Duchy · 1 godz. 11 min czytania
Widmo
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
Gortat M. Lech Widmo
- Nie, jeszcze ich nie ma proszę pana. - dwudziestokilkuletnia, apetyczna
blondynka w białym fartuszku i kusej sukieneczce, była wyraźnie zniecierpliwiona
telefonicznym natrętem i prowadziła rozmowę bardzo służbowym, nieprzyjemnym
tonem. - Nie wiem proszę pana. ...Tak. ... Na pewno. Odłożyła wreszcie z obrzydzeniem słuchawkę telefonu, po czym wróciła do
odkurzania wiszących w gabinecie fotografii, oprawnych w pretensjonalne ramy
dyplomów, znaczących wycinków prasowych oraz wszelkiego typu dokumentów i
wykresów firmowych mających podnieść prestiż Firmy i Właściciela Zakładu w oczach
rodziny czy ewentualnych gości. Przeginała się przy tym wdzięcznie i pochylała, choć
nikt jej nie obserwował. Pewnie dla wprawy. Było wczesne popołudnie. Jako pomoc domowa, przygotowywała teraz całe
wielopokojowe mieszkanie chlebodawców na powrót rodziny ze szpitala. Jej szef,
Antonio Giannini, wieloletni właściciel jedynej w mieście, dobrze prosperującej masarni
wytwarzającej znakomite wędliny, doznał miesiąc temu w swoim biurze zawału serca i
właśnie wraca do domu po krótkiej rekonwalescencji. Kucharka Marta pitrasi w kuchni
jakieś lekkostrawne przekąski powitalne i nie wyściubia stamtąd nosa już od rana. To i
dobrze zresztą, gdyż obie nienawidzą się serdecznie, bez wyraźnego wydaje się
powodu. Chociaż nie, gdzieś trzy lata temu Marta była nieopatrznym świadkiem jak pan
Antonio gładził z upodobaniem Dianę po pulchnym, kształtnym tyłku. Odtąd prawie się
nie odzywają, a pięćdziesięcioletnia Marta patrzy na nią jak na chodzący wyrzut
sumienia kobiecego. Czegoś, co prawdopodobnie w ogóle nie istnieje. Dobrze chociaż,
że nie powiedziała niczego pani. W drzwiach wejściowych cicho szczęka patentowy zamek, a do domu
wchodzi elegancka jak zwykle pani Laura w asyście dwóch barczystych sanitariuszy,
popychających z wysiłkiem chromowany, szpitalny wózek. Na wózku leży na wznak
Antonio Giannini, prawie sześćdziesięcioletni, potężny grubas, patrzący ponuro na
otoczenie spod łysiejącego łba. Pochód zamyka trzydziestoletni jedynak państwa,
przygarbiony, drobny nieudacznik w złoconych okularach oraz pogniecionej marynarce.
On też, delikatnie, nadzwyczaj uważnie, zamyka drzwi za wszystkimi. Z kuchni wypada
zaczerwieniona Marta i załamując ręce spogląda wymownie w sufit. - O Boże, o Boże! - wyrzeka głośno, kręcąc głową we wszystkie strony. - Cicho stara. - mówi pan domu bez przekonania. Popychany wolno przez
dwóch dryblasów, wjeżdża dostojnie do stołowego. Sanitariusze pomagają mu się
zwlec z tego szczególnego pojazdu i usiąść w miękkim fotelu pod oknem. Składają
przemyślną konstrukcję wózka i wynoszą się bez jednego słowa. Żona z synem siadają
naprzeciw a Diana i Marta stają skromnie w drzwiach, patrząc intensywnie na
chlebodawcę rekonwalescenta. - No i co się tak gapicie? - krzywi się Giannini. - Jeszcze żyję. Pani Laura wstaje ze swojego fotela, otwiera szafkę i nalewa kieliszek
ulubionego likieru miętowego. Odwraca się, następnie demonstracyjnie wypija powoli
całą jego zawartość. Giannini patrzy na żonę w milczeniu, po czym nieoczekiwanie
wydziera się na cały pokój: - Robisz mi cholera na złość? - Ależ skąd Antonio. - tłumaczy żona cicho, jednak bez widocznego poczucia
winy. - Nie mogłam się opanować. - No, no. - ostrzega Giannini, chwilowy, przymusowy abstynent, i przenosi
ciężki wzrok na syna. - Co słychać w biurze darmozjadzie? Podczas fatalnej nieobecności ojca, bezdyskusyjnego szefa tętniącego
życiem i zamówieniami zakładu, formalne kierownictwo firmy sprawował Pietro.
Normalnie, na co dzień, mieszka, pracuje w pobliskim Santa Fe, w lokalnej placówce
badawczej, gdzie zajmuje się wertowaniem i oceną przeróżnych dokumentów
historycznych jako świeżo upieczony doktor. Po alarmującym telefonie matki, wziął
natychmiast bezterminowy urlop, by w pięć godzin znaleźć się w domu. Prawdę mówiąc
nie bardzo wiedział co ma w ciągu tego miesiąca robić, zwłaszcza w firmie i zwłaszcza
na oczach całej, zżytej z sobą od lat załogi. Nic się jednak szczególnego nie wydarzyło.
Głównie dlatego, iż całość spraw prowadzi wieloletni księgowy ojca Ricco, obleśny,
mały człowieczek, ale znakomity administrator. Rozmawiał zresztą codziennie z ojcem
telefonicznie i zdawał mu relacje ze wszystkiego. Przypuszczalnie także bezczelnie
donosił na Pietra, swojego nowego, chwilowego szefa. - Nic takiego papo. - Nie wiedzieć czemu Pietro zaczerwienił się jak
panienka. - Pan Ricco wspaniale zarządza firmą. - Ja myślę. Płacę mu przecież krocie. - Giannini poprawił się w fotelu. Lewą
ręką złapał za obandażowaną głowę - widocznie ten niewielki wysiłek sprawił mu ból
pod pękniętą czaszką. Antonio bowiem w momencie pamiętnego, potwornego skurczu
w piersiach, stracił na moment przytomność i z pozycji wertykalnej rymnął potężnym
czerepem w kant własnego biurka. Odłupał kawał solidnego blatu, ale i kość pękła w
kilku miejscach. Lekarz który go kwalifikował do dalszego postępowania miał problem
czym się zająć w pierwszej kolejności - ewidentnym zawałem czy zgruchotaną głową. - Panie Giannini. - spod drzwi odezwała się cicho Diana. - Pan Karbone
dzwonił przed chwilą tutaj. - No i? - Pytał o pana. - Dobrze. - Giannini machnął ręką. - Nie stójcie jak te kołki i weźcie się do
roboty. Kucharka i pokojówka spojrzały po sobie nienawistnie, po czym znikły
Część 22 / 6
błyskawicznie za dębowymi drzwiami. Rodzina została sama a Giannini patrzył teraz w
milczeniu na nabzdyczoną, jeszcze prze to przystojniejszą żonę, oraz skromnie
wciśniętego w swój fotel syna. Nie wiedział co ma robić dalej. Cały ten zawał,
konieczny pobyt w szpitalu i przymusowa miesięczna, a kto wie, może i koniecznie
znacznie dłuższa bezczynność, zaskoczyły go zupełnie, wytrąciły z codziennego rytmu.
W całym swoim pokręconym życiu nigdy nie zaznał uczucia nudy czy chwilowego
choćby rozdarcia związanego z dylematem co robić. Zawsze musiał walczyć o zwykłe
przetrwanie, zawsze miał mnóstwo pilnych spraw do załatwienia, zawsze brakowało mu
czasu. - Co dalej? - mruknął pod nosem patrząc kątem oka na żonę. - Nie martw się Antonio. Zaraz będą skromne przekąski a później położymy
cię do łóżka. - Tak, do łóżka. A co z firmą, co z zamówieniami, z klientami? - No... Karbone na razie... - Ricco jest w porządku - przerwał jej - ale czy w takiej sytuacji... - Dlaczego ty nikomu nigdy nie wierzysz? Doktor Finn też narzekał na ciebie. - Ten wymuskany konował to przecież idiota - zdziwił się Giannini. - W
dodatku pracuje w naszym szpitalu dopiero od dwóch miesięcy. - Ależ to wielki... specjalista i miły człowiek. - Pani Laura przymknęła lekko
powieki. - On cię uratował! - Przed czym? - No... Antonio, przecież wiesz. - Nie. - Jak to? Przed... śmiercią Antonio. - Bzdura! - skrzywił się. - Takie prymitywne masaże może wykonać byle
dupek. - Lecz wykonał je on. On ci też poskładał twój tępy łeb, mimo, mimo... - Mimo czego? - Mimo twojego charakteru! - pani Laura zdenerwowała się cokolwiek, jednak
już nie zaryzykowała ponownej dawki smakowitego środka uspokajającego. Giannini zamilkł na chwilę. Rzeczywiście. Ten pachnący jak perfumeria,
obleśnie ułożony medyk, wyraźnie dwoił się i troił, zwłaszcza w ciągu kilku ostatnich
dni. Wpadał do separatki co godzinę, zlecał całe mnóstwo badań, prześwietleń i analiz,
konferował godzinami z Laurą. Najwyraźniej starał się jak mógł. Cóż, może żona ma
rację. - Co ty na to Pietro? - zagadnął nieobecnego jakby syna. - Papo, wszystko będzie dobrze. - to były jedyne, banalne słowa jakie
przyszły mu do głowy. - No pewnie, będzie dobrze. Ale jak? - No... dobrze. - Pietro zupełnie stracił rezon. Zawsze bał się ojca, zwłaszcza
w rzadkich momentach wymiany zdań, bezpośredniej indagacji. - Niech to szlag! - Giannini odwrócił się z niesmakiem od syna i machnął
ręką. Mimo, że kochał jedynaka, mimo, iż przewidując taki właśnie wypadek, zapisał mu
firmę i cały majątek pod oczywistym wszakże warunkiem, że rzuci wtedy swoje
idiotyczne zajęcie, to jednak był z niego ostatnio coraz mniej zadowolony. Lub mówiąc
ściślej coraz bardziej niezadowolony. Pietro pomimo trzydziestki na karku, pozostaje w
stanie kawalerskim i nie zanosi się wcale by znalazł sobie w końcu jakąś miłą, stałą
partnerkę. Przewijały się co prawda przez dom jakieś podejrzane, rozwydrzone flądry,
głównie koleżanki Pietra z uczelni, ale były to znajomości przelotne, niezwykle
krótkotrwałe. Cóż, tak naprawdę to chyba nie ma się czemu dziwić. Syn nie był wzorem
męskiej urody, a wychowywany głównie przez niepracującą, opiekującą się domem
matkę, wykształcił w sobie niezwykle nieprzydatne w tych męsko - damskich
zmaganiach, fatalne cechy. W dodatku był zdeklarowanym wegetarianinem, czego
Giannini ani w ząb nie mógł zrozumieć. Zważywszy rodzinne, od pokoleń,
zainteresowania wędliniarskie. Weszła pokojówka Diana, niosąc w jednym ręku tacę z jakimiś
lekkostrawnymi chrupkami dla rekonwalescentów, w drugim zaś dzbanek gorącej,
niesłodzonej, a jakże, herbaty. Postawiła to wszystko na stoliku obok i odeszła kręcąc
umiejętnie zgrabnym kuperkiem. Giannini trzymał ją głównie z tego właśnie powodu, bo
jako siła fachowa była kompletnie do niczego. Westchnął ciężko, zdając sobie nagle
sprawę z zasadności lekarskich zaleceń tyczących koniecznej ostrożności i
powściągliwości w dawkowaniu tego typu estetycznych wzruszeń. Przynajmniej na
jakiś czas. Żona i syn zerwali się równocześnie ze swoich miejsc by obsłużyć męża oraz
ojca, lecz Gianini spojrzał na nich krzywo i sam sobie napełnił filiżankę. Stękając cicho
stwierdził, że chyba rzeczywiście nie jest z nim najlepiej - podnosząc litrowy dzbanek
poczuł w przedramieniu jego solidny ciężar. Cóż, zwykłe szpitalne osłabienie. Włożył do
ust jeden z tych brudnoszarych kwadracików i natychmiast wypluł go na podłogę. - Co to za gówno? - wrzasnął na żonę. - Dieta Antonio, dieta. - uśmiechnęła się złośliwie pani Laura, a dla przykładu
sama zjadła jedno mydlane ciasteczko. - Niech to wszyscy diabli. - mruknął Giannini. - Idę spać. Wstał ciężko z fotela i szurając po dywanie kapciami zniknął za drzwiami
sypialni. Była trzecia po południu. W nocy, gdy wokół panowała głęboka ciemność, prawie się obudził, gdyż
wydało mu się że ktoś jest w sypialni i delikatnie chrząka. W półśnie, nie całkiem
świadomie, zdał sobie sprawę z tego, iż niewątpliwie dobrze wychowany intruz, daje
mu w ten subtelny sposób znak swojej obecności, że chce by Giannini się ocknął.
Otworzył oczy i całkowicie już rozbudzony popatrzył wokół po wielkiej, czarnej
przestrzeni. - Laura? - spytał cicho. Z prawej strony sypialni, z okolicy starej stylowej szafy, ponownie dało się
słyszeć delikatne, pełne zażenowania chrząknięcie. Spojrzał w tamtą stronę i zdębiał.
W miejscu gdzie była niewielka luka między szafą a zamykanym regałem z bielizną
pościelową, gdzie wisiała wielka, wyblakła już nieco kolorowa fotografia ślubna jego i
żony, stała jakaś niewyraźna postać. Niewyraźna, choć w jakiś dziwaczny sposób...
podświetlona, czy też... jaśniejąca. Postać jarzyła się zimną, sinobłękitną poświatą,
zwłaszcza włosy i... twarz. Nie było to silne światło, ba, było nawet całkiem słabe i
mdłe, jednak w tych ciemnościach doskonale widoczne. Gianniniemu resztki włosów na
Część 33 / 6
głowie stanęły dęba. - Co..., co... - zdołał tylko wybełkotać, po czym gwałtownie usiadł na łóżku. Nieoczekiwanie postać poruszyła się zwiewnie i przerażony masarz usłyszał
miły, spokojny głos: - Przepraszam pana bardzo, proszę się nie bać. Słowa te były wypowiedziane wyraźnie, w sugestywnie uspokajającym tonie.
Mówiący je był niewątpliwie obytym w towarzystwie mężczyzną. W dodatku Włochem, z
nienagannym, kalabryjskim akcentem. - Co..., kto..., kim pan... jest? - wyszeptał Giannini. - Proszę się nie niepokoić. Jestem tu służbowo z pewną... hm... misją. - Kim pan jest u diabła i czego chce? - Giannini był już sobą i teraz delikatnie,
precyzyjnie, szukał po omacku pistoletu który zawsze znajdował się na stoliku obok. - Nazywam się Silvestro Ponti, urodziłem się podobnie jak pan na Sycylii i
jestem.... no, jestem krótko mówiąc... duchem. Giannini słuchał jednym uchem, gdyż był zajęty szukaniem broni która jakoś
nie dawała się znaleźć. Może Laura lub Diana podczas jego tygodniowej nieobecności
lub powitalnych porządków, schowały ją gdzie indziej? Do jego skołowanej jeszcze
trochę świadomości dotarła jedynie końcówka zdania, wypowiedziane - go tym miłym,
cichym głosem. - Du... duchem? Brednie. Nie wierzę w żadne duchy. - Antonio całkowicie
oprzytomniał i był już całkowicie gotów do walki z tym... kimś, kimkolwiek by on nie był. - A jednak. - postać przemawiała jakby wyraźniej. - Cóż, mimo że tego nie
znoszę, proszę zapalić światło. Masarz odruchowo wyciągnął błyskawicznie lewą rękę do stolika i ... strącił
porcelanową lampkę na podłogę. Usłyszał straszliwy trzask tłuczonej , delikatnej
ceramiki, po czym zapadła głucha cisza. W sypialni obok dało się słyszeć szybkie
szuranie, ktoś pisnął z bólu i do pokoju, na paluszkach, weszła żona. - Antonio? - zawołała szeptem. - Zapal światło! - ryknął Giannini. Sypialnię zalało białe, jaskrawe światło sufitowe, a cały pokój skurczył się do
zwykłych rozmiarów. Szybko zlustrował małe pomieszczenie i nie spostrzegł niczego, a
tym bardziej nikogo podejrzanego. Z wyjątkiem żony rzecz jasna, która stała w
drzwiach w nocnej koszuli i trzymała się za kolano. Również dlatego nie przypominała
w niczym zjawy. - Co się stało? - Nic. - stwierdził po dłuższej chwili. - Zwaliłem tę cholerną lampkę. - Nic ci nie jest? - Nie. Idź spać. Aha, gdzie mój pistolet? - Po co ci pistolet Antonio? - Po nic. Gdzie on jest? - Schowałam go do biurka. Giannini wstał z łóżka i nie zakładając kapci, przeszedł do pokoju gdzie stało
biurko. Wyjął z szuflady pistolet, sprawdził, następnie schował do kieszeni pidżamy
która natychmiast wydłużyła się z tej strony pod wpływem ciężkiego, groźnego
narzędzia. Spojrzał na zegar. Było dziesięć minut po północy, godzina duchów.
Skrzywił się ironicznie i wrócił do łóżka. Żona w dalszym ciągu stała w drzwiach sypialni
rozcierając sobie nogę. - Uderzyłaś się? - Tak. - Idź spać. Do rana się zagoi. W sypialni ponownie zgasło światło a wędliniarz znowu został sam. Poprawił
sobie poduszkę tak, że prawie siedział w łóżku wpatrując się w przeciwległą ścianę.
Odbezpieczył broń i trzymał ją teraz w prawej ręce, spoczywającej swobodnie na
kołdrze. Obawiał się trochę, że może usnąć i pistolet przypadkowo wystrzeli, ale
przecież spał już tyle godzin więc nie czuł się zmęczony. Po głowie pętało mu się
mnóstwo różnych wyjaśnień tego co przed chwilą widział. Brał także pod uwagę to, iż
był to po prostu zwykły koszmar nocny chorego człowieka, zestresowanego ostatnimi
przeżyciami, oraz tym szczególnym powrotem do domu po tak długiej nieobecności.
Jednak znał się dobrze i mimo zasłyszanych tu i ówdzie dziwnych historyjek, uważał za
kogoś komu nie przytrafiają się tak realistyczne, samorzutne wizje. W tej absolutnie cichej, niezgłębionej ciemności, stracił rachubę czasu i
poczuł, że ponownie ogarnia go senność. Zabezpieczył broń i już miał ją odłożyć pod
poduszkę, gdy w tym samym miejscu co poprzednio, pojawiła się ta sama,
fosforyzująca postać. - Panie Giannini, proszę mnie spokojnie wysłuchać. Głos był ten sam, cichy, spokojny i wyrazisty. Giannini pomyślał że w końcu
niczym nie ryzykuje, więc równie spokojnie odbezpieczył pistolet, wycelował go w
zjawę i powiedział: - Mów. - Dziękuję. Myślę że powoli dojdziemy do porozumienia. Myślę też, że
dociera w tej chwili do pana ta oczywista przecież prawda, iż naprawdę jestem
duchem. - Ale przecież duchów nie ma. - sprzeciwił się spokojnie i rzeczowo, choć
trzeba to przyznać, z mniejszym niż poprzednio przekonaniem. - Jak pan widzi są. Jednak na razie mniejsza o to. Jestem tutaj by panu
pomóc, a nie mamy zbyt wiele czasu. - Pomóc? W czym? - To jest dłuższa opowieść więc proszę się uzbroić w cierpliwość. Teraz
jednak widzę, że w dalszym ciągu nie wyzbył się pan resztek wątpliwości. Cóż, proszę
się nie krępować, proszę sobie ulżyć z tą armatą. Gianniniemu zrobiło się głupio, gdyż rzeczywiście jego palec spoczywający
na spuście pistoletu, prawie bezwiednie zaciskał się coraz bardziej. Musiał to zrobić,
więc częściowo odruchowo, częściowo zachęcony, ścisnął go do końca. Broń wypaliła.
Nastąpił potworny w tej ciszy wybuch, po czym stalowa zabawka, gwałtownie cofnięta
siłą odrzutu, uderzyła go mocno w nos. W domu rozpętało się istne piekło. Wszyscy naturalnie zostali obudzeni tym
strzałem i biegali po pokojach jak opętani. Do sypialni Gianniniego najpierw oczywiście
wpadła żona i zapaliwszy światło załamała ręce. - Mój Boże, Antonio. Co to było? Wędliniarz siedział w łóżku i wytrzeszczał oczy na przestrzeloną fotografię
ślubną. Z nosa lała mu się ciurkiem krew na białą pościel. Cały był umazany na
czerwono i nic nie mówił, tylko kiwał głową na lewo i prawo. Pokój wypełniała chmura
cuchnącego dymu, a łuska, która została wyrzucona podczas wystrzału, strzaskała
małą figurkę Madonny stojącą na półce. Istne pobojowisko. Po chwili do pokoju wbiegli
również syn oraz Diana w prześwitującej fikuśnie mini koszulce nocnej. Marta, jak jakaś
Joanna d’Arc, stanęła w drzwiach z potężnym kijem w ręku. Wszyscy wybałuszali oczy
na otumanionego gospodarza. Pietro podszedł do przestrzelonej fotografii, pokręcił z dezaprobatą głową, po
czym zbliżył się do ojca który już nieco ochłonął. - Papo, dlaczego przebiłeś mamie głowę? Giannini spojrzał ponuro przed siebie i... splunął siarczyście w bok, ale nic
Część 44 / 6
nie powiedział. - Wiedziałam, wiedziałam! - wykrzyknęła pani Laura, zaszlochała trochę
teatralnie, następnie wybiegła z zadymionego pokoju. Marta, dzierżąca cały czas swoją
maczugę, pozbierała szczątki potłuczonej figurki oraz lampki nocnej i otworzyła połówkę
okna. W sypialni natychmiast zrobiło się chłodno. - Czemu pluje pan na podłogę? - zganiła łagodnie niesfornego chlebodawcę.
- Tak nie można. A ty bezwstydna flądro ubierz się! - Marta nie mogła powstrzymać się
i straszliwym spojrzeniem przegoniła kuso odzianą Dianę sprzed oblicza
zdezorientowanego tym wszystkim gospodarza. Dbała w ten sposób takze o Pietra,
który chyba też był zagrożony takim... widokiem. - Idźcie już sobie do diabła. - wymamrotał cicho zdezorientowany kompletnie
Giannini, wstał z łóżka i poszedł do łazienki obmyć krew oraz przebrać się w świeżą
pidżamę. Gdy po jakichś piętnastu minutach, uspokojony już jako tako wrócił do
sypialni, stwierdził z zadowoleniem że wszystko było posprzątane; zakrwawiona pościel
zmieniona, potłuczone szkło wyzbierane, pokój przewietrzony. Jednak dobrze
wychował służbę, choć tak naprawdę, domyślał się, że to wyłącznie sprawa
zatroskanej o niego Marty. Nie chciało mu się spać - w końcu przespał tyle godzin -
więc oglądał teraz nieszczęsną fotografię z wielką dziurą w środku czoła młodej i
pięknej wówczas żony. - Niech to wszyscy diabli! - zaklął pod nosem i spojrzał na stojący na stoliku
zegarek, przyniesiony tu zapewne przez kucharkę. Była pierwsza piętnaście, a więc do
świtu zostało jeszcze kilka ładnych godzin. Co tu robić? Nie może przecież ciągle
niepokoić po nocy domowników. W końcu nie jest byle prymitywnym chamem. Na chybił trafił wybrał z półki jakąś książkę, zgasił światło sufitowe, i
poprawiając nową lampkę na stoliku, położył się ponownie. Książka okazała się
podręcznikiem robótek szydełkowych, więc znowu szczerze zaklął, jednak nie chciało
mu się już wstawać. Zaczął ją przeglądać od niechcenia. Proszę, proszę, jakie to
skomplikowane. Przy rozdziale poświęconym ściegom szwedzkim ogarnęło go znużenie, a
może raczej zniecierpliwienie - z głębokim, nieoczekiwanie silnym podtekstem uczucia
oczekiwania. Oczekiwania na kolejną wizję, kolejną uporczywą wizytę tego... kogoś.
Trudno to tak nagle przyznać, ale chyba jednak prawdziwego... ducha. Postanowił być
już spokojny - odłożył tę bzdurną literaturę i zgasił lampkę. Podciągnął kołdrę po samą
szyję i ułożywszy wygodnie potężne cielsko, zaczął się wpatrywać w tężejącą ciemność
przed sobą. Czekał, pogodzony zupełnie z niesamowitymi wydarzeniami. Całkiem
zapomniał, iż wypadałoby się w takiej sytuacji choć trochę bać. Nie zawiódł się. Po jakichś piętnastu minutach, kolejny raz pojawiła się
znajoma już, niewyraźnie fosforyzująca postać. - No i po co to całe zamieszanie? - głos był pełen wyrzutu i delikatnej
nagany. - Dobrze. Niech to piorun strzeli. Jestem już spokojny i gotów do rozmowy. -
Giannini rzeczywiście tak się poczuł. - No, no. Cieszę się. Przypominam, że nazywam się Silvestro Ponti i jestem
duchem. - Pamiętam, a jakże. - W takim razie mamy przed sobą kilka godzin rozmowy, co pan na to? - Trudno. - Pięknie. A więc szybciutko, na wstępie, wyjaśnię w czym rzecz. Widzisz
Antonio - proszę wybaczyć tę poufałość, ale tak będzie prościej - musisz poznać całą
prawdę, a nie będą to niestety rzeczy przyjemne. Stąd zresztą moja tutaj obecność. - Trudno. - Giannini jakby zapomniał o istnieniu innych słów. - Pamiętasz zapewne jak ci robiono przeróżne badania i analizy w związku z
twoim wypadkiem? Pamiętasz ową głupią nadgorliwość tego rzeźnika Finne’a i
cierpliwe zatroskanie Laury? - Ba. - Krótko mówiąc Antonio, przykro mi to mówić, lecz... jesteś bardziej chory niż
myślisz. - Tak? Jak bardzo? - Bardzo, niestety. - Może mam he, he, raka? - Masz. - Co? - Zaskoczony Giannini nie bardzo zrozumiał o co zjawie chodzi. - Masz... raka mózgu. Pokaźny guz na prawym płacie skroniowym, wykryty
przypadkowo przez doktora Finne’a. - Czyżby? - Tak, Antonio. I jest to sprawa beznadziejnie nieodwracalna. - Dlaczego mi nie powiedzieli? - Giannini doznał czegoś w rodzaju
rozdwojenia jaźni - jednocześnie prowadził ze zjawą normalną, logiczną rozmowę, a
gdzieś w środku, zaczął narastać gwałtownie żal, coś jakby rosnące z sekundy na
sekundę, przybierające na sile zawodzenie skrzywdzonego niesprawiedliwie dziecka. - Nie chcieli cię martwić. Są też inne okoliczności. - Jakie u licha? - O tym później. Teraz jednak muszę cię poinformować, że... opuścisz ten...
uroczy glob, że tak powiem, dwudziestego trzeciego stycznia, w dniu imienin świętego
Klemensa, o godzinie drugiej w nocy. - zjawa była bezwzględna w swej konsekwencji
informacyjnej. - To..., to... zaledwie kilka dni. - szepnął wstrząśnięty nareszcie w pełni
Giannini i zebrało mu się na płacz. Jakimś cudem uwierzył tej zjawie, temu
sugestywnemu głosowi. Poza tym rzeczywiście, dopiero teraz uprzytomnił sobie sens
niedawnych wydarzeń, tej całej bieganiny szpitalnej, tych współczujących spojrzeń
obsługi, pielęgniarek. Cholera jasna, wszyscy wkoło wiedzą, tylko nie on, najbardziej
zainteresowany. - To... już koniec? - rzucił żałosne pytanie w ciemność pokoju. - Tak, Antonio. - I... co dalej? - No właśnie. Po to tu jestem. - Jak to? Po co? - Muszę cię do tego odpowiednio przygotować. Muszę też urządzić i
pozałatwiać różne rzeczy... po tamtej stronie. - Nie mów! - Giannini cały się sprężył. Całe życie był ateistą, a w najlepszym
razie i niezwykle rzadko, przy okazji krótkich momentów nieokreślonej melancholii,
niepoprawnym agnostykiem. Mimo typowo włoskiego, sycylijskiego wychowania w
kulcie Maryjnym. - Tak, Antonio. - zjawa jakby uśmiechnęła się z dobrotliwą wyrozumiałością
wobec infantylnych, niezbyt rozsądnych pytań mało rozgarniętego chłopca. - Druga
strona istnieje, funkcjonuje w najlepsze. Trzecia zresztą także. I czwarta, i piąta. Tak że
prawdę mówiąc nie masz absolutnie żadnego powodu do rozpaczy. Giannini zapomniał na chwilę o swojej tragicznej sytuacji i dosłownie narodził
Część 55 / 6
się na nowo. To jest przecież właśnie to, na co jak się okazuje czekał przez całe życie.
Na co czekają chyba wszyscy przytomni ludzie, niezależnie od rasy, wieku,
wykształcenia, zasobności i poglądów religijnych, czy wyznawanych teorii. Na
wiarygodne, kompetentne potwierdzenie istnienia możliwości pośmiertnych. Na
wiarygodne, zwięzłe, rzeczowe wyjaśnienie tego odwiecznego dylematu, tego tak
intrygującego zagadnienia, w gruncie rzeczy najważniejszej przecież sprawy. Ale moment. Czy to co usłyszał jest rzeczywiście godne wiary i czy owo
niesamowite źródło tych krzepiących wieści jest naprawdę kompetentne? O ile dość
szybko pogodził się z niewątpliwym faktem istnienia duchów, tak spektakularnie, tak
hałaśliwie potwierdzonym, zaakceptowanym w końcu z pewną smutną rezygnacją, o
tyle teraz zaczęły w nim kiełkować wątpliwości innej już natury. Bardziej subtelne,
godne raczej umysłu analitycznego, dociekliwego, umysłu sędziego śledczego. Mimo
doznanego przed chwilą wzruszenia. - No dobrze. - zgodził się spokojnie. - załóżmy, że masz tę wredną rację. W
takim razie pozwól, że zapytam o parę szczegółów. Również tych nikomu, jak sądzę,
nieznanych, dotyczących wyłącznie mojego życia. Kurcze, sprawdzę cię. - Ależ proszę bardzo. Chciałbym tylko najpierw wyjaśnić możliwie zwięźle cel
mojej tu obecności i sens naszych rozmów. Wszak będziemy się spotykać odtąd
codziennie, aż do ostatniej... chwili twojej tu drogi. Mamy zatem trochę czasu. - Tak? W takim razie mów. - Giannini ułożył się wygodnie i jeszcze szczelniej
przykrył kołdrą, gdyż chyba zrobiło się chłodniej. Zjawa jakby rozświetliła się bardziej
lub też jego wzrok przywykł do tych głębokich ciemności, w każdym razie mógł teraz
rozpoznać niektóre szczegóły całej upiornej postaci. Był to niewątpliwie mężczyzna, średniego wzrostu o szczupłej sylwetce,
ubrany w ciemny, może nawet czarny, dobrze skrojony garnitur. Śnieżnobiała koszula i
gustowna muszka, nadawały całej sylwetce dystyngowany, szacowny wygląd.
Pociągła, blada twarz z małym wąsikiem emanowała powagą, uprzejmością i tym czymś
nieuchwytnym, czy raczej niemożliwym do opisania, charakterystycznym dla wysoko
urodzonych, obytych w świecie i doświadczonych losem dżentelmenów. Spotkał kiedyś
kilku takich facetów w Anglii, gdzie rzuciły go wojenne losy, a raczej nieskładna pomoc
francuskiego Resistance. Jednym słowem uosobienie kulturalnej, spokojnej solidności.
Mimo tej dziwnej, upiornej emanacji. - A więc musisz wiedzieć, Antonio, że zawsze w podobnych razach, to znaczy
gdy mamy do dyspozycji rozsądną ilość czasu, komunikujemy się z bezpośrednio
zainteresowanymi i przygotowujemy ich możliwie łagodnie do przejścia na... naszą
stronę. - Kaperstwo? - zgryźliwie zapytał masarz. - Cóż ci przychodzi do głowy Antonio. - zaperzył się Ponti, a raczej jego
sinawy duch. - Chodzi o przyjacielską, łagodną i skuteczną pomoc w tym niełatwym
przecież okresie przejściowym. - A wypadki, wojny? - Giannini zapomniał już o swojej nieuprzejmości. - Tutaj rzeczywiście procedura jest nieco inna, a polega na stopniowej
zmianie otoczenia już po drugiej stronie. Raz jest to szpital miejski z którego się
wychodzi po krótkim, inscenizowanym rzecz jasna okresie rekonwalescencji, drugim
razem szpital polowy, działający na podobnych zasadach, innym razem statek
ratowniczy w razie katastrofy morskiej na pełnym oceanie. Sam rozumiesz, chodzi o
uniknięcie szoku. Mamy pewne istotne problemy w przypadkach śmierci tak nagłej, że
aż nieuświadamialnej. Zdarza się to czasami, na przykład podczas wybuchów,
szczególnie atomowych. - Czy... to się tyczy wszystkich ludzi? - Absolutnie. - Nawet bandziorów, ewidentnych śmieci i ... tych najgorszych - wszawych,
francowatych polityków? - Także. - No, to mi się nie bardzo w takim razie... - Spokojnie. Jeszcze przecież nie wiesz wszystkiego. Zaległa chwila ciszy. Wędliniarz rozważał problem sprawiedliwości
niebieskiej. - No a... piekło? - Gianniniemu zaświtały w głowie podstawowe kanony
dogmatu katolickiego, wpojone jeszcze w młodości. - Cóż, to już inna, późniejsza sprawa. Lecz na razie dajmy spokój tym
pytaniom. Przyjdzie na nie czas. Teraz muszę ci powiedzieć że głównym zadaniem
jakie nas obu czeka, to przygotowanie twojego prywatnego, niepowtarzalnego... nieba. - Chryste! - Mówiłeś coś? - No..., nie. - Tak więc wyobraź sobie, że nie istnieje coś takiego jak jedno, obiektywne
niebo. Jednym z celów naszego funkcjonowania na tym padole jest możliwie jasne,
precyzyjne, wyrobienie w sobie jakiejś konkretnej, indywidualnej wizji świata idealnego,
oczekiwanego, świata w którym będziemy działać jakiś czas po tej stronie
rzeczywistości. Nieba właśnie. Problem z tobą polega na tym, że ty, jako powiedzmy,
ateista, a przy tym człowiek łatwo i na bieżąco przystosowujący się do przeróżnych
okoliczności, nie zastanawiałeś się nigdy zbyt wiele nad takimi sprawami. - Faktycznie. - przyznał Giannini po chwili. - No więc musimy teraz możliwie szczegółowo, bezbłędnie, ustalić wspólnie
twoje oczekiwania, twoje ideały, twoje wizje. Innymi słowy musimy zbudować dla ciebie
niebo. I to jest nasze zadanie na najbliższe dni. A raczej noce. Prawdę mówiąc Giannini już był w niebie. O czymś takim słyszał pierwszy
raz, i wydało mu się to z miejsca nadzwyczaj fascynującą, atrakcyjną, w gruncie rzeczy
jedynie sprawiedliwą, pożądaną możliwością. Własne, wymarzone niebo. Cudo. - Czy..., czy istnieją jakieś ograniczenia... hm... budowlane? - W zasadzie nie, chociaż jak to mówią; jak sobie pościelisz tak się wyśpisz. I
właśnie moim obowiązkiem, jako pomocnika, przewodnika, jest uchronić cię od
poważniejszych błędów... konstruktorskich. No, ale teraz już będziemy kończyć.
Przemyśl sobie wszystko wstępnie, a jutro spotkamy się ponownie. Do północy wyśpij
się porządnie, gdyż ostrzegam, czeka nas ciężka praca, Antonio. Do jutra. - Jeszcze moment - Giannini aż podskoczył na łóżku. - Powiedz mi na koniec
Część 66 / 6
czy..., czy... istnieje... On? - Kto? - No wiesz przecież do cholery, On, Stwórca. Zjawa rozbłysła jakby na moment, po czym zafalowała w wielkim wzburzeniu. - Proszę cię ostatni raz, nie wyrażaj się przy mnie. Musisz się co rychlej
pozbyć tego wstrętnego przyzwyczajenia. A sprawa Jego istnienia to bardzo
skomplikowany problem. Mówiąc prawdę,... nie wiem... na pewno. - Prze... praszam. - wykrztusił Antonio, zdziwiony nieco tym słowem we
własnych ustach. - Jak to, ty nie wiesz? - Ano tak. Zostawimy jednak tę kwestię na później. Teraz na mnie czas.
Silvestro Ponti, jego bezcielesna istność, zszarzał łagodnie, po czym zgasł
zupełnie i zniknął. W pokoju zapanowała kompletna ciemność. Giannini, całkowicie
otumaniony, przekręcił się po chwili na lewy bok i zmęczony wrażeniami, prawie
natychmiast usnął. Była piąta rano a w sypialni władcy tego domu dominowało teraz
równomierne, spokojne chrapanie
* Od południa, w domu masarza trwał istny remont. Do sypialni Gianiniego
przeniesiono biurko z wszystkimi papierami oraz przyrządami do pisania. Marta i Pietro
mozolili się z ciężkim łóżkiem, ustawiając je pod ostrą komendą rekonwalescenta, który
najwyraźniej zamierzał pracować w sypialni. Dostawiono też dodatkowy stolik na lekkie
przekąski, jak też kilka dzbanków herbaty, mleka i przeróżnych soków. Wezwany
fachowiec wyłączył z podręcznego telefonu dzwonek, a zainstalował w zamian
maleńką, migocącą lampkę. Podobno by nie niepokoić w nocy śpiących domowników. Wszyscy byli zdziwieni tymi zmianami, jednak nie śmieli ich dyskutować,
zwłaszcza w obecności Gianniniego. On sam konferował telefonicznie kilka godzin z
Karbone, oraz z dostawcami. Dzwonił po całej okolicy, dając wszem i wobec
świadectwo energii i niezmiennie dobrej kondycji firmy. Produkcja wybornego mięsiwa
toczyła się pełną parą. Po szesnastej, nie wzywany, przyszedł doktor Finn na rutynowe sprawdzenie
pacjenta. Giannini dał się zbadać, lecz nie zapytał o nic, poddając się w ponurym
milczeniu zimnym, fachowym oględzinom. Zapowiedział tylko stanowczo, że nie
zamierza łykać żadnych cholernych pigułek, gdyż jest całkowicie zdrowy. Skołowany,
obrażony doktorek, skończył oględziny i zamknął się z panią Laurą w jej pokoju.
Najpewniej miał do przekazania niewesołe wieści. W tej sytuacji, w tych okolicznościach, Pietro, pętający się bezczynnie po
domu, postanowił wrócić na swoją uczelnię, gdzie czekała cicha, spokojna praca.
Spakował się szybko i po krótkim, oszczędnym w słowa i gesty pożegnaniu z
mrukliwym ojcem, odprowadzony przez Martę, odjechał swoim samochodem.
Oczywiście gotów w każdej chwili, w razie czego, wrócić. Giannini znowu, tak jak
chciał, jak się już dawno do tego przyzwyczaił, został w domu ze swoimi kobietami.
Mimo, że wypoczęty, wyspany, położył się do łóżka, przykazując by go nie budzono
nawet na kolację. I o dziwo, usnął. O północy, przygotowany w pełni, wykąpany, ogolony i świeżutki jak
skowronek, czekał na zapowiedziany , oczekiwany seans. Wszystkie panie spały już od
dawna, uspokojone jego zapewnieniami o końskim zdrowiu niedawnego kandydata do
grobu. Tak przynajmniej sądził. Zgodnie z wczorajszym ustaleniem, niesamowita sesja rozpoczęła się
punktualnie. W cichym, całkowicie ciemnym pokoju, zrobiło się nagle chłodno, po czym
w tym samym miejscu, pojawił się blady, fosforyzujący sino, Ponti. - Witaj Antonio. - pozdrowił dostojnie swojego podopiecznego. - Dzień d..., tfu, dobry wieczór. Witaj. - Giannini był nieco zdenerwowany. - Jesteś widzę wypoczęty i całkowicie przygotowany. - pochwaliła go zjawa. - Tak. - A cóż to za kartkę miętosisz w ręku? - To..., to są moje pytania do ciebie. - Antonio. - w głosie ducha zabrzmiał bezmierny wyrzut. - wiesz przecież że
nie znoszę światła. Jak zamierzasz je odczytać? - To..., no..., część pamiętam. - Bardzo dobrze. Spokojnie, a wszystkiego się dowiesz. Co chcesz wiedzieć
w pierwszej kolejności? Giannini przemyślał sobie w ciągu dnia parę rzeczy. Do kwestii
najważniejszych, podstawowych, zamierzał zbliżać się stopniowo, systematycznie.
Teraz, nie całkiem przekonany, chciał na wstępie ustalić wiarygodność i kompetencje
swego upiornego rozmówcy, jego wiedzę, koneksje, a zwłaszcza rodowód...
zaświatowy. Nie wykluczał bowiem podstępu ze strony sił, powiedzmy mniej jasnych niż
te z którymi wolałby się w takiej sytuacji kontaktować. Przygotował też sobie pewne
rekwizyty, mające pomóc mu ten cel osiągnąć. Jednym słowem miał nadzieję na
sterowanie przebiegiem rozmów, licząc się jednak poważnie z doświadczeniem,
obyciem swojego interlokutora, które wprost emanowały z całej jego postaci, z każdego
słowa. Giannini nie był lwem salonowym, nie ćwiczył się też w sztuce konwersacji. Miał
w tym względzie spore zaległości, czego na szczęście był całkowicie świadom. - Wybacz mi obcesowość, ale chciałbym utwierdzić się w swojej ufności do...,
do ciebie. - rzucił ostrożnie na początek. - Rozumiem to. Pytaj. - Ponti wydawał się zupełnie nie zrażony. - W takim razie, e... jak poznałem moją żonę, Laurę? - strzelił podstępnie
Giannini. - Nietypowo Antonio, na ulicy, broniąc jej przed dwoma czarnymi. Przy okazji
- nie musiałeś tak katować tego mniejszego. Wybiłeś mu trzy zęby i złamałeś rękę. - Byłem wściekły. - To cię zupełnie nie tłumaczy. Powinniśmy wszak panować nad sobą. Coś
jeszcze? - Tak. Powiedz mi jak zmarła moja nieodżałowana matka? - Na zawał, w wannie, pełnej zbyt gorącej wody. Jeszcze? - Nie, nie. Dziękuję. - Giannini był oszołomiony przebiegiem tego testu. W
gruncie rzeczy zawierzył zjawie w pełni już wczoraj, jednak maleńkie potwierdzenie
nikomu przecież nie zaszkodziło. Mimo jeszcze kilku przeszłych faktów które powinien
w podobny sposób sprawdzić, zrezygnował z tego. Już teraz był przekonany bez reszty
co do wiedzy gościa. Pozostawał problem jego pochodzenia. - A więc? - Silvestro Ponti był najwyraźniej osobą cierpliwą. - Wybacz mi ponownie, zwłaszcza…