Horror · 15 min czytania
WIEŻA
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
„WIEŻA”
Pojawiła się nagle, po prostu rano już tam stała, dumna, chłodna i doskonała – wieża. Nikt nie wiedział skąd się wzięła i tak naprawdę nikt nie chciał wiedzieć, bo choć początkowo wzbudzała emocje wśród mieszkańców wsi to po kilku miesiącach jej spokojnej i bezobjawowej egzystencji stała się pospolitym elementem krajobrazu leśnej polany, na której stanęła. Była wykonana perfekcyjnie – jej podstawę stanowiły wielkie czarne głazy, dokładnie ociosane i dopasowane do siebie pod każdym względem. Doskonale walcowaty kształt wieży tworzyła ściana ułożona z ciemnych, granitowych kamieni, między którymi trudno było znaleźć choćby najmniejszą szparę czy pęknięcie. Jedyne co budziło wątpliwości okolicznych mieszkańców to brak jakiegokolwiek wejścia do tego dziwnego budynku, żadnych drzwi, schodów nawet drabiny, więc chodź ludzie przyzwyczaili się do niej to nieustannie szeptali. Szeptali o rzekomych skarbach ukrytych w wieży, o czarownikach, wiedźmach i duchach, plotkom i domysłom nie było końca, wydatnie podsycała je idealna cisza panująca wokół tajemniczego budynku. Cisza ta nie była naturalna i każdy człowiek mieszkający w okolicy wiedział, że brak ptasiego śpiewu, podmuchów wiatru czy stukotu kopyt jeleni po środku lasu nie wróży nic dobrego.
Nadeszła zima i dach wieży pokrył się równą warstwą białego puchu podobnie z resztą jak cała okolica. Wielkie świerki ugięły swe gałęzie pod chłodnym ciężarem, przyroda usnęła i zapadła w oczekiwane otępienie, z którego obudzić się miała dopiero za kilka miesięcy. Chwyciły tęgie mrozy i mieszkańcy wsi ograniczyli swą aktywność jedynie do najpotrzebniejszych i niezbędnych czynności – nikt nie miał ochoty odchodzić od ciepłego paleniska po to by wystawić się na działanie wyjątkowo niskich temperatur i niebezpieczeństwo spotkania z wygłodniałymi wilkami, które teraz zeszły z gór w poszukiwaniu pożywienia. Tajemniczy budynek prawie przestał wzbudzać kontrowersje i co najwyżej stał się środkiem wychowawczym, stosowanym przez matki, które straszyły swe dzieci czarnym rycerzem z wieży, gdy te nie chciały jeść lub spać. Mimo to kilku myśliwych, polujących w lesie zaniepokoił brak jakichkolwiek śladów zwierząt wokół wieży, które powinny być szczególnie widoczne właśnie teraz na grubej i miękkiej warstwie śniegu. Tego wieczora, jak z resztą pod czas całej zimy życie wsi skupiło się wokoło jedynej istniejącej w niej gospody, w której spotykali się myśliwi, drwale, nie mający pod czas zimy zajęcia rolnicy, a także wędrowcy odpoczywający od trudów swych podróży. W pomieszczeniu, obok siebie stało równo kilka drewnianych stołów przy, których na gładko ociosanych ławach siedzieli goście. Przy jednej ze ścian ustawiono solidny szynk, za którym uwijał się jak w ukropie tęgi, łysawy gospodarz odpowiadając co chwile na napływające nieprzerwanie żądania gości wydając pełne, dymiące misy. Mimo to nie narzekał jednak zbytnio na swój los, zaciskając raz po raz w dłoni chłodny metal monet i wyciskając fałszywy uśmiech na rumianej twarzy. Na przeciwległej do szynku ścianie w olbrzymim kominku wesoło tańczyły po okrągłych, brzozowych klocach złote płomienie, roznosząc po sali słodkawy zapach żywicy. Zadymione wnętrze drewnianego budynku wypełnione było do cna różnymi dźwiękami: gwałtownych dysput wieśniaków, cichych plotek i wieści opowiadanych przez tajemniczych podróżnych, a także niekontrolowanych rechotów wybuchających raz po raz jak fontanny nieposkromionych emocji z ust pijanych rzezimieszków, które zebrane razem tworzyły chaotyczną, lecz w sumie nie męczącą kakofonię. Falę dźwięków przerwało nagle przybycie nowego gościa, który z nie małym trudem próbował zamknąć drzwi do gospody, by tym samym zablokować wejście wirującym płatkom śniegu, które rozpaczliwie starały dostać się do środka ciepłego wnętrza z każdym podmuchem chłodnego wiatru. Gdy wreszcie drzwi znalazły się na swoim miejscu wędrowiec spokojnym, nieco anemicznym krokiem ruszył w poszukiwaniu miejsca do odpoczynku. Podróżny miał około stu osiemdziesięciu centymetrów i nienaturalnie drobną, wręcz chłopięcą posturę . Na pajęcze ramiona zarzucony miał wytarty i podziurawiony płaszcz, który być może kiedyś wyglądał okazale, lecz teraz stanowił jedynie przykrycie, które właściciel nosił bardziej z przyzwyczajenia niż z chęci ochrony przed zimnem. Spod kaptura wędrowca wystawały siwe, poskręcane kędziory poklejonych włosów i choć sama twarz była ledwo widoczna to w świetle pochodni i kaganków groźnie błyskały płowe oczy nieznajomego. Podróżny opierał swe wątłe ciało na długim, poskręcanym kosturze, o który raz po raz ocierał się zwisający z nadgarstka prawej dłoni różaniec. Powolne kroki wędrowca doprowadziły go do nieoświetlonej, pustej ławy ustawionej w kącie gospody. Z wolna wnętrze budynku na nowo wypełniło się gwarem i śmiechem pozostałych gości, którzy jak zawsze bardzo szybko przyzwyczaili się do obecności nowego przybysza. Nowoprzybyły gość opadł ciężko na ławie, oparł łokcie na stole i wtulił twarz w dłonie, siedzącym nieopodal ludziom mogło się wydawać iż zasnął, lecz on nie spał. Pod zamkniętymi powiekami przeglądał zdarzenia ostatnich kilku dni – jak sny, dalekie i nieprawdziwe a jednak tak realne... -Gustawie, nie tędy droga! – usłyszał w swych myślach słowa skierowane do niego – nie tego chce Pan! Znajome obrazy zaczęły wirować mu przed oczami i znalazł się w kamiennym, wysokim pomieszczeniu, w którym bywał wiele razy, także przed kilkoma dniami. Widział oczami swego umysłu jak rozmawia ze starym, zgarbionym człowiekiem, widział jego wzburzenie na porytej zmarszczkami twarzy, widział jego złość. - Nie tędy droga! - powtórzył starzec – Gustawie, jak mogłeś skazać tych ludzi na śmierć, przecież nie uczynili niczego złego?! - Jak to?! Nic złego? – słyszał swój głos, taki spokojny, wyraźny – To wyznawcy szatana, zło wcielone, nie chcieli pokłonić się przed symbolem Pana Jedynego, jakże miałem ich ukarać, jak nie śmiercią?! - Na litość Boską Gustawie! – wzburzenie starca potęgowało się z każdą sekundą – Oni nie znali symbolu Pana! – starszy człowiek oparł się z wyraźnym trudem o stojący po środku sali stół przez chwilę milczał – Serce moje jest pełne bólu, Gustawie ale nie pierwszy raz okazałeś lico fanatyka ukryte pod kapturem zakonnym, nie pierwszy powiadam, lecz ostatni – starzec spojrzał na Gustawa i ten spostrzegł łzy spływające po pomarszczonych policzkach – Trudno, słowa te przechodzą do mych ust lecz innej drogi dla nich nie ma. Od tej chwili bracie Gustawie jako opat tego zakonu wykluczam cię! Wynoś się nie ma dla ciebie miejsca w tym świętym domu! - Jesteś głupcem! – krzyknął Gustaw – Stokrotnym głupcem i grzesznikiem! Kierujesz tą bandą głupców jako największy spośród nich! Grzech opacie, grzech trawi twe wnętrze do cna! Jesteś robakiem pływającym w odchodach grzechu! – Twarz Gustawa poczerwieniała – Masz racje nie ma tu dla mnie miejsca, za dużo tu grzechu! Widział siebie biegnącego przez kamienne korytarze klasztoru, niemal czuł ból i wściekłość, która wtedy go drążyła. Czuł na skórze płatki chłodnego śniegu gdy wybiegał na klasztorny dziedziniec i dalej, byle dalej od zepsucia, od grzechu... Twarz Gustawa wykrzywiła i grymas złości