Akcja · 12 min czytania
Wieczór jak nie co dzień.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
O poranku wybiegłam z domu radosna jak skowronek. W drodze do pracy nie przeszkadzało mi nawet to, że spóźniłam się na autobus i musiałam przesiąść się dwa razy. Pamiętałam przecież, że dzień wcześniej było dużo gorzej...* Teraz dotarłam do celu na czas i tylko to się liczyło.
Dzień przebiegał spokojnie, miło, leniwie wręcz. Jednak pomimo to, a może przez to właśnie, w drodze do domu, znużona, rozkoszowałam się wizją wieczoru przy ulubionej muzyce, być może z lekcją pilatesu w sieci z instruktorką o azjatycko brzmiącym nazwisku Ho (i pasującymi do nazwiska rysami oraz akcentem).
W związku z tym, że miałam spędzić ten wieczór samotnie (moja "połówka" przebywała na południu Polski i jego powrót przewidziany był na późne godziny wieczorne) przez chwilę rozważałam też pedicure z aromatyczną kąpielą stóp, kubek gorącej herbaty z czystka lekarskiego lub ulubionej pu-erh (nikt mi nie będzie mówił, że pachnie bagnem) i lekturę prasy (kolorowej, aczkolwiek z górnej półki, a co!).
Ucisk w żołądku przypomniał mi o kolacji, a błogosławiony rozsądek sprawił, że wysiadłam z tramwaju i poszłam skonsumować posiłek w północno-afrykańskiej knajpce, nie czekając aż zrobię zakupy, dotrę do domu i coś upichcę.
Po skończonym posiłku, nasycona, kontynuowałam podróż w kierunku domu, przysypiając słodkim, lekko narkotycznym snem ("narkotyczny" w moim przypadku charakteryzuje się opadaniem głowy w różnych kierunkach, są też niekontrolowane uśmiechy oraz wyrzuty kończyn w stronę zaskoczonych współpasażerów). Wysiadłam wreszcie, po drodze zrobiłam pokaźne zakupy i objuczona jak wielbłąd, co pasowało do wcześniej spożytego, afrykańskiego posiłku, doczłapałam pod drzwi mieszkania.
Szukałam klucza.
Część 22 / 3
W torebce, kieszeniach, portfelu i wszystkich sekretnych zakamarkach poszczególnych części mojej garderoby.
Poszukiwania powtórzyłam parokrotnie. Za każdym razem zwiększając lub zmniejszając intensywność ruchów. I intensywność sapnięć i oddechów. Ale klucz nie został odnaleziony.
MUSIAŁ gdzieś być! Wdech, wydech, bo "oddech i uśmiech" w sytuacjach stresowych to u mnie podstawa. Nagle uświadomiłam sobie, GDZIE jest. Że JEST! Już wyciągałam po niego rękę i pewnie dosięgnęłabym go z miejsca, w którym stałam, gdyby nie zamknięte drzwi pomiędzy moją dłonią a szafą, w której zostawiłam go rankiem tego dnia. A nie ja (i nie swoim kluczem) zamykałam rano drzwi, więc wszystko jasne.
CÓŻ... Cóż? CÓŻ! W świat poleciało kilka odmian mojego ulubionego angielskiego słowa na "f", pochodziłam w tę i z powrotem po korytarzu. Miałam ochotę zajrzeć pod wycieraczkę - a nuż będzie tam klucz? W amerykańskich serialach przecież zawsze tam jest - ale pamiętałam, że jesteśmy w Polsce i nie chowamy pod nią klucza. Byłoby to dziwne, bo w ogóle nie mamy wycieraczki.
Wykonałam telefon do W., "uwięzionego" w knajpce nad aromatyczną pizzą prosto z pieca, o dwie godziny drogi od domu, plus trzydzieści minut na zjedzenie, piętnaście na dotarcie do samochodu i kolejne kilkanaście na niespodziewane niespodzianki, które przecież mogą się przydarzyć.
W. zaniepokoił się, radząc mi wizytę u rodziców (czterdzieści minut jazdy przez miasto - odpada), u koleżanki (nie ma jej w mieście, chyba, raczej tak - odpada), u sąsiadów - policzyłam ile razy widziałam sąsiadów odkąd tu mieszkamy - dwa w przelocie wydało mi się za mało, żeby zwalić się do nich i przez trzy godziny silić się na wymyślanie tematów do rozmów, lub, co gorsza, spędzić ten czas z przepraszającym uśmiechem na ustach i siatami zakupów wydzielającymi smakowite zapachy w przedpokoju.
Część 33 / 3
A jak zgłodnieję? Co prawda jestem świeżo po kolacji ale za pół godziny świeżość się ulotni, bo jak wiadomo, kobiety myślą o jedzeniu kilkaset razy dziennie, tak jak mężczyźni o seksie.
Hmm, u mnie to się chyba miesza - takie proporcje 40/60 - raz przeważa kobieta, raz mężczyzna. Ale seks można zastąpić posiłkiem a czy posiłek można zastąpić seksem? Oczywiście, że tak! Ale ile razy pod rząd? No i nie z sąsiadem. Zwłaszcza na oczach sąsiadki.
Wizyta u sąsiadów odpadła ostatecznie, tak jak siedzenie na schodach, na ławce pod blokiem, spacery po lesie i kilka innych opcji, bo wpadłam na genialny pomysł - pojadę na rowerze do kina! Rower to jest to, a seans filmowy to "to jest to" do kwadratu. Poinformowałam o moich planach W. Ucieszył się, że będę bezpieczna w kinie.
Porzuciłam pod drzwiami zakupowe "juki", bo: a) trzeba ufać sąsiadom, nawet jeśli się ich dobrze nie zna - a jak coś zginie, to się będzie przynajmniej wiedziało jacy są, b) ciężko jechać na rowerze z torebką i dwoma siatami.
Zabrałam artykuły, których najbardziej byłoby mi szkoda, gdyby ktoś z sąsiadów okazał się sami wiecie kim... Świeca zapachowa, mleko kokosowe i obłędnie pyszna czekolada gorzka kawowa w połączeniu z białą - mmm - i tym podobne artykuły "pierwszej potrzeby" wylądowały w mojej torebce. Rzuciłam ostatnie spojrzenie na zamknięte na głucho wrota krainy niedoszłej kąpieli stóp, świątyni pilatesu, ostoi bossanovy, przysiółka wyboru herbat i spokojnej przystani basenu morza czytelniczego. Wybiegłam w ciemniejący już, nieprzyjazny "busz" (mieszkamy pod lasem), zwany przez jednych "dworem" a innych "polem". Uwolniłam z więzów mojego dzielnego rumaka na dwóch kołach, dosiadłam go i ruszyłam w znane - nieznane.
Okazało się, że bardziej nieznane i na dodatek niebezpieczne, bo wypaliła się przednia lampka mojego roweru i jechałam prawie po omacku. Jak ćma zmierzałam w stronę oświetlonej głównej drogi, modląc się, żeby prowadzący inne pojazdy nie pomylili mnie z nocnym motylem (niektórzy się ich panicznie, nie wiedzieć czemu, boją i pragną zabić jak tylko zobaczą je w kręgu swojej lampy). W końcu, po dziurawych i "wertepiastych" chodnikach, dojechałam do kina. Jak pięknie! Czerwony dywan od samego wejścia, gwiazdy migotały na