Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 25 min czytania

Wiedźmy, czart i uczniowie czarodzieja

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

O trzech czarownicach

Posłuchajcie dzieci! Opowiem wam bajkę o krainie, w której żyło niegdyś sześć narodów. Nazywana była Srebrną Wyspą i położona była z dala od innych znanych światu lądów. Oprócz ludzi mieszkały na nim przedziwne stwory, których natura nie zawsze była dobra. Kilka z nich wpadło na pomysł aby zagarnąć całą wyspę, razem z wszystkimi jej skarbami, dla siebie. Wszystko zaczęło się w pewnym Pradawnym Nawiedzonym Lesie. Przy blasku księżyca tańczyły trzy czarownice. Nie były to jednak zwykłe wiedźmy, a przywódczynie klanów z Zakazanych Bagien, położonych na wschód od Nawiedzonego Lasu. Rozkoszowały się nocą i śmierdzącym powietrzem, które przynosił co jakiś czas wiatr, z pobliskich bagien. Do wielkiego kotła z wrzącą wodą, zawieszonego nad ogniskiem, wrzucały różne zioła, kości, zgniłe warzywa i owoce. Śmiały się i śpiewały, a światło płonącego ogniska padało na tafle wielkiego Błękitnego Jeziora, niosąc ich głosy aż na drugi koniec wody. Najstarsza spośród nich wyjęła z małego, drewnianego kuferka zwój z zaklęciem. Wypowiedziała kilka słów w bardzo starym języku. Ogień na palenisku zrobił się nagle tak wysoki, jak najwyższa sosna w lesie. Gdy tylko płomienie się zmniejszyły, czarownice nagle ucichły. W całym lesie zrobiło się przerażająco cicho. Umilkły nawet zwierzęta. Z płomieni wyskoczył na miękką leśną polanę diabeł. Jego futro paliło się żywym ogniem, ale on nie czuł bólu. Był demonem okrutnym, nie znającym litości, ani strachu. Do tej pory nikt go jeszcze nie pokonał. Sam Ciemny Władca trzymał go w najdalszej części Czarnego Królestwa, ponieważ nie dało się go kontrolować. Na imię miał Babok. Czart spojrzał na wiedźmy. Jego czerwone oczy mówiły – kto śmiał mnie wzywać? Jednak nie wypowiedział ani jednego słowa. Zaklęcie było bardzo potężne, musiał być posłuszny temu, kto go wezwał. Najstarsza, Mścigniewa królowa wiedźm, podniosła głowę w stronę diabelstwa. Domyślił się jakie jest jego zadanie. Pognał przez las, zostawiając po sobie swąd spalonego od ognia futra i siarki.

O starym czarodzieju i jego wieży

Niedaleko od Nawiedzonego Lasu stał potężny mur, a za nim kraina goblinów i kamienny most na Tygrysiej Rzece. Zaraz za owym mostem mieszkał stary czarodziej. Na imię miał Sambor. Niegdyś służył królowi, jednak z czasem starość dawała mu się we znaki i nie mógł już dłużej towarzyszyć swemu Panu. Zamieszkał więc z dala od ludzi i kłopotów, w zrujnowanej wieży. Jego dom był pozostałością po wielkiej twierdzy, która niegdyś broniła ludzi przed najeźdźcami z mroźnej północy. Jednak, gdy nastał pokój, największy w tej części zamek, po prostu się rozsypał. Po tej budowli pozostała jedynie największa z wież oraz wspaniały ogród. Dni upływały czarodziejowi na skromnych pracach w ogrodzie, pełnym rozmaitych ziół. Nocami natomiast przesiadywał przy starych księgach, studiując je z wielką wytrwałością aż do samego świtu. Czekał tak na kres swych dni, gdy nagle ujrzał w oddali jeźdźców. Złapał swój kostur i obserwował zbliżających się rycerzy. Uspokoił się gdy spostrzegł chorągiew swego króla. Jeden z wojów podjechał bliżej bramy. - Witaj Samborze, przybyliśmy z rozkazu naszego króla Samona – powiedział dowódca rycerzy. - Gadajcie, tylko szybko, wiecie że najbardziej cenie sobie spokój – odpowiedział czarodziej. - Mamy dostarczyć ci dwójkę dzieci, Mirosławę oraz Wiesława. Z rozkazu króla masz przekazać im swoją wiedzę na temat magii aby w przyszłości mogły służyć księciu – kontynuował rycerz. - Ale ja nie potrafię zajmować się dziećmi, ja nawet ich nie lubię, zresztą one za mną także nie przepadają, w dodatku jeszcze nie wyuczyłem poprzedniej dwójki – tłumaczył się strapiony Sambor. - Rozkaz, to rozkaz. Dzieci są na tamtym wozie – wskazał ręką rycerz, po czym prędko zawrócił konia i razem z kompanami ruszyli tą samą ścieżką, którą wcześniej przyjechali. Czarodziej oniemiał. Stał jak wmurowany przez dłuższą chwilę, a gdy doszedł do siebie, odkrył kapotę narzuconą na wóz. Siedziało na nim dwoje dzieci. Chłopiec miał trzynaście lat. Ubrany był jak młody szlachcic, w zielony kubrak, czapkę z pawimi piórami i bardzo zadbane skórzane buty. Dziewczynka natomiast nosiła niebieską sukienkę i stare poniszczone trzewiki. Miała zielone oczy i rude, niemalże czerwone włosy. Była dużo młodsza od swego kompana. Dzieci zachowywały się jak rodzeństwo ale z pewnością nim nie były. Za bardzo różniły się wyglądem i zachowaniem. Gdy ujrzały maga, trochę się wystraszyły ale tylko trochę. Ciekawość szybko przezwyciężyła strach. Wiesław wyskoczył z wozu i podszedł do czarodzieja. - Witam Panie, nazywam się Wiesław, jestem synem Bogumira, herbu trzech białych róż, a to jest Mirka ale ona to chyba nie ma rodziców, przynajmniej nic o nich nie mówiła – powiedział chłopiec jednym tchem. - Ona nie potrafi mówić? - zapytał czarodziej. - Mówi ale jest trochę nieśmiała – powiedział Wiesiek. Mirka spojrzała na czarodzieja. Staruszek wyglądał jakby dawno skończył sto lat. Miał długie siwe wąsy i brodę, która sięgała mu do pasa. Ubrany był w długą brązową szatę, przewiązaną sznurem. Przypominał dzieciom skromnego mnicha, a nie wielkiego nadwornego maga, o którym nasłuchały się na dworze i w czasie miesięcznej podróży, od rycerzy królewskiej gwardii. Spodziewały się spotkać potężnego czarodzieja, prawdziwą legendę, a to co zobaczyły bardzo ich rozczarowało. - Naprawdę jesteś Samborem Wspaniałym, tym który pokonał błotniste smoki i tym który przegnał olbrzymy z południowych gór? - zapytał śmiało chłopiec, ale czarodziej nic nie odpowiedział, uśmiechnął się tylko i podszedł do dziewczynki. - A ty co nic nie mówisz? Wilk ci odgryzł język? - zapytał Sambor ściągając dziewczynkę z wozu. - Ja nie wiem proszę Pana, czy wypada – powiedziała cichutkim głosem dziewczynka. - Oczywiście, że tak, skoro pytam to zawsze macie odpowiadać, to pierwsza zasada. Druga natomiast brzmi nie odzywacie się bez powodu. Jesteście teraz pod moją opieką, a ja lubię ciszę, spokój i porządek – powiedział czarodziej. Dzieci przytaknęły głowami ale chłopcu nie zamykały się usta. Pytał czarodzieja o to dlaczego mieszka w takim miejscu i dlaczego nie wyczarował sobie ładniejszego domu? Pytał po co mu te wszystkie rośliny w ogrodzie i dlaczego jego domu pilnuje niedźwiedź? Wydawało się, że pytaniom nie będzie końca. Sambor postanowił jednak, że dziś przymknie oko na zuchwalstwo chłopaka ale jutro od rana zacznie surową szkołę, która nauczy młodzieńca manier. Wszyscy usiedli przy obfitej kolacji. Co ciekawe dzieci nie widziały aby Sambor cokolwiek gotował. Tak naprawdę to nie widziały nawet kuchni. Jedzenie jednak w jakiś dziwny sposób pojawiło się na stole i w dodatku bardzo im smakowało. Po posiłku nauczyciel zaprowadził ich do nowych pokojów. Dzieci zmęczone podróżą szybko zasnęły. Jednak w nocy obudził Wieśka dziwny odgłos, jakby coś drapało ostrym przedmiotem w drzwi. Chłopiec postanowił sprawdzić co to. Wyszedł z pokoju na korytarz i podążył za dźwiękiem. Trzecie drzwi na trzecim piętrze wieży, oznaczone były dziwnymi runami. To właśnie stąd wydobywał się dziwny odgłos. Wiesiek nie znał pisma runicznego, wiedział jednak, że jest to pismo stare i tam gdzie się pojawia kryje się magia. Postanowił sprawdzić co kryją. Otworzył je ostrożnie, a jego oczom ukazało się dziwne stworzenie. Okropnie się wystraszył i z wielkim krzykiem uciekł z powrotem do swego pokoju. Zamknął drzwi na klucz i wskoczył pod łóżko, barykadując wcześniej drzwi swej komnaty starym kredensem. Następnego dnia w czasie śniadania chłopiec opowiedział wszystko czarodziejowi. Ten roześmiał się tak, że aż mu brzuch spuchł i musiał odwiązać sznur. - Czas abyście poznali pozostałych uczniów – powiedział Sambor – oto Sinda, goblinka, która pochodzi z Motylic. Do stołu podeszła mała zielona goblinka. Ubrana była w skóry, a za czarnym pasem nosiła srebrny sztylet. Skłoniła się lekko przed czarodziejem, a potem przed dziećmi, po czym usiadła za stołem. - Opowiadała o dziwnej przygodzie w nocy – mówił czarodziej – nie wolno wam opuszczać bez pozwolenia waszych kwater. Każdy kto wyjdzie w nocy zostanie surowo ukarany. Teraz poznajcie czwartego ucznia, oto Bari, druid z Nawiedzonego Lasu. W jadalni pojawił się mały brunatny niedźwiadek. Miał małe czarne oczy i perłową obrożę. On również skłonił się przed magiem, goblinką oraz dziećmi. - Przepraszam mistrzu za spóźnienie, ciężko się wchodzi po schodach w tej postaci – powiedział zasapany Bari. - Ty umiesz mówić – zapytał Wiesiek – jak to możliwe? - Widać, że jesteś nie tutejszy – powiedział zdziwionym głosem Bari. W jego ojczyźnie mówiące zwierzęta to nic nadzwyczajnego. Zaraz po śniadaniu czarodziej zabrał całą czwórkę za wieżę, gdzie rozpocząć miały naukę. Pokazał im kilka starych ksiąg i zwojów magicznych. Objaśniał znaczenie ziół i przeprowadził pierwszą lekcję na temat alchemii. Zniecierpliwiony Wiesiek nie wytrzymał jednak, tak żmudnej i nudnej pracy. - Ale po co to wszystko, nie możesz nam po prostu pokazać jak się czaruje? - Dobrze więc, widzę, że jesteś już gotowy na kolejną lekcję – powiedział Sambor. Wyjął z kieszeni małą niebieską różdżkę i skierował ją na chłopca. - Aghna mada rashel – czarodziej wypowiedział kilka słów, po których młodzieniec zaczął porastać piórkami. Wyrósł mu też dziób i zaczął się kurczyć. Malał aż całkiem zamienił się w kaczora. Czarodziej uznał, że taka kara nauczy chłopca jak się zachowywać w czasie lekcji o magii. - Co się ze mną stało? – zapytał przestraszony Wiesiek. - Po pierwsze zwracasz się do mnie mistrzu, nauczycielu lub panie, po drugie nigdy nie odzywasz się nie pytany i po trzecie, właściwie to wystarczy! – roześmiał się złośliwie czarodziej. Chłopiec spojrzał tylko na resztę gromadki. Sinda i Bari pokładali się ze śmiechu na trawie, tylko Mirka spojrzała na niego litościwie. - Nie bój się, jak cię nie odczarują to ja ci dam troszkę ziarna – powiedziała troskliwie. Po tych słowach już nie dało się prowadzić dalej zajęć. Rozbawiony do łez Sambor zarządził przerwę w nauce do następnego ranka. Odczarował Wieśka i dał dzieciom czas aby się trochę pobawiły i lepiej się poznały. Tak minął pierwszy dzień nauki czwórki młodych adeptów magii. Następne dni mijały im na zgłębianiu ksiąg i ćwiczeniu tajemnej sztuki magicznej. Tymczasem Babok przywołał swoje sługi. Gdy tupnął kopytem, w ziemi pojawiła się szczelina. Wyszły z niej sługi diabła, okropne bestie postury niedźwiedzia ale wyglądem bardziej podobne do psa. Nazywał je biesami. Miały ostre zębiska i wielkie pazury, niektóre miały dwie, a nawet trzy głowy. Nie czuły lęku, a trudniły się tropieniem i rozszarpywaniem swoich ofiar na strzępy. Czart nakazał im zniszczyć pobliskie miasto i jej twierdzę, a potem ruszyć na Nigar, stolicę goblińskiej krainy. Ludzie i gobliny uciekali w panice przed tymi potworami. Mieli zamiar ukryć się w twierdzy. Babok i jego armia dotarli do nawiedzonego lasu i zniszczyli pobliską twierdzę, a potem zrównali z ziemią Motylicę. Piękne kupieckie miasto stanęło w płomieniach. Bestie pobiegły dalej aż za mur Sambora. Zatrzymały się jednak, niespokojne. Wyczuły w powietrzu olbrzymią moc. Diabeł nie wiedział co to ale czuł, że za murem i Tygrysią Rzeką, istnieje biała magia, która może zagrozić jego niecnym planom. Czarodziej przesiadywał na szczycie wieży, pijąc herbatę ziołową, gdy w oknie pojawił się jastrząb i przekazał mu wieści z Motylic. Prawie wylał herbatę, gdy usłyszał o nieszczęściu jakie spotkało gobliny. Wezwał uczniów do biblioteki. - Niestety muszę was opuścić – powiedział do dzieci. - Jak to mistrzu? - spytali zgodnie uczniowie. - Otrzymałem list, ze strasznymi wieściami, szczególnie dla ciebie Sindo. Motylice, twoje rodzinne miasto zostało zniszczone. Większość mieszkańców została pojmana w niewolę. Musisz uciekać księżniczko – powiedział Sambor najdelikatniej jak potrafił. Wiedział, jak bardzo młoda goblinka jest przywiązana do swego ukochanego miasta. Jednak teraz musiał ukryć następczynię goblińskiego tronu. Sinda nie okazała smutku, a jedynie złość. Chciała walczyć, ratować rodaków. Nienawidziła Baboka za to co zrobił. Z wielkim trudem czarodziej zatrzymał ją w wieży. Poprosił, aby pilnowała reszty dzieci pod jego nieobecność i poprowadziła ich do Srebrnej Twierdzy, w górach na południe od goblińskiej krainy. Podał jej list do władcy tamtejszego kraju, księcia Cyryla. Czarodziej musiał powstrzymać biesy zanim przekroczą most i pobiegną w stronę miasta Nigar. Pożegnał się więc z dziećmi, po czym pierwszy raz w ich obecności użył

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Wiedźmy, czart i uczniowie czarodzieja — czytnik · opowiadania