Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Historia · 23 min czytania

Wielki Bóg i Dwunastu Mędrców cz.VI

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Rozdział IV

Delikante fale rzeki odbijały się z głębokim chlupotem od masywnych wioseł barki, które wyglądały z daleka jak gigantyczne odnuża wielkiego, wodnego owada.Przywiązani do nich byli poczerniali od żaru słonecznego mężczyźni-nadając prędkości łodzi, której szlak wiół w nieznane zawirowania ich smutnych losów.Silne, a zarazem wiotkie mięśnie kurczyły się i napinały równocześnie, niczym doskonale współgrająca ze swoimi elementami machina napędowa.Łapczywe, płytkie oddechy, wioślarze chwytający w usta świeże, nadrzeczne powietrze niczym najwspanialsze potrawy ze stołu samego faraona. Tutaj dziękowano bogu Szu za to,że pozwolił zniewolonym oddychać. Senai szamotała się z całych sił.Po dwóch dniach pobytu pod pokładem jej oczy zapomniały o tym, jak mogą ranić promienie słońca.Dziewczyna zrezygnowała ze zdeterminowanej akcji przegryzania sznurów, kiedy zagrożono jej iż spędzi resztę życia w łańcuchach. -Puść, co za bydlę !- zasyczała, usiłując porazić przeciwnika bolesnym ciosem.Była jednak zbyt słaba, by podnieść choćby pięść. -Jeśli nie zamkniesz ust i nie przestaniesz wrzeszczeć uczynię ci męską czynność a potem potnę twoje ciało by łatwiej było wyrzucić je w workach poza burtę.A teraz stul gębę głupia dziewczyno! - groził brutalnie wysoki chudzielec o czarnych, okrągłych,wypukłych oczach okalanych tradycyjnym makijażem.Tęczówki o barwie szlachetnego hebanu zajaśniały silną wolą, gdy brwi młodziana zmarszczyły się w wyrazie autokratycznego przekonania.Zdecydowane spojrzenie przekonało młodą niewolnicę do pokory bardziej, niż wszystkie obrzydliwe słowa tego człowieka. - Tutaj jest teraz twoje miejsce- powiedział, związując nazbyt mocno nadgarstki i kostki dygotającej, przestraszonej więźniarki.Senai przestała głośno krzyczeć i okazywać histerię, gdy spostrzegła iż pozostali, skrępowani w podobny jej sposób nędzarze darzyli ją pełnym współczucia spojrzeniem.Dzięki jakiej mocy ludzie, którym los odebrał wolność i szczęście byli zdolni do takich emocji jak litość i współczucie? Jak głębokie musiałby być serca tych, którym wydarto wrażliwość i pamięć?Cisza.W ich oczach była nieobliczalną wariatką.Być może gdyby nie zasmakowała luksusu nie wiła by się z bólu na twardym pokładzie.Złote refleksy, niczym oślepiające nici dojrzałego światła zakołysały się na powierzchni spokojnej, pachnącej świeżością i sitowiem rzece.A może to było szczęściem ludzi, którzy dzielili los Senai...

Śpiewają pieśń dla dostojnego Amona,Pana Luksoru Jego woń wypełnia okrąg Wielkiej Zieleni Niebiosa i ziemia są pełne jego piękności On skąpał je w złocie swoich promieni...

-Chcesz wody?- zapytał ją ten sam mężczyzna, którego widok zapadł w negatywne karty jej pamięci przeznaczone do usunięcia.Odpowiedziała mu wznosząc nos ku górze, zarazem kiwając przecząco głową.Przypomniała sobie bowiem o swych szlachetnych tebańskich korzeniach, rodzie Nebefkaptaha i Sobeknofru którzy przez setki lat sprawowali pieczę nad gospodarką świątynną wielkich okręgów religijnych w rodzinnym mieście.Arystokratka nie napije się nigdy wody wprost ze złożonych dłoni prostaka.Nawet jeśli duma odezwie się w jej duszy dopiero w dniu ostatecznym. -Skoro nie życzysz sobie napoju zaczekam aż sama o niego poprosisz.Zdychaj tu sobie z pragnienia księżniczko. Wzburzony wylał zawartość glinianego dzbana na deski pokładu.Cuchnąca ciecz-ta sama, jaką Senai szorowała pokład- wsiąknęła w podłoże pozostawiając mokre ślady.Dziewczyna zaś osiągnęła z pozoru pierwszy sukces.Rozwścieczona twarz oprawcy satysfakcjonowała jej zgorzkniałe, pełne goryczy i żalu serce.Córce wielkiego dostojnika przypomniała się pieśń z dzieciństwa.

O kapłanie, dokonaj przedstawienia króleskiej ofiary dla Boga Weź ten oto swój chleb!

*

-Kija, Kija...- wołał z tęsknotą i niepokojem głos syna bogów. -Panie, jakże bardzo jesteś nieostrożny...nie wolno ci uwodzić małżonek twego ojca.Jego panowanie zakończy się dopiero z chwilą, gdy ty ujrzysz światło nowego dnia, wychylając się z pomiędzy pylonów pięknego Ipet-Sut przyozdobiony koroną. Cisza nie trwała długo.Jej ciemne, skąpane w granacie i czerni zasłony uchyliły się przed majestatem słów księcia. -Nie interesuje mnie to.Jestem synem króla i mogę robić co tylko zapragnę. Rozmówczyni Amenhotepa zacisnęła wargi, splatając dłonie na piersi.Poczuła,że zasłony ciszy ambitny młodzian rozdziera i rwie na strzępy, pozostawiając nagą pustkę w przestrzeni pomiędzy nimi.Bez litości i z morderczym zapałem gasił obce mu argumenty. - Gdzie jesteś?- zapytał chłopak, rozgarniając po raz ostatni ciemność i pustkę. -Tutaj...-szepnęła ostrożnie, niby przestraszona determinacji księcia, lecz wciąż jeszcze nie następcy martwego króla.W jej dziecinnej naiwności i wewnętrznej prostocie ducha było tyle samo niewiedzy co i tęsknot oraz niespełnionych modlitw.Życie haremowej damy wydarło jej jednak nadzieję i zasiało pasywność w postępowaniu, ostatecznie definiując rolę ekskluzywnej ozdoby i uległej towarzyszki męskich fantazji.Kija nie czuła jednak rozmiarów i ciężaru swego nieszczęścia.Dym z kadzideł i melancholijne dźwięki lutni uciszyły nieśmiały, poroniony bunt. -Boisz się mnie? Ukrywasz?...Wiedz,że tutaj nikt nas nie dosięgnie.Porzuć lęk i bojaźń.Nie uczynię ci krzywdy. Kija westchnęła cicho.Podniosła wieczko małej lampki oliwnej, by głodny kochanek mógł odnaleźć pośród bujnych zarośli owoc, którego jeszcze nie wolno mu było skosztować.Lecz czy to, czego wzbraniają nam nauczyciele i ludzie prawi nie przynosi grzesznego poczucia niezależności?Miliony świetlnych iskier rozpierzchły się w ciemności niczym niesione wiatrem złote nici. Książę zmarszczył brwi, wytężając osłabiony ciemnością wzrok.Nocne motyle płoszone jego ruchami przeszyły trzepotem swych skrzydeł chłodne, wilgotne powietrze, zupełnie tak, jaby pragnęły rozbudzić śpiący nieboskłon. Oczom chłopca ukazała się niby pozłacana, oblana miedzianym blaskiem wschodzącego słońca,dziewczęca twarz.Wartkie, ruchliwe światło niewielkiego płomyka przetaczało się kapryśnie po wydatnych kościach policzkowych, otaczając swym blaskiem trójkątną twarz o wyraźnie zarysowanym podródku. Kija natychmiast zasłoniła ją dłonią w zabobonnym strachu przed pożądliwym spojrzeniem młodego boga, pragnącego odebrać swą ofiarę z ołtarza.Kamienne naosy są gładkie i chłodne niczym skóra bogiń...książę jeszcze nigdy nie ujrzał w ich granitowym zwierciadle swego odbicia. Gdy miękkie światło zadrżało na uchylonych wargach dziewczyny, obumarło dziecięctwo Amenhotepa, skurczone i obrucone w proch wobec ognia jaki począł trawić jego ciało, pulsując w żyłach i skroniach.Fala ciepła ogarnęła chłopca, odurzając zapachem szyi i dłoni kobiety, która oddaliła się w pylony jego ramion.Były sklepieniem i murami świątyni, której próg kochankowie przekraczali w uścisku splecionych, błyszczących od oliwy dłoni.Zaślepieni trującą mgłą zapachów,odurzeni swoją wzajemnością poddali się grze zmysłów, które rozbudzały się by zaniknąć uśpione szeptem i cichą modlitwą.Jedynie miłosna pieśń zaklęta w delikatny szum daktylowców mogła donieść Egiptowi, iż tych dwoje zapomniało o nim w swym próżnym tańcu ku czci bogiń o skórze gładkiej i lustrzanej jak granitowe naosy...

***

-Światło nie gaśnie, światło opuszcza nieprawych. Dwunastu mędrców rozpaliło wielki płomień przed obliczem steatytowego posągu, dumnego władcę i pana okręgu w Karnaku.Amon wdychał błogosławioną woń kadzideł i ognia, wyrzucającego na zewnątrz żar, jaki ożywiał czarny, wypolerowany starannie kamień. Najwyższy chonorami starzec, dwunasty z wielkich Ptahmose rozwinął skrawek papirusu i wrzucił go jednym ruchem do ognia.Kiedy blask płomieni wybuchnął, pożerawszy kruchą ofiarę, arcykapłan przymknął grube powieki, klękając przed bazą posągu ze wzniesionymi ku górze ramionami.Poprzez koniuszki jego palców, aż po serce i mózg docierały impulsy z niebios, rozświetlając umysł i świadomość zapadającego w trans sługi bożego. -Bądźcie pozdrowione, dusze z Pe i Nechen.Bądźcie pozdrowieni królowie z Abdżu i Buto, bądź pozowiony o królu Meni, bądź pozdrowiony o królu Aha, bądź pozdrowiony o królu Dżer, bądź pozdrowiony o królu Uadżi, bądź pozdrowiony o królu Den, bądź pozdrowiony o królu Andżib, bądż pozdrowiony o królu Semerchecie, bądź pozdrowiony o królu Hotepsechemui-szeptali magiczne imiona pierwszych egipskich władców pozostali kapłani tonem coraz to bardziej uciszonym, machinalnym i jednostajnym.Wzywając duchy tych, którzy odeszli do krainy Ozyrysa kapłani prosili o ich wstawiennictwo i wpływ na wybór nowego króla.Władcy dumnego, silnego i pełnego młodzieńczej witalności.Władcy, jaki okryje Karnak płaszczem z purpury i nada mu nowe przybytki ziemiskie, kupując sobie w ten sposób przychylność bogów i ich kaprysów. Ptahmose znał zasady i cele swojej świątyni, w której wychował go jego ojciec-arcykapłan, Pierwszy Mędrzec.Staruch zachuśtał się na pozłacanej lasce, zamykając po długich modłach naos na kamienne rygle. -Amenhotep- rzekł pochylony nad błyszczącymi odrzwiami.

***

Tradycja oddała w jego ręce podświadomy wybór który zaakceptować miała władza królewska.Przyjąć wolę najwyższego z bóstw, który zapragnął uwikłać w sidła tronowania swego wieloletniego zakładnika.Na dowód jego późniejszej przychylności.Plan Amona był chytrzejszy niż wyrafinowane metody Wielkiej Małżonki Królewskiej. Młody chłopiec stojący u wrót sanktuarium zaklaskał w dłonie dwukrotnie,dając znak oczekującej królowej.Echo rozbijające o monumentalne ściany pokryte reliefami wygasało stopniowo w niewielkiej przestrzeni.Teje pociągnęła syna za rękę, niemal szarpiąc z władczym rozkazem.Złote bransolety na przegubach królewicza zabrzęczały niemal jak łańcuchy skazańca, z prawdziwą ironią.Ktoś w oddali, między trzecim dziedzińcem a salą kolumnową zaśmiał się nieobliczalnie szaleńczą barwą powietrza świszczącego w poszarpanej krtani.Dziki chichot zmieszał się z wonią rytualnego kadzidła, ginąc wreszcie zatrzaśnięty między hebanowymi wrotami.Królowa opuściła dłoń,uspokojona iż nikt nie zakłóci już przebiegu świętych celebracji.Boskie światło spłynąć miało na jej ukochane dziecko, którego barwę źrenic opanowywała dopiero teraz, po latach spędzonych bez wieści o nim.Kiedy myśl ta zadrżała w jej umyśle, władczyni chwyciła syna za ramiona a następnie wypchnęła tuż za próg sanktuarium. -Uklęknij !-krzyknęła stanowczo, wyciągając ku niemu prawą dłoń.Książę rzucił się pewnie na kamienną posadzkę, zupełnie tak jakby ćwiczył tę scenę tysiące razy podczas rytuałów przeprowadzanych przed jego oczami lata temu.Wówczas nie czuł nic z wyjątkiem leku, wolnego od bojaźni bożej czy skruchy.Była to swoista panika schwytanego zwierzęcia.Amenhotep odwrócił gwałtownie głowę,obrzucając matkę pełnym pytań i wyrzutów spojrzeniem.Jednak kamienny, surowy wyraz jej twarzy utwierdził go w przekonaniu, iż wszelkie próby okazywania słabości są w owej chwili niestosowne.Trząsł się, obserwując jak drga na oblanej światłem słońca posadzce jego własny cień.Poprzez wąskie otwory w sklepieniu dostawały się białe, intensywnie błyszczące strugi światła przypominające rozwiązane luźno wstążki. -Zostaniesz bogiem jeśli będziesz posłuszny, nie bój…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%