Fantasy · 42 min czytania
Wieści (Zapomniane przekleństwo II)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Zima zbliżała się wielkimi krokami. Rankiem słońce czasem witały posrebrzone szronem kamyczki na drogach i brukowanych uliczkach miasta. Mróz nie okazywał szacunku nawet królewskiej siedzibie w Ylitorn - jeszcze nie co noc, ale czasem drobinki chłodu osiadały pod osłoną mroku na szarych kamieniach wielkiego zamku w centrum grodu. Porywisty wiatr z północy poświstywał wieczorami w korytarzach, wdzierając się między mury przez szczeliny w okiennicach. Rośliny także żegnały już odchodzący rok, jak kobiety w żałobie porzucając swe kolorowe odzienia. Rozganiane wiatrem resztki liści szarzały i czerniały w królewskich ogrodach, po klombach kwiatów pozostało już tylko wspomnienie i puste rabatki. Ogrodnicy, po ostatnich zabiegach przy szykujących się do zimowego spoczynku podopiecznych, przysiedli przy kominkach w karczmach, czekając wiosennego natłoku obowiązków, lub zajmowali się na czas najbliższych miesięcy inną robotą. Choć prawdziwa zima nie zastukała jeszcze granatowo sinym palcem w odrzwia, ludzie i przyroda byli już na te dźwięki przygotowani. Cedrik kręcił się po korytarzach, nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca. Wszyscy mieszkańcy zamku podzielali mniej więcej te same uczucia, dla niego jednak sytuacja była jakby inna. Duża część świty, wiedział to, przysiadła przy stołach w oberżach, sącząc grzane wino, przeklinając coraz krótsze dni i wspominając chwile radosnej wiosny, gorącego lata i pełnej rozrywek jesieni, czasu pokazów królewskiej Straży, wyścigów konnych i pełnych rozgardiaszu targów na placach Ylitorn. A gdzie tam miejsce dla Cedrika? Miałby może z koroną na głowie wejść do najgłośniejszej oberży, "Pod wrzeszczącym smokiem", i zażądać gorącego piwa z miodem na koszt karczmarza? Ha! Zrobiłby wejście, temu zaprzeczyć się nie da! Tyle, że część jego doradców nie dałaby mu spokoju przez resztę zimy, jeśli nie przez resztę życia... A starego Aherdiona to chyba śmierć złapałaby w locie, gdy w szoku spadałby z krzesła! Podszedł do wysokiego okna w zewnętrznym murze, ogarnął wzrokiem widoczne budynki. Ylitorn, wielki gród ludzi w Alderze... Jego dom, jego duma, budowany przez wiele pokoleń, zawsze na chwałę króla. Piękne, bogate miejsce, w którym każdy mógł znaleźć zakątek dla siebie. Powinien kochać to miasto. Powinien z uśmiechem zasiadać na tronie i nie tęsknić już za niczym więcej. Tak powtarzali mu w każdym razie doradcy, szepczący mu swoje rady w uszy od tak wielu lat! Wcale nie było łatwo być królem! Jego ojca na tym stanowisku zabrakło, gdy Cedrik miał ledwie dziewięć lat. Matki nie stało już dużo wcześniej. I tak małemu chłopcu wsadzono na głowę koronę, otoczono go wszechobecnymi starszymi przewodnikami, którzy mieli zrobić z niego godnego i odpowiedzialnego władcę. Szarpnął ze złością ciemnofioletową kotarę, przysłaniającą światło nieśmiało wyglądającego zza ciężkich chmur słońca. Dziś Cedrik liczył sobie dziewiętnaście wiosen i jakoś nie wystarczało mu siedzenie w komnacie czy bibliotece. Choć mądrzy doradcy kręcili nosami i porzeklinali jego ciekawość świata, młody król lubił przede wszystkim podróżować. Wedle jego własnego rozeznania, takie nastawienie miało wiele zalet. Mógł poznać inne nacje zamieszkujące kontynent, zdobył przyjaciół, zbliżył ludzi do pustynnej rasy Avregów i wysokiej kultury Dzieci Świtu z południa Aldery i wschodniego kontynentu... No i w końcu Dzieci Zmierzchu! Nazywani w ich własnym języku Idara Denno, byli właściwie jego własnym rozdziałem w dziejach świata. Nigdy wcześniej ludzie nie mieli kontaktu z tym ciemnoskórym odłamem Dzieci Świtu. Dziś, dawniej uważany za drugie przekleństwo gór, ten lud wspaniałych wojowników zamieszkiwał osadę kawałek na wschód od Ylitorn i budował tam zręby własnej historii. Ach, no i jeszcze Khunowie, ale czy ich w ogóle można nazywać nacją? Zamieszkujące północne góry Dhai-kun dzikusy, szkoda o nich mówić! Kap! Nie, o Khunach dawno już nie słyszał. Właściwie w pamięci odgrzebywał tylko jakieś nowiny o bandach napadających ludzkie wioski położone w pobliżu gór. Kap! Ale to jeszcze chyba za życia ojca. Kap! Kap! Na roje wściekłych os! Co tu kapie? Cedrik rozejrzał się wokół siebie, zbadał gzyms okiennicy, przy której stał. Gdy usłyszał kolejną kroplę, przeszedł do następnego okna, zastanawiając się, gdzie mogła zebrać się woda, wytrącająca go teraz z myśli. Nie znalazł niczego, co mogło go zaniepokoić. Kap! A jednak, coś tu się nie zgadzało! Popatrzył za siebie, jakkolwiek bezsensowna wydała mu się obecność wody za plecami. Jeszcze u szczytu zamku mógłby ewentualnie podejrzewać przeciek dachu. Na pohybel dbającym o stan jego siedziby, choć możliwe... Ale... nie kiedy miał nad głową jeszcze kolejne piętra! I oto kilka kroków za sobą zobaczył coś, co zupełnie już nie pasowało do wnętrza korytarza. Obok grubego, pięknego dywanu przykrywajacego kamienną posadzkę, rozlewała się na podłodze niewielka kałuża. Aha! Miał już pewne podejrzenia. Dla pewności obserwował przez chwilę lśniące lustro cieczy i jego okolice. Moment później odrobinę ponad zjawiskiem zaczęła się kondensować z powietrza drobna kropelka. Obracała się szybko w powietrzu, rosnąc, pięknie koncentrując wpadające przez okno promienie późnojesiennego słońca, błyszcząc miniaturową tęczą barw... A potem... Kap! Spadła, tworząc malutkie okręgi na stojącej wodzie. - Hiishi - odezwał się półgłosem, wiedząc, że osoba, do której się zwracał, nie może być daleko. - Gdzie twoi rodzice? Usłyszał cichutki, perlisty śmiech dziecięcego głosiku. Nadal obserwowana kałuża zniknęła w jednej chwili. W powietrzu zebrała się jeszcze jedna kropelka. Kręcąc się powoli, urosła do rozmiarów dużego migdała, nabrała jego kształtu, rozszczepiła światło w wielokolorowe promyczki i pomknęła ku jednej z długich zasłon przy ścianie. - Ładne, prawda? - zza materiału wysunęła się drobna rączka, a za nią malutka czarnowłosa postać. Dziewczynka sięgała mu ledwie do połowy uda, nosiła jasne ubranko, szyte specjalnie dla jej jakże nietypowej budowy i usmiechała się szeroko, niemal aż po dwa ostro zakończone uszka, prezentując równy rządek drobnych ząbków. Śmiały się też brązowe, skośne oczy. - Ładne - skinął głową, wyciągając rękę w kierunku obracającego się świetlistego zjawiska. - Mogę? Kropelka, czy może już raczej kryształek, przefrunęła łagodnie znad wyciągniętej dłoni dziewczynki ku jego palcom. Niesamowite były zdolności Avregów! Chii, matka tej małej, tłumaczyła mu kiedyś zasadę działania ich magii, chociaż mocno wzdragała się przed takim określeniem. Zabawa z twoim własnym postrzeganiem rzeczywistości, mówiła. "Ja tylko każę twojemu umysłowi myśleć, że to widzisz.". Dobrze, a co z tym, że płomień Avregów palił, a ich wytwory, puszczone same sobie, istniały na własną rękę? Chii wzruszała ramionami. Magia, przy tym będzie się upierał! - Gdzie mama, Hiishi? - spytał ponownie, licząc wreszcie na chwilę pogawędki dla zabicia czasu. - Jest w pobliżu stajni - rezolutna siedmiolatka nie pozostawiała swoich wytworów tkwiących absurdalnie w rzeczywistości - świetlisty kryształek raz jeszcze obrócił się w powietrzu, rozsyłając wokół wielobarwny blask, i zniknął bez śladu. - Tata wymyślił sobie ujeżdżanie koni, więc poszli razem. No tak, akurat tego mógł być pewien! Pół-Avreg Sai nie nudzi się nigdy! Nieważne, lato, zima, głód, chłód, czy zmęczenie - ten cwaniaczek zawsze wymyśli coś, żeby zająć sobie czas. I teraz wziął się za królewskie konie, no to rzeczywiście może być godne obejrzenia. Avregowie są z reguły niewysocy, nie osiągają wzrostu ludzkiego czternastolatka. Wierzchowiec może być dla nich niezłym wyzwaniem, a Sai nawet ze swoim mieszanym pochodzeniem nie należał również do gigantów. - Chodźmy też zobaczyć - uśmiechnął się do dziewczynki. - Jak znam twojego tatę, to będzie niezłe przedstawienie. Poszli razem korytarzami - przodem podskakiwała malutka brunetka o ciemnej karnacji, za nią wysoki chłopak o granatowych oczach i rozrzuconych w wiecznym nieładzie brązowych włosach. Król? Tu by podziękował i pozwolił się przenieść na którąś z wąskich uliczek, by w rozgardiaszu miasta puścić wolno myśli i zagrać na harmonijce w jakiejś oberży. Ale nie, nie ma jak podziękować za pochodzenie. Nikt nie zdejmie mu z głowy korony, nawet teraz, gdy złota obręcz tak naprawdę spoczywa na miękkiej poduszce w centralnej sali zamku. Na chwilę mógł teraz zapomnieć o swojej roli. Wyszedł na wewnętrzny plac zamku i podszedł do opartej na drewnianym ogrodzeniu postaci o czarnych warkoczykach pokrywających głowę. Mała magini pogłaskała podbiegającą dziewczynkę po ramieniu. - Bądź pozdrowiona, Chii - przywitał się. - Słyszę, że twój mężczyzna próbuje okiełznać moje konie. - Próbuje - parsknęła, przenosząc na niego głębokie, brązowe spojrzenie. - Dobrze dobierasz słowa, Cedriku! - No wiesz, ćwiczę politykę - wzruszył ramionami i również oparł się na ogrodzeniu. Gdzie jednak Avreżka wsparła łokcie, on mógł ledwie położyć dłonie. - Czy nie wydaje mi się, że Sai jeździł już konno? - Jeżdził - skinęła. - Ale brał sobie kuce, co ledwie od ziemi odrosły, a nie takich buntowników. Tu rozmowę przerwało im wściekłe rżenie, gdy z drzwi stajni w galopie wybiegł czarny ogier o rozwianej jesiennym wiatrem grzywie. Piękny, błyszczący w słońcu koń niósł na grzbiecie niewysoką postać, mocno wczepioną nogami w siodło i maksymalnie skrócone strzemiona. Kary rzucał się wściekle, stawał na zadnich nogach i zamiatał powietrze głową na muskularnej szyi. - Czy tacie nie stanie się krzywda? - rączka dziewuszki powędrowała w nerwach do twarzy. - Nie bój się, Hiishi - odpowiedziała natychmiast troskliwa matka. - Tata nie takie wariactwa już uskuteczniał. - Z tego, co słyszałem, i z tobą nie było najłatwiej - zaśmiał się teraz Cedrik, patrząc dalej na zmagania przyjaciela ze zwierzęciem. - Tak - Chii dmuchnęła w powietrze. - Przy naszym pierwszym spotkaniu próbowałam go zabić. - No wiesz, mamo! - Dlatego ci właśnie mówię: nie martw się o tatę. On ma w sobie jakąś dziwną moc, która wyciąga go całego ze wszystkich szaleństw, w które się pakuje. - Stój, Arden! - król przeskoczył lekko przez drewnianą poręcz i stanął teraz na piasku placu. - Spokój, koniku. Już, spokojnie... Kary powoli przestał się rzucać, jeszcze tylko nerwowo potrząsnął głową i podszedł do wyciągniętej dłoni. Przymknął oczy, zarżał cicho pod dotykiem palców. - Zeskakuj, Sai - fuknął Cedrik, choć kąciki jego warg uniosły się w powstrzymywanym uśmiechu. - Twoja córka się boi. - Słucham, gdy rozkazuje król! - z grzbietu ogiera w jednej chwili zsunął się niewysoki mężczyzna w skórzanej kurtce, ze srebrnym kółeczkiem w zakończonym szpicem uchu i czarnym kucykiem u szczytu głowy. - I dobrze - mruknął jeszcze ubawiony chłopak, zanim przekazał opiekę nad rumakiem przestraszonemu stajennemu, spoglądającemu trwożnie ku szybko umykającej ciemnej sylwetce. - Obie moje gwiazdki już tu! - wykrzyknął jeździec, porywając w ramiona przybyłą z Cedrikiem dziewczynkę. - Jakim szczęśliwym jestem wariatem! Chichot rozbawionej małej i pełen czułości uśmiech większej magini tylko potwierdził to, co ukrywało się w tych słowach. Chii, Sai i Hiishi stanowili piękną jedność na dworze króla Ylitorn. - A że wariat, to pewne - monarcha jednym susem powrócił zza ogrodzenia. - Straszysz mi ludzi, buntujesz konie... Powinienem cię kazać wychłostać, czy co... - Oddaję się pod sprawiedliwy sąd najjaśniejszego pana - gdyby pół-Avreg miał na głowie czapkę z piórem, zamiótłby nią ziemię w głębokim pokłonie. Nie miał. - Pozwolę sobie jeszcze wspomnieć uprowadzenie dwórki sprzed lat - tu wskazał na stojącą u jego boku Chii. - W latach twojego mieszkania w Ylitorn znalazłbym więcej jeszcze - chłopak wzniósł granatowe oczy ku chmurom pędzącym po niebie. - Co cię wzięło na moje biedne koniki? - Głód czynu, złoty mój królu o wejrzeniu kruszącym wolę wroga - raz jeszcze skłonił się głęboko, a jego brązowe oczy rozbłysły wewnętrznym blaskiem. - Wciąż czuję się smoczym jeźdźcem, nie dość mi wszak emocji przynosi siedzenie w karczmie. - Ale też faktycznie często dosiadałeś smoka, jeśli to w ogóle prawda! - Cedrik spuścił wzrok, by nie pokazać iskierek przekory wokół źrenic. Wiedział przecież, jakim oburzeniem zareaguje Sai na takie słowa. Wiedział też, że w czasach, gdy Dzieci Zmierzchu jako jeźdźcy smoków krążyli jeszcze wśród szczytów Dhai-kun, Sai przez jakiś czas krążył wraz z nimi i dosiadał rzeczywiście łuskoskrzydłych jaszczurów. - Panie Ylitorn i Aldery, jasny Cedriku Trzeci, królu o mądrości jak najwyższe skalne turnie w odległych górach - mężczyzna niemal stracił dech. - Niech mi język kołkiem w gębie stanie i więcej słowa nie wymówię, jeśli... - A to już zupełnie niemożliwe - wpadła mu w słowo Chii, pomagając sobie w tym szybkim ciosem łokciem pod żebra mówiącego. - Dobrze - uśmiechnął się teraz Cedrik, zupełnie rozbrojony. - Daj się, czcigodny smoczy jeźdźcu, wraz z towarzyszką i małą gwiazdką, zaprosić na mały posiłek. Tak, i kielich się znajdzie dla strudzonego ujeżdżaniem - dodał szybko, widząc wzniesioną dłoń i pół-otwarte już usta Saia. - Kobierce ci pod stopy, wielki panie Ylitorn - odparł tylko, zanim wszyscy podążyli ku wejściu pomiędzy mury. Skinięcie Cedrika sprowadziło wnet na stoły wyszukane sałatki i grube pajdy chleba. Nie zapomniano o talerzu słodkich ciasteczek dla najmłodszej obecnej i butli przedniego wina z zamkowych piwnic. Aż za łatwo o jedzenie i napitek było czasem dla pół-Avrega, który nie dalej jak dziesięć lat temu przywykł był jeść i pić, co złupił na bandytach Aldery. Odkąd jednak stał się jedną z głównych postaci w walce o wyzwolenie Dzieci Zmierzchu, a potem został przyjacielem króla w Ylitorn, jego życie zmieniło się diametralnie. Teraz jego dni, podobnie jak tę chwilę w sali jadalnej zamku, wypełniły żarty i przekomarzania w gronie bliskich mu osób. Kilkorga tylko brakowało, by nazwał ten moment pełnym szczęściem. Ale i z tymi, wspominanymi czasem wieczorami, choć jeszcze nie miał o tym pojęcia, miał się spotkać wkrótce. Jedli i pili, a czas upływał im na wesołej pogawędce, kiedy do sali wszedł onieśmielony, zgięty wpół sługa, a za nim jeden z tych, którzy mienili się królewskimi doradcami - Zechciej, panie, łaskawie wybaczyć najście - idący krok za służącym mężczyzna pochylił również głowę, nie wstrzymał jednak kroku i podszedł do stołu. Głosy umilkły, Cedrik powstał z miejsca - Co cię zatem sprowadza, Horesie? - Przybył wieśniak z wioski pod Whiswood. Powiada, że chce się widzieć z najjaśniejszym panem, i nie chce sprawy swej wyłuszczyć przed czcigodnym Aherdionem. Mówi, że przewodzi wsi i ma pismo ludzi spod lasu, uprawniające go do rozmowyłw ich imieniu. Próbowaliśmy się go pozbyć, ale uparcie wystaje na dziedzińcu i... - Zamilknij - głos chlopaka nabrał nagle stanowczego zimna, którego nie dałoby się w nim znaleźć w rozmowie z przyjaciółmi. - Zamiast, jako rzeczesz, próbować się go pozbyć, trzeba było z miejsca przybyć do mnie. Na cóż jest król, jeśli nie po to, by wysłuchać mieszkańców? - Ależ, panie najświetniejszy... - tu Hores urwał, zgromiony chmurnym spojrzeniem granatowych oczu. - Nie minie chwila, gdy mogę posłańca przyjąć w gabinecie obok. - Słucham, panie mój - doradca skinął glową i szybciutko wycofał się, nie marnując dłużej ani chwili. - Wyrosłeś, Cedriku - odezwała się teraz półgłosem Chii, biorąc jedno z ciasteczek z talerza stojącego przed córką. - Musiałem w końcu, mała przyjaciółko - król przeczesał palcami zwichrzoną czuprynę. - Sai, otrzyj no twarz, bo niepoważnie wyglądasz z tą śmietaną na policzku, i chodź ze mną. Będziesz chwilę robił za mędrca doradzającego monarsze. - Słucham, panie mój - pół-Avreg przyjął nadętą minę, kopiując Horesa, i przetarł ubrudzony policzek chusteczką ze stołu. Skinął głową rodzinie i podreptał szybko za królem. - Czcigodny Aherdion, niech go świniak kopnie - chłopak wszedł sprężystym krokiem do małej salki z kilkoma krzesłami i strzepnął z rękawów koszuli pył placu na dziedzińcu. - Też z nim nie rozmawiam, gdy nie muszę. A posłaniec... Cóż, niech nawet przyjdzie znowu ktoś biadolić, że mu baba kurę ukradła! Dobre i to, gdy nic się w zamku nie dzieje! - Słucham, panie... - Skończ, Sai, bo ci usta serwetą wyszywaną wypcham! - Nie przystoi chyba, Cedriku - mrugnął szybko z szelmowskim uśmiechem, ale oto do sali wszedł obcy mężczyzna, ucinając zwykłe dla przyjaciół utarczki słowne. - Panie, królu najjaśniejszy - wieśniak rzucił się na kolana. - Ratuj swe ziemie przed złem! - Powstań, człowiecze - głos Cedrika znowu nabrał innego brzmienia. - Co niepokoi mieszkańców spod Whiswood? - Panie łaskawy - wieśniak pozostał na klęćzkach, ledwie uniósł głowę. - Wataha wilków z ostępów leśnych nachodzi regularnie nasze domostwa. Coraz gorzej ze zwierzętami w Terpicach! Jeszcze trochę, a będziemy musieli spać w domach ze świniami i krowami, by uchronić je przed nocnymi napaściami! - Terpice zatem? - Cedrik pochylił się lekko w stronę mówiącego. - Zatem stamtąd pochodzisz? - Tak, panie - człowiek na powrót pochylił czoło, jakby bał się napotkać spojrzenie monarchy - Ale i inne osady cierpią z tego samego powodu, jak słyszałem. - Czegóż zatem oczekujesz po swojej wizycie? - Panie mój - teraz wieśniak zgiął się jeszcze bardziej, jakby zmalał przed rozmówcą. - Martwią mnie twoje słowa - chłopak w istocie potarł dłonią szczękę i rzucił spojrzenie Saiowi, stojącemu w milczeniu u jego boku. - Odejdź sprzed naszego majestatu w spokoju. Nie minie ani dzień, jak zgromadzę oddział Strażników i wyślę do Terpic. Nie będzie się działa krzywda ludziom, ni zwierzętom tam, gdzie sięga moja ręka. - Panie mój! - człowiek podczołgał się teraz, niczym robak, do butów monarchy, i chciał objąć jego nogi w geście poddania. - Posłańcze - zareagował natychmiast obiekt tych zabiegów. - Powstań i odejdź w pokoju. Rozwiążę twoje problemy, ale nie bądź mi w tym przeszkodą! Poseł z Terpic w jednej chwili zerwał się na nogi i niemal uciekł z niewielkiej sali. Cedrik w zamyśleniu potarł dłonią skroń, zanim znowu spojrzał na towarzysza. - Musi być więcej tych wściekłych psów, kiedy ludzie przychodzą już do mnie. Mieszkańcy spod Whiswood potrafią poradzić sobie z kilkoma wilkami, więc to już raczej rzeczywiście stado. Terpice w prostej linii na wschód leżą kilka godzin drogi stąd. Nie chcesz czasem przejechać się w tamtym kierunku? - A co tam będzie po mnie? - pół-Avreg przysiadł teraz na szerokim taborecie, podciągając pod siebie nogi w lekkich skórzanych butach. - czy rzeczywiście nie najlepszym wyjściem będzie po prostu wysłać drużynę Strażników? - Nie rozumiesz, Sai - chłopak usmiechnął się, a jego twarz jakby zajaśniała. - Przecież nudzę się w zamku! Ja wezmę kilkoro ludzi z mieczami i kuszami i taż zabiorę się pod lasy. Nie chcecie mi z Chii i Hiishi towarzyszyć? Póki śniegi nie zamkną nas w murach na dobre! - A tu już inaczej brzmisz, przyjacielu! - czarnowłosy mag klepnął się otwartymi dłońmi po udach. - A to chętnie! Myślę, że i Chii zbrzydły juz zamknięte mury, a Hiishi z racji wieku wciąż głodna jest nowych wrażeń. Pojedźmy! Cedrik posłał człowieka do koszar, by kilkunastu rycerzy gotowało się do drogi, zagrał na nosie statecznym, poważnym doradcom i czcigodnemu Aherdionowi, zostawił dyspozycje na czas swej nieobecności i kazał siodłać konia i przygotować wóz dla towarzyszących mu Avregów. Wyruszyli z rana następnego dnia, wśród brzęku podków na brukowanych uliczkach Ylitorn i szczebitu rozświergotanej emocjami Hiishi. Dziewczynce podobał się strojny wóz, którym podróżowała, dostojność rosłych rumaków i poważnych Strażników z piórami przy hełmach, przepasanych złoto-fioletowymi szarfami - każdy rycerz niósł z dumą kolory swego miasta. Zbrojnych jechało zresztą dwudziestu, bo doradcy nie chcieli nijak puścić króla bez "porządnej obstawy", a Cedrik i tak przypuszczał, że z godzinę po nich wyruszył z Ylitorn kolejny konwój. Gwizdał na poczynania swej gromady starców, która najchętniej zamknęłaby go w komnacie i kazała patrzeć w okno w złotej koronie na brązowych włosach. Nastoletni władca cieszył się świeżym powietrzem i ruchem konia na trakcie. Trzymał wierzchowca w pobliżu wozu, gdzie na przodzie przysiedli przyjaciele. Sai dmuchał wesoło w ustną harmonijkę, nadając wyprawie charakter niemal wycieczki. Kilka godzin przed wieczorem, posileni zjadanymi w siodle lub na zydlu pajdami chleba i kawałkami wędzonego mięsiwa, wjechali pomiędzy chaty Terpic. Mieszkańcy omal nie nakryli głów nogami, zwiedziawszy się, że w wiosce zatrzymał się król. Ten sam posłaniec, który gościł przedtem w Ylitorn, Goret, odstąpił Cedrikowi i Avregom swoje domostwo, Strażnicy rozpalili ogniska i założyli sobie obóz pomiędzy chatami. Dowódca Straży wypytał mieszkańców o kłopoty z wilkami i przygotował rycerzy na odparcie watahy. Ludzie czekali, aż słońce schowa się za horyzontem. Jakoż ledwie srebrna twarz Ibera wychynęła znad drzew lasu, dały się słyszeć