Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

przygoda · 54 min czytania

Więzień z Ánkhal - część I (tytuł roboczy)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Część I

{i}Nadzieja doda ci skrzydeł, gdy opadniesz na dno czeluści, czarniejszej niż pustka piekielna. Odbijesz się od dna tego, wzlecisz ku niebu, chociażbyś wieki w mroku spędził i przeżył męczarnie najokrutniejsze. Wierzyć powinieneś, że na brzegu urwiska czeka na ciebie ktoś bliski. Ktoś, kogo od dawna nie widziałeś i za kim tęskniłeś do utraty tchu. On poda ci rękę, wypełni twoją duszę swoją własną mocą i sprawi, że nadal będziesz podążał ku błękitowi niezmierzonemu…{/i}

Kaia westchnęła cicho i opuściła księgę na kolana. Siedziała przez chwilę w bezruchu, zamyślona, zapatrzona w ciągnącą się po dywanie smugę słońca. Popołudniowe promienie rozjaśniały ciemnoczerwone sploty i wspinały się na pięknie dekorowany, dębowy regał. Pomiędzy oprawionymi w złoto tomami spał gruby kocur. Nie reagował na dobiegający z zewnątrz świergot ptaków, lecz gdy usłyszał skrzypnięcie bujanego fotela, nastawił uszu i z rozleniwieniem spojrzał na zbliżającą się kobietę. Pogłaskany, znów pogrążył się w drzemce. Kaia odłożyła tom na miejsce i powoli podeszła do okna. Rozchyliła szerzej drewniane skrzydła. Tuż przed nią ciągnął się zadbany dziedziniec, mknąca ku bramie żwirowa droga i otaczający posiadłość, częściowo ukryty za drzewami mur. W dali bieliły się kamienice. Dwudziestotysięczne miasto Ánkhal zdawało się płonąć jasnym ogniem. Kobieta musnęła palcami nagrzany parapet. Nie spuszczała wzroku z plątaniny budynków. Cudowna, świetnie prosperująca stolica Prowincji była jednocześnie okrutnym labiryntem, który sprzyjał złym ludziom i ukrywał przed nią kogoś, kogo kochała najbardziej na świecie. Kogoś, kogo nie widziała od kilkunastu lat. Autor dopiero co odłożonej książki pisał o nadziei. Dla niej było to tylko puste słowo. Czy mogła mieć jeszcze nadzieję? Czy powinna wierzyć w szczęśliwe zakończenie trwającej rok za rokiem gehenny, a tym samym rozdrapywać stare rany? Potrząsnęła nieznacznie głową i zacisnęła usta. Nie, nie mogła się poddawać. Została wciągnięta w tę bezwzględną grę i musiała ją kontynuować. Nie miała prawa protestować ani zwracać się do nikogo o pomoc. Doskonale wiedziała, że jeśli tylko zrobi coś, co wywoła gniew i podejrzenia męża, jej syn, mały Lávor, zginie. Myślała o nim bez końca. Od świtu do nocy. Tęskniła. Płakała. Wiedziała, że żył. W dziwny, niepojęty dla siebie sposób wyczuwała czasami jego energię, a nawet ogarniała umysłem buzujące w nim emocje. Zazwyczaj dominowały w nich strach i bezradność. To doprowadzało ją do rozpaczy. Marzyła, by był obok. By dorastał pośród rodziny. Im bardziej było jej go brak, tym większą nienawiścią obdarzała mężczyznę, który skazał ją na tak okropne cierpienie. Przeklinała chwilę, w której przestąpił próg jej domu. Przybył do dworu krótko po śmierci jej męża, Lérona. Był jednym z wysłanników salitów, szlachty zamieszkującej Prowincję Ánkhal. Doświadczony, zaradny i przekonany o swojej kompetencji, miał zadbać o godny pochówek Zarządcy oraz dopilnować, by trzyletni Lávor został oficjalnie uznany za następnego władcę okolicznych terenów. Do chwili osiągnięcia przez syna pełnoletności to ona miała sprawować zastępcze, bardzo ograniczone rządy. Nie mogła zagarnąć władzy, ponieważ była tylko kobietą i salita wypomniał jej to z perfidnym uśmiechem igrającym po wąskich ustach. Chociaż otumaniona żałobą, natychmiast zorientowała się, że jest dla niego nikim. Zwykłą marionetką, wdową po Zarządcy i matką przyszłego władcy Prowincji. Jej słowo się nie liczyło. Zraniona, starała się ograniczyć kontakty z tym wyrachowanym człowiekiem do niezbędnego minimum. Trzymała też z dala od niego chłopca i zaledwie rok młodszą córkę, Sálenę. Nie chciała, by dzieci przesiąkły bijącą od niego żółcią i pogardą. Na szczęście miejski wysłannik nie zwracał na nie większej uwagi. Niemal natychmiast zabrał się skwapliwie do wypełniania obowiązków. Spędził wiele dni w salonie dworu, pogrążony w notatkach i zakopany wśród mnóstwa dokumentów. Dopilnowywał, by mały Lávor odziedziczył należny mu urząd w jak najlepszej kondycji. Kiedy prace dobiegły końca, odpowiednie dokumenty zostały podpisane i zalakowane, salici opuścili dwór. Kaia odetchnęła z ulgą. Chociaż przepełniona żalem po śmierci męża, starała się czerpać z życia każdą radosną chwilę. Nie pozwalała, by Lávor i Sálena rozpamiętywali bezustannie utraconego ojca. Oni byli młodzi, musieli iść naprzód. Postanowiła zapewnić im jak najlepsze dzieciństwo. A potem znów pojawił się ten salita. Zdawał się być całkiem inny niż parę tygodni wcześniej. Przyjazny, szarmancki, pełen troski o przyszłość i zdrowie następcy Lérona. Interesował się też jej samopoczuciem, wypytywał o trudności w wypełnianiu obowiązków, dawał życzliwe rady. Był tak przekonujący, że z czasem zatarł w jej pamięci wspomnienie nieprzyjemnego uśmiechu i przykrych słów. Zamiast tego wieczorami przed jej oczyma pojawiała się twarz sympatycznego, życzliwie nastawionego mężczyzny. Mężczyzny, którego z biegiem miesięcy zaczęła nazywać Ovanem. Rok później stali się małżeństwem. Ten związek niczego nie zmieniał w kwestii dziedziczenia tytułu Zarządcy Prowincji Ánkhal. To Lávor był synem Lérona i to on miał objąć należne mu stanowisko. Ovan był dla Kai jedynie wsparciem i towarzyszem życia. Nikim więcej. Nie mógł rządzić Prowincją i doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Pogodził się ze swoim marginalnym znaczeniem. A jednak z czasem coś się zaczęło psuć. Mąż miał przed nią sekrety. Wymykał się z dworu i wielokrotnie nie wracał przez dwie, trzy doby. Był tajemniczy, coraz częściej korzystał z dworskiego majątku. Nie docierały do niego ani prośby, ani pytania. Kaia czuła się zraniona i oszukana. Początkowo przyglądała się poczynaniom małżonka w niemym zdziwieniu, później próbowała z nim rozmawiać, lecz gdy i to nic nie dało, zaczęła interweniować. Pieniądze, które hojnie zagarniał Ovan, miał w przyszłości przejąć Lávor. Nie mogła tego dłużej tolerować. Zrobiła wszystko, by salita nie miał do nich dostępu. Ta decyzja wywołała w nim wściekły atak gniewu. To przelało czarę goryczy. Postanowiła zakończyć ten nieudany związek. Chciała odzyskać wolność, odesłać Ovana jak najdalej od dworu i nigdy więcej nie oglądać go na oczy. Kiedy pojęła, że zależało mu wyłącznie na majątku, poczuła się podle. Jednak jej przygnębienie nie trwało długo. Natychmiast przeniosła całą uwagę i troskę na dzieci. One były dla niej najważniejsze. Zwłaszcza niespełna pięcioletni Lávor. Mąż nie mógł tego znieść. On, prosty salita, za bardzo rozsmakował się dostatnim, wygodnym życiu. Znienawidził osoby, które chciały go tego pozbawić. Kaię i chłopca. Wiedział, że żona nie zmieni zdania, więc postanowił działać. Nie miał zbyt wiele czasu, rozpad ich małżeństwa miał zostać ogłoszony na najbliższym spotkaniu elity Ánkhal, jednak w przeciągu darowanego mu miesiąca obmyślił okrutny plan. Był niezwykle precyzyjny. O niczym nie zapomniał. Zastąpił starą służbę nową, wszedł w układy z mężczyzną zwanym Baradem. A potem uderzył. Jeden wieczór nieuwagi wystarczył, by zamknął ją w złotej klatce rozpaczy i szaleństwa. Mogła się tylko miotać, obijać o niewidzialne pręty i tracić rozum ze strachu o los własnego dziecka. Czuła, że ono żyje, lecz to nie było szczególną pociechą. Nie miała wyboru. Pozostała żoną mężczyzny, który odebrał jej ukochanego syna. – No proszę, a ty jak zwykle zadumana, zapatrzona w świat za oknem – jej rozmyślania przerwał ironiczny, męski głos. Drgnęła, lecz nie odwróciła się. Naprężona, obserwowała krążące nad miastem stado gołębi. Ptaki przecinały bezchmurne niebo szerokimi okręgami, przybierając raz po raz barwę czerni i oślepiającej bieli. – Co tam jest takiego ciekawego? Nie odpowiedziała. Usłyszała cichy śmiech i po chwili tuż obok niej mignęła ciemna czupryna. Niespełna dwudziestoletni chłopak oparł się łokciami o parapet i rozejrzał wokoło. Kaia zerknęła na niego i podświadomie zacisnęła dłonie w pięści. Musiała ze sobą bardzo walczyć, by nie oprzeć się nagłemu impulsowi i nie wypchnąć go przez okno. Kto wie, może przy odrobinie szczęścia upadek z drugiego piętra zakończyłby się dla niego śmiercią… Młodzieniec wyprostował się. Przywarł plecami do framugi okna, założył ramiona na piersi i bez słowa wpatrywał się w twarz kobiety. Dość długo nie reagowała, chociaż krew burzyła się jej w żyłach. Nie chciała okazać, jak bardzo jego obecność wyprowadzała ją z równowagi. Nie znosiła go. Był równie podły jak człowiek, dzięki któremu tu trafił. – Kaia, Kaia… – westchnął teatralnie – dałabyś sobie w końcu spokój z bezustannym rozpamiętywaniem swojego szczeniaka. On do ciebie nie wróci, nie rozumiesz tego? Po co ci inny syn, skoro masz mnie? – Nigdy mi go nie zastąpisz. Ty jesteś tylko małym, żałosnym… Uśmiechnął się szeroko. – Obrażaj mnie do woli. Nie obchodzi mnie to. Najważniejsze, że ojciec ma cię w garści i że to ja odziedziczę całą Prowincję. A ty, matko, nie możesz nic zrobić. Buntuj się, a twój synalek pożegna się z życiem. Spiorunowała go spojrzeniem. W jego ustach słowa „ojciec” i „matka” brzmiały jak najgorsze wyzwiska. Były karykaturą swoich prawdziwych znaczeń. – Jesteś równie podły jak Ovan. Pochylił się nieco ku jej twarzy. Niebieskoszare oczy błysnęły wesołością. – Jesteś równie podły jak Ovan, Lávorze – syknął, akcentując silnie ostatnie słowo. – Naucz się do mnie zwracać tym imieniem nie tylko wśród oficjeli, ale i w domu, gdy jesteśmy sami. – Nigdy. Niezrażony, odepchnął się od framugi i podszedł do komody. Podrapał kocura za uchem, uniósł kciukiem stronice książki. – Gdzie jest Sálena? – zapytał od niechcenia. – Nie wiem. – Nie wiesz, czy nie chcesz mi powiedzieć? Kaia odwróciła się. – Trzymaj się od niej z daleka! Uśmiechnął się ironicznie, zerknął na jeden z akapitów książki. – {i}Nadzieja doda ci skrzydeł, gdy opadniesz na dno czeluści, czarniejszej niż pustka piekielna. Odbijesz się od dna tego, wzlecisz ku niebu, chociażbyś wieki w mroku spędził i przeżył męczarnie najokrutniejsze…{/i} Co za brednie… Kaia obserwowała wychodzącego z pokoju młodzieńca. Maszerował przed siebie zdecydowanym, równym krokiem, wysoki, postawny, elegancko ubrany… bardzo podobny do jej rodzonego syna… przyszły władca Prowincji. Poczuła ukłucie w sercu i natychmiast odwróciła się ku oknu. Odetchnęła głęboko rześkim powietrzem. To nie był Lávor. To paskudne, kukułcze jajo.

* * *

Młody, rudowłosy mężczyzna opierał się o ścianę piętrowego domu. Był głuchy na gwar Ánkhal i nie zwracał uwagi na lejący się z nieba żar. Ignorował ulokowaną za rogiem, pilnującą dobytku przekupkę. Kobieta krążyła wokół rozchwianego stołu niczym drapieżny ptak i z zapałem odganiała od straganu paru wynędzniałych chłopców. Ci raz po raz podbiegali do kramu, chwytali jabłko lub gruszkę i nie przejmując się przecinającymi powietrze krzykami, znikali w zatęchłych zaułkach podwórek. To go wcale nie interesowało. Założył ramiona na piersi, zmrużył oczy i wbił wzrok w ciągnący się po drugiej stronie ulicy budynek. Wpatrywał się w drewniane drzwi, jakby miał zamiar przeniknąć je na wylot i podejrzeć tajemnice mieszkańców. Ku jego irytacji, kamienica zdawała się być całkiem wyludniona. Pięła się ku niebu, jasna, cicha i spokojna, kontrastująca z huczącym rojem mijających ją ludzi i koni. On jednak wiedział, że coś się wydarzy. Musiał czekać. Nie mógł zrobić nic więcej. Nagle drzwi uchyliły się nieco i na moment znieruchomiały. Widząc to, wyprostował się, czujny i naprężony. Przez chwilę nic się nie działo, po czym drewniane skrzydło otworzyło się szeroko i z ciemności wyłonił się starszy mężczyzna. Trzymał za rączkę najwyżej sześcioletnią, ubraną niczym lalka dziewczynkę. Poczekał, aż ominie ich zaprzężony w siwka wóz, po czym odezwał się do małej i ruszył ulicą. – Szlag… – syknął rudowłosy pod nosem. Miał dość. Był zirytowany i zmęczony bezczynnością. Przymknął oczy i skupił się z całych sił. Zajęło mu to trochę czasu, lecz w końcu dopiął swego. Wyciszył się, sprawił, że harmider miasta docierał do jego uszu słabym pogłosem, jakby od zakurzonych ulic oddzielała go dźwiękoszczelna kopuła. Tak, o wiele lepiej, pochwalił sam siebie w myślach i uśmiechnął się ledwie zauważalnie. Zaraz jednak spoważniał. Wyobraził sobie jasnowłosą dziewczynę. Stworzony przez umysł obraz był niewyraźny, zamglony, lecz to mu musiało wystarczyć. Skupił się jeszcze mocniej, zacisnął usta. Odgłosy miasta kompletnie zanikły, miał wrażenie, że traci równowagę, lecz nie zrezygnował. Wśród jego własnych emocji pojawiło się coś nowego. Napięcie, odwaga, rozbawienie. „Janari…” Natychmiastowa złość. „Janari, co się…?” Ktoś wpadł na niego, burząc cały wysiłek. Wściekły, otworzył oczy i błyskawicznie chwycił za ramię uciekającego obdartusa. Okropnie brudny blondynek zatoczył się, omal nie upadł. Próbował się uwolnić, ale mężczyzna ani myślał go puścić. Zaciskał palce na chorobliwie szarej skórze i piorunował malca wzrokiem. Przez niego zerwał kontakt… Dzieciak przycisnął do piersi jasnozielone jabłko i nadal wyrywał się niczym szalony. W końcu uderzył napastnika chudą piąstką, a gdy i to nie pomogło, uniósł głowę i obrzucił go paroma paskudnymi wyzwiskami. Rudy nachylił się ku niemu. Brązowe oczy zalśniły gniewem. – Jak tyś mnie, gnoju, nazwał? Chłopiec natychmiast położył uszy po sobie. – Przepraszam – szepnął i znów szarpnął ramieniem. – Puść, to boli. Poza tym jeść mi się chce… Obcy uśmiechnął się złośliwie. Bez skrupułów odebrał mu jabłko i pchnął go na bruk. Blondynek potknął się, upadł, lecz zaraz poderwał się na równe nogi. – Ale… – Zjeżdżaj, łachudro – warknął, na powrót wbijając spojrzenie w drzwi kamienicy. Mały napiął się niczym bojowy kogucik. – To moje! – Ukradłem ci je, więc teraz jest moje – wytarł jabłko o koszulę, zanurzył zęby w soczystym miąższu. Kątem oka dostrzegł, że smarkacz zrezygnował z protestów i ruszył smętnie ku czekającym w oddali kolegom. Ci, widząc go, wybiegli zza muru i zaczęli o czymś z zapałem dyskutować. Nie zwracał na nich więcej uwagi. Znów obserwował wejście do budynku. Mógłby ponownie spróbować skupić się i nawiązać z dziewczyną myślową więź, jednak postanowił wykazać się odrobiną cierpliwości. Była cała i zdrowa, to zdążył wyczuć. Skoro tak, powinien pozwolić jej działać. Na pewno sobie poradzi. To przecież dla niej nie pierwszyzna. A jednak tym razem bał się. Miał wrażenie, że coś jest nie tak. Że Janari trafiła na złego człowieka. Gdyby tylko mógł wykorzystać swoją umiejętność i wkraść się do jego umysłu! Niestety, doskonale wiedział, że jest to niemożliwe. Mógł postępować w ten sposób tylko z osobami, z którymi łączyła go emocjonalna więź. A przecież nie znał obcego, który przebywał w jednym z pokoi kamienicy. Przeklął w duchu i zaraz odetchnął głęboko, chcąc opanować nerwy. Znów oparł się o nagrzany słońcem mur, odgarnął z czoła kręcone włosy. To był beznadziejny pomysł, katował się w duchu. Najgorszy ze wszystkich! Dlaczego akurat Ánkhal? Są mniejsze i bezpieczniejsze miasta! On był za swoim rodzinnym Rhæn! Ale nie, ona… Urwał, bo nagle drzwi kamienicy otworzyły się. Jako pierwsza wyszła na próg długowłosa, szykownie ubrana młoda kobieta, tuż za nią wysoki, niespełna pięćdziesięcioletni mężczyzna. Uśmiechnął się do swojej towarzyszki, objął ramieniem i poprowadził ulicą ku obrzeżom miasta. Dziewczyna nie opierała się, wyglądała na zadowoloną z okazywanego jej zainteresowania. Musiała być salitką, trzymała się prosto i dumnie. Rudowłosy nie spuszczał z nich wzroku. Odczekał, aż zbliżą się do rogu kamienicy, po czym, mając pewność, że nie zostanie dostrzeżony, ruszył za nimi. Początkowo przemykał się przy murze, niecierpliwie omijał zagradzających mu drogę ludzi, lecz już po kilkunastu krokach przebiegł na drugą stronę duktu. Maszerował równym, sprężystym krokiem. Miał przed sobą plecy śledzonej pary. Naprężony i czujny, nie pozwalał im się za bardzo oddalić. Zachowywał bezpieczną odległość, chociaż wprost płonął z ciekawości, o czym rozmawiają. Gdy dziewczyna wybuchła perlistym śmiechem, zacisnął zęby i podświadomie przyspieszył kroku. Przestał zawracać sobie głowę mężczyzną, nie spuszczał spojrzenia z ubranej w niebieską suknię, smukłej sylwetki. Przemierzali tłoczne ulice miasta. On skupiony, poważny i czujny niczym dzikie zwierzę, dziewczyna i jej towarzysz spokojni, rozluźnieni, roześmiani. Zniżające się ku zachodowi słońce zsyłało na nich gorące promienie, przetaczające się wozy wzbijały duszące tumany pyłu. Po kilkunastu minutach para salitów opuściła największe skupisko kamienic i skręciła w jedną z bocznych uliczek. Rudowłosy przystanął przy wysokim żywopłocie. Wyjrzał za śledzonymi i patrzył, jak kierują się do jaśniejącego w dali, otoczonego różanym ogrodem dworku. Kiedy znikli za porośniętą bluszczem bramą, wyszedł na bruk. Znowu czekał. Czekał bardzo długo. Rozglądał się po oknach domostwa. Gdy już miał zamiar posłać kolejny myślowy sygnał, firana w jednej z parterowych okiennic poruszyła się delikatnie, przez chwilę mignęła mu w szybie twarz blondynki. Zmrużył oczy, ostatni raz zlustrował wzrokiem okolicę. – Dobra – szepnął do siebie i ruszył opieszale ku centrum Ánkhal.

* * *

– I jak ci się podoba? Dziewczyna opuściła firanę i odwróciła się w stronę podchodzącego mężczyzny. – Ogród jest piękny. A dwór… – rozejrzała się po obszernym salonie. Zachodzące słońce rozjaśniało pokryte drewnem ściany, padało na obite aksamitem meble. – Cudowny. Salita stanął naprzeciw niej, dotknął opuszkami palców jej policzka. – To zwykłe miejsce. Ty jesteś cudowna. Uśmiechnęła się lekko. Patrzyła odważnie w jego oczy. Nie spuściła wzroku, gdy pochylił się i musnął ustami jej wargi. Poddała się jego woli, pozwoliła, by objął ją w pasie i przygarnął do siebie. Chociaż akceptowała tę część prowadzonej gry, rodził się w niej podświadomy bunt. Mężczyzna był za blisko, potrzebowała dystansu. Naprężyła więc nieco mięśnie, na tyle, by on tego nie odczuł. Od razu poczuła się lepiej. Przymknęła powieki. On wciąż pieścił wargami jej usta. Zamyśliła się. Jego pocałunki były całkowicie różne od tych, które znała… nie całował jak Silian. Obcy traktował ją niczym niezwykle delikatną istotę, Silian rzadko kiedy okazywał jej czułość. Zazwyczaj był zaborczy i zdecydowany. I to się jej w nim podobało. To ich połączyło. Ta dzikość, nieokiełznanie i niechęć do tkliwych słówek. Mężczyzna przyłożył czoło do jej czoła, gorący oddech musnął jej twarz. – Wspaniała z ciebie dziewczyna – szepnął i znów wpił się w jej usta. Przełknęła ciężko ślinę, odwróciła głowę odrobinę w bok. Takie wyznania także były dla niej czymś całkiem nowym. Silian nigdy nie strzępił języka na podobne bzdury. Nigdy nie usłyszała od niego „Kocham cię, podziwiam, jesteś dla mnie kimś szczególnym”. Traktował to jako niepotrzebne rozczulanie się nad mało znaczącymi sprawami. Uważał, że tak, jak jest, jest dobrze i że ona powinna odczytać z jego zachowania, jak wiele dla niego znaczy. Chociaż miała czasami dość tych niedomówień i pragnęła odrobiny romantyczności, odpłacała mu pięknym za nadobne. Byli ze sobą, związani, ale milczący i tajemniczy. I chociaż właśnie zasmakowała czegoś, za czym tak bardzo tęskniła, wiedziała, że to tylko gra. Nie była dla tego mężczyzny nikim szczególnym. Jedynie łatwą zdobyczą. I on nic dla niej nie znaczył. Miała swój cel. Ta chwila była jedynie częścią przedstawienia. Otrząsnęła się z oszołomienia i delikatnie odsunęła salitę. Odstąpił o krok, lecz wyraźnie było po nim widać, że to nagłe odtrącenie jest mu wybitnie nie na rękę. Gdyby tylko mógł, zapewne natychmiast zaciągnąłby ją do sypialni. Niedoczekanie, mruknęła w myśli, wygładzając materiał sukni. – Nie powinniśmy się spieszyć. – Uważasz, że się spieszymy? – błysnął zębami. Musiała przyznać, że gdy się uśmiechał, promieniał niezwykłą wprost siłą przyciągania. Był przystojny na swój dojrzały, szczególny sposób. – Uważam, że postępujemy nieostrożnie – mruknęła, podchodząc do szerokiej kanapy i siadając na środku z wyuczoną gracją. – Co będzie, jeśli pojawi się tu twoja żona? Albo ktoś ze służby? Dołączył do niej. – Niepotrzebnie się tym przejmujesz. Nikt się tu nie pojawi. Ani moja żona, ani służba. Spojrzała na niego pytająco, a on zaśmiał się w odpowiedzi. – Radzę sobie sam. – Musi być ci ciężko. – Nie – wstał, przeszedł przez salon i zatrzymał się przed stojącą na stoliku karafką z winem. Nalał do kieliszków nieco czerwonego napoju. Odwrócił się. – Dwór nie jest wcale taki duży, jak ci się wydaje. Mam do pomocy jedynie starą kobietę. Dobrze wykonuje swoje obowiązki, ale poza tym nie mam z niej żadnego pożytku. Nie mogę z nią nawet porozmawiać. Jest głuchoniema. Dziewczyna odebrała od niego kieliszek wina, upiła mały łyk. – A żona? – zapytała przekornie. – Moja ewentualna żona stanowi jakiś problem? – Nie czuję się zbyt komfortowo wiedząc, że ona może przebywać gdzieś w pobliżu. Więc… jesteś z kimś związany? – Czy to naprawdę ważne? Milczała przez moment, po czym spuściła wzrok. – Wybacz. Nie taki był nasz układ. Nie chciałam być wścibska. – Nie jesteś – ujął ją pod brodę i przysunął się bliżej. Znów ją całował. Nie protestowała, chociaż nie wykazywała też wielkiego entuzjazmu. Czekała ją długa, przepełniona poświęceniem i emocjami noc. Po kilku minutach znów spróbowała zagaić rozmowę. Bezskutecznie. Z każdą mijającą sekundą przekonywała się, że nie miała z tym salitą zbyt wiele wspólnego. Zaczęło ją to irytować. Raz po raz spoglądała niecierpliwie w salonowe okna, mając nadzieję, że ciemność zapadnie szybciej niż zazwyczaj. Jednak słońce dopiero kryło się za murami kamienic. Przeklęła w duchu. Nie umiała przyspieszyć czasu. Nikt nie umiał. Nawet ten mężczyzna, który poczynał sobie coraz odważniej i zapewne już ją widział nagą, śpiącą u swego boku. W końcu nie wytrzymała. Zacisnęła zęby i powoli, jak gdyby nigdy nic, zabrała mu z dłoni pusty kielich. Podeszła do stolika, sięgnęła po karafkę. Nalewając wina, zerknęła na ciągnący się ku bramie ogród. Nie dostrzegła żywego ducha, tylko morze czerwonych, nieruchomych róż. Kwiaty tworzyły harmonijny widok z płonącym karmazynową barwą niebem. Uśmiechnęła się do siebie. Nie odwracając się, zręcznie wysupłała spomiędzy fałdów sukni malutkie zawiniątko i rozprostowała je w dłoni. Na połyskującą taflę wina spadło nieco białego proszku, zawirowało i roztopiło się w leniwym, delikatnym tańcu. – Podziwiasz kres dnia? – doszedł do niej męski głos. Ocknęła się, uniosła wyżej głowę. – Twój ogród wygląda o zmroku znacznie piękniej niż za dnia. – To zasługa starej. Co by o niej nie mówić, muszę przyznać, że ma rękę do roślin. – Powinieneś ją za to doceniać. To rzadki dar – zbliżyła się do niego, podała kieliszek. Zerknął na wino, po czym przeniósł spojrzenie na jej twarz. – Mógłbym pomyśleć, że chcesz mnie upić. Przycupnęła obok niego. Nie odsunęła nogi, gdy ich uda musnęły się niby w przypadkowym dotyku. – Chcę, żebyś się odprężył. Przez chwilę patrzył jej prosto w oczy, po czym wychylił zawartość kieliszka jednym haustem i wstał. Przygarnął ją do siebie, wtulił twarz w jasne włosy, zacisnął ręce na smukłej talii. Nie przestając jej pieścić, wyprowadził na korytarz i pchnął ku sąsiedniemu pokojowi. Upadła na niezwykle miękkie łóżko, on obok niej. Pozwalała, by ją rozbierał, by jego dłonie krążyły po jej skórze, by usta dotykały ust. Gdy tylko nieco się od niej odsuwał, z uwagą obserwowała jego twarz. Z czasem dostrzegła to, na co czekała – sprawiał wrażenie coraz bardziej zmęczonego. Powieki mu opadały, ręce poruszały się coraz wolniej, lecz ona udawała, że tego nie zauważa. Energicznie ściągnęła z niego koszulę, sięgnęła do paska spodni i zerknęła z satysfakcją w jego na wpół otwarte oczy. Mruknął coś niezrozumiałego i opadł na nią. Czuła na sobie jego rozgrzaną skórę, usta jeszcze przez chwilę drażniły jej szyję, po czym wszystko się uspokoiło. Tylko ciepły, miarowy oddech świadczył o tym, że mężczyzna żyje. Odczekała jeszcze parę minut, po czym przewróciła salitę na plecy. Było już dość ciemno, więc wstała i odnalazła kaganek. Mdłe, migoczące światło zalało pokój. Mężczyzna leżał na łóżku, nagi do pasa i spał. Jego pierś poruszała się miarowo w górę i w dół. Dziewczyna podciągnęła i uporządkowała suknię, przeczesała palcami potargane włosy, po czym otarła wierzchem dłoni nabrzmiałe usta. Wciąż czuła na nich pocałunki swojego niedoszłego kochanka. Całował inaczej niż Silian, ale nie chciała zachować w pamięci mijającego wieczora. Zrobiła, co musiała. Nie posunęła się ani o krok za daleko. To nie była jej wina, że nagle otrzymała coś, o czym czasami marzyła. I że to jej się nawet do pewnego momentu podobało. Zła na samą siebie, prychnęła pod nosem i rozejrzała się po pokoju. Był mały i bardzo skromnie urządzony. Nie znajdowało się w nim nic poza łożem, niewielką szafką i palącym się na niej kagankiem. Nie, tutaj nie miała czego szukać. Zdmuchnęła płomień, zaciągnęła ciężkie kotary i wymknęła się na korytarz. Ostrożnie zamknęła za sobą drzwi. Wyprostowała się i przez chwilę stała w bezruchu. Czekała, aż jej wzrok przyzwyczai się do wszechobecnej ciemności. Gdy już była w stanie rozpoznać szczegóły otoczenia, ruszyła wolno przed siebie. Nie spieszyła się, nie denerwowała. Dowiedziała się tego, co było jej potrzebne: że w budynku nie przebywa nikt poza nią, odurzonym środkiem nasennym mężczyzną i starą, głuchoniemą służącą. To jej dawało sporą swobodę. Nie musiała się kryć, mogła rozglądać się po dworze w komfortowej bezkarności. Podeszła do kolejnych drzwi, nacisnęła klamkę i pchnęła je mocno. Zajrzała do skąpanego w blasku księżyca pokoiku. Pod oknem stał piękny, połyskujący matowym światłem wazon, tuż obok ciągnęła się półka z książkami i sąsiadująca z nią, pięknie dekorowana skrzynia. Dziewczyna weszła do środka, zbliżyła się do kufra i uniosła ciężkie wieko. Poczuła zapach wykrochmalonej pościeli. Wsunęła rękę pomiędzy materiał, zaczęła wodzić po nim palcami, docierać do najgłębszych i najbardziej niedostępnych zakamarków skrzyni. Miała przeczucie, że znajdzie coś ciekawszego od poszewek i złożonych w kostkę prześcieradeł. A jednak się zawiodła. Nieco rozzłoszczona, wstała i energicznym krokiem opuściła pokój. Obeszła cały parter, skierowała się na piętro. Od czasu do czasu wciskała do ukrytej w sukni kieszeni jakiś wartościowy drobiazg. Plądrowała dom w idealnej ciszy. Chodziła, obserwowała i zapamiętywała położenie każdego kosztownego przedmiotu. Uśmiechnęła się szeroko, gdy na jednej z półek znalazła wypełnioną złotymi monetami szkatułkę. Nie było ich zbyt wiele, lecz dla niej stanowiły całkiem pokaźną sumkę. Godzinę później zeszła po schodach i skierowała się do wyjścia. Nagle zamarła. Z pokoiku po lewej stronie doszło do niej ciche skrzypnięcie drewna. Po chwili rozległ się ochrypły, dziwnie brzmiący kaszel. Dziewczyna rozluźniła mięśnie. Przestraszyła się staruszki, o której wspominał mężczyzna. Zapewne kobiecina przekręcała się na ławie z boku na bok. Uspokojona, podeszła do drzwi, przekręciła klucz i nacisnęła dużą, zimną klamkę. Masywne skrzydło uchyliło się z oporem. Wysunęła się na próg, rześkie powietrze musnęło jej twarz. Rozejrzała się po uśpionym ogrodzie, wsłuchała w delikatny…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Więzień z Ánkhal - część I (tytuł roboczy) — czytnik · opowiadania