Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

psychologia · 8 min czytania

Więzień

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Szedł dość szybko, może się gdzieś spieszył, jednak nie trudno było za nim nadążyć. Nagle zatrzymał się, spojrzał za siebie, potem w bok i ruszył dalej. Stawiał dziwne kroki, trochę nierówne, co pewien czas oglądał się w tył, jakby przed kimś uciekał i upewniał się czy ten ktoś przypadkiem nie jest tuż za nim. Stanął jak wryty tuż za przystankiem, gdy zauważył, że patrzą na niego ludzie, podniósł rękaw kurtki i spojrzał na zegarek, udał, że stara się sobie coś przypomnieć i lekko stuknął ręką w głowę. Szedł prawą stroną chodnika, cały czas tym samym rzędem kostek. Ani razu jego stopa nie dotknęła czerwonej brukowanej linii biegnącej po prawej stronie. Zatrzymał się przed krawężnikiem, za którym był kilkucentymetrowy uskok, zrobił kilka kroków do tyłu i potem znowu ruszył przed siebie. Niezrozumiały manewr powtórzył jeszcze trzykrotnie, ku zdziwieniu starszego pana, który bacznie się wszystkiemu przyglądał. Zacisnął zęby, na jego twarzy pojawił się dziwny grymas. Grymas, który krył gorycz, rozpacz i zawziętość. Przeszedł przez wjazd do stacji benzynowej i skierował w stronę przejścia dla pieszych. Było, czerwone, chwile czekał, gdy zmieniło się światło, ruszył, niby targnięty konwulsją, jakby chciał otrzepać się z brudu i zostawić wszystko za sobą. Dalej chodnik był podzielony, na pas dla rowerów i dla pieszych - trzymał się przez cały czas wyznaczonej przez białe linie drogi. Tu – po drugiej stronie – nie było już kostki brukowej, były za to pokrywy studzienek kanalizacyjnych. Gdy jedna z nich rzuciła mu się w oczy, na jego twarzy pojawiła się niepewność i lęk (jaki czuje sklerotyk, gdy stoi przed zamkniętymi drzwiami mieszkania i właśnie przeszyła go myśl, że klucze zostawił w pracy i wie nawet to, że leżą na biurku, tylko najzwyczajniej w świecie zapomniał je stamtąd zabrać). Być może postanowił, że tym razem wystarczy jak dwiema stopami dotknie pokrywy studzienki, albo coś bardzo do tego zbliżonego, bo permanentnie przystawał na wiekach i dopiero wtedy gdy obie stopy postały w wyznaczonym miejscu szedł dalej. Gdy przechodził przez most, zwrócił się niespodziewanie w stronę brzegu i złapał barierek. Nogi ugięły się pod nim, jakby czuł nieodpartą pokusę by skoczyć i choć pewnie wiedział, że tego nie zrobi, to nęciła go ta myśl, bo po chwili ugięły się jeszcze bardziej. W dole było widać mętną i zabrudzoną pianę, która tworzyła się, gdy woda pokonywała zaporę i z krzykiem uderzała o łagodną, rzeczną taflę. Puścił barierki. Widok rozpienionych tańczących bąbelków musiał go trochę uspokoić, wydawał się bardziej zdecydowany, nie targały nim wewnętrzne rozterki, ciało stało się posuszne. Po chwili był już po drugiej stronie ulicy, przyglądał się ludziom stojącym na przystanku, patrzył wzrokiem dziecka, które nigdy nie dostało cukierka, a dzieci na przystanku brodziły w kolorowych papierkach sięgających aż do kolan. Może teraz właśnie otrzymał barwne zawiniątko, bo stał się pogodny i spojrzał w niebo z taką radością, jakby z góry leciały niebiańskie karmelki, krówki i nadziewane czekoladki, teraz płyną, jak maleńka łódka po spokojnej roziskrzonej promieniami słońca toni. Nagle zatrzymał się, jakby uderzył w niewidzialną ścianę, jakby poczuł lęk przed czymś, co zna, jak Prometeusz, który widzi nadlatującego sępa i wie, że to zaraz, że tuż, tuż. Spojrzał za siebie, rzuciła mu się w oczy uliczna lampa, cofną się, gdy był na przeciwko niej zastygł na moment, zrobił jeszcze kilka kroków do tyłu i zerwał, jakby startował co najmniej w ulicznym maratonie. Znowu szedł przed siebie ale tym razem jego chód przerodził się niemal w pęd, na twarzy malowała się złość,

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Więzień — czytnik · opowiadania