Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 22 min czytania

Wierny kompan.

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Właśnie skończyłem odbywać karę w zakładzie karnym o zaostrzonym rygorze. Siedziałem za morderstwo, cóż jestem tylko człowiekiem, w dodatku trochę wybuchowym, albo nawet bardzo, zależy jak na to spojrzeć, nie jest to może dobra cecha, ale po kimś to musiałem odziedziczyć. Tak przynajmniej twierdzą uczeni. Nie zamierzałem tego zrobić, ale nie miał mnie kto powstrzymać, biała gorączka jak to mawiają. Chłopak trochę przesadził z wypowiedziami na mój temat no i nie wytrzymałem. Wcześniej się nie znaliśmy. Był to jakiś koncert czy impreza. W takich miejscach zawsze można spotkać dużo ciekawych osób, które po wypiciu są otwarte jak klapa sedesu podczas szczania. Samego zdarzenia nie pamiętam. Gdy go znaleźli miał całą twarz napuchniętą, brakowało mu w kilku miejscach zęba, tak że ciężko go było rozpoznać. W sądzie uznali mnie za winnego po zeznaniach świadków. Dostałem 15 lat, a teraz w końcu czuje smak wolności, jej zapach, chyba nie ma nic lepszego niż wolność. Wie to każde zwierzę i każdy recydywa. W sumie 15 lat to dużo życia, ale przeleciało. Miałem pokój, łazienkę, prycze, gówniane żarcie i zero problemów, no może jeden, nie zostać dziwką dla tych napalonych, zrytych od sterydów kulturystów. Teraz mając czterdziestkę chyba zmądrzałem. Czego jak czego ale wolnego czasu do myślenia mi nie brakowało. Czy pomogła mi w tym resocjalizacja?? Chyba nie, z resztą to tylko ściema, jeśli sam nie chcesz nic zmienić to się możesz podetrzeć resocjalizacją. Tyle że ja jestem już wolny, nie licząc tego pierdolonego prawa. Przed bramą czeka Grant mój stary znajomy. Na nikogo innego nie mogłem liczyć. Żony, a co dopiero dzieci nie mam, nie zdążyłem przed odsiadką znaleźć kogoś kto mnie nie będzie wkurwiał a wręcz przeciwnie. Rodzice po wyjściu z sali rozpraw zapomnieli o moim istnieniu. Ojciec stwierdził ,że nie tak mnie wychował i ,że od dziś ma w dupie co się ze mną stanie. Dobrze że chociaż Grant o mnie nie zapomniał. Nie było go przy tym jak masakrowałem tego dupka może inaczej to by się skończyło. Znamy się od technikum. Lepszy jeden porządny przyjaciel, niż fura pieniędzy. Przyjaźni nie da się kupić, trzeba na nią zasłużyć. Przecież nie wejdziesz do sklepu i powiesz poproszę dwóch przyjaciół , a potem usłyszysz, że w abonamencie będzie taniej. Ostatni raz był u mnie na widzeniu kilka lat temu, ale potem wyjechał za granicę, i nie dawno wrócił. Pamiętał że wychodzę i postanowił pomóc staremu druhowi, choć myślałem, że będę musiał sobie radzić sam. Kurcze tyle lat a nic się nie zmienił. Wysoki, barczysty, zawsze spokojny wyraz twarzy, wydawać by się mogło, że nic go już w życiu nie zaskoczy. Dba chyba o formę bo trochę mu ubyło brzuszka, najwidoczniej już tak na niego laski nie lecą. Z za myślenia wyrwał mnie głos Granta:

- James, kurna kopa lat, odsiadka chyba Ci służy - zaśmiał się, ukazując przy tym stan swojego uzębienia.

- Taak... Żebyś kurwa wiedział, spadajmy stąd jak najszybciej, już mam dość tego zamknięcia, czy wyglądam na tygrysa żeby mnie trzymać w klatce? - zapytałem uśmiechając się

- Bardziej to mi wyglądasz na brzydkie kaczątko - odparł - z resztą pakuj się do wozu, nie ma na co czekać.

Wsiedliśmy. Rzuciłem cały mój dorobek na tylne siedzenie, jedna starawa torba z ubraniami, które nadają się już do lamusa chyba że ktoś lubi późne lata dziewięćdziesiąte. Odpalił silnik, obudziło się dzikie zwierzę drzemiące w Jego czarnym bmw, a 420 koni pięknie grało na cylindrach, cóż to przyjemny dźwięk. Włączył muzykę, i ruszyliśmy spod więzienia na główną drogę. Mieszkał jakieś pięćset kilometrów stąd i pozwolił mi chwile u niego pomieszkać dopóki czegoś nie znajdę. Po powrocie postanowił zmienić otoczenie dlatego wyprowadził się na drugi koniec kraju, co było mi na rękę, bo teraz i Ja zaczynałem od zera. Droga mijała nam spokojnie, zatrzymaliśmy sie dwa razy zatankować, gdyż takie stado koni potrafi dużo wypić. Przez całą podróż opowiadał mi co się zmieniło pod moją nie obecność. Po sześciu godzinach dojechaliśmy na miejsce. Grant posiadał nie duży jednorodzinny domek, 3 pokoje, łazienka, toaleta, salon, kuchnia. W środku nawet przytulnie choć widać było brak kobiecej ręki. Przechodząc koło kuchni zapytałem;

- Jest tu coś do żarcia, dawno nie miałem nic normalnego w ustach?

- Masz cholerne szczęście bo wczoraj robiłem większe zakupy. Wszystko jest w kuchni tylko musisz dobrze poszukać. Gdy to układałem byłem lekko niedysponowany.

- Rozumiem, a co to była za okazja? - zapytałem i puściłem mu oko.

- Środa kolego, środa. A i nie czekaj na mnie z kolacją bo muszę parę spraw załatwić na mieście- powiedział po czym wyszedł. Zjadłem sam i udałem się na górę do siebie. W pokoju, który sobie wybrałem stało łóżko, szafa i stolik. Wystarczająco jak na początek- pomyślałem i poszedłem spać.

**********************************

Kolejny zakręt został pochłonięty przez niego niczym przez lwa zwierzyna. Właśnie jechał subaru imprezą wrc w rajdzie Szwecji, cały czas skupiał się żeby nie wypaść z trasy, słuchał pilota choć wolałby jechać na ślepo, większa adrenalina, lepsza zabawa. Dobrze mu szło, był liderem rajdu, a został mu tylko jeden oes. Po jego minie widać było, że jest szczęśliwy. Mijał kolejne zakręty z dziecinną łatwością, czuł już smak zwycięstwa. Właśnie zwalnia przed zakrętem, szybko redukuje biegi, wychodzi z niego w sposób wręcz książkowy, jest na ostatniej prostej i słyszy ciche dzyń, dzyń które z każdą chwilą staje się coraz głośniejsze i coraz to bardziej wkurwiające, niczym ząb który wierci w mózgu dziurę, dopóki się z nim nie zrobi porządku. Kurwa co jest- pomyślał- dlaczego właśnie teraz. Chciał żeby to mu się wydawało, ale to dzyń, dzyń nie ustępowało. Powoli otworzył oczy, przetoczył się na drugi bok i spojrzał na stolik nocny. Pieprzony telefon, po co on komu? Może i ułatwia życie, ale mając go cały czas jesteś kontrolowany, niczym wieloryb z wstrzykniętym gps- em. Możesz być na drugim końcu świata, a i tak jest grupa ludzi, która wie gdzie jesteś, a Ty nie znasz ani jednego z nich co jest największą porażką. Sen był wspaniały ,ale ktoś właśnie mu przerwał co zapewne nie poprawiło mu humoru. Spojrzał na wyświetlacz, nie znał numeru. Kurwa, kto o tej porze może chcieć coś ode mnie?- pomyślał, ziewnął i odebrał.

- Halo, kto mówi?

- Możesz zaczynać- powiedział głos po czym się rozłączył.

- Halo, jest tam kto? - zawołał jeszcze, ale nie otrzymał odpowiedzi, tylko pusty sygnał.

Rozłączył się, chwilę pomyślał, chyba skumał o co chodzi bo po odłożeniu tego ustrojstwa zaśmiał się szyderczo. Po tej informacji odechciało mu się spać. Poszedł się pakować.

***********************************************

Obudziłem się następnego dnia coś koło godziny ósmej, dawno nie spało mi się tak dobrze, i tak długo. Grant już się krzątał po domu. Ciekawe o której wczoraj wrócił, skoro już jest w formie. Otworzył drzwi do mojego pokoju i powiedział:

- Pilnuj domu ja idę do roboty, będę wieczór chyba ,że znowu ktoś coś spierdoli, a nienawidzę poprawek.

- Nie martw się w tej mieścinie nic mi i temu domowi chyba nie grozi?

- Zdziwiłbyś się - odpowiedział i znikł mi z oczu. No to mam wolną chatę, normalnie w takiej sytuacji zrobiłbym gruby melanż tylko ,że teraz co najwyżej mogłem pić sam do siebie, co nie było zbyt dobrym pomysłem na spędzenie dnia, bądź jego zmarnowanie.

Postanowiłem pójść na miasto zrobić jakieś większe zakupy, jeśli w ogóle są tu sklepy, a potrzebowałem kilku rzeczy bo wyszedłem z paki praktycznie jak naturysta. Poszedłem pod prysznic. Strumień gorącej wody od razu poprawił mi nastrój. Jak to jest że jednym do poprawienia nastroju potrzebne jest Ferrari lub jakaś cycata lala? A mi tylko woda, czyżby zapomnieli jakie wartość w życiu są najważniejsze, szczęścia przecież nie da się kupić, bo w każdym z nas ono jest, tylko nie każdy umie po nie sięgnąć w głąb siebie. Dobra prysznic zrobiony, jeszcze tylko śniadanko i można będzie ruszać na podbój tego zadupia. O 10 wyszedłem z domu. Słońce świeciło pełnym blaskiem jakby chciało wszystkich dziś usmażyć, by czuli się jak boczek na grillu, ciepło ciągle z Ciebie kapie, a na dodatek ciągle ktoś Cię obraca, tylko polewanie piwem jest czymś miłym. Wiedziałem gdzie znajduje się rynek, zapoznałem się rano w topografią okolicy, która składała się z jednej głównej ulicy i kilku bocznych. Nie spieszyło mi się bo niby gdzie? Do grobu? Jeszcze mi tam nie śpieszno, tyle co wyszedłem z czyśćca. Cały czas ktoś mnie wyprzedzał zadumany z poważną miną. W ogóle wszyscy jakoś zapierniczają jakby ich ktoś ponakręcał jak stary budzik, myślą że wyprzedzą czas czy jak?. Co to za życie? Czy już tylko wyścig. Im bliżej rynku tym było coraz głośniej, wszędzie klaksony, muzyka na każdym kroku, ludzie próbujących przez ten zamęt się porozumieć, nawet własnych myśli nie słychać w tym hałasie, a gdzie się podział spokój i cisza. Z tego co zaobserwowałem wszyscy ludzie gdzieś pędzą, nie wiem dokąd, lecz widać że robią to od dawna. Jakby byli zaprogramowani, niczym roboty. Te same miejsca, ludzie, rzeczy które wykonują, nie zmienia się nic tylko ubiór. Co nie zwalnia ich z myślenia, a może już nie muszą myśleć bo i tak robią ciągle to samo. Nie różniło się to prawie niczym od odsiadki, no może jednym, tam miałem tylko jeden garnitur w czarno białe paski. Gdzie ten świat i Ci ludzie tak się spieszą? Czasu przecież nie da się wyprzedzić. Nie spodobało mi się to, nie chciałem tak jak oni zapomnieć o czymś ważnym, o samym sobie. Zakupy uznałem za udane, nawet wyrwałem jedną z ekspedientek. Jeszcze nie zapomniałem jak się podrywa laski. Z zamyślenia wyrwał mnie pisk opon.

- Jak chodzisz debilu- zawołał jakiś smarkacz z siedzenia pasażera, wyglądał może na dwadzieścia lat.

- Pierdol się- odkrzyknąłem, i pokazałem małolatowi środkowy palec. Lepiej żeby mnie nie drażnił bo mu wsadzę oczy do tyłka ,żeby w końcu zobaczyły prawdziwy świat. Ruszyłem w drogę powrotną starając się zbytnio o niczym nie myśleć.

****************************************

Ruszył godzinę po telefonie, czekała go kilku godzinna podróż samochodem. To był najprzyjemniejszy aspekt wyprawy, wiedział gdzie jechać, i co ma zrobić. Był nadzwyczajnie pobudzony, w końcu ileż można czekać. Po jakichś trzech godzinach zatrzymał się na stacji benzynowej, z myślą o zapasie red bulla i toalecie. Po zrobieniu zakupów udał się do toalety. Podczas mycia rąk ujrzał swoje odbicie w lustrze. Prawie sześćdziesiąt lat na karku, lecz wigoru mógł mu pozazdrościć nie jeden, lekki siwy zarost, na głowie czapka zakrywająca to co zostało mu po włosach, oczy trochę…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Wierny kompan. — czytnik · opowiadania