Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

kariera · 13 min czytania

Wieczne bezrobocie

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Zygmunt od półtora roku był bezrobotny. Bezrobocie przez ten czas przygięło go do ziemi, najpierw poszarzał na twarzy, potem pożółkł, a jeszcze później zbladł i tak już mu zostało. Początkowo przepełniała go dziecięca wręcz wiara w to, że bez problemu znajdzie nową pracę. Niestety. Był już po sześćdziesiątce, ledwie średnie wykształcenie, języków obcych brak. Do pracy fizycznej się nie nadawał ze względu na ogólny kiepski stan zdrowia, za biurko też już raczej nie bardzo. W końcu Zygmunt się poddał. Zaczął chować się przed swoimi nielicznymi znajomymi i resztką rodziny, która mu została po śmierci żony. Przy życiu utrzymywał się dzięki nędznej rencinie i pożyczkom.

Wtedy stało się coś całkowicie nieoczekiwanego. W sklepie napatoczył się na swojego starego znajomego z czasów technikum mechanicznego. Dawno się nie widzieli, więc tamten zaczął przesłuchiwać Zygmunta, chcąc koniecznie dowiedzieć się, jak mu się wiedzie. Zygmunt wił się jak piskorz, robił uniki, próbował zmieniać temat, ale w końcu przyznał się, że kiepsko z nim. Nie mam roboty – opowiadał, ze smutkiem, ale i z godnością, znajomemu – nie mam kasy i ogólnie bida z nędzą. W odpowiedzi usłyszał, że jest dla niego praca i to znakomita. Trzeba się tylko zgłosić tu i tu, powołać się na znajomego znajomego i już. Prościzna. A robota? Świetna. Cieciowanie na pół etatu na budowie. Kasa nieduża, ale spokojnie. No i przestaniesz w końcu siedzieć w czterech ścianach – perorował znajomek – to najważniejsze, wyjdziesz do ludzi, zaczniesz żyć jak człowiek.

Zygmunt zanim wrócił do domu zrobił kilkanaście kółek wokół bloku. Cieszył się jak diabli, ale i nie dowierzał. Tak łatwo by to poszło? – pytał sam siebie cały wieczór.

XXX

Tymczasem poszło jak z płatka. Zygmunt poszedł gdzie trzeba, przedstawił się, powołał na znajomego znajomego, miła pani w biurze podpisała z nim umowę, dostał mundurek z czapką i nakazano mu stawić się następnego dnia na budowie. Co jeszcze lepsze, ta budowa raczyła się mieścić ledwie dwa kilometry od bloku Zygmunta, w związku z tym obiecał sobie, że będzie dzięki temu zaliczał spacery. Ruch jest ważny, zwłaszcza w moim wieku – cieszył się jak dziecko Zygmunt.

Niedogodności? Jedna jedyna. Musiał wstać o czwartej rano, a Zygmunt od zawsze lubił pospać, przez to cholerne bezrobocie rozleniwił się już ponad wszelką miarę. Nic to jednak. Nastawił sobie dwa budziki i z przyjemnością zerwał się z łóżka ciemną nocą. W końcu idzie do pracy. W końcu coś się zmieniło.

XXX

Praca okazała się rzeczywiście świetna. Obowiązki były skromne. Siedział sobie przez sześć godzin w małej blaszanej budce z okienkiem, podnosił szlaban ciężarówkom i samochodom dostawczym. Mówił wszystkim „dzień dobry”, podnosił te szlabany, no i raz na jakiś czas robił obchód tej, niewielkiej w gruncie rzeczy, budowy. O godzinie trzynastej był już wolny. Przychodził zmiennik, Zygmunt zabierał z blatu swoje krzyżówki i szedł wolnym spacerem do domu. Zbyt pięknie to wygląda – zdarzało się pomyśleć Zygmuntowi, człowiekowi który, jak sam o sobie twierdził, całe życie zawsze przygotowany był na najgorsze, nawet w chwilach największego szczęścia.

Wykrakał. Idylla trwała jakieś dwa tygodnie. Pewnego bardzo wczesnego poranka, który w istocie był jeszcze nocą, gdy Zygmunt zaczynał swoją zmianę, pod zamkniętą bramę budowy podjechał duży dostawczak. Zanim Zygmunt zdążył pomyśleć kogo to o tej porze mogło tu przywiać – budowa ruszała dopiero po siódmej – z samochodu wysiadło dwóch krzepkich, mocno wygolonych młodzieńców i bez żadnych ceregieli zaczęło dobierać się do kłódki. Jeden wyjął zza pazuchy jakieś tajemnicze narzędzie, szast-prast, przecięta kłódka zajęczała głucho i już brama ze zgrzytem otworzyła się na całą swoją szerokość. W świetle ulicznej latarni wszystko to przypominało chiński teatr cieni rozgrywany wśród nocnej ciszy, nie licząc szczekającego gdzieś kilometry dalej pieska. Dostawczak wjechał na teren budowy zupełnie bezszelestnie, jak dziecięca zabawka.

Zygmunt zamarł. Jego myśli gwałtownie zdominował lęk o samego siebie. „Nie zobaczyli mnie chyba, nie zdążyłem nawet jeszcze zapalić lampki przy blacie. Ale jak zobaczą to zatłuką”. Chciał się kłaść na podłogę i wcisnąć pod blat, ale wpierw musiał pokonać paraliż, jakiego zwykle doznawał, gdy bardzo się zdenerwował. Zginając się wreszcie w pół, zdążył zobaczyć jeszcze przez brudną szybę, jak tamci bez żadnego pośpiechu ładują na pakę to co im się nawinęło pod ręce, głównie pozostawione w skrzyniach drogocenne narzędzia.

Zygmunt, schowany już pod blatem, nie wiedzieć czemu poczuł się pewniej. Wygrzebał z kieszeni wysłużony i posklejany taśmą telefon, i starając się zapanować nad drżącymi palcami, wystukał wreszcie znany wszystkim policyjny numer.

Po przerażająco długim, tak się przynajmniej Zygmuntowi zdawało, czasie, kiedy słyszał jedynie odgłosy roboty młodzieńców, ich spokojne wymiany zdań oraz niepokojące pikanie każące oczekiwać na połączenie, w końcu słuchawka zaskrzypiała i odezwał się z niej miły, ciepły, ale odrobinę zaspany, męski głos, brzmiący w uszach Zygmunta, jakby nadleciał wprost z odległej, baśniowej krainy.

– Komenda rejonowa, młodszy aspirant Dłużyński... – Proszę pana – wyszeptał zeschłymi na wiór wargami – chcę zgłosić próbę włamania na budowę, właśnie tu jestem. Tak... Ochroniarz. Wjechali, kradną narzędzia, dwóch jakichś...

Na kilka sekund w słuchawce zrobiło się cicho. Potem młodszy aspirant chrząknął i rozpoczął dociekania.

– Gdzie to jest proszę pana? – No tutaj, na Kościelnej – wydukał głupio Zygmunt. – Jaki jest dokładny adres miejsca zdarzenia?

Tym razem to Zygmunt zamilkł. Nie wiadomo, czy to z nerwów, czy to z niewyspania, ale zapomniał dokładnego adresu. „Trzynaście? A może trzydzieści jeden. Cholera, czarna dziura, nie było mi to potrzebne, to zapomniałem.”

– Nie wiem dokładnie – odparł wreszcie – no tutaj, przy takim parku, na końcu ulicy jest kościół. – Aha – mruknął bez przekonania policjant. – No dobrze, a może mi pan powiedzieć co to są za ludzie? Zna ich pan? – Nie, nie znam. – A czy są jacyś świadkowie tej sytuacji oprócz, oczywiście, pana?

Zygmun

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Wieczne bezrobocie — czytnik · opowiadania