Filozofia · 7 min czytania
Wiatr wiał, gwiazdy nie.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
…Wypierdalaj wietrze. Powiedział. Powiedział i został posłuchany. I wiatr przestał dąć bez umiaru. I zaśpiewały ptaki pieśń na cześć Pana. Nie było to najważniejsze jednak w tym momencie. Najwazniejsza z ważnych otóż rzeczą w tym momencie było to, że zostały mu jeszcze trzy pociski. Nie były to pociski mozdzieżowe. Nie pozwoliłyby mu naprawić całej wioski. Mógł naprawić swoje życie. A czasu miał coraz mniej. Ona spała w pokoju. Pokój był obok kuchni. On siedział na werandzie. Głaskał psa, który był suką tak doszczętną, że nie mogła liczyć na empatię czyjąkolwiek inną nią, niż swojąpańską. Siedziała mimo to, tym bardziej może, ufna bezgranicznie. Strasznie go to rozczulało. Rozbrajało. Suka przypominała mu jego samego z lat dzieciństwa. Jest to jednak tak osnuta w tabu historia, że musi poczekać na opowiedzenie do następnych czyichkolwiek wyborów. Siedzieli tak wciąż w każdym razie. On i suka. Ona leżała pokój obok kuchni. Sytuacja była cokolwiek napięta. Spojrzał w niebo gwiaździste jak nigdy dotąd nad nim. Jak nigdy gwiaździste i jak nigdy nad nim …Ostatni wieczór był nader krwisty, co było tym bardziej groteskowe, im bardziej na poważnie brać zżerającą go białaczkę. Wszystko już wiedział, jeżeli mowa o przyszłości. Wiedział że umrze, że będzie miał pogrzeb. Wiedział że matka będzie płakać. Ojciec się urżnie, dalsza rodzina będzie wspominać nieszczerze, niedokładnie, dobrze. Kolejna impreza na której obecny będzie tylko ciałem, pomyślał. W jedną chwilę cały sens jego życia sprowadzi się do obcego cierpienia. Strasznie wydawało mu się to popierdolone. I nie wstydził się tego słowa w związku z tym wszystkim. Cały Ród Człowieczy powinien kiedyś stanąć w jakiejś większej salce terapeutycznej, złapać się za ręce i powiedzieć ” Tak, pogrzeby i stypy są popierdolone”. Życie z kolei było pierdolnięte co najmniej, albo nader często takim bywa…jak jest z samą śmiercią dopiero się okaże. Nie mógł się tego już doczekać, nic innego mu nie pozostało. Żadnej racjonalnej nadziei. Żadnej nadziei jednym słowem. Choć małą nadzieję miał jeszcze na jedno - na to, że koniec będzie końcem, że tym razem nikt go już w wała nie zrobi. Pierdolnięte życie pierdolnęło go na dowidzenia z nawiązką… Śpiąca Ona go zdradziła, skreśliła wszystko. Wszystkie spokojne słowa głupawe jakie kiedykolwiek wypowiedziała. Prawie wszystko też chciała rano zabrać ze sobą. Jak też wszystkie bardzo czarne charaktery była kobietą po trzydziestce. Z takimi to nie ma żartów. One nie z takich, co to do żartów. Wyjechać miała jutro, do własnej matki, na drugi koniec kraju. Westchnął, a Suka na ten trwożny czas leniwym klapnięciem pyska zabiła komara. Jemu zebrało się na wspomnienia. Każde wspomnienie sprawiało, ze wydawał się sobie coraz bardziej śmieszny. Z jakimż to zapałem studiował marketing, z jakąż determinacją staży i fajnych ludzi szukał, jakże to łaknął iwentów, performensów, innych ajpodów i jakiego tam gówna jeszcze. Żył, starał się, planował. Zresztą wszyscy mówili że ma przyszłość, to co miał nie planować. Im więc więcej sytuacji sobie przypominał tym więcej więc swojej śmieszności pamiętał. Każdego dnia starał się być lepszy. Każdym też dniem starał się cieszyć. Każdy dzień był nową szansą, nową radością, nowym życiem. Zaśmiał…