Filozofia · 9 min czytania
Wieczność
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Jest środek maja, a powietrze za oknem jest sztuczne i na wskroś przesiąknięte ostrym i drażniącym oskrzela zapachem resublimatorów atmosferycznych. Kaszel wstrząsa moim ciałem jakby oddech stał się dla mnie czymś obcym. Łykam powietrze ostatkami sił, łapczywie trzymając się życia, którego zostało mi już niewiele. Czuję jak każda komórka mojego ciała napina się i zwalnia w oczekiwaniu. Nie, jeszcze nie teraz.
Zawsze nienawidziłem tego zapachu, ale jest to jedyny ratunek dla zanieczyszczonego do granic możliwości powietrza poza obszarami miasta, które musi byś skrupulatnie oczyszczone zanim dotrze do delikatnych pęcherzyków płucnych tego cennego kolektywu zamieszkującego przestrzeń pod kopułą. Jednocześnie każdy wydech to zużyte powietrze, które zostaje wyssane na zewnątrz. Jest tam pewnie poza granicami miasta nieziemsko brzydko, jednocześnie cudownie nieprzewidywalne, chociaż są tacy, którzy uważają, że nie ma tam nic tylko wszechogarniająca pustka.
Prawdziwe życie jest możliwe tylko w obrzeżach miasta, w jego przefiltrowanych, wyzutych z wszelkich szkodliwych substancji objęciach, które przynoszą wszelką możliwą wygodę i komfort, jaki jesteś w stanie sobie wyobrazić.
Czasami myślę, że jeżeli się w coś wierzy bądź nie wierzy w ostatecznym rozrachunku nie ma to znaczenia, ponieważ moja prawda jest inna niż człowieka z pokoju obok. Każdy z nas inaczej pojmuję rzeczywistość nie ważne jak bardzo przypominamy siebie, jak bardzo próbują z nas uczynić jedną postać. Czuję, że oprócz śmierci nie łączy nas nic więcej. Podróżujemy po zupełnie różnych ścieżkach. Każdy z nas inaczej przyjął wyrok. Czasem spotykam go na korytarzu jak przechadza się w takim samym jak ja ubraniu, zupełnie jak ja powłócząc nogami. Jakie ma przekonania wobec życia-nie wiem. Poznanie jest w tym momencie bezsensowne. Przestał mnie interesować czas odkąd zostało mi go tak mało. Oboje zostaliśmy wykluczeni z perfekcyjnie zdrowego społeczeństwa. Nasze umieranie niezupełnie wpisuję się w panujący trend wiecznego życia. Mimo tego wychodzę często na spacery, ponieważ wszystko w tym ośrodku jest zbyt sterylne białe, perfekcyjnie piękne, przez to czuję się jak mikrob na szalce Pietriego.
Mój pokój w tym miejscu umierania jest jak jedna wielka biała trumna. Boję się, że gdy umrę moje ciało pozostanie tutaj na zawsze nienaruszone, nieskalane archaicznym procesem gnicia, jak pomnik świętego, który oddał ostatnie tchnienie by przypomnieć ludziom o cenie życia. Mam tutaj wszystko, czego mi potrzeba. Dobrze się mną opiekuję to moje miasto pod kopułą. Grupa ludzi dba o mój komfort, jakbym był szklaną bańką, która za chwilę może pęknąć. Nie potrafię przyjąć ich miłosierdzia. Stan umierania jest zbyt osobisty bym mógł go dzielić z kimkolwiek, kto ma nieskończony zasób życia.
Wychodzę na, zewnątrz, gdy tylko mija duszność, tak naprawdę nigdy nie będąc na zewnątrz. Szeroka na kilkadziesiąt jak nie kilkaset miliardów kilometrów kopuła szczelnie przykrywająca połowę kontynentu, chroni nas przed niebezpieczeństwem świata zewnętrznego. Tylko pozornie. Wszystko jest tutaj pozorne. Mijam hologramowy las, który doskonale imituje XX-wieczny park narodowy Yellowstone. Gdy przyjrzysz się drzewom z bliska widać na nich zastępy trójwymiarowych mrówek, znoszących hologramowe liście, hologramowe gałązki, hologramowe kamyki nawet konające hologramowe owady w stronę wielkiego hologramowego mrowiska. Nawet zapach jest tutaj fałszywy, z pozoru leśny, bo skąd mam wiedzieć jak ma pachnieć i co imituje skoro nie byłem nigdy w prawdziwym lesie. Złudzenia stały się podstawą życia. Czasami myślę, że wszyscy jesteśmy trójwymiarowi, przestrzenni a jednocześnie nieznośnie pozorni i pozostaniemy tutaj na zawsze dopóki ktoś się nie zlituje i nie odłączy w końcu tego kabla od zasilania. Gdy byłem młody nie postrzegałem tego w taki sposób jak teraz. Życie miało inny sens wtedy dla mnie i za pewne ma ono inny sens dla ludzi, którzy godziny spędzają w podobnych miejscach na całym świecie. Ruch na ulicach jest niewielki. W każdym bądź razie mniejszy niż ostatnio, gdy wyszedłem na zewnątrz. Sznurek dzieci podąża za opiekunką grzecznie trzymając się za ręce. Maluchy nie pewnie stąpają po lazurowym chodniku. Od razu widać, że to ich pierwszy spacer po mieście. Zastanawiam się, co się czuję, gdy widzi się ten szereg krystaliczno białych budynków po raz pierwszy. Foremne…