Fantasy · 37 min czytania
"Wielki Sojusz" - rozdział pierwszy
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Rozdział pierwszy – „Wielki sojusz”
Agnar ponaglił konia, wbijając mu ostrogi bok. Nerwowo zerknął przez ramię na pusty trakt za sobą. Zimny pot ściekał mu strużkami z wyniosłego i wysokiego czoła. Oczy ziały strachem, a palce kurczowo zaciskały lejce, aż zrobiły się białe. Ból nie przemógł strachu, natomiast tamten potężniał z każdą minioną chwilą. Poły jego szerokiego płaszcza otaczały go woalem fantastycznych kształtów, a długie, czarne włosy falowały w wielkim pędzie biegnącego gniadosza. Jeszcze raz obejrzał się przez ramię. Zamiast tej nieprzeniknionej ściany ciszy i oceanu spokojności, wolałby dziesiątki pikujących w niego strzał. Wolałby czuć za sobą gorący oddech kilkunastu spragnionych krwi trolli zza Aher Thare, Gór Cienia. Ponaglił konia krzykiem. Agnar był strażnikiem południowych rubieży Gindldoru, królestwa na dalekim wschodzie. Teraz był ostatnią nadzieją królestwa, które za swój jedyny cel obiera życie i krzyk ostrzeżenia. Strażnik chciał krzyczeć, lecz nie mógł – krtań miał zbyt mocno ściśniętą strachem. Mężczyzna chciał się ratować i żyć, lecz jedną nogą był już w grobie - w objęciach potwornych trolli. Mężczyzna był w średnim wieku, a na swoim ciele nosił liczne ślady walk i trudów życia na bezdrożach. Jego skóra była pożółkła od goryczy i znoju, a zmarszczki wyraźnie się zaostrzyły od ostatnich kilku lat na szlaku. Zarost dobitnie świadczył o długotrwałym braku higieny osobistej. Podkrążone oczy bacznie śledziły każdy przydrożny krzak, jakby w oczekiwaniu na czającego się tam stwora. Każdy, najcichszy nawet szelest powodował, że cierpła mu skóra i mroziła się krew w żyłach. Słyszalnie przełknął ślinę. Słuch wychwytywał najdrobniejszy szum drzew. Kopyta końskie nagle zaczęły gwałtownie zwalniać swój klekot na ubitym trakcie, a pot z jego boków bajecznie „uśnieżył” mijany dukt. Żołądek Agnara podszedł mu do gardła – z tyłu, gdzieś za sobą usłyszał dziki okrzyk. Kolejnym złym znakiem było spotkanie trzykrotnie przelatującego obok niego kruka- symbolu śmierci i zapowiedzi cierpienia. Nie zważając na zmęczenie własne i końskie, uderzył płazem swego miecza w zad rumaka i wydał z siebie okrzyk, mający na celu dodać sobie odwagi, a rumakowi sił do galopu. Nagle wjechał w wielki las, który zdawał się pojawić tu znikąd. Korony drzew były tak gęste, że promienie zachodzącego słońca ledwo co przezierały przez nieprzenikniony płaszcz listowia. Po za tym wyczuwało się tu złą aurę – niesympatyczną i odpychającą atmosferę, zupełnie jakby las sam przez się ostrzegał własnym sobą. Nie świergotały tu ptaki i nie przechadzały się niewinnie sarny. Jak mógł być tak głupi! Dlaczego nie zwrócił uwagi na otoczenie! Agnar jadąc w swym zaślepieniu nie skręcił w prawą odnogę minionego rozdroża, lecz pojechał prosto przed siebie, nie zwracając uwagi na nic. Bał się pomyśleć co jeszcze przeoczył... Wjechał do lasu Fenji – złego czarodzieja, który obrał to miejsce za swoją siedzibę. Nie chciał go spotkać samotnie, i to po zmroku! Choć nieźle władał mieczem, opowieści o czarodzieju mroziły jego krew w żyłach. Wiedział, że nawet jeśli zadałby pierwszy cios, nie dokończyłby zamachu. Czarownik była zbyt doświadczony i szybki, jak na tak proste sztuczki, które w takich spotkaniach wyglądałyby na co najmniej śmieszne i żałosne. Ku uldze konia, Agnar zwolnił nieco morderczego biegu, ciągnąc ze lejce. Zatrzymali się. Za sobą ciągle majaczyła mu jasna plamka – wyjście ze złego lasu. Przed sobą rozciągała się gęsta jak lawa pułapka, w postaci skręconych z sobą krzaków, drzew i przeróżnych dziwnych roślin, które strażnik widział pierwszy raz w życiu. Słońce jeszcze bardziej zmniejszyła swą wysokość, goniąc za księżycem. Księżyc! Agnar przypomniał sobie, że dziś przypada dzień nowiu. W takie noce, nawet w zwykły dzień w najzwyklejszym lesie, było bardzo niebezpiecznie. To olbrzymi sęp Jouhldar budził do życia wszelkie zło i plugastwo, tocząc swą odwieczną walkę z orłem Gjalpamem, który był jego wrogiem. Z chrap jego wierzchowca szybko uciekały kabłąki pary, przypominając mu o jego misji i o tym, że musi się koniecznie śpieszyć. Zawrócił ogiera i pocwałował z powrotem – ku rozdrożu. Jednak po kilku stajaniach stwierdził swój błąd i natychmiast zahamował konia, pilnie nasłuchując. Za dalekiego traktu przed nim dochodziły go głośne narzekania, burczenia i stąpania. Strach niemalże podciął mu nogi. Szybko odwiązał z juków swój miecz i łuk – kołczan miał przypasany do kaftana. Wziął też manierkę z wodą i niezawodny myśliwski nuż. Ciepły płaszcz miał na sobie, o czym przypominały mu setki kropelek potu, wezbranych na jego czole, nosie i skroniach. Zostawiając konia przy drzewie uciekł w pole. Miał szczęście, ponieważ złote kłosy zboża rosły tu nadzwyczaj urodzajnie, i z powodzeniem ukrywały jego średniego wzrostu sylwetkę w swoich szerokich ramionach. Po kilkuset metrach sprintu odsapał na chwilę, a następnie zupełnie nieoczekiwanie padł na ziemię. Pole wokół niego, na chwilę przykrył wielki, skrzydlaty cień. Strażnik nie podniósł głowy, by zobaczyć morderczego sępa. Bał się zbyt bardzo. Zaczął się nów. Za sobą, w miejscy gdzie zostawił dobrego gniadosza, dobiegło go przeraźliwe rżenie, śmiechy i warknięcia paskudnych trolli, a także trzask łamanych końskich kości i rozrywanych ścięgien i mięśni. Strażnik słyszalnie przełknął ślinę, żałując jednak utraty dobrego konia. Trolle zza górskich Królestw, były o zaledwie rzut kamieniem od niego, jednak mężczyźnie zdawało się, że ta odległość jest niesamowicie wielka. Pomimo tego wyraźnie łapał ich wszystkie słowa i zapach, szybko niesione przez świszczący pomiędzy kłosami wiatr. Nie rozumiał tego wulgarnego języka, jednak z tonu rozmowy wywnioskował, że trolle rozmawiają o nim. Bestie ścigały go już drugi dzień, niezmordowanie podążając za samotnym strażnikiem, który jako jedyny był świadkiem niedawnych nadgranicznych wydarzeń. Po prostu stanowił zagrożenie dla wielkich planów ich pana, morderczego Trael Morgula i trzeba było go zabić, zanim dotrze do swych przyjaciół. Nikt nie mógł się dowiedzieć o ataku, a ten miał być największą tajemnicą oraz musiał stanowić poważny element zaskoczenia. Trolle mogły wytrzymać jeszcze wiele trudów, a Agnar? I to bez konia? Cel bestii zdawał się być coraz bliższy sukcesu. Szare, jak kamienie potwory kłóciły się o kierunek ucieczki strażnika, wyraźnie wahając się czy pójść za nim do lasu Fenji. Widocznie pogłoski o złym czarowniku dotarły i do dalekich krajów. Ku uldze i przerażeniu Agnara, trolle rozdzieliły się na trzy grupy, lecz jeden z nich – wyraźnie bystrzejszy od reszty-, zauważył połamane kłosy zbóż i skierował się w kierunku mężczyzny. Troll będąc ponad trzykrotnie wyższy od człowieka, z wysokości penetrował okolicę, przewracając wszędzie swymi wypukłymi i śmiesznymi oczyma. Jednak strażnikowi wcale nie było do śmiechu. Zaczął się poważnie niepokoić i otarł lepiący się do jego twarzy pył i pot. Zadecydował, że gdy troll zbliży się na wystarczającą odległość, wystrzeli do niego ze swojego nigdy nie chybiającego łuku. Potem co się stanie, nie miało najmniejszego znaczenia. Był fatalistą, zawsze rozumiejącym bliskość śmierci i niebezpieczeństwo związane z pracą strażnika. Gdy potwór był już o dwadzieścia metrów od niego, cicho jak kot naciągnął strzałę na siodełko łuku i czekał. Gdy zostało dziesięć, zamierzał wyskoczyć ze swego ukrycia i być może zaskoczyć potwora, zanim on zmiażdży mu czaszkę. Ku jego zaskoczeniu został przyszpilony do ziemi. Nad jego głową przeleciał wielki kontur jeszcze większego ptaka, który wydał z siebie doniosły i dumny skrzek. To orzeł Gjalpam pędził za swym wrogiem sępem! Widząc niebezpieczeństwo zagrażające strażnikowi, orzeł zapikował w dół. Troll w niemym przerażeniu na twarzy wyrzucił swą wielką maczugę w powietrze i zaczął uciekać. Czy jednak paskudny troll mógł mierzyć się z królewskim ptakiem? Gdy Agnar wstał, by dopomóc swemu wybawcy, został natychmiast zwalony na ziemię, przez uderzenie ciężkiej maczugi, która spadła mu na głowę. Zanim ogarnęła go ciemność, zobaczył szpony potężnego ptaka, z nienawiścią wpite w martwe ciało trolla. Nów – noc walki dobra ze złem, trwała nadal.
* * *
Gdy się ocknął, poczuł dotkliwe zimno oraz szorstki wiatr, dmący wprost w niego. Odkrył, że na czubku głowy ma sporego guza, a resztę twarzy sklepioną zakrzepłą krwią. Ponad sobą widniało mu przejrzyste i idealnie niebieskie niebo, w które Agnar miał wielką ochotę się wpatrywać bez zapamiętania. Gdy usiadł zdziwił się i pomyślał, że zwariował, ponieważ wielki koc szarych chmur rozpościerał się wiele kilometrów... pod nim! Końców tego koca nie było widać i rozciągał się on we wszelkich kierunkach świata. - Może to sen? – zapytał się na głos. Jednak gdy się uszczypał, wszelkie wątpliwości znikły tak szybko, jak szybko pęka bańka mydlana. Siedział na szerokiej półce skalnej, która umoszczona była gałęziami sosny. Stwierdził, że jest to równie dziwne tajemniczą sprawą, albowiem nigdzie w zasięgu wzroku (nawet na innych szczytach górskich) nie mógł dostrzec jakichkolwiek drzew. Nigdzie w pobliżu!? Strażnikowi opadła szczęka. Wszędzie dookoła niego rozlegała się bezkresna przepaść górska, a półka, na której się znajdował, była samotnym odgałęzieniem od potężnego masywu góry. Szczyt ginął gdzieś wysoko ponad nim, natomiast w sporych odległościach od jego skały, z chmur, niczym wieże wyrastały inne czubki i granie górskich szczytów, bujnie upstrzone białym puchem. Znowu w jego głowie rozległ się krzyk zdziwienia, ponieważ na jego półce skalnej nie znajdował się ani jeden płatek śniegowy. Strażnik był bardzo zmartwiony. Nie wiedział gdzie jest, czy plany złowrogich trolli z Królestw zza Gór Cienia powiodły się i przede wszystkim czy końcem końców wciąż żyje? Z rezygnacją usiadł na małym występie i przetarł rękoma twarz. Wiatr ustawicznie kłuł jego zmęczoną twarz i wprowadzał długie, czarne włosy w szalony taniec. Płaszcz ścisnął porządnym, mocnym pasem. Przypomniał sobie ostatnie chwile na polu zboża. Widział pikującego w dół orła i krzyczącego ze strachu trolla. Potem poczuł jakiś otępiający ból w głowie i ciemność zakryła jego umysł. A teraz jest tu. Agnar był bliski rozpaczy i prawdę mówiąc nie wiedział co robić. Perspektywa schodzenia w dół górskiej ściany, stromej jak jego czoło, była naprawdę odpychająca. Po za tym wiał straszny wiatr, a on nie miał ani kawałka liny. Gdyby jeszcze posiadał zręczność elfa mógłby spróbować, ale niestety mężczyzna był człowiekiem. Zupełnie zaskoczony, nagle usłyszał szum rozrywanego powietrza. Dźwięk taki wydają z siebie potężne skrzydła albo miechy kowalskie, których strażnik widział sporo w swoim życiu. Odwrócił się akurat w porę, bowiem zza załomu skały wnet wyłoniło się kilka potężnych, królewskich ptaków. Szczęka strażnika, niemal opadła do ziemi - były to ogromne orły. Wśród nich rozpoznał Gjalpama – dostojnego orła, który walczył na nieboskłonie ze straszliwym sępem Jouhldarem. Był to przyjaciel wszelkiego życia. Obrońca słabych i nieudolnych, gnębiciel zła i plugastwa. Rycerz wśród ptaków. - Witaj człowieku z południa. – rzekł potężny orzeł, kłapiąc swoim dziobem tak ostrym, jak miecz strażnika. – Nazywam się Gjalpam, Orzeł-Obrońca. Wczoraj dzięki mnie uniknąłeś śmierci z rąk strasznych trolli. Maczuga stwora wybiła ci na głowie spory guz i straciłeś dużo krwi, a my – orzeł wskazał głową na swych dwóch towarzyszy. – przynieśliśmy cię tutaj. Powietrze jest tu rzadsze, a krew w żyłach płynie wolniej. Dzięki temu nie wykrwawiłeś się na śmierć. Po za tym im wyżej tym zdrowiej. – Gjalpam puścił mu niewinne „oko”. – Chciałbym poznać twe imię człowieku. Strażnik przestał mrugać oczyma i „zszedł na ziemię”. Odchrząknął dobitnie, poczym przemówił: - Nazywam się Agnar, dostojny orle. Jestem strażnikiem królestwa Gindldoru na wschodzie, sąsiadującym ze złym królestwem Nilfheimu, Weimaru i Borru, które znajdują się za Górami Cienia, a które są ostoją wszelkiego zła i nieszczęścia. Pragnę ci podziękować szlachetny ptaku za ratunek, którego mi udzieliłeś nie zważając na niebezpieczeństwa. Proś teraz o co tylko chcesz, albowiem dług mój nigdy nie zostanie spłacony. – Agnar ukłonił się grzecznie i wyprostowany czekał odpowiedzi trzech królewskich orłów. Orły z kolei były nieco zaskoczone tak dworną i piękną mową człowieka i zaczęły rozmawiać ze sobą w swoim dziwnym języku. Strażnik z niepokojem wyglądał w każdą głowę ptaka, wyczekując odpowiedzi. W końcu jednak Gjalpam powiedział: - Moi bracia nie mogą rozmawiać twoim językiem Agnarze, strażniku. Dlatego też nasza konwersacja jest nieco utrudniona, a ja muszę służyć za tłumacza. Eir, orzeł po lewej – Gjalpam skinął głową na towarzysza. – pragnie cię poznać bliżej. Wspólnie proponujemy ci, abyś udał się z nami do naszego królestwa w przestworzach. Poleć z nami do Sessumniru. Jeśli jednak wybierzesz ziemię i problemy ziemskiego świata, odprowadzimy cię na miejsce. Jaka jest twoja odpowiedź Agnarze, strażniku Gindldoru? – trzy pary ptasich oczu wpiły się w mężczyznę tak intensywnie, że Agnar czuł ich bolesne ukąszenia. Mężczyzna przewidział taki obrót sytuacji i miał na nią przygotowaną odpowiedź. Jednak gdy orzeł zapewnił go o jego bezpieczeństwie i gwarancji powrotu, zmienił taktykę. Agnar był człowiekiem różniącym się od ogółu ludzi. Wolał przygodę i dreszcz emocji, przedkładał niewygody i cierpliwość, a także trud i znój nad szczęście i dobrobyt. Właśnie tacy byli strażnicy. Ludzie ci wyrzekli się wygód i bogactwa, nie znali też takich pojęć, jak przywiązanie i miłość. Ich jedyną ścieżką i miłością był szlak i przygoda. W jednym miejscu zatrzymywali się najwyżej na kilka godzin. Byli w ustawicznym ruchu i nie umieli się zagospodarowywać. Byli nomadami, lecz nigdy nie wędrowali w grupach. Samotność była ich największą przyjaciółką, która nigdy ich nie opuszczała. Nawet w snach. W tym momencie nad racjonalną decyzją przeważyła nieokiełznana część jego duszy. Agnar podświadomie, od początku rozmowy wiedział, jaką decyzję podejmie. Czuł, że musi polecieć do królestwa orłów, czuł że musi zobaczyć podniebne gniazdo tysiąca ptaków, że musi zgłębić o nich wiedzę, a może i nawet pozyskać wśród nich swych przyjaciół? - Dziękuję potężny ptaku – przemówił człowiek - z chęcią poznam wasze zwyczaje i poznajomię się z waszymi braćmi, szczególnie z serdecznym orłem Eirem. – orzeł uśmiechnął się szeroko na tyle, na ile pozwalał mu jego twardy dziób. – Zatem w drogę potężne ptaki, władcy wiatrów i górskich szczytów. Niech wiatr znów zmrozi mą twarz. Eir nadstawił grzbietu i Agnar delikatnie usadowił się pomiędzy ogromnymi skrzydłami ptaka. Wkrótce wszyscy wzbili się w przestworza, a wiatr –zgodnie z życzeniem strażnika- mroził ich głowy. Strażnikowi podróż zdawała się być snem na jawie. Nigdy nie spodziewał się ujrzeć tak pięknych widoków, ani nie śmiał nawet przypuszczać, że będzie rozmawiał z samym Gjalpamem – symbolem wierzeń licznych religii świata. Z zachwytem pochłaniał szczyty górskie, ginące w kłębowisku głębokiego dywanu chmur. Wiatr świszczał mu w uszach i wyciskał liczne łzy, jednak urzeczony fantastyczną przygodą, radował się z niej w duszy i w sercu. Po kilku godzinach lotu, strażnik – pierwszy człowiek i śmiertelnik z ziemi, zobaczył królestwo orłów – Sessumnir. Była to wielka góra, tak olbrzymia, że wszystkie pozostałe gdyby połączyć w jedną całość, na pewno nie stanowiłyby ani połowy tej jednej skały. W licznych graniach i urwiskach, a także półkach skalnych i szczytach ostrych jak brzytwa, znajdowały się liczne wgłębienia i jaskinie. Ptaki powoli zniżały swój lot, zataczając spirale wokół góry, pozwalając człowiekowi zobaczyć ogrom ich królestwa. Istotnie, strażnik z Gindldoru był pod wielkim wrażeniem. W tej chwili przeżywał swoją najlepszą przygodę życia i gdyby jawa okazałby się snem, na pewno nie żałowałby go. Całą górę, niczym poruszający się tuman kurzu oblatywały setki orłów, przy akompaniamencie ich barwnych dźwiękach rozmów. Po chwili wlecieli w najwyższe fragmenty pierzastych chmur, stopniowo przecinając ich szare warstwy, które czasem były zaledwie mgiełką, a czasem nieprzeniknioną ścianą bieli. - Ta góra nazywa się Skuld, Przeznaczenie. Leży daleko na południowym wschodzie, w pobliżu Gór Cienia, jednak żaden ork czy troll z przełęczy nie zdołałby jej dostrzec. Od reszty świata odgradza ją kolisty łańcuch górski. Za chwilę staniesz przed władcą góry, który jest ojcem wszystkich orłów. Zachowuj się dwornie, grzecznie i poważnie przy Manirze, najpotężniejszym z potężnych. Orły lubią, gdy tak się do nich zwraca. – wytłumaczył strażnikowi Gjalpam. – Potem spotkamy się wszyscy i będziemy jeść i rozmawiać. Agnar bez słowa protestu przystał na tę propozycję i czując w sobie niesamowitą euforię czuł, że jego przygoda nie zakończy się na przyjaźni z Manirem, Eirem, Gjalpamem i innymi wieloma orłami.
* * *
W Sessumnirze czas płynął wolniej. Agnar był pewien, że już od kilku tygodni gości w orlim królestwie, jednak w rzeczywistości minęły zaledwie cztery ziemskie doby. W głębi góry, kilometrami ciągnęły się tunele, które zawijasami prowadziły w głąb masywu skały. W środku góry, nagle otwierała się ogromna przestrzeń, a po jej środku, niczym cokół wznosił się samotny monument, który zwieńczony był olbrzymim gniazdem – tronem Menira, władcy orłów. Był to orzeł wyjątkowo wielki, albowiem prawie trzykrotnie przewyższał największe orły. Człowiekowi zdawał się być większy od olbrzyma. Był to ptak tak potężny, że nawet okrutny troll z Nilfheimu – Okolner, nie mógł się z nim mierzyć. Był to mądry orzeł, który na swym siwym karku miał już wyrzezanych wiele zim. Był stary, lecz wciąż majestatyczny, jak dąb. Białe jak mleko pióra okalały tę potężną sylwetkę, a gdy Menir brał zamach skrzydeł (choćby najmniejszy) powodował istny huragan. Strażnik zaprzyjaźnił się również z Eirem – młodym orłem, z którym Agnar szybko nawiązał wspólne tematy. Często przesiadywał razem z Eirem i Gjalpamem na samotnej półce skalnej, którą upodobali sobie na wieczorne pogawędki i podziwiali z niej barwne zachody słońca, pośród ścian białych chmur, a także przyjemnym szumie oblatujących górę Skuld ptaków.…