Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

przygoda · 19 min czytania

Widok na szczyt

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Zawsze kiedy patrzę na góry wzbiera we mnie wiele uczuć i wspomnień. Wśród nich są te dobre i te złe. Te pożądane i takie, o których chciałbym zapomnieć że istnieją. Radość zdobywcy przeplata się z goryczą porażki i smutkiem... straty. Zawsze kiedy patrzę na góry widzę w nich wyzwanie, przeciwnika którego nie można nigdy lekceważyć. Wiele razy musiałem uznać jego wyższość nade mną. Wiele razy musiałem ukorzyć się pokonany i czekać na następną szansę. Walka z górą nigdy nie jest walką wyrównaną. Powiadają że góry są dla rozważnych i wytrwałych. Kiedyś myślałem o sobie, że jestem i rozważny i wytrwały. Teraz nie wiem czy dalej mógłbym tak sądzić.

28 listopad. obóz dolny 5670 m. n.p.m.

Pogoda zmienia się dziś nieustannie. Już sam nie wiem czego mam się spodziewać. Wczoraj wydawało się, że dziś będziemy mogli kontynuować pierwsze podejście i uda nam się przenieść obóz nieco wyżej. Niestety przy tak silnym wietrze musimy to odłożyć do jutra...o ile pogada zmieni się na lepszą. Wspólne przebywanie w obozie chyba nie służy naszej grupie.

29 listopad obóz dolny 6050 m. n.p.m.

Dziś udało nam się, z niemałym wysiłkiem, przenieść obóz wyżej. Pogoda poprawiła się na tyle, że możemy z nadzieją patrzeć na jutrzejszy dzień i dalej kontynuować wspinaczkę. Wiatr osłabł znacznie, a to znaczy że być może uda nam się podejść do granicy 7000 metrów i spróbować założyć pierwszy obóz górny. Niestety temperatura znacznie się obniżyła. Dzisiejszy dzień dał nam wszystkim w kość, ale wydaje mi się że był dla nas udany. Być może wzmocni to morale grupy i poprawi atmosferę.

1 grudzień pierwszy obóz górny 7570 m. n.p.m.

Udało nam się założyć pierwszy obóz górny. Ale dotarcie tutaj zajęło nam aż dwa dni. Pogoda znów się popsuła. Wiatr jest wręcz huraganowy, a temperatura... Cholera jest coraz zimniej. Fakt byliśmy na to przygotowani i zdawaliśmy sobie sprawę, że zimowe wejście będzie zdecydowanie trudniejsze, ale mam wrażenie że ta góra chyba nie chce byśmy ją zdobyli. Jeśli takie warunki atmosferyczne utrzymają się dłużej, to nawet nie chce myśleć jak ta wyprawa się zakończy.

2 grudzień pierwszy obóz górny 7570 m. n.p.m.

Dziś nie ruszymy się z obozu ani na krok. Poza huraganowym wiatrem mamy jeszcze obfite opady śniegu, a właściwe to zawieje śnieżne. Dobrze że udało nam się rozbić obóz w dobrym miejscu, od północy osłoniętym granią dzięki czemu nie jest aż tak zimno. Nie wiem czy dobrze zrobiliśmy, decydując się na styl oblężniczy. W obecnych warunkach chyba nie zdaje on egzaminu w naszej ekipie. Zresztą teraz jest już po ptakach i nie warto się nad tym zastanawiać. Te wymuszone przestoje źle działają na naszą grupę. Najgorzej jest między Kaśką a Bartkiem. Chyba źle zrobiłem że zgodziłem się by jechali razem. Dzięki Bogu nikt nie ma choroby wysokościowej. Oby pogoda jutro się poprawiła...

3 grudzień pierwszy obóz górny 7570 m. n.p.m.

Warunki pogodowe zmieniają się jak w kalejdoskopie, tyle tylko że tym razem po naszej myśli. Śnieg przestał padać, a wiatr osłabł na tyle byśmy mogli podjąć wspinaczkę. Musimy to wykorzystać jak najlepiej i spróbować osiągnąć 7900 metrów. Jeśli się uda i założymy drugi obóz, będziemy mogli myśleć o ataku. Niebo jest zasnute gęstymi chmurami od kilku ostatnich dni, przez co nie widać jeszcze szczytu. Nastroje w ekipie poprawiły się znacznie na myśl o zbliżającym się ataku. Mam nadzieję że taka atmosfera utrzyma się do końca wyprawy... lub chociaż do czasu kiedy powiem kto będzie musiał zostać w obozie podczas ataku szczytowego. ****

- Zbierajcie się. I tak za długo tu zabawiliśmy. Góra na nas nie poczeka! No dalej, ruszamy!

Ponaglałem drużynę, zupełnie niepotrzebnie gdyż i tak wszyscy byli już gotowi. Myśl o zbliżającym się ataku i poprawie pogody zadziałała na nich mobilizująco. Mimo to samemu czując podniecenie i radość, że wreszcie możemy kontynuować wspinaczkę, musiałem to zrobić. Ponadto jako najbardziej doświadczony ze wszystkich, wiedziałem że jeśli chcemy zakończyć tę wyprawę sukcesem to musimy koniecznie założyć dziś obóz końcowy. Odcinek który musieliśmy przejść nie należał do najprostszych. Kilka ścian, ostre granie i oblodzone skały. Dodatkowo przeszkadzał nam wiatr, który choć osłabł na tyle by podjąć dalszą wspinaczkę, to jednak nadal był zdradziecki.

Pięliśmy się powoli, wzdłuż kamienistej grani kiedy przed nami „wyrosła”, potężna ściana. Miała może ze 30 metrów. Grań opadała lekko na kamieniste wypłaszczenie, składające się z wielu ostrokrawędzistych skał magmowych. Niewiele było tu śniegu, widać teren tworzył tu swoisty układ, który uniemożliwiał nawianie jego większej ilości. Podeszliśmy bliżej i stanęliśmy u podnóża ściany. Trzeba było podjąć decyzję jak ją pokonamy:

- Paskudna franca co nie Krzysiu? – zagadnął mnie Bartek, ale zamiast mu odpowiedzieć nadal wpatrywałem się w ścianę. - Kto idzie pierwszy? – padło pytanie z ust Marka. - Ja, Karol i ty. Reszta za nami. - A jednak franca. – odpowiedział sam sobie Bartek. - Dobra ludzie ruszamy!

Po chwili namysłu rozpoczęliśmy powolną wspinaczkę. Ściana wydawała się niemal pionowa, a dodatkowo była bardzo oblodzona. Chociaż nie była zbyt wysoka to i tak wszyscy wiedzieliśmy że przysporzy nam sporo trudności.

Pierwsze kilka metrów poszło całkiem sprawnie, ale mniej więcej około 20 metra pojawiły się pierwsze problemy. Marek który wspinał się po mojej prawej stronie, nagle zwolnił tempo, po czym zatrzymał się jakieś 3-4 metry poniżej mnie: - Wszystko gra?! - Chyba jest coś nie tak z moją liną. Słabo trzyma – odpowiedział Marek. - Poczekaj zaraz zejdę do ciebie. - Nie spoko, nie trzeba. Sam sobie poradzę, chyba zaczep się poluz....

W tej samej sekundzie, lina oberwała się a Marek odpadł ze ściany. Usłyszeliśmy głuchy, jakby stłumiony odgłos upadku. Spadł na naszych oczach wprost na ostre bloki skalne u podnóża ściany.

Po upadku Marka, minęło kilka głuchych ułamków sekund w czasie których wszyscy, wisząc na linach w cieniu ściany, zastygli niemal w bezruchu. Kiedy dotarło do mnie co się stało, ruszyłem szaleńczo w dół zjeżdżając na linie. Zupełnie zapomniałem o tym że mogę popełnić błąd i również oderwać się od skały. Wszystko co zaprzątało mi teraz głowę sprowadzało się tylko do tego by jak najszybciej dostać się do Marka. Podejrzewałem że upadek z tej wysokości go nie zabił. Niestety, na dole okazało się że miałem rację. Marek żył, ale był straszliwie pogruchotany. Plecak zamortyzował w nikłym stopniu upadek, niemniej jak się później okazało w obozie, rozległe obrażenia wewnętrzne jakich doznał, nie dawały mu żadnych szans, na więcej niż dwie doby życia i strasznego bólu.

Kiedy znieśliśmy rannego Marka do obozu wszyscy odetchnęliśmy, bowiem droga powrotna była bardzo wyczerpująca. Nieśliśmy go po dwie osoby, na zmianę to znaczy ja niosłem Marka przez cały czas. Chociaż był bardzo ciężki, a ja padałem z wyczerpania i zmęczenia, nie pozwalałem nikomu się zmienić. Po prostu jako szef ekspedycji i jego kolega czułem że jestem mu to winny. W obozie lekarz ekspedycji dokładnie zbadał Marka. Niestety wieści nie były optymistyczne:

- Przeżyje na tyle byśmy mogli przetransportować go do szpitala? - spytałem chłodnym, zdecydowanym głosem. - Niestety nie. Myślę że nie przeżyje nawet drogi na dół. Przykro mi. – odpowiedź którą usłyszałem zabrała mi w jednej sekundzie resztki nadziei jakie miałem. - Jakie rokowania? Ile mamy czasu? – spytałem. - Obrażenia wewnętrzne są bardzo rozległe. Myślę że... - Ile mamy czasu? – przerywając lekarzowi, ponowiłem pytanie z nieskrywaną goryczą. - Maksymalnie 3 dni. - Ktoś z nim już rozmawiał? – zapytałem. Odpowiedziała mi głucha cisza. - Dobrze. Ja to zrobię. Dziękuję jesteście wolni.

Kiedy znalazłem się sam w swoim namiocie, emocje które do tej pory próbowałem w sobie dusić, eksplodowały z wielką siłą. Usiadłem w rogu i zacząłem płakać. Łkałem jak dziecko i choć zdawałem sobie sprawę, że moje zachowanie było niezbyt odpowiednie dla szefa ekspedycji to jednak nie mogłem przestać. Marek był jednym z moich najlepszych przyjaciół. Razem wspięliśmy się na wiele gór, zdobyliśmy tak wiele szczytów. A teraz musiałem powiedzieć mu że nie dożyje nawet do końca wyprawy. Niby jak miałem to zrobić?

Gdy ochłonąłem na tyle by powstrzymać łzy, postanowiłem zebrać w sobie resztki tego czegoś co ludzie nazywają opanowaniem i pójść do namiotu medycznego. Nogi miałem jak z waty i cały dygotałem, nie z zimna ale ze strachu przed czekającą mnie rozmową z przyjacielem. Marek leżał w rogu największego ze wszystkich namiotów. Opatulony termoizolacyjnymi kocami, pod stała obserwacją naszego lekarza. Kiedy pojawiłem się w środku namiotu poprosiłem lekarza by zostawił nas na chwilę samych. Nie chciałem by przy tej rozmowie był ktoś trzeci. W chwilę później w namiocie byliśmy już tylko my dwaj. Zapadła głucha, grobowa cisza. Jedyne oznaki życia to para wydobywająca się z naszych nozdrzy. W końcu milczenie przerwał Marek:

- Chyba rzeczywiście niedobrze ze mną skoro przysyłają ciebie? – próbował zażartować, po czym kilkakrotnie kaszlnął. Widać było że nawet mówienie jest dla niego sporym wysiłkiem. -

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Widok na szczyt — czytnik · opowiadania