psychologia · 9 min czytania
Więzień (przeredagowany na potrzeby konkursu liter
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Szedł dość szybko, może się gdzieś spieszył, jednak nie trudno było za nim nadążyć. Jego ruchy, z pozoru stanowcze i zdecydowane, miały w sobie coś z chybotliwości i zawahania. Kroki długie i sprężyste, były niepewne, jakby bał się, że stanie na jakąś ukrytą w chodniku minę. Nagle przystanął, spojrzał za siebie, potem w bok, na krótką chwilę zamarł w bezruchu, by dalej ruszyć z taką napastliwością, jakby chciał wyrwać się z jakichś niewidzialnych, utkwionych w powietrzu kajdan. Czasem, niczym jakiś uciekinier, oglądał się w tył i upewniał, czy nikt go nie śledzi. Tuż za przystankiem zatrzymał się tak niespodziewanie, jakby zderzył się z jakąś niewidzialną, pancerną szybą. Gdy zauważył, że ludzie przypatrują mu się z zainteresowaniem, podniósł rękaw kurtki i spojrzał na zegarek, po czym zapatrzył się w dal i udał, że stara się sobie coś przypomnieć. Na znak potwierdzenia, lekko stuknął palcami w głowę i ruszył dalej. Szedł prawą stroną chodnika, cały czas tym samym rzędem kostek. Ani razu jego stopa nie dotknęła czerwonej brukowanej linii biegnącej środkiem alejki. Przystanął przed krawężnikiem, niczym przed głęboką i rwącą rzeką, zrobił kilka kroków w tył, a potem znowu poszedł przed siebie, ale gdy tylko zbliżył się do połowy wjazdu, wrócił na miejsce. Jak paralityk, nie potrafił wykonać najprostszego ruchu. Zacisnął szczękę, na jego twarzy pojawił się dziwny grymas. Grymas, który krył gorycz, rozpacz i zawziętość. Pełen determinacji ruszył do przodu. Przeszedł przez cały wjazd do stacji benzynowej i skierował w stronę przejścia dla pieszych. Było czerwone, chwile czekał, gdy światło się zmieniło, bez zawahania postawił zdecydowany krok, niby targnięty konwulsją. Dalej chodnik był podzielony na pas dla rowerzystów i dla pieszych - przez cały czas trzymał się, białej, dzielącej alejkę linii. Idąc, niemal ciągle patrzył przed siebie, czasem tylko spoglądał w dół. Jego ruchy stały się nerwowe, gorączkowe i chaotyczne. Przystanął, wlepił wzrok w chodnik. Pod jego stopami znajdowało się wieko od studzienki kanalizacyjnej. Przez chwile można było odnieść wrażenie, że wrósł w nie i nie może się ruszyć, ale gdy tylko postawił na nim symetrycznie obie stopy, zaczął iść ze spokojem, niczym rozgrzeszony, który zastawia za sobą wszystkie mroki duszy. Błogostan jednak nie trwał długo - na każdej kolejnej pokrywie kanalizacyjnej przystawał dwiema stopami i wahał się i bił z myślami, bo gdy tylko chciał pójść dalej zaraz wracał na to samo miejsce. Było to dość komiczne, ale jeszcze bardziej - żałosne. Kiedy przechodził przez most, zwolnił kroku, przyglądał się płynącej łagodnie rzece. Będąc prawie na środku przejścia, zatrzymał się i chwycił rękami barierki. Nogi lekko ugięły się pod nim, jakby czuł nieodpartą pokusę by zatopić się w szumiącej toni. Pochylał się coraz bardziej, w końcu oparł głowę na poręczy i patrzył niczym zahipnotyzowany. W dole było widać obfitą, mętną i zabrudzoną pianę, która tworzyła się, gdy woda pokonywała zaporę i z trzaskiem uderzała o łagodną, rzeczną taflę. Puścił barierki. Widok rozpienionych tańczących bąbelków musiał go trochę uspokoić, wydawał się rozluźniony. Jego ruchy przestały być gorączkowe, ciało stało się posuszne. Po chwili, był już po drugiej stronie ulicy. Z skrywaną zazdrością i z żalem, przyglądał się ludziom stojącym na przystanku, jak gdyby miał do nich pretensje za to, że są tam, a on tu, postawiony niżej w hierarchii stworzenia. Ale szedł teraz spokojnie, patrzył w niebo. A właśnie wtedy, gdy patrzył, było piękne, niebieskie, pełne słońca, gdzieś wysoko rysowały się białe gzygzaki, pewnie już nie z wody, a kawałków lodu, ale dlatego jeszcze bardziej urocze, niespotykane. Wtem znów się zatrzymał, jakby ujrzał coś strasznego, jakby wyzwolił się w nim nieokreślony lęk przed czymś, co zna, czego się spodziewa, ale przed czym w żaden sposób nie może się obronić. Był jak Prometeusz, który widzi nadlatującego sępa i wie, że to zaraz, że tuż, tuż i ptak zacznie wyżerać mu wątrobę. Spojrzał za siebie, rzuciła mu się w oczy uliczna lampa, cofnął się,…