Fantastyka · 7 min czytania
Wiecznie istnienie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wieczne istnienie Copyright on cały świat by Merigold z Mariboru
Księżyc, tańczący w pełni, lśnił trupim blaskiem. Oświetlał ciemny, chmurny las i cieniutką ścieżynę, biegnącą jego skrajem. Wtuliłem głowę w ramiona. Mimo letniej pory, po zmroku robiło się zimno. Szedłem. Pod nogami chrzęścił mi żwir dróżki. Moim celem, zapewne nie tylko moim, była miejska dyskoteka. Już tutaj słyszałem dzikie rytmy techno, trzęsące okolicą. Współczułem starszym mieszkańcom, egzystującym w sąsiedztwie. Mimo iż nie pochodziłem stąd, wiedziałem o głośnych zabawach w każdą sobotę. Wprost raj na ziemi. W każdym razie nie dla mnie. Przychodziłem tu wyłącznie w celu odreagowaniu stresu. Przy wejściu wyjątkowo umięśniony bileter wykazywał pewne zainteresowanie moim dowodem osobistym, utrzymując, że ja na zdjęciu to nie ja, więc wara mi, gówniarzowi, z dyskoteki. Musiałem niestety wyjaśniać całą sytuację przy sporym tłumie jaki się nazbierał. Bynajmniej nie brutalnymi słowami wyraziłem ciche powątpiewanie w kompetencje biletera. Skończyło się na otwarciu mojego portfela. Cóż, światem rządzi pieniądz. Nie zahaczając o szatnię, skierowałem się na parkiet. Usiadłem przy ścianie sącząc pepsi przez słomkę. Rozpoczynałem łowy. Mój wzrok od razu przykuła piękna dziewczyna, podpierająca ściany podobnie do mnie. Zdziwiło mnie że jest sama. W każdej chwili spodziewałem się przylotu jakiegoś przystojniaczka z kieliszkiem wina. Nie myliłem się. Od stolika obok poderwał się barczysty blondynek. Zamienił słówko z dziewczyną i zaraz (z kwaśną miną) wrócił z powrotem. Czyżby go spławiła?! Mogła na kogoś czekać. Takie dziewczyny nie są same. Zawsze klei się do nich tuzin facetów. A co tam, pomyślałem, raz kozie śmierć! Lekkim krokiem ruszyłem w jej stronę. Uśmiechnąłem się. Odpowiedziała tym samym. Nogi się pode mną ugięły, bo była cudowna. Trójkątną twarz okalała burza kruczych loków, opadających na fantazyjną kaskadą na ramiona. Drobne usta pełne radości. Silnie kontrastowały się z bladą cerą i wielkimi fiołkowymi oczami, w których uwidaczniał się ból. Zaczęliśmy rozmawiać. O dziwo, w tym hałasie szło nam nieźle. Miała na imię Julia. To wprost idealnie pasowało do jej rozmarzonego spojrzenia. Dzięki memu nieodpartemu urokowi w mig nawiązaliśmy znajomość. Poprosiłem ją do tańca. Z fascynacją patrzyłem na jej ciało porażane rytmem techno. Półprzymknięte oczy, skupienie na twarzy, lekko rozchylone, drżące usta. Włosy w zamierzonym nieładzie, niczym skrzydła drapieżnego ptaka. Świat wirował. Istniała tylko ona. PO chwili razem opuściliśmy lokal. Pogoda poprawiła się trochę, jednak wciąż było zimno. Odgrywając bohatera podałem Julii moją skórzaną kurtkę w kolorze brązu. Otuliła się nią, w jej oczach dojrzałem łzę. A może mi się zdawało...? Usiedliśmy na ławce. W rytmie techno obserwowaliśmy gwiazdy. Ściskałem dłoń Julii, a oparła głowę na mym ramieniu. Poczułem cudowne ciepło. Zarazem wiedziałem, że to nie potrwa wiecznie. Około północy podniosła się i pocałowała mnie w policzek. Zostawiła po sobie tylko adres. Odprowadziłem j rozmarzonym wzrokiem. Gdy odwróciła się po raz ostatni by mi pomachać, zorientowałem się, że poza jej adresem nie znam niczego, nie wiem o Julii nic... Julia. Błysk w jasnych fiołkowych oczach. Wtedy spostrzegłem obok siebie małą niepozorną torebkę. Zapomniała jej. Chwyciłem srebrny zatrzask i otworzyłem. Coś się ze mną stało…