Filozofia · 7 min czytania
Wierzący
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wierzył. Wierzył mocno i głęboko. Wierzył w potęgę ludzkiego rozumu i ponadczasową siłę emocji. Wierzył w to, że jest panem własnego losu i samodzielnie stawia kroki po ścieżce życia. Wierzył w marzenia i spełnienie snów, w gwiazdozbiór wielkich idei i patos słów. Wierzył w miłość od pierwszego wejrzenia, w wspólny los ludzkości, wypływający z jakichś pradawnych przeznaczeń i w powołanie pojedynczego człowieka do rozkwitnięcia w kwiecie chwały. Wierzył, ale brakowało mu wiary.
Puszysty koc śniegu przykrywał ulice miasta, mieniąc się różnymi odcieniami błękitu. Chłodny powiew zimowego wiatru lekko poruszał konarami drzew, by potem delikatnie muskać twarze z rzadka pojawiających się przechodniów. Jasność dnia powoli ustępowała, a na nieboskłonie zaczęły pojawiać się pierwsze gwiazdy. Gdzieś w oddali, w malowniczym pejzażu rysowanym płatkami śniegu, pośród zgiełku, przejeżdżających samochodów i odgłosów stawianych stóp na zamarzniętym gruncie, można było usłyszeć dzwony dochodzące z starej, gotyckiej katedry. Wejdę. Wszedł do knajpy. Ogrzewał przemarznięte do szpiku kości ręce, ocierając je o kufel grzanego piwa. Myślę, więc jestem, jestem bo chcę i mam, co chcę. Wierzył, że jest kowalem losu, wytrawnym graczem życia, rozdającym karty. Wierzył w szczęście, które może sobie sam zapewnić, wierzył w dobry los i szczęśliwy traf. Wierzył w swą boskość i upajał się nią. Mylił się.
Brnął przez lodową pustynię, przez pokryty grubą warstwą śliskiego lodu chodnik. Z każdym krokiem był bliżej celu, ale cały czas balansował na wąskiej granicy upadku i równowagi. W końcu but podwinął się, a ciało runęło i bezwładnie opadło na ziemię. Już miał się podnieść, już miał wykrzesać w sobie tyle siły i determinacji by powstać, gdy nagle ktoś chwycił go pod ramię i pomógł wstać na nogi. Tak synu, pamiętaj, najtrudniejsze jest pierwsze sto lat, wypchaj kamień na szczyt, a potem schodź z góry, zbiegaj beztrosko i bez wysiłku. Zdążył spojrzeć mu w oczy. Zobaczył żarzący się ogień, poczuł przeszywające ciepło, jakąś dziwną, nieopisaną aurę. Potem widział już tylko plecy oddalającego się człowieka w brązowym habicie. Osłupienie szybko minęło, miał przecież do załatwienia ważną sprawę, bardzo ważną. Tłumaczył ją sobie potem potrzebami fizjologicznymi, impulsywnością organizmu, na którą nie ma wpływu. Sam przed sobą szukał usprawiedliwienia. Nie wiedział dlaczego. Przecież kobiety lekkich obyczajów lubują się w bezwstydnych czynach. Muszą to lubić, bo to pewno dla nich dobre, a co dobre, to przecież moralne. Moralność jest dozwolona. Nie zrobił nic złego. Wierzył w miłość bliźniego, w powszechną tolerancję dla tego co złe i dobre, w słuszność, niezawodnego przecież, ludzkiego rozumu. Wmawiał sobie, że wierzy w te wszystkie bzdury. Sam nie wiedział jak bardzo się myli.
Czarna płachta nocy oplotła firmament, a gwiazdy wyznaczały podróżnym drogę po nieboskłonie. Płatki śniegu uderzały o szybę samochodu, by zaraz ustąpić pociągnięciom wycieraczki. Siedział w środku, za kierownicą. Jego umysł był zupełnie gdzie indziej. Dryfował gdzieś po morzu…