Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 16 min czytania

Więzień

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Wziął głęboki oddech, uderzył kilofem ostatni raz i upadł na ziemię. Strażnik, ubrany w czerń i czerwień gbur podrapał się w swą długą brodę i ruszył w kierunku Januka. Gbur chwycił więźnia i przełożył go sobie przez skórzany naramiennik. Strażnik szedł żwawo, mijali kolejnych wycieńczonych obdartusów. Każdy z nich z trudem unosił kilof i opuszczał polegając jedynie na grawitacji. Nagle Januk poczuł, że powietrze robi się lżejsze, świeższe. Chwilę później włożył całą pozostałą mu siłę by podnieść głowę i spojrzeć za siebie. Zobaczył światło, pierwszy raz od ponad dwóch tygodni. Więźniowie żyli, spali, jedli i umierali w kopalni. Królowi nie zbywało na ludziach, szczególnie, że niebyli to jego ludzie a jedynie jeńcy wojenni. Wojna nadal trwała a węgiel potrzebny w hutach sam się nie wydobędzie. Kiedy słońce przestało wreszcie razić i pozwoliło otworzyć oczy Januk był już w dole. W dole wykopanym pośrodku gołego, piaskowego placu. W dole pełnym trupów oraz ludzi jęczących z bólu oraz niepewności. Większość bowiem, kiedy znalazła się w dole, nie była pewna czy ich egzystencja nadal trwa. Januk był wyjątkiem, wiedział iż nadal oddycha. A póki oddychał, żył. A póki żył nie zamierzał się poddawać. Słońce stanęło idealnie nad jamą w której leżał. Skwar wydobył z ciał okropny odór rozkładu. Więzień usłyszał dźwięki konsumpcji, spojrzał w bok. Zobaczył obdartusa który z głodu powziął zamiar spożycia swego martwego przyjaciela. Dość szybko do zapachu rozkładających się ciał dołączył zapach wymiocin. Na szczęście nie było ich zbyt wiele. Mijały godziny, słońce powoli snuło się po nieboskłonie przypalając skórę więźniów. Nim jeszcze nastał wieczór Januk żałował, że zobaczył słońce, zatęsknił za zimnymi i ciemnymi korytarzami kopalni. Więzień zakaszlał przeciągle, zakrył dłonią usta. I zaśmiał się. Trudno wyplenić dobre wychowanie z rycerza – pomyślał – Bardzo trudno. Kiedy, były, rycerz odjął dłoń zauważył na niej krew. Nie było mu dane długo pożyć. Słońce schowało się za, otaczającymi kopalnie, lasami. Mimo to nadal było gorąco, wręcz upalnie. Januk powstrzymywał się, z trudem, od zamknięcia powiek. Zobaczył jak dwóch strażników w skórzanych, czarnych, ochraniaczach podchodzi na skraj dziury. Jeden z nich rozpiął spodnie i ulżył sobie dodając dziurze kolejny zapach, kolejny odór.

Wyłonił się księżyc, powiał chłodny wiatr. Janukowi kończyły się siły, zamknął już lewe oko, wmawiając sobie: Tylko na moment, na moment, odpocznę i zaraz je otworze. Otworzył. Więzień zebrał dosłownie resztki swoich sił i podniósł się. Usiadł na stercie umarłych. Nad jamą znów pojawił się strażnik, stanął na tle księżyca. Wyglądał jak upiór. Rozpiął spodnie i... runął w dół. Januk zobaczył drugi cień na tle księżyca. Ten był inny. Cień zatrzymał się na chwilę nad krawędzią, popatrzył w dół. Więzień wyciągnął w jego stronę rękę. Chciał wołać, krzyczeć, machać. Nie mógł, gardło wysuszone było na wiór. A ręce miał jak z waty. Cień oddalił się, zniknął. Januk pewnie zapłakałby rzewnymi łzami gdyby tylko oczy nie wyschły równie mocno co gardło. Więzień znów zakasłał.

To nie był miły poranek, zdecydowanie nie. Kiedy o wschodzie jeden ze strażników poszedł sobie ulżyć do jamy i zauważył martwego strażnika od razu podniósł alarm. Chwilę później zabiły dzwony na strażnicach. Po kilku minutach w dole było już kilku strażników, najpierw wyciągnęli martwego kolegę, później więźniów którzy jeszcze żyli. Januk ujrzał wreszcie obóz strażników na który składały się dwie wysokie, drewniane wieże z dzwonami. Stały one na północnej i południowej stronie obozu. Do obozu można by także zaliczyć jedną drewnianą chatkę, zbudowaną pomiędzy wieżami, oraz namioty rozłożone wokół ów chatki. Więźniów, czterech w tym Januka, wprowadzono do chaty. W środku znajdowało się tylko biurko, łóżko i piątka drewnianych stołków. Więźniów usadzono na trzeszczących taboretach w jednym rzędzie naprzeciwko biurka. Za nim siedział naczelnik obozu. Niski i łysy jegomość. Oczy miał rozbiegane, przeskakiwał nimi nerwowo między obdartusami. W końcu wydarł się głośno zapluwając biurko. - Czego wy, cholera, nie rozumiecie ? - poderwał się do góry, kiedy stanął na podłodze zrobił się jeszcze niższy – Czego nie rozumiecie gdy mówi się do was, że macie być grzeczni, hem ? No czego kurwa ? - Jak ? - podjął po chwili niski jegomość – Jak zabiliście tego strażnika ? I dlaczego ? Czy wy serca nie macie ? Przecież on mógł mieć rodzinę, mogło na niego czekać w domu dziecko. A wy co ? Osierociliście to dziecko, może miał psa a wy co ? Pomyśleliście o tym ? Ten pies teraz zdechnie. Musky chodź tutaj, czy Arakos miał rodzinę ? Nie ? Psa ? Też nie ? Cholera, to może krowę chociaż ? Też nie ? No dobra tym razem wam się upiekło, ale i tak musimy dojść do prawdy. Tak więc słucham, jak i dlaczego zabiliście tego strażnika. Nikt się nie odezwał. Więźniowie opuścili głowy. Nie chcecie mówić – niski skrzyżował ręce na piersi – Dobrze, niech i tak będzie. Musky, do roboty. Musky, gbur z długą brodą sięgnął do cholewy po nóż, podszedł do pierwszego z brzegu więźnia i przyłożył mu ostrze do gardła. Zadał pytanie – jak i dlaczego ? Nie padła odpowiedź. Przeciągnął ostrzem po gardle obdartusa, ten spadł ze stołka prosto pod nogi strażnika i zacharczał krótko. Musky podszedł do kolejnego. Zadał pytanie, nie padła odpowiedź. Poderżnął gardło, więzień padł mu pod nogi, zacharczał krótko. Gbur stanął wreszcie przed Janukiem, przyłożył mu zakrwawione ostrze do gardła, zadał pytanie. Januk odrzucił swe długie i zaniedbane włosy gwałtownym ruchem głowy. Spojrzał w oczy osobie która miała go zabić, osoba ta niezbyt się tym przejęła i poderżnęła mu gardło. Kiedy Januk upadł zauważył, że drzwi do chaty stoją otworem a na tle wschodzącego słońca, w ów drzwiach stoi rozmyta sylwetka. Nagle jak na zawołanie wszystkie okiennice zatrzasnęły się z hukiem, potem zatrzasnęły się drzwi. Zapadła ciemność, strażnicy niewiele widzieli, starali się wykorzystywać fakt, że dziury pomiędzy deskami chaty przepuszczały trochę światła. Januk za to widział całkiem sporo, jego oczy jeszcze nie odzwyczaiły się od ciemności panującej w kopalni. Widział jak rozmyta sylwetka rusza do ataku. Jak wiruje między strażnikami z czymś co niechybnie było mieczem, jak przecina im tętnice na szyjach i pod pachami. Jak przebija im mieczem głowy na wylot. Widział jak z łatwością wymija i paruje ciosy strażników. W końcu w pomieszczeniu zostały same trupy, ostatni więzień również padł dostawszy rykoszetem. Okiennice powoli otwarły się oświetlając wnętrze pomieszczenia, ukazując skutki rzezi. Strażnicy leżeli w kałużach krwi na podłodze, naczelnik zaś leżał nad nimi przybity do swego biurka, swoim mieczem. Mężczyzna, morderca, podszedł do Januka i uklęknął nad nim. Wyciągnął zza pasa zwinięty w rulon papier, rozwinął go i ułożył na piersi więźnia a następnie przebił papier sztyletem. Potem przez wszystkie otwory chaty wystrzeliły słupy niebieskiego światła.

Kiedy Januk się ocknął nie miał pojęcia ile czasu upłynęło od utraty przytomności, obstawiał dzień lub dwa. Mylił się. Kiedy odzyskał zmysły krew która zbryzgała ściany i podłogę chaty nawet jeszcze nie skrzepła. Strażnicy leżeli tam gdzie przedtem, a tajemniczy mężczyzna, morderca i wybawiciel stał przy drzwiach. Obserwował dziedziniec przez uchylone lekko drzwi. Mężczyzna ubrany był na czarno, głowę okrytą miał kapturem a twarz osłoniętą chustą. Na jego nadgarstkach zawinięte były chusty z wyhaftowanymi znakami. Znakami których Januk nie zrozumiał. Mężczyzna uzbrojony był po zęby. U jego boku i na plecach spoczywał miecz. Przy obu udach miał przywiązane pochwy a w nich skryte były sztylety. Nad…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Więzień — czytnik · opowiadania