Filozofia · 17 min czytania
Wielki Bóg i Dwunastu Medrców cz.V
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
*
-Zatrzymaj się, gdzie biegniesz szalona?-krzyczała matka Senai, odrzucając na bok kosz z figami.Po policzkach matki przetaczały się przejżyste łzy. Dziewczyna nie dbała już o nic.Pozostawiła za sobą ciepły dom, rodziców pragnących uczynić z niej kobietę. -Wróć, Senai, wracaj!Nie słyszysz mnie?Czy słońce odebrało ci umysł?Senai, co ty najlepszego wyprawiasz? Wątła sylwetka zlała się z horyzontem. Dziewczyna oddychała nareszcie pełną piersią.Pot, jaki zaperlił się na jej ciele świadczył o przebytej odległości. Podjęła decyzję, czując się dzięki temu starszą i doroślejszą.Ucieknie, wyzwoli się z ojcowskich wpływów, z pomocą bogów zapomni o żalu swojej matki i tęsknocie do wygód.Zaszyje się w wilgotnym sitowiu niczym sama Izyda a potem wyruszy w drogę ku Sais, by zostać kapłanką i nauczyć się tkać.Taki był z założenia ambitny plan.Senai chciała dowieść sobie,że skoro nie czuje się gotową do za mąż pójścia,jest równocześnie świadomą własnych celów i odpowiedzialną.Skoro los chciał uczynić z niej kobietę, uczyni się nią sama. Żwir i drobne kamienie wbijały się boleśnie w stopy dziewczyny, która w jednej chwili pożałowała iż nie wzięła w podróż skórzanych sandałów.Misterne wykonane henną przez służebne ornamenty pokryły się cienką warstwą pyłu-były one zapowiedzią,że w życiu Senai wydarzy cię coś znaczącego.Że dojdzie do zaślubin, związania narzeczonych węzłem przynależności aż do czasu ślubu.Tym razem jednak magia zawiodła. -Poradzę sobie-mruczała sama do siebie, starając się usilnie przekonać o własnych możliwościach.Ojciec jej przez lata stanowił ucieleśnienie surowości i zespołu praw moralnych, niewzruszony kodeks głuchy na wołania dziecka.Dość.Czas,aby chwycić własny los w swoje ręce. Senai postanowiła,że nim ucieknie na północ, zdobędzie środki na podróż.Szalona myśl zajaśniała w jej głowie.Dziewczyna odda się na służbę, potem zaś zbiegnie na statek handlowy.Ot tak, to przecież nic trudnego.Spryt i odrobina zwinności powinny wystarczyć. Piasek nad brzegiem Nilu zapadał się pod ciężarem jej stóp-woda sączyła się powoli, tak jak zwykle wtedy, gdy z wrażenia zwalniała biegu.Podobnie jak Senai, która schyliła się by ugasić pragnienie.Dom znajdował się daleko-na tyle daleko, by nie mógł jej dosięgnąć żaden ze sług, jakich ojciec wraz z matką zapewne wysłali w pościg.Dziewczyna choć sama wybrała uczieczkę, czuła się odrzuconą-wydawało się jej,że nawet gdyby wyrwała się z rąk samego Useramona, uniknęła by przeszkód w eskapanadzie.To było zbyt proste-obrzucić oszczerstwami własną matkę i uciec z miejsca zdarzenia.Jeszcze prostszym było wyrzucić z pamięci szczęśliwe dzieciństwo-skoro dorastanie miało przybrać barwę weselnej henny. -Nic mnie nie zatrzyma-myślała młoda kobieta, patrząc z odrazą na dłonie pokryte malunkami-chciano sprzedać ją w zastaw obcemu mężczyźnie, wręczyć niczym okolicznościowy prezent.Jej dobro nie miało tutaj znaczenia-gdyby sama wybrała sobie młodzieńca, pewnie rodzina sprzeciwiła by się jej wyborowi.Tak było z założenia. Nagle z niewielkiej, drewnianej łodzi usłyszała szyderczy, oskażycielski głos- -Zapewne uciekłaś przed mężem, co? a co na to powiedzą rodzice?-syczał stary, opasły Egipcjanin, przyglądając się jej uważnie. -Dlaczego cię to interesuje?to nie twoja sprawa-odpowiedziała z arogancją Senai.Po chwili jednak zdała sobie sprawę z tego, że znajomość z owym mężczyzną może być przydatna.Właściwie-to nie mógł być przypadek. -Dokąd zmierza twój statek?-zapytała łagodniejszym tonem, wskazując palcem na nieco zniszczoną barkę. -Dlaczego cię to tak interesuje?-odpowiedział z przekąsem nieznajomy, uśmiechając się nadal mierzył ziewczynę wzrokiem, gładząc się po brodzie.Złote bransolety na jego nadgarstkach zsunęły się aż do łokci, wydawając przy okazji migotliwe dźwięki bogactwa i zasobności.Ciemnobrązowa skóra mężczyzny zalśniła oliwą w przejmującym słońcu. -Pewnie jest kimś ważnym-pomyślała buntowniczka, czekając na rychłą odpowiedź.Ścisnęła przedramię, wpatrując się nieruchomo przed siebie. -Wybieram się wraz ze swoją załogą do Buto-odpowiedział zatapiając spojrzenie w jej ubarwionych przez nubijki dłoniach. Senai nie kryła radości. Uśmiechnęła się szeroko, mając przeczucie,że stary wioślarz czyta w jej myślach.Z resztą-czy był wioślarzem?Wyglądał raczej na wprawionego w zawodzie kupca, przebiegłego w targach i rozmowie. -Czy zatrzymasz się w Sais?-ciągnęła, zmierzając powoli do sedna sprawy.Oto statek, który zesłali jej bogowie przybił do portu w jej rodzinnym mieście.Sen zaczynał przybierać kształty prawdy. -Owszem, mam tam do załatwienia kilka spraw.Handluję winem z Azjatami-dodał, zbierając oddech do kolejnego zdania-Jeśli zależy ci na podróży do Sais nie widzę żadnych przeszkód...ostrzegam jednak,że będziesz musiała ciężko zapracować na statku, bo w przeciwnym razie wyrzucę cię do rzeki.Zrozumiałaś?- niebezpieczna przebiegłość wyostrzyła jego rysy.Brwi usniosły się, głos stał się niższy i spokojniejszy.Bez wątpienia stary kupiec chciał wzbudzić zaufanie młodej, naiwnej dziewczyny. -Zastanowię się-powiedziała Senai, ożywiona i zachwycona cudowną nowiną.Statek przybije do portu w Sais...lecz czy rozsądną rzeczą jest stawiać stopę na cudzym pokładzie?Niedoszła narzeczona spojrzała na swoje nadgarstki-złoto i turkus zatańczyły metalicznymi refleksami na jej skupionej twarzy.Senai bez wątpienia nie wyglądała na prostą dziewkę z ludu-tyle razy ostrzegano ją przed obcymi.Z drugiej zaś strony pokusa ucieczki, wyrwania się z łańcuchów dziecięctwa obiecywała wizję samodzielności i dorosłego życia.Bogowie nie bez powodu zesłali jej ten znak właśnie w owej godzinie, kiedy to potrzebowała tego najbardziej.Wiara w przeznaczenie wygrała.Senai złożyła ramiona na piersi, co wywołało zdziwienie handlarza. -Hej, mała, zdecydowałaś już?-zapytał prostacko,nieco zbity z tropu. -Tak-od czego mam zacząć?-odparła dziewczyna, patrząc śmiało na kołyszącą się łódź.Niezwykła, szaleńcza determinacja rozbłysła w jej czarnych oczach.
Dzięki ci Amonie Za łaski wobec sługi Ty nakarmisz wdowy I wybaczysz długi
*
Część 22 / 2
-"Nie żyje".Ranek, południe, pora żaru. -"Nie żyje, umarł, nie żyje". Głuche echo odbijało się od świątynnych kolumn.Wnętrza komnat opustoszały.Głęboka rozpacz pozbawiona namacalnych granic zagościła w pałacu.Teby straciły swego króla. -"Umarł, nie żyje, nie żyje, odszedł, umarł". Ciemność wtopiła się w gwarne dotąd korytarze.Ustał szept.Wielka Małżonka Królewska pochyliła się nad marami. -"Nie żyje, odszedł, nie żyje, umarł". Krucha dłoń wydobyła z warstw białego płótna kamienną bryłę. -"Odszedł, umarł, nie żyje, odszedł". Alabastrowy skarabeusz spoczął na odsłoniętej piersi chłodnego, nieruchomego ciała. -"Odszedł, umarł, nie żyje". -"Oddałam mu jego serce" -"Odszedł, umarł, nie żyje". Złoty pektorał zaiskrzył się w nikłym świetle. -" Oddałam mu jego umysł". -"Lecz on już Izydo nie wróci.Odszedł,umarł, nie żyje". - "Oddałam mu jego ducha" -"Lecz on już Izydo ciebie nie usłucha.Odszedł, umarł, nie żyje" -"Oddaliłam wrogów jego" -"Lecz on zaznał światła wiecznego.Odszedł, umarł, nie żyje".
Żaden śmiertelnik nie był obecny podczas wstępnych rytuałów mumifikacji, w których brała udział władczyni.Jej strój przywodził na myśl szaty bogini, w ktore spowijała się małżonka Ozyrysa.Pokrywał go motyw piór, układający się w błyszczącą mozaikę złotych i srebrnych elementów.Suknia wyraźnie krempowała ruchy, uwypuklając kobiecą sylwetkę-przeszywane miedzianą nicią elementy czyniły z kreacji osobliwy rodzaj kolczugi. Teje wzniosła ramiona, unosząc w dłoniach hebanową kadzielnicę o kształcie ludzkiej ręki trzymającej małe naczynie na mirrę.Ciężki, upojny zapach mieszał zmysły w jeden organ czucia, zaś gęsty dym spowijał wbrew woli umysł.
-O pani...Nim wzejdzie słońce niczym Chepri o poranku Atum przyjmie barwy nieba.Mut przyjmie go w swoje ramiona, o pani, Horus odnajdzie swoje dziedzictwo, nie smuć się. Teje odłożyła przedmioty kultowe.Odwracając głowę poruszyła zawieszone w próżni i bezruchu chmury aromatycznego kadzidła.Odchylając wzrokiem zasłony dymu wyrzekła powoli i ze skupieniem pełnym królewskiej godności jedno słowo: -Meriptah...? -O pani...Nim zajdzie księżyc brat twój pozna chwałę światła Re.Sokaris przyjmie go do swej Jaskini w szóstej…