fantastyka · 37 min czytania
Wieża
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Potężne, żelazne drzwi zamknęły się z trzaskiem, ginącym gdzieś wśród szalejącej wichury. Zimny wczesnojesienny deszcz wbijał się w gruby, czarny płaszcz młodego człowieka, który spod krótko przystrzyżonych włosów rzucił ostatnie rozpaczliwe spojrzenie na dumną i groźną wieżę. To, co budziło w przechodniach strach na widok przedwiecznej iglicy, jemu sprawiało przyjemność niczym troskliwy szept matki. Wiele lat temu, gdy po raz pierwszy wszedł w te złowrogie mury, znalazł tam ciepło przyjaźni i nieograniczoną niemal moc, którą właśnie utracił. Mężczyzna otrząsnął się z cudownych wspomnień i ruszył powoli pustą aleją. Woda chlupotała w butach, a zimny wicher złośliwie spychał nań masę mroźnych kropel. Wkrótce znalazł oberżę, w której polecono mu zatrzymać się. „Pod Bluszczem” – głosił szyld. Gdy sięgał już dłonią po klamkę, z zaułka wyskoczyło trzech ubranych na czarno podrostków, których wcześniej nie zauważył. Najwyższy z nich przycisnął go do muru, przykładając nóż do gardła. - Dawaj pieniądze- szepnął drugi, a trzeci rozglądał się wokół. Mężczyzna szybkim ruchem ścisnął dłoń z nożem tak, by odciąć dopływ krwi i wymówił kilka szeleszczących sylab. Nóż wypadł ze sparaliżowanej nagle ręki. - Kutwa mać! – krzyknął dzieciak ze strachem, patrząc na bezwładną dłoń- To chędożony czarownik! Cała trójka wzięła nogi za pas, nie przejmując się leżącym w błocie nożem. Czarownik uśmiechnął się podle. Podniósł nóż – wystarczyło proste zaklęcie ścigające, by ich odnaleźć, ale… Mężczyzna przestał się uśmiechać i wszedł do ciepłej oberży. - Czym, mogę służyć, panie? – spytał oberżysta oceniając na oko majętność klienta. - Pokój na noc- powiedział mężczyzna zachrypniętym głosem – I coś ciepłego do jedzenia. Oberżysta zgiął się w pas i wrócił na zaplecze, a czarownik usiadł pod ścianą, bawiąc się zdobytym nożem. Taak. Umiał rzucać zaklęcia ścigające, nie raz i nie dwa przydały się mu, ale… ale teraz nie mógł rzucić żadnego zaklęcia. Żadnego! Był najlepszym czarownikiem w swoim pokoleniu i był czarownikiem pozbawionym mocy przez Radę Starszych! Młoda służąca podała mu parującą zupę, chleb i ser. Czarownik powstrzymał miotającą nim złość. Mieli rację i mieli prawo. Złamał reguły, a teraz musi zasłużyć, by odzyskać stracone zaufanie. Wiedział, że oberżysta ma przeznaczone dla niego listy z zadaniem. Weźmie je rano i w końcu przekona się, co ma zrobić ,by odzyskać moc, ale dopóki nie wypełni misji będzie zwykłym, bezbronnym śmiertelnikiem. Zjadł posiłek, rozmyślając o czekającej go misji. Wkrótce pojawił się oberżysta. - Mam nadzieję, że smakowała, jaśnie panu, kolacja? – zagadnął gościa uniżenie - Zjadliwa- rzucił czarownik - Czy mógłbym spytać przy okazji o imię jaśnie pana? - Kelsin – odparł czarownik - Mam na zapleczu listy, dla jaśnie pana i …- zaczął oberżysta, ale czarownik przerwał mu. - Dasz mi je jutro. Obudź mnie o świcie, panie gospodarzu i każ przygotować coś na ząb. Oberżysta w ukłonach odprowadził swego gościa do skromnie urządzonego pokoiku: tylko łóżko, krzesło i stoliczek. W żadnym wypadku pomieszczenie nie przypominało luksusowego pokoju z miękkim łożem, pełnego ksiąg i składników tajemniczych eliksirów. Kelsin westchnął ciężko. Rozwiesił przemoczony płaszcz na krześle i poszedł spać. Oberżysta zgodnie z poleceniem obudził go o świcie, przynosząc na tacy śniadanie i dwie zalakowane koperty. Czarownik zjadł posiłek i w zadumie przeczytał listy. Jeden z nich informował go o konieczności długiej podróży, a drugi o zawodzie, jaki sprawił swojemu mistrzowi. Kelsin przeliczył pieniądze, które dostał od gildii i, choć nie znał obowiązujących cen, był pewien, że nie wystarczą na pokrycie kosztów konnej podróży. Musiał iść pieszo. Ze złości, aż go coś ścisnęło w żołądku. To największe poniżenie, jakiego doznał w życiu. Nawet publiczna chłosta bladła przy tym. ON najbardziej obiecujący czarownik Karnal Marszal ma przejść niemal cały kraj PIESZO, bez pomocy magii, by dotrzeć do wpół szalonego maga, o którym nie wiadomo nawet czy żyje! Jak ma się tam dostać? Tak po prostu, na piechotę?! Jak zwykły śmierdzący wieśniak?! ON, który bywał w królewskich pałacach, ma IŚĆ PIESZO?!! To nie do pomyślenia! Można zrozumieć konieczność surowej kary, ale czy muszą wymierzać ją w tak upokarzający sposób?! Dość, szepnął Kelsin w myślach i uspokoił wzburzony ocean uczuć. Ponownie przeczytał oba listy, a na odwrocie jednego z nich znalazł dość dokładną mapę. Powinien opuścić stolicę i ruszyć Królewskim Traktem, kierując się na południe, a potem w Wielkim Lesie skręcić na wschód, w gęstwinę, aż dojdzie do Małej Pustyni, by znaleźć zagubioną w odmętach piasku wieżę szalonego maga. Czarownik złożył delikatnie mapę i wraz z drugim listem włożył za pazuchę. Zszedł na dół, gdzie wypił kieliszek cierpkiego wina i zapłacił za swój pobyt. Sakiewka stała się o wiele lżejsza. Obojętny na wszystko, starając się nie myśleć o poniżeniu, wyszedł na gwarną, nawet o świcie, ulicę. Zręcznie lawirował w sieci wąskich i zaniedbanych uliczek. Starał się nie patrzeć na stosy odpadów, kałuże pomyj i ludzi, którym źle patrzyło z oczu. Skręcał bez namysłu, chociaż był tu po raz pierwszy. Minął dwójkę złodziei okradających jakąś staruszkę i kolejną dwójkę zabawiającą się z jej młodą córką. Chociaż obie rozpaczliwie krzyczały o pomoc, minął je obojętnie. Nie był od leczenia ran świata. Po jakimś czasie dotarł do Bramy Krwi, którą wielu nazywało po prostu Południową. Minął ją i znalazł się w otoczeniu brudnych ziemianek oraz nielicznych drewnianych domów. Pod murami miasta rozrastały się dzielnice najbiedniejszego plebsu. Przez sam środek tego ludzkiego bagna biegł Królewski Trakt, który powoli zaludniał się przygarbionymi do ziemi wieśniakami niosącymi kosze z owocami lub ciągnącymi załadowane po brzegi wózki. Kelsin szedł szybko, starając się trzymać jak najdalej od brudu i szlamu, z niesmakiem mijając śmierdzących potem ludzi. Po godzinie zostawił za sobą miasto i przysiadł pod karłowatym drzewkiem, by dać odpocząć zmęczonym nogom. Jeszcze nigdy nie szedł tak długo na własnych nogach. Stopy nieprzywykłe do marszu promieniowały bólem, a pięt nawet nie czuł. Z radością odpoczął na trawie, wdychając kojący zapach kwiatów ramisz rosnących dookoła. Został pozbawiony mocy i przyjaciół, ale mimo tej straty, mimo bolących nóg i urywanego oddechu czuł się szczęśliwy, jak rzadko kiedy. Czarny płaszcz mówił o nim wszystko, dlatego odrzucił go w krzaki. W tej chwili, w tym krótkim momencie, był panem siebie, panem świata! Przez moment czarownik pozwolił sobie zatonąć w tym uczuciu, lecz wkrótce opanował te radosne emocje. Mógł zostać pozbawionym mocy, ale umiał jeszcze panować nad sobą. Na pagórek wtoczył się niewielki wóz ciągnięty przez muła. Na koźle siedział staruszek o pomarszczonej, dobrodusznej twarzy, ze śladami siwizny na skroniach, z tyłu zaś ciemnoskóry młody wojownik. Staruszek zatrzymał wóz i z ciekawością spojrzał na Kelsina. Czarownik miał wrażenie jakby spojrzenie starca przewiercało go na wskroś. - Witam, mości panie – rzekł w końcu staruszek – Nie przywykliście chyba do podróży o własnych nogach? - Racja – wydukał zmieszany czarownik - Wsiadaj ,panie , podwiozę kawałek. Oszołomiony czarownik nie bardzo wiedział, co robić. Pierwszy spotkany człowiek, oferował mu pomoc. Drżąc wdrapał się niezdarnie na wóz. - Dziękuję- rzekł dziwiąc się, że to słowo przeszło mu przez gardło- Dokąd… dokąd jedziecie, panie gospodarzu?- spytał powoli, zastanawiając się nad każdym słowem. Staruszek uśmiechnął się radośnie. - Daleko chłopcze. Wpierw tym traktem, co go zwą Królewskim, lecz wcześniej inną nazwę nosił, o której tylko starzy ludzie w nocy dzieciom opowiadają. Później zabawimy trochę w mieście, może dzień, może dwa. Może trafi się sposobność pohandlować…- staruszek płynnie przechodził z opisów krajobrazów lub budowli przez pogodę i handel, by zazwyczaj skończyć, narzekając na cła i podatki. Czarownik przytakiwał, od czasu do czasu zadając jakieś pytanie. Z zainteresowaniem za to przyglądał się siedzącemu naprzeciwko wojownikowi. Człowiek ów miał na sobie jedynie krótkie, luźne spodnie. Na nagim torsie połyskiwały w słońcu blizny, przykryte częściowo przez biegnący od prawego barku po lewe biodro pas, na którym na plecach umieszczona była pochwa z mieczem. Pierś wojownika przecinał jeszcze drugi pas, nabijany metalowymi ćwiekami, pomiędzy którymi wyszyto czerwoną nicią nieznane Kelsinowi znaki. Wojownik milczał całą drogę, bacznie obserwując otoczenie. W południe, kiedy największy upał męczył ziemię, zatrzymali się na popas by dać odpocząć zmęczonemu mułowi. Głód skręcał czarownikowi kiszki jednak nie miał nic do jedzenia. A prosić się wstydził. Miał wrażenie, że kiedyś, gdzieś spotkał już tego gadatliwego staruszka i milczącego wojownika, ale prosić nie będzie. Gdy podróżni usiedli w cieniu wozu, czarownik odszedł kawałek udając, że rozprostowuje kości, a naprawdę, to nie wiedząc jak się zachować. Jego towarzysze wyciągnęli z toreb kilka podpłomyków, ser i wino. Kelsin poczuł jak ślinka mu cieknie na myśl o tych twardych plackach, ale nie odważył się prosić. Zły na własną głupią dumę i poczucie honoru, a przecież tylko one mu teraz zostały, usiadł obok wojownika w zamyśleniu żując kawałek trawki. Przygotował się na to, że tego dnia nic więcej już nie zje. Wojownik wziął jeden z podpłomyków i patrząc czarownikowi w oczy wyciągnął doń rękę. Kelsin wahał się przez chwilę. Od zawsze mówiono mu, że nie ma nic za darmo. Za wszystko wcześniej czy później będzie trzeba zapłacić. Nie znał ceny tego gestu, ale był głodny. Wyciągnął rękę i przyjął ofiarowany mu podpłomyk. - Dziękuję – powiedział nim jeszcze łakomie wgryzł się w twarde ciasto. Wojownik ze zrozumieniem skinął głową. Ten jeden zwyczajny podpłomyk smakował lepiej niźli wykwintne uczty na dworze króla. - Jak się zwiesz, chłopcze?- spytał staruszek - Kelsin- wyseplenił czarownik z pełnymi ustami - Czy wiesz, Kelsinie, co to oznacza, kiedy on – skinął głową na wojownika – dzieli się z kimś posiłkiem? -Dostałeś – zapłać. Czy mógł być takim głupcem i choć przez chwilę myśleć, że istnieje coś takiego jak ludzka dobroć? Jak widać mylił się. - Nie – odparł pewnym głosem Kelsin. Zaraz zażądają pewnie zapłaty za podróż i ten marny podpłomyk. - Mój towarzysz – rzekł poważnie staruszek- uznał cię za godnego kompana. Możesz z nami podróżować aż po za Wielki Las. Ja nazywam się Onefar - A ja Abdun tin-Dur- odezwał się po raz pierwszy wojownik. Czarownik był zupełnie zbity z tropu. Oczekiwał żądania zapłaty za okazaną gościnę, a nie zaproszenia do kompani. - Dzi…dziękuję- wykrztusił z siebie w końcu Słowo, którego nie używał od wielu, wielu lat, o którym niemal zapomniał nagle znalazło zastosowanie. Wkrótce znów ruszyli w drogę. Na nocleg udało im się dostać do miasta, choć bramy były już zamknięte. Imię Onefara znaczyło więcej niż się na pozór wydawało. Zatrzymali się w gospodzie o wątpliwej reputacji, w najbiedniejszej części miasta. Była niska, ciemna i zadymiona. Właściciel miał tylko jedno oko i łypał nim nieprzyjaźnie. W żadnym wypadku nie przypominała „ Pod Bluszczem”. Zjedli skromną kolację, za która zapłacił Onefar i ułożyli się do snu na siennikach wraz z armiami pcheł, wszy i karaluchów. Abdun wkrótce zrezygnował ze odpoczynku w tym „ruchomym” towarzystwie i ułożył się na podłodze u stóp Onefara. Zmęczony czarownik zasnął niemal natychmiast. Wstał koło południa cały pogryziony i obolały, w pustej izbie. Ani Abduna, ani Onefara nie było. Może to i dobrze. Kelsin usiadł na sienniku, by spokojnie wszystko przemyśleć. Oto on, poważny i do niedawna szanowany czarownik spotkał na swej drodze dwóch przypadkowych ludzi i nie pytając o nic, nie zastanawiając się nad niczym ruszył z nimi. Czy postąpił dobrze? Złe pytanie, skarcił się w duchu. Czy postąpił słusznie? To byli tacy… tacy dziwni ludzie. Pomogli nieznajomemu, podwieźli go i nakarmili i niczego nie dociekając przyjęli do kompani. Pierwszy raz spotkał tego typu ludzi. Powinien wszystko przemyśleć, przemedytować, ale nie miał czasu. Na korytarzu zadudniły kroki i do izby raźnym krokiem wszedł Abdun. - Chodź – rzekł tylko i wyprowadził czarownika na ulicę, gdzie czekał już muł, wóz i Onefar. - Umiesz powozić mułem? – spytał Onefar bez żadnych wstępów. - Nie – odparł zakłopotany Kelsin - To dobrze – odparł starzec z uśmiechem- Wskakuj. Zdumiony czarownik powoli wspiął się na wóz, by pozostać tam cały dzień. Onefar kierował się w różne zakamarki miasta, od najbiedniejszych dzielnic po te najbogatsze. Za każdym razem zatrzymywał wóz przy wybranym domu i razem z Abdunem znikali na jakiś czas w jego wnętrzu, a Kelsin pilnował wozu. Czuł się upokorzony, najlepszy czarownik jako chłopiec na posyłki. Był głodny, spragniony i zmęczony, ale uparł się, że w ten sposób spłaci, choć część długu wobec swoich towarzyszy. Tuż przed zachodem słońca wrócili do gospody. Abdun i Onefar byli rześcy i weseli. Wojownik zdobył się nawet na żart, ale Kelsin marzył tylko o śnie. Bez namysłu ruszył do izby, zostawiając towarzyszy pijących za swe tajemne sprawy. Gdy tylko dowlókł się do siennika, zasnął natychmiast. Abdun musiał potrząsać nim dobrą chwilę nim się obudził. - Co… co jest? – spytał czarownik niezbyt przytomnie – Gdzie Onefar? - U swojej kobiety – rzekł Abdun – Musisz mi pomóc przytaszczyć go tutaj. - On ma kobietę?! – wykrzyknął zdumiony czarownik - Oczywiście, że ma – stwierdził beznamiętnie Abdun- Chodź. Rozbudzony Kelsin żwawo ruszył za Abdunem, który poprowadził go przez ciemne i niebezpieczne uliczki. Z jednego z bocznych zaułków dobiegły ich krzyki i wołanie o pomoc. Kelsin zignorował je, ale Abdun po chwili wahania ruszył w tę stronę. Czarownik zaklął cicho i podążył za nim. Gdy dobiegł do zaułka, ujrzał Abduna naprzeciwko trzech zbrojnych ludzi, a właściwie dwóch, bo trzeci był zajęty leżącą na ziemi kobietą. - Zostawcie ją – szepnął Abdun, a było w tym szepcie coś, co odbiło się echem w uliczce. Dwaj mężczyźni odwrócili się mierząc wzrokiem przeciwnika. - Uciekaj, jeśli ci życie miłe!- krzyknął jeden wymachując bronią – To miecz mistrza! Widzisz?! - Zostawcie ją – powtórzył spokojnie Abdun Wściekli i pijani ruszyli zgodnie do ataku. Abdun nie miał szans. Czarownik wahał się: ratować siebie czy towarzysza? W rozpaczliwym akcie odwagi Kelsin rzucił się na jednego z mężczyzn przewracając go i wytrącając mu broń z ręki. Abdun spokojny jak skała czekał na drugiego mistrza. Gdy ten brał zamach wojownik jednym, płynnym ruchem wyjął miecz i ściął swemu przeciwnikowi głowę. Kelsin oniemiał. W tym czasie drugi z napastników stracił rękę, którą sięgnął po sztylet i dorobił się też dziury w płucach. Miecz Abduna poruszał się szybko i sprawnie. Czarownik patrzył jak wojownik podchodzi do ostatniego przeciwnika i przebija go na wylot. Abdun odwrócił się od zgwałconej dziewczyny i ruszył po Onefara. Zszokowany czarownik podążył za nim. Abdun to mistrz miecza! Prawdziwy mistrz miecza! A z tego, co się stało widać, że bardzo dobry w swoim fachu. Czarownik dogonił wojownika. - Czemu to zrobiłeś? – spytał dociekliwie - Tak było trzeba.- rzekł obojętnie Abdun - Ryzykowałeś życie i zabiłeś trzech mistrzów nie męcząc się nawet przy tym, bo tak było trzeba?!- tego typu filozofia życiowa była tak odległa od tego, czego uczono czarownika, jak stwierdzenie, że Ziemia jest kwadratowa od prawdy! - To, co zrobili, było złe.- stwierdził Abdun - Nie ma dobra i zła, są tylko korzyści i straty- powtórzył czarownik dobrze wyuczoną lekcję. - Racja – zgodził się łagodnie wojownik - Jaką, więc przyniosło ci to korzyść? – tak zawsze przepytywano Kelsina, gdy zrobił coś bez racjonalnego powodu. - Żadnej – odparł wojownik – Tak było trzeba. Kelsin nie drążył już dalej tematu. Dyskusja z nieuczonym i upartym wojownikiem nie miała sensu. Onefara znaleźli w średniozamożnej dzielnicy w jednym z niedużych, ale zadbanych domków. Czarnowłosa kobieta, która im otworzyła, bez słowa zabrała ich do pokoju gdzie leżał pijany w trupa Onefar. Abdun ubrał go i bezceremonialnie zarzucił sobie na plecy. Czarownik nie miał zielonego pojęcia, po co Abdun zabrał go na tę wyprawę. Nie przydał się na nic temu silnemu i świetnie wyszkolonemu wojownikowi. Do gospody dotarli bez dalszych przygód. Zasypiając czarownik myślał o tym, co powiedział Abdun. ”Tak było trzeba”- trzy słowa, które mąciły mu spokój ducha. W nocy miał koszmary. Z miasta wyruszyli wczesnym rankiem, po skąpym śniadaniu. Mułem kierował Abdun, a Onefar leżał na dnie wozu jęcząc. Litry wypitego piwa i bimbru dawały o sobie znać. W przeciwieństwie do staruszka, wojownik był w doskonałym humorze. Nucąc jakieś pieśni, roztaczał wokół siebie aurę radosnego milczenia, czarownik wahał się pomiędzy współczuciem dla staruszka, a perfidną radością, która ogarniała go zawsze, kiedy ktoś miał gorzej niż on. Słońce nie grzało już tak mocno i mroźny wiatr przyprawiał o dreszcze. Jechali wolno przez cały dzień, bez popołudniowego popasu. Zatrzymali się dopiero późnym popołudniem na skraju wielowiekowego lasu. - Czemu nie jedziemy dalej?- spytał Kelsin- do wieczora zrobilibyśmy jeszcze kawałek drogi. - To skraj Wielkiego Lasu. – stwierdził po prostu Abdun, a Onefar zaśmiał się gorzko. - Rozbójnicy – szepnął Abdun oporządził zmęczonego muła i rozpalił niewielkie ognisko, by ugotować ciepłą kolację. Czarownik w tym czasie zajął się Onefarem. Podawał mu wodę i zabawiał rozmową pierwszy raz w życiu nie oczekując niczego w zamian.. W duszy cieszył się, że jego towarzysze nie wiedzą, kim jest. Ludzie bali się czarowników. Nagle poczuł, że mógłby tak żyć, że zamiast magii wystarczyłby mu milczący wojownik i ten staruszek z potężnym kacem. Nim się zorientował zapadł wieczór i księżyc wziął we władanie nieboskłon. Po kolacji staruszek drzemał owinięty w koce, wojownik nucił plemienne pieśni, a Kelsin myślał. Ostatnio bardzo dużo myślał. Rozmyślał o dobru nie przynoszącym korzyści - pierwszy raz w życiu zaczął poddawać w wątpliwość to, czego go uczono. Śpiew Abduna przybrał na sile, gdy płynnym ruchem wyjął broń z pochwy. Czarownik w napięciu obserwował go przez drgające płomienie. Ptaki zamilkły, żerujący zaś w pobliżu lis nastawił uszu. Muł niespokojnie dreptał w miejscu. Abdun niewidzącym…