nauka · 8 min czytania
Wieczna kreacja
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Czytałem ostatnio opinie Kościoła na temat ewolucji, zarówno biologicznej jak i całego kosmosu. Ostatnia pochodzi od obecnego papieża, Benedykta. Krótko mówiąc, w zasadzie zgodził się, że ewolucjonistyczny pogląd na świat jest niesprzeczny z prawami wiary (powtórzył m.in. po Janie Pawle) jednak dodał, że nauka niepotrzebnie marginalizuje teorie kreacjonistyczną. Zasadniczo Kościół postępuje tak, że broni prawd, które są dla niego wygodne nawet jeśli stoją na straconej pozycji. Jest to zrozumiałe, gdyż postępują tak wszystkie zorganizowane grupy. Jasne! Rozumiem, że kreacjonistyczny akt stworzenia jest niezmiernie dla Kościoła korzystny. Daje bezpośrednią boską interwencję, troskę i wszechmoc w jednym. Tylko, że niesie to ze sobą też pewne konsekwencje – które przeważnie zostają przemilczane. O ile zwykli, szeregowi katolicy jedynie z rzadka głowią się nad problemami teologicznymi to kler, w szególności wyższy, powinien chyba częściej. Koniec końców są specjalne instytucje kościelne typu Kongregacji Nauki Wiary, do której należał Ratzinger, zajmujące się głównie tego typu problemami. Zastawia mnie, że nie uwzględniają oni w swojej nauce owych konsekwencji. Choćby po to by wyprowadzić z błędu ludzi takich jak ja.
By wyjaśnić o jakie konsekwencje mi chodzi przyjmijmy wszystkie prawdy wiary oraz kreacjonizm. Tak więc Bóg stworzył świat w obecnej postaci. Tylko kiedy? Zacznijmy od tyłu. Załóżmy, że miliard lat temu. Oznaczałoby to, że przez ostatnie miliony wszelkie zmiany ewolucyjne zaszły jednak naturalnie. Dlaczego naturalnie? Dlaczego nie wynikają z Boga? Bo to nie ma sensu przyjmować akt kreacji i późniejsze boskie ingerencje. Czymże byłyby te ingerencje? Poprawkami, zmianą gustu? Przecież Bóg mógł tak wszystko zaplanować, żeby jednak samo powstało na drodze naturalnego procesu. Jak widać konieczność mechanizmów naturalnej ewolucji jest wymagana dla wszechwiedzy i wszechmocy bóstwa. Jednak kreacjonizm zakłada stworzenie świata pełnego, podlegającego co prawda przemianą, ale nie rozwijającego się. Gdyby się rozwijał, przy bezczasowości bóstwa, oznaczałoby mniej więcej ciągłą kreację, co w zasadzie jest jedną z kościelnych hipotez, ale jest również mało spójne z kreacjonizmem. Ewentualnie, zależnie od podejścia mogłoby to oznaczać, że świat stworzono przed tymi czternastoma miliardami jako nieskończenie gęsty punkt materialny, tyle, że zaprogramowany na stanie się dzisiejszym uniwersum zawierającym ludzi. To również jest hipoteza chrześcijańska i jak widać jest ortogonalna do kreacji. Wracając, skoro zmiany powstały samoczynnie to równie dobrze świat mógł zostać stworzony przed dwoma miliardami, albo i trzema. I tak do końca aż do punktu uważanego dziś za początkową osobliwość. Więc nie mogło to być miliard lat temu. I moim zdaniem w tym miejscu hipoteza kreacjonizm upada. Dlaczego? Bo niemożliwość stworzenia świata w dowolnym punkcie jest słabym punktem wobec nieskończonej mocy Pana. Dla tych których to nie przekonało idźmy dalej. Może dziesięć milionów lat temu? Wtedy jednak nie istnieli jeszcze ludzie, w sensie rodzaju homo sapiens, czyli odpada bo by oznaczało, że nasz gatunek wyewoluował samoistnie. No to milion. Jasne mniej więcej od tego czasu mało się zmieniło na Ziemi – toż to bardzo krótko w skali świata. Ale wtedy jeszcze nie umieliśmy mówić! Bóg stworzyłby nas bez umiejętności mówienia – do reklamacji z taką koroną stworzenia! Chyba, że sami mieliśmy nauczyć się mówić w drodze samodoskonalenia. Tyle, że religia stawia raczej na doskonałość jednostki, a nie społeczeństwa. Półzwierzęta jakimi byliśmy wtedy są dla większości ortodoksów nie do pogodzenia zarówno z bożym miłosierdziem jak i ludzką pozycją wśród natury. Wzywając ortodoksów myślę o kreacjonistach, rzecz jasna. Nie, to musiało być zatem później. Przenosimy się więc do czasów neolitu. I co…