w które pukał dziobem jakiś nieznajomy gołąb, który jak tylko spostrzegł że jego przyjaciel jest przytomny i wpatruje się w niego zdziwiony, odleciał. On sam wstał. Nie pamiętał kiedy się położył. Popatrzył na zegarek. I w tym momencie zerwał się na równe nogi. Minęło sporo czasu od ostatniego momentu który pamiętał. Dwie godziny. Spojrzał na zeszyt który wciąż otwarty leżał na kanapie tak jak pamiętał. Pierwsza strona. Zapewne tytułowa. I to ostatnie zdanie. Nawet stojąc widział go dokładnie. Mam nadzieję, że będziesz to ty. Poczuł w lędźwiach, że tekst ten skierowany jest do niego. Mam nadzieję, że będziesz to ty. Usiadł i przełożył kilka stron. Nic ważnego. Tylko jakieś opowieści o jego własnej osobie. Co robił. Gdzie był. Z kim spał. Sporo tego było. Wertował zeszyt szukając coś co wyjaśni dlaczego ten nieszczęśnik skoczył i skończył na tym drzewie. Momentami mając poczucie winy i świadomość że powinien zadzwonić na policje. W końcu to nie jego sprawa. Zresztą, pomyślał usprawiedliwiając się (jednak tylko przed samym sobą) nic tu nie ma ważnego. Cały czas jakieś pierdoły, imiona dziewczyn daty wycieczek, szybko spisane ceny samochodów. Wertował strony jedna po drugiej. Nagle zatrzymał się kiedy zobaczył na jednej z nich swoje imię. Odwrócił ze zdziwieniem stronę i zaczął czytać od momentu gdzie zaczął się ten wpis. Zapewne piszę po raz ostatni. Jutro nie będę miał okazji. Sny mnie wykańczają. Staram się nie spać już od kilku dni. Od momentu jak we śnie pojawił się mały łysy człowieczek z laską w ręku. Wskazywał na mnie i wtedy zorientowałem się że stoję w szeregu. Obróciłem głowę i zobaczyłem wzrok przestraszonego chłopca, który stał obok mnie. Do dzisiaj pamiętam co do mnie powiedział. ‘nie mam gdzie uciec, w końcu zasnąłem i znów się tutaj znalazłem.’ Nic wtedy nie powiedziałem bo nie wiedziałem o co mu chodzi. Wtedy podszedł do mnie ten mały łysy i powiedział. ‘ ty będziesz dobry, mieszkasz blisko niego więc nie będzie problemu.’ Nie mogłem wydobyć z siebie słowa a naprawdę próbowałem. Czułem się jakby ktoś zamknął mnie w probówce a ja mogę ruszać tylko głową. Odwróciłem się w stronę tego przerażonego chłopca. Stał nieruchomo i patrzył przez siebie. Widziałem jak po jego policzku płyną łzy. Wtedy ponownie odezwał się ten z laską. ‘Jesteście najbardziej beznadziejną rasą z jaką przestało mi żyć pod jednym niebem’. Stałem i patrzyłem. Chciałem uciec lecz nie mogłem się ruszyć. Czułem że stoję na piasku. Boso. Był gorący. Parzył w stopy. Nagle poczułem jak ziarenka biją mi w policzki. Zamknąłem oczy. Podmuch wiatru poderwał mnie do góry i kiedy otworzyłem oczy zobaczyłem falujące na wietrze firanki w swoim pokoju. Drżałem. Następnej nocy kiedy zasnąłem znów pojawił się on. Nie był sam. Obok niego stał ten sam chłopak z którym stałem równo w szeregu. Zorientowałem się że jestem u siebie. Okna były zamknięte a na biurku paliła się lampka. Podeszli do mnie. Pierwszy odezwał się ten mały, podczas gdy ja znów nie mogłem się ruszyć. Probówka. ‘zostałeś wybrany’ powiedział ‘do czego?’ zapytałem Wtedy podszedł do mnie ten chłopak ze wczorajszego szeregu i szepnął mi do ucha. ‘słuchaj się teraz tylko jego to on jest twoim panem’ Jego głos był prawie demoniczny i obrzydliwy. Wzdrygnąłem się i znów chciałem się obudzić. Pamiętam że poprzednim razem zaczęło wiać i wtedy się obudziłem. Tym razem tak nie będzie, pomyślałem. Okna były zamknięte a na zewnątrz topola stała w bezruchu. ‘ to na nic’ teraz odezwał się mały. Powiedział że tym razem mu nie zwieję. I że jak przyjdzie następnym razem to będę wiedział co robić. Powiedział że wskaże mi tego kogo będę miał zabić. Podniósł laskę i dotknął nią mojego ramienia. Powiedział że jestem naznaczony. Obudziłem się i znów drżałem. Te dwa sny były tak okropne, że nie chciałem już zasypiać. Kiedy ten mały podchodził czułem się taki bezwolny i to było okropne. I ten chłopak powiedział że teraz ten mały jest moim panem. Teraz pojawił się telefon, 8545566 i krótki wpis żeby zadzwonić w piątek. Potem jeszcze kilka adresów, i kilka dat pod którymi widniały nazwiska osób oraz miejsc spotkania. Szukał pracy. Przewrócił kilka kartek i znalazł ciąg dalszy tej historii. Minęły dwa tygodnie i śpię spokojnie jak dziecko. Tylko że nie mam snów. Trudno. Taka cena za spokój. Znów kilka telefonów i adresów. O jest! Miałem sen. Tylko że nie przyszedł do mnie już ten mały. Byłem na łące. Takiej zielonej, otoczonej drzewami. Czułem się spokojnie. Po jakimś czasie zaczęło mocno wiać i widziałem jak okalające łąkę drzewa zaczynają się wyginać w lewo i prawo. Nawet się nie przeraziłem. Ten sen był inny, mogłem się ruszać. Zacząłem szukać jakiegoś schronienia. Byłem przekonany że zaraz zacznie padać. Spojrzałem w górę, jednak nie zobaczyłem żadnej chmurki. Niebo było perfekcyjnie niebieskie. Nagle na środku łąki zaczęła tworzyć się trąba powietrzna. Przeraziłem się i zacząłem uciekać. Jednak kiedy dotarłem do linii drzew i odwróciłem się zobaczyłem że trąba zniknęła. Zamiast niej stał mężczyzna ubrany na biało. Skinął na mnie żebym podszedł do niego. Zrobiłem to. Kiedy podszedłem do niego zobaczyłem jego twarz. Surowa, przecięta zmarszczkami. Z niebieskim oczami. Powiedział żebym się nie bał. Że nic mi nie grozi. Uspokoiłem się bo w rzeczywistości tak było. ‘ nie mam zbyt wiele czasu’ powiedział. Usiedliśmy na trawie. Była mokra. Lecz nie przeszkadzało mi to. Czułem się jak w raju. ‘ zostałeś naznaczony, lecz wiem jak można ci pomóc’ i powiedział jak mogę sobie pomóc. Mogę wybierać. Nie spać lub zasnąć i dowiedzieć się jakie jest moje zadanie. Naznaczeni otrzymują tylko jedno zadanie w swoim życiu. Później umierają. Lub mogę się uwolnić. Uwolnić się wybierając śmierć jako pierwszą rzecz. Powiedział że jeśli się zdecyduję to pomoże mi w tym. ‘ zdecyduj, spotkamy się jutro – rzekł. Obudziłem się. Nie drżałem. Mogłem wybierać. Przypuszczam że wcześniej odwiedził mnie demon lub diabeł we własnej osobie. Odebrał mi wolną wole. Czułem nienawiść. Samo zło. Ten który ofiarował mi pomoc jest chyba neutralny. Dużo się zastanawiam. Może pójdę do psychiatry? Jestem przekonany że dzieje się to naprawdę. Ten chłopak z szeregu mnie śledzi. Dzisiaj rano znalazłem kartkę w kieszeni kurtki. Leon przewrócił stronę i nagle na podłogę wypadła mała karteczka: Leon. Moriar. Umrzyj Leon. Śmierć Leonowi. To on był celem. Ale dlaczego? Jest przecież nikim. Zasypia o normalnych porach. Śpi w bokserkach, zapewne wielu tak robi. To bardzo przeciętne. Nikomu nie zalazł za skórę. Chyba tylko tym że głośno słucha muzyki. Ale za to nie będą chyba jeszcze zabijać. Długo nie. Myje zęby po każdym posiłku a rano i wieczorem płucze je dodatkowo płynem do płukania ust. Miał kilka dziewczyn. Teraz jest sam. Może któraś z tych byłych chce zrobić mu kawał. Nie. Jest krótko ostrzyżony. To zbrodnia? Nie. Nie był kilka razy na zajęciach w szkole. Pani profesor na pewno dźgnie go linijką. Bzdura. Istna paranoja. Ktoś zadziałał na podświadomość młodego chłopaka i wmówił mu że ma kogoś zabić. Biedak nie wytrzymał i rzucił się na drzewko. To chyba dobre wyjaśnienie. Ale dlaczego. Za długi. Nie. Leon nie miał długów. Nawet nie zdążył jeszcze popaść w szpony hazardu. Jest za młody. Moment, pomyślał. Zaczął wertować jeszcze raz zeszyt. Dokładnie. Ten biedak opisuje swoje sny. Ja też mam dziwne. Dziwne bo takie realne. Tak prawdziwe jak to że dwa i dwa to cztery. Może to ma związek z moimi snami, pomyślał. Był u kilku lekarzy, po tym jak kilka nocy pod rząd dostawał krwotoku z nosa. Przemęczenie, mówili i przepisywali witaminki. Nagle rozległ się odgłos tłuczonego szkła. Zamknął zeszyt i odrzucił go w przeciwległy kąt kanapy. Wstał i szybko pobiegł do kuchni, skąd doszedł go ten huk. Minął telefon, który tym razem leżał bezdźwięcznie i wyhamował przed drzwiami do kuchni. Jeszcze jeden krok i kawałki szyby które walały się po kafelka w kuchni wbiłyby mu się w stopy. Kafelki nabrałyby krwistego koloru. Szkło z rozbitej szyby było wszędzie. Słońce, które już wyszło zza dachu przeciwległego bloku odbijało się w kryształowych kawałkach stłuczonego szkła. Nie to jednak zdumiało go najbardziej. Zresztą dzisiejszy dzień już i tak nieźle się zaczął, pomyślał i sięgając do znajdującego się blisko miejsca, gdzie bezpiecznie i nie raniąc sobie stóp, złapał za szmatę i owinął nią sobie rękę. Kiedy to zrobił uklęknął i opierając w bezpiecznym miejscu rękę, drugą zaczął odsuwać na bok szkło torując sobie ścieżkę do przedmiotu leżącego w samym środku kuchni. Co za cholerny bałagan, zaklął w myślach i kiedy zbliżył się do tego przedmiotu i podniósł go zorientował się trzyma w ręku kamień. Obrócił go. Ledwo mieścił się w dłoni. Nie był taki zwyczajny. Rzadko, bowiem znajduje się kamienie z napisami. A ten posiadał wypalony w nienaturalny sposób napis. - dość !!! – krzyknął jakby chciał żeby ten żartowniś gdziekolwiek stał go usłyszał. Spojrzał jeszcze raz na napis i tym razem podskoczył na miejscu. To telefon zadzwonił w przedpokoju. - halo? - i jak podoba ci się prezent? – z drugiej strony ktoś półgłosem przemawiał jakby zza grobu. - posłuchaj ty mały skurwielu, niech cię.... - to ty mnie posłuchaj – przerwał dzwoniący prawie szeptem człowiek- już niedługo się spotkamy, nawet się nie obejrzysz jak będę stał za twoim plecami... – zabrzmiał sygnał z telekomunikacji. Odłożył słuchawkę Co jest, w mordę, Leon nie potrafił wykrztusić z siebie słowa. Obrócił w ręku kamień i ponownie przeczytał tym razem głośno. -, W-K-R-Ó-T-C-E – co wkrótce? Złapiecie mnie wkrótce?... Nagle poczuł się jak zwierzyna, którą myśliwi już namierzyli i zaraz złapią, a potem nic tylko zastrzelą.. Słyszał przeciągłe wycie psów myśliwskich. Poczuł zapach własnego strachu. Dzisiejsze wydarzenia, które jak myślał nie miały z nim w ogóle nic wspólnego zmieniały kierunek. Obracały się w jego stronę. Nie czuł się tutaj bezpiecznie. Znał tylko jedno miejsce gdzie mógł zebrać myśli. Jedno miejsce gdzie byłby bezpieczny. Pospiesznie wyszedł z salonu po drodze chwytając kurtkę wisząca na wieszaku w przedpokoju. Szarpnął klamkę. Drzwi zaskrzypiały trochę. Wcześniej nie zwracał na to uwagi. Teraz każdy dźwięk, wydawał mu się