Fantastyka · 14 min czytania
Wielki Tydzień (Środa cz.2)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Pamiętam jeszcze coś z środy, a może chcę pamiętać by nie żyć już teraźniejszym. Przed minutą nastał dla mnie i kilku innych ludzi w schronisku czwartek. Według prostych obliczeń pozostało nam jeszcze dziewięćdziesiąt trzy godziny i trzydzieści trzy minuty. Rozejrzałem się po sali, w której kominku drewno powoli się spalało podnosząc mile temperaturę otoczenia. Jan siedział w kącie coś mrucząc do siebie a nad nim stała dziewczyna w kapturze na głowie i złożywszy ręce do modlitwy prawdopodobnie się modliła. Było jeszcze małżeństwo – mąż dokładał do kominka, żona siedziała i czekała na niego by się przytulił. Matka z córką próbowały znaleźć jakąkolwiek nadającą stację radiową w radio, które przyniosłem z samochodu. Tak, samochodu.
Kiedy z Janem ruszyliśmy w stronę schroniska usłyszeliśmy za sobą warkot silnika. Zobaczyłem transita trąbiącego na nas i świecącego długimi światłami. Popatrzyliśmy na siebie z księdzem, lecz nie odezwaliśmy się słowem. Każdy z nas zastanawiał się wtedy na pewno czy transit wiezie jakieś dobro w sobie czy, jak się bardziej obawialiśmy zło. Gdy zatrzymał się przy nas z piskiem opon, natychmiast otworzyły się drzwi i wyskoczyła z nich dziewczyna, która stoi teraz nad Janem i modli się przy nim. Od początku mi się coś w niej nie podobało. Nie dość, że oczy ukrywała za szpanerskimi okularami przeciwsłonecznymi to jeszcze ta dziwna blizna na prawym policzku. Kierowca, w tej chwili nie ma go w izbie, z uśmiechem powiedział żebyśmy wskakiwali i że bardzo się cieszy, że nas widzi. - Mało nas zostało – powiedział i dokończył – w kupie raźniej. Wyciągnął z kieszeni koszuli foxa i sięgnął po zapalniczkę. Dziewczyna w okularach i z blizną na policzku szepnęła coś do ucha Jana i wtedy on ostatni raz na mnie popatrzył. Od tego czasu nawet się do mnie odezwał. Próbowałem podchodzić do niego po kilka razy, lecz ten na mój widok tylko obracał się plecami. Starałem się zrozumieć tę nagłą zmianę, lecz postanowiłem wpierw porozmawiać z dziewczyną. Usiedliśmy na tylnym siedzeniu rozdzieleni matką i córką, te spoglądały w moją stronę uśmiechając się przez dłuższy czas by w końcu się odezwać. - Z daleka jesteście? – zapytała córka Popatrzyłem na nią, lecz nie chciałem nawet spojrzeć w jej oczy. Powoli dar stawał się dla mnie przekleństwem. Przekonywałem się przez te dni, że kiedy nie pomaga mi osiągnąć celu finansowego nie daje mi on także satysfakcji. Nie chcę widzieć już żadnej zakrwawionej, umierającej matki trzymającej w ramionach swoje na wpół żywe dziecko. Mam dość również apokaliptycznych wizji końca tego pieprzonego świata, który i tak za chwilę się skończy. Zerknąłem na zegarek – dochodzi kwadrans po północy.
Wtedy również w samochodzie spojrzałem na zegarek córki. Wskazówki zatrzymały się na godzinie dziesiątej, prawdopodobnie przez uderzenie nim o cokolwiek, o czym świadczyło pękniecie na szybce. - Jesteśmy stąd – odpowiedziałem wtedy. Dziewczyna w kapturze na moment przerwała rozmowę z Janem jakby słysząc moje słowa i po chwili znów kontynuowała z nim cichą konwersację. Panie widocznie nie chciały ze mną już dłużej rozmawiać, prawdopodobnie zadowolone z odpowiedzi i zaczęły rozmawiać między sobą o ostatniej wyprzedaży w Galerii. - Spotkaliście kogokolwiek po drodze? – zapytał mnie w końcu kierowca. - Nikogo – skłamałem myśląc o Łukaszu z dziurą w głowie. Kierowca wyciągnął w moją stronę rękę z niezapalonym foxem i ponownie się uśmiechnął. - W końcu to nie mój interes, prawda? – kolejny uśmiech. - Jedziecie do schroniska? – zmieniłem temat jednocześnie uspakajając się że zmierzamy w tym samym kierunku. - Tak – odpowiedział i wyciągnął rękę wskazując na pusty fotel pasażera – wskakuj, pogadamy. Szybko przedostałem się na fotel obok kierowcy zostawiając za sobą Jana i całą nawiedzoną świtę. - Gabriel – wyciągnąłem dłoń w jego stronę. Popatrzył na mnie nie uśmiechając się i wyciągnął swoją. - Piotr – uścisnął i w końcu się uśmiechnął wskazując na pozostałych - matka to Anna, córka to Andżelika. Uśmiechnąłem się i rozsiadłem się w fotelu. - Takie nie-anonimowe-AA – burknąłem i parsknąłem ze śmiechu. Odwróciłem się sprawdzić czy przypadkiem mnie nie usłyszały i zobaczyłem młodą parę, która przytulała się do siebie. - A ci? – zapytałem Piotra - Nowakowie, w sobotę mają się pobrać – Piotr nie spuszczał wzroku z drogi. –A twój przyjaciel? - Jan, ksiądz – odpowiedziałem – to znaczy był kiedyś księdzem. Odwróciłem się teraz by popatrzyć na swojego towarzysza, lecz ten zajęty był rozmową z dziewczyną w kapturze. - A ta – zapytałem – ta, co rozmawia z Janem? - Rozmawia? –zdziwił się Piotr i obrócił się sprawdzić. Dziewczyna w kapturze cały czas szeptała coś Janowi do ucha a ten zerkał, co chwila w stronę szoferki gdzie siedziałem z Piotrem. - O to ci niespodzianka – Piotr z powrotem obserwował drogę – niemowa okazała się bardzo rozgadana. - Niemowa? – zdziwiłem się - Od momentu jak ją zgarnęliśmy wczoraj wieczorem nie odezwała się ani słowem. Pomyślałem, więc że niemowa i dałem jej spokój. A jak drżała z zimna stojąc na śniegu w samym szlafroku, mówię ci – spojrzał na mnie – ciarki mnie samego przebiegły, kurka wodna. - W szlafroku? - Dałem jej ubranie po swojej żonie – uśmiech znikł z jego twarzy – kurka wodna. Nie żyje, pomyślałem. Nie chciałem dowiadywać się, dlaczego i może, w jaki sposób – nie obchodziło mnie to. W samochodzie pomimo tego, że brakowało muzyki z radio, było bardzo ciepło i przytulnie, a poza tym nie musiałem już wspinać się do tego przeklętego schroniska. Rozsiadłem się wygodnie i zamknąłem oczy. - Zmęczony? – usłyszałem głos Piotra - Pewnie – odpowiedziałem nie otwierając oczu – jak jasna cholera. Zaśmiał się i w tym momencie coś szarpnęło fotel, na którym siedziałem. Otworzyłem oczy i nas sobą ujrzałem koci pyszczek szczerzący do mnie swoje kiełki. Krzyknąłem. - Nie bój się – uspokoił Piotr – Albert nic ci nie zrobi. - To nie oto chodzi – wyciągnąłem ręce by pochwycić zwierzaka – lubię koty, tylko troszkę jestem zdziwiony na jego widok. - Czemu? – teraz zdziwił się Piotr. Chwyciłem Alberta w swoje ręce i głaszcząc go po głowie przycisnąłem do siebie. - Nie wiesz może, że wszystkie zwierzaki padły – powtórzyłem zasłyszane słowa z celi. - Nie - No to już wiesz, zresztą – popatrzyłem w jego stronę przyciskając pyszczek kota do swojej twarzy – nas już też by to samo spotkało gdyby to była prawda. Też jesteśmy... - ...zwierzętami – dokończył kierowca. - Dokładnie – przytuliłem Alberta do siebie nie przestając głaskać go po głowie. - Zbliżamy się – oznajmił Piotr wskazując na wychylające się zza drzew kształty schroniska. Wpierw zobaczyliśmy wieżyczkę a potem spadzisty dach sięgający prawie podłoża. Wszystkie okna były ciemne. Nikogo nie było w środku jak później się przekonaliśmy stając się jego jedynymi lokatorami. Do budynku można było dostać się trzema wejściami, z czego dwa były zamknięte na kłódkę a tylko jedno na zwyczajny zamek w drzwiach, które z łatwością wyważyliśmy. Pierwszy wszedł Piotr a ja za nim zostawiając za sobą śpiącą grupkę w…