Horror · 7 godz. 43 min czytania
Więzienie iluzji
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
OPIS:
Alternatywny świat. Ze szpitala psychiatrycznego w wyludnionej mieścinie ucieka sześcioro pacjentów. Każdy ma inne przeżycia, u każdego choroba objawia się w inny sposób. Mimo wyraźnych różnic tworzą razem nierozłączną grupę. Na wolności ich szaleństwo powoli zaczyna się pogłębiać. Wkrótce znajdują opuszczony dom, który zdaje się być idealną kryjówką. Szybko jednak okazuje się, że z jednego więzienia trafili do jeszcze gorszego. Nie mogąc wyjść, obserwują coraz bardziej niepokojące zjawiska, jakie mają miejsce w nowej siedzibie. Początkowo sądzą, że jest ona nawiedzona, szybko jednak zaczynają podejrzewać, że to coś znacznie gorszego… Nim zmierzą się z szaleństwem, które opanowało ten dom, najpierw muszą pokonać swoje własne – nie wiedzą bowiem, czy to wszystko dzieje się naprawdę, czy jest tylko wytworem ich chorej wyobraźni… Ich czyny poniosą za sobą poważne konsekwencje, jakich nie wyobrażali sobie nawet w najśmielszych snach.
Pomysł na tą książkę pojawił się w mojej głowie około 2000 roku, gdy byłem w gimnazjum. Na początku miała to być komedia o wariatach w nawiedzonym domu. Napisałem już dość dużo, ale z powodu awarii dyskietki większość przepadła – uratowało się parę stron, które nadal mam. Zacząłem więc pisać drugą wersję, która tym razem była już poważnym horrorem z nielicznymi humorystycznymi wstawkami – podstawowe założenia pozostały takie same, ale historia została mocno przebudowana. Tym razem w tajemniczym domu nie kryły się już duchy, ale coś znacznie bardziej zaskakującego. Tą książkę napisałem długopisem na kartkach i nadal mam ją w całości. Jakieś 2 lata temu zacząłem pisać trzecią wersję, która w 50% jest kopią tej drugiej, ale historia ponownie została rozbudowana, w niektórych miejscach zmieniona i poprawiona. I tą właśnie wersję tutaj przedstawiam. Zawsze tworząc różne rzeczy – komiksy, gry, figurki, filmiki, czy wreszcie książkę – starałem się być przede wszystkim oryginalny. Chciałem wymyślać coś, czego nikt nigdy wcześniej nie wymyślił. Spotykało się to zwykle z wielką krytyką, zwłaszcza pod względem gier, które były zbyt oryginalne i trudne, żeby mogły się komukolwiek spodobać. Ja mimo wszystko pozostaję wierny swojej oryginalności. Czy książka jest dobra? Nie wiem. Mi się podoba, ale jak już nieraz się przekonałem, to, co mi się podoba, zwykle nie podoba się nikomu innemu. Nie wiem, czy mój styl pisania jest dobry – być może w niektórych miejscach przesadziłem z analizami i opisami, ale to nie mnie oceniać. Fabuła skrywa jednak dużo niespodzianek, które, wydaje mi się, są dość zaskakujące. Szczerze wątpię, czy ktoś inny kiedykolwiek wpadł na podobny rozwój fabuły, bo wymyśliłem coś wyjątkowo pokręconego i dziwnego, ale mogę się mylić – myślę, że warto dotrwać do końca opowieści, nawet jeśli niektóre fragmenty wydadzą się gorsze. Mimo wszystko zapraszam do lektury.
Prolog
Kwiecień 2018 roku
Ludzie stali na ulicy, rozglądając się wokoło. W powietrzu czuło się coś dziwnego – wszystko było jakby naelektryzowane. Po chwili niektórzy zaczęli odczuwać ból na całym ciele; chwytali się za głowy, brzuchy, ręce. Bardzo szybko rozprzestrzeniało się to także na innych – wkrótce wszyscy już odczuwali dziwne mrowienie, jakby coś próbowało wyrwać się na wolność z ich ciał. Dookoła zapanował chaos; ludzie wili się na ulicy, upadając tam, gdzie jeszcze przed chwilą stali. Nie wiedzieli, co się z nimi dzieje. Zerwał się potężny wiatr, lecz wiał on pionowo, z dołu do góry. Niebo pociemniało, gdy wiele ledwie widocznych promieni wzleciało w górę z ciał zdezorientowanych ludzi. Nikt nie miał pojęcia, co się właśnie stało. Nie wiedzieli, czy to koniec świata, czy wręcz przeciwnie - nowy początek…
Październik 2015 roku
Odludziowo - nazwa ta została wymyślona przez samych mieszkańców, ponieważ było to wyjątkowo opustoszałe miasto. Miało to wyraźny wydźwięk humorystyczny – widocznie chcieli w ten sposób określić dokładnie charakter miejsca, w którym żyli. To miejsce było wyludnione, odkąd pamiętali, więc nikt właściwie nie znał prawdziwej nazwy. Koniec świata z 2012 roku przebiegł dość burzliwie – wysiadły wszystkie komputery, ludzie wpadli w panikę, powodując wiele wypadków, często miały miejsce pożary i powodzie, przynosząc wielkie straty. Bieguny Ziemi zamieniły się miejscami. Świat zmienił się przez te kilka lat pod wieloma względami; na przykład wprowadzono zakaz ogłaszania kolejnych końców świata, bo chaos w 2012 był spowodowany głównie paniką ludzi, którzy wierzą w takie rzeczy. Choć trzeba przyznać, że coś się stało; nie był to jednak koniec świata, tylko jego zmiana w niektórych aspektach. Na zewnątrz nie było nikogo. Wszyscy jak zwykle siedzieli w swoich domach, niczym się nie przejmując. Ale nie wszędzie było tak spokojnie. W Miejskim Szpitalu Psychiatrycznym w Odludziowie trwały nieustanne starania w celu utrzymania porządku. Nie tylko dlatego, że panował tam wyjątkowy bałagan. Były to niespokojne czasy, w których służba zdrowia działała jeszcze gorzej, niż u nas; opieka nad chorymi wyglądała nieco inaczej. Szpitale w całym kraju były skrajnie przepełnione, dlatego odsyłano „nadprogramowych” pacjentów do Odludziowa, które jako jedne z nielicznych wciąż miało trochę miejsca. Wówczas opieka zdrowotna wymagała wysokich opłat za leczenie, zwłaszcza jeśli chodziło o choroby natury psychicznej, a w ostatnich latach tego typu dolegliwości bardzo się rozpowszechniły; wiele osób zwariowało trzy lata wcześniej, nie mogąc znieść myśli, że świat się kończy. Ów szpital otrzymywał bardzo skromne fundusze na swoją działalność. Brakowało pieniędzy na najważniejsze potrzeby, dlatego trzeba było nimi rozsądnie gospodarować. Zrezygnowano ze wszystkiego, co nie było absolutnie konieczne, a nawet na niezbędne rzeczy czasem brakowało. Odpadający niebezpiecznie tynk świadczył o potrzebie natychmiastowego remontu. Bogatsi ludzie, zwłaszcza politycy, mieli swoje własne szpitale, nowoczesne i świetnie wyposażone. Zwykli ludzie nie mieli tyle szczęścia. Szpital był bardzo stary, istniał już od wielu lat, a co jakiś czas dosyłano do niego nowych pacjentów. Czasem zdarzały się jakieś odwiedziny, ale należało to raczej do rzadkości; dojazd był bardzo skomplikowany, a rodziny pensjonariuszy były zwykle ubogie. Gdyby mieli więcej pieniędzy, to oczywiście przenieśliby członków swoich rodzin do jakiegoś bardziej renomowanego szpitala. Ten nie wymagał zbytnich opłat, ponieważ i tak nie stać go było na drogie leki i specjalne sprzęty do zajmowania się chorymi. Dlatego, mimo lichej opieki i skromnych warunków w szpitalu zostawili tu swoje dzieci, rodziców, braci, lub siostry ze świadomością, że w ich domach byłoby im jeszcze gorzej. W końcu większość dnia zajmowało im szukanie środków do życia. Urzędnicza bezduszność i brak odpowiedniego kapitału uniemożliwiły im zapewnienie swoim bliskim lepszych warunków. Szpital w Odludziowie był więc miejscem, do którego wysyłano pacjentów, którzy nie zmieścili się gdzie indziej, lub którzy byli zbyt ubodzy, aby stać ich było na leczenie w placówkach o wyższym standardzie. Jednak pacjenci, ponieważ byli chorzy psychicznie, nie potrafili tego docenić i ciągle narzekali na panujące warunki. Mieszkańcy Odludziowa nie znosili miejsca, w którym przyszło im żyć. Większość z nich już dawno wyjechała w poszukiwaniu lepszego życia, dlatego wiele domów stało opuszczonych. Ci, którzy pozostali, przeprowadzili się jak najdalej od szpitala, bo nie mogli spać przez ciągłe hałasy, poza tym nikt nie chciał mieć takiego sąsiedztwa. Każdy się bał, że którejś nocy któryś pacjent ucieknie i po odsłonięciu okna zobaczy na zewnątrz twarz wykrzywioną w szaleńczym uśmiechu. Niektórzy przyjezdni, którzy w drodze gdzieś dalej przez Odludziowo dowiadywali się o tym, okazywali się dowcipnisiami; kilku takich zostało aresztowanych po tym, jak w środku nocy pukali do czyjegoś domu i pytali: „Dzień dobry, właśnie uciekłem ze szpitala psychiatrycznego. Gonią mnie tajni szpiedzy z obcej planety. Czy mógłby mi pan wyrwać spod skóry chip naprowadzający?” Ofiara takiego żartu lądowała zwykle w zwykłym szpitalu z podejrzeniem zawału serca, a kilku zasiliło nawet szeregi pacjentów w szpitalu psychiatrycznym. Wszystko wokół było zniszczone i zaniedbane, więc lichy wygląd szpitala nie pozwalał mu się zbytnio wyróżniać. Mimo to, mieszkańcy czuli przed nim przemożny lęk, wynikający w znacznej mierze z braku tolerancji - gdy któryś z pacjentów wychodził ze szpitala, to mimo, że był już zdrowy, mieszkańcy miasteczka przypinali mu etykietkę wariata już do końca życia. Pacjenta z drobnymi zaburzeniami traktowali tak, jakby był psychopatycznym mordercą. Panował głupi stereotyp, że jeśli ktoś spędził w tym miejscu nawet krótki okres, to już zawsze będzie z nim coś nie tak. Uważało się, że w rozmowie z nim trzeba unikać tematów z pogranicza fantasy i science-fiction, spławiając go jak najszybciej, a jeszcze lepiej w ogóle unikać z nim jakichkolwiek rozmów. Niektórym pacjentom było obojętne, że tu są; żyli zamknięci we własnych umysłach, nieświadomi, gdzie się znajdują i co się z nimi dzieje. Jednak większość z nich nienawidziła szpitala; wielu miało własne teorie na temat ich pobytu w tym miejscu. Niektórzy twierdzili, że widzą wodę, ściekającą po ścianach z sufitu i bali się, że zaraz utoną. Inni słyszeli głosy, nakazujące natychmiastową ucieczkę. Zdarzało się, że któryś pacjent ze śmiechem wciskał swojemu koledze w twarz talerz z obiadem, nie biorąc pod uwagę, że ten drugi być może ma fobię przed kotletami. Tak więc mimo, że pacjenci żyli w wiecznym tłoku, z czasem robiło się tu coraz luźniej. Bo choć lekarze robili, co w ich mocy, aby w rękach pacjentów nie znalazło się nic niebezpiecznego, raz na jakiś czas któryś z pacjentów przegrywał walkę z własnym umysłem i udawało mu się popełnić samobójstwo na różnorakie sposoby. Nie mogąc uciec ze szpitala, wybierali śmierć. Niektórzy byli dumni ze swoich wyborów; zostawiali listy, w których oznajmiali, że nie dadzą zrobić sobie prania mózgu, że wolą zginąć, niż być ofiarami tajnych eksperymentów. Większość prób samobójczych kończyła się niegroźnie, na przykład czasem ktoś wpadł na pomysł, że jak zje za dużo, to umrze z przejedzenia lub wręcz odwrotnie; odmawiał spożywania jakichkolwiek posiłków, aby umrzeć z głodu. Najczęściej kończyło się to podłączeniem do kroplówki. Czasem ktoś wstrzymywał powietrze, aby się udusić, lecz pilnujący ich przez cały czas członkowie personelu mieli zawsze pod ręką odpowiedni sprzęt medyczny. Gdy któryś z nich tracił przytomność, natychmiast próbowano go ratować. Następnie poddawano go wnikliwej obserwacji. Jeśli znów próbował popełnić samobójstwo, od razu go powstrzymywano, jednak z każdą kolejną próbą samobójczą organizm pacjenta był coraz bardziej wyniszczony i w końcu nie wytrzymywał. Jeśli więc nie udało się takiemu przemówić do rozsądku, było pewne, że prędzej czy później znów odechce mu się życia. Trzeba pamiętać, że byli to chorzy psychicznie ludzie, dlatego próby niektórych z nich mogły się wydawać naiwne i żałosne, jak próby popełnienia samobójstwa gumową piłką lub zeschniętym liściem. Zdarzały się jednak również znacznie poważniejsze zamachy na własne życie, dowodzące, że niektórzy pacjenci przynajmniej w tej kwestii potrafią myśleć trzeźwo. Niektórych z nich nie krępowano, bo to niewiele dawało; wstrzymywania powietrza czy buntów przy spożywaniu posiłków (takie próby, choć nie zagrażały życiu dzięki ciągłej obecności personelu, prowadziły jednak do stopniowego wyniszczenia organizmu) nie dało się w ten sposób powstrzymać, a z powodu znacznie ograniczonych funduszy nie można było sobie pozwolić na podłączenie ich do odpowiedniego sprzętu na stałe. Była to jednak znacznie tańsza metoda od leków uspokajających, dlatego czasem się na to decydowano; zwłaszcza jeśli chodzi o bardziej aktywnych pacjentów, w przypadku których nikt nie odważyłby się podejść, jeśli nie byliby związani. Rzadko, ale jednak zdarzały się takie jednostki, u których już pierwsza próba samobójcza kończyła się śmiercią pacjenta; działo się to wówczas, gdy pacjent zorientował się już, że papierowy talerz raczej nie spowoduje jego śmierci i trzeba znaleźć lepszą metodę. Pozbawieni rozrywek ciekawszych niż warcaby czy spacery, niektórzy chcieli w ten sposób zwrócić na siebie uwagę. Zdarzali się też tacy, którzy bali się śmierci, więc nie próbowali się zabić, ale większość miała szczerze dosyć pobytu w szpitalu i towarzystwa personelu, który w ich mniemaniu przeprowadzał na nich eksperymenty, swojego nędznego, monotonnego życia i ciągłego strachu przed wyimaginowanymi zagrożeniami. Byli też tacy, którzy śmiali się z byle czego i nic ich nie obchodziło. Lekarze woleliby, żeby w szpitalu byli tylko tacy pacjenci, bo praca z nimi była bezpieczna i wesoła, mimo że zwykle tacy osobnicy radością próbowali stłumić traumatyczne przeżycia. Część z nich jednak była z natury wesoła i niczego nie tłumiła. Oprócz pacjentów, w szpitalu byli także lekarze, pielęgniarki, strażnicy i ludzie, których nieoficjalnie nazywało się opiekunami. To właśnie oni - opiekunowie - prowadzili rozmowy z leczonymi, wyprowadzali ich na spacer, kontrolowali, czy nie robią sobie krzywdy, kąpali ich i towarzyszyli przy posiłkach. Z powodu ograniczonych środków i braku innych możliwości, niemal każdemu pacjentowi przydzielono osobnego opiekuna, który towarzyszył mu przez cały pobyt w szpitalu. Zgłaszali się dobrowolnie. Byli to w większości dobrzy, troskliwi ludzie, przejęci tragicznym losem pacjentów. Nie domagali się wynagrodzenia. Większość z nich miała pracę w jakimś innym, pobliskim mieście (bo w Odludziowie nie było nawet za bardzo dla kogo pracować z powodu małej ilości mieszkańców). Dlatego nie spędzali w towarzystwie pensjonariuszy tak wiele czasu, ile by chcieli; byli zapisani na dany dzień tygodnia, lub codziennie w ustalonych godzinach, a przez resztę dnia zastępowali ich inni. Niektórzy mogli przychodzić codziennie, jeśli mieli odpowiednio ułożone godziny pracy. Byli wśród nich także bezrobotni, którzy cały swój czas poświęcali konkretnemu pacjentowi, stając się przyjacielem, któremu można zdradzić każdy sekret. Dzięki temu opiekunowie stanowili ogromną pomoc dla lekarzy - pacjenci zwierzali się swoim opiekunom z tajemnic, jakich nigdy nie zdradziliby lekarzom, którym nie ufali (bo byli szpiegami na usługach obcych mocarstw, lub cywilizacji pozaziemskich, ewentualnie duchami lub potworami w przebraniu). Takich ludzi, chętnych do pomocy, nie brakowało. Nieliczni zdecydowali się nawet na zabranie swojego podopiecznego do własnego domu, oczywiście dopiero wtedy, gdy jego stan psychiczny był zadowalający i nie stanowił zagrożenia dla siebie i innych. Większość się jednak na to nie decydowała, z powodu braku szczegółowej wiedzy na temat chorób psychicznych. Bali się też, że chory zdemoluje im dom, lub że po prostu sobie nie poradzą, dlatego woleli zajmować się nimi w szpitalu. Choć robili, co tylko mogli, aby umilić swoim podopiecznym życie i odnaleźć się w trudnych warunkach, to nie potrafili odwieść ich od myśli o śmierci, czy o ich własnych wymysłach na temat świata; nie byli przecież psychologami, przynajmniej nie wszyscy, dlatego nie do końca wiedzieli, jak należy rozmawiać z pacjentami. Próbowali znaleźć interesujący ich temat do rozmowy, zgłębiali wiedzę o ich chorobie i próbowali się dostosować do ich trybu życia, aby zyskać ich sympatię. Starali się wybadać, czym, poza imaginacjami swoich zniszczonych umysłów, się interesowali, a następnie próbowali dowiedzieć się jak najwięcej na dany temat, aby móc z nimi porozmawiać. Niestety, rzadko odnosiło to pożądany skutek. Chorzy żyli we własnych światach. Roztaczali własne wizje na temat uprowadzeń przez kosmitów, tajnych eksperymentów, itp. Niektórzy opiekunowie przysyłali fundusze dla szpitala, czasem któryś decydował się na przeniesienie jakiegoś pacjenta do szpitala o wyższym standardzie. Były to jednak rzadkie przypadki, z powodu dużych kosztów, które musiał ponosić opiekun. Lekarze również prowadzili rozmowy z pacjentami na specjalnych sesjach w gabinecie. Jak już wspomniano, niewielu z nich ufało doktorom, którzy przepisywali im leki, uważane za truciznę. Poza tym pobyt w gabinecie również nie nastrajał ich do zwierzeń. Uważali, że lekarze chcą pozbawić ich osobowości, że chcą zmienić ich w kogoś, kim nie są i nie chcą być. Dlatego najczęściej opiekunowie byli pośrednikami, którzy przekazywali doktorom tajemnice pacjentów, stanowiły bowiem często klucz do rozwiązania ich problemów, a tym samym do ich wyzdrowienia. Z powodu kiepskich warunków w szpitalu choroba w wielu przypadkach z czasem się pogłębiała. W końcu niektórzy pacjenci popadali w jeszcze większy obłęd, mimo usilnych starań lekarzy. Niestety, częste i niespodziewane, nagłe przerwy w dostawie prądu sprzyjały chorym wymysłom szaleńców.
Część 22 / 4
Zdarzali się oczywiście łagodniejsi osobnicy, którzy wręcz domagali się rozmowy z przyjaźnie do nich nastawionym opiekunem, zwierzali się ze swoich problemów i szukali pomocy. Agresywniejsze przypadki zaś były cały czas skrępowane, ze względów bezpieczeństwa i zdecydowanie preferowały samotność, której szpital im nie zapewniał, gdyż po prostu brakowało miejsca, by ich odizolować. Kilka izolatek to było za mało dla tak wielu ludzi. Stanowili oni na szczęście mniejszość. Były też przypadki pośrednie, które nie miały zaufania do swoich opiekunów, twierdząc, że osoba mogąca wychodzić na zewnątrz na pewno jest szpiegiem, albo płatnym mordercą, za to bardzo chętnie prowadziły ożywione rozmowy z innymi pacjentami. Lekarze mieli mieszane uczucia co do nich; z jednej strony pomagało to pacjentom nawiązywać kontakty z innymi, co w przyszłości mogło im w znacznym stopniu ułatwić życie poza szpitalem, ale jednocześnie powodowało jeszcze głębsze popadanie w paranoję i utwierdzało ich w swoich chorych przekonaniach. Dlatego lekarze ściśle kontrolowali, jaki taka sytuacja ma wpływ na ich podopiecznych. Jeśli powodowała pogłębianie się choroby, natychmiast izolowano ich od pozostałych i nakazywano opiekunom jeszcze intensywniejsze próby nawiązania z nimi kontaktu, oczywiście poprzez rozmowy, które nie dotyczyły ich chorych teorii. Próbowali im pomóc w porzuceniu ich nierealnych marzeń i teorii oraz w powrocie do normalnego życia, jednak dopiero po tym, jak pacjent zaczynał im ufać. Na początku rozmawiali z nimi na inne tematy, dopiero później próbowali ich przekonać, że ich rozumowanie jest błędne. To jednak rzadko się udawało i leczeniem zajmował się już lekarz. Jeśli zaś dzięki takim rozmowom z innymi pacjentami dany osobnik, który dotąd był zamknięty w sobie otwierał się na próby kontaktu, to zezwalano na ich kontynuowanie. W szpitalu brakowało psychologów, z powodu braku chętnych, więc takie problemy rozwiązywano metodą prób i błędów. Zdarzało się co prawda, że któryś z opiekunów przeprowadzał się na stałe do Odludziowa i podejmował pracę w szpitalu jako lekarz, lecz wymagało to wielu wyrzeczeń i niewiele osób się na to decydowało. Głównym zadaniem opiekunów było zdobycie zaufania, a potem roztaczanie przed podopiecznymi wspaniałych perspektyw życia poza szpitalem. Próbowali też udowodnić pacjentom, że ich teorie są błędne, przytaczając różne fakty i przedstawiając odpowiednie dowody. Skutki były całkowicie nieprzewidywalne; niektórzy byli podatni na takie działania, a inni jeszcze bardziej się w sobie zamykali. Niektórzy dawali się przekonać, ale tylko częściowo; przyznawali na przykład, że nie ma żadnych dowodów, iż kosmici mogą przeprowadzić inwazję na naszą planetę, ale przytaczali też wiele dowodów na istnienie kosmitów. Trudno im było wyperswadować takie rozumowanie; ci ludzie uważali, że jeśli nie udowodniono w stu procentach, że czegoś nie ma, to być może to istnieje. I potem bali się wilkołaków, kosmitów, wampirów i tym podobnych stworów. Niektórzy jednak wcale się ich nie bali; marzyli, by kosmici porwali ich do lepszego świata, albo chcieli zostać wampirem, czekając, aż któryś z nich ich ugryzie.
Mimo marnych warunków i zaniżonych wymagań wobec kandydatów na lekarzy w Odludziowie wyzdrowiało już wielu pacjentów. Lekarze zamiast przekładać wiedzę z książek na leczenie starali się traktować ich jak równych sobie. Nie patrzyli na nich z góry, prezentując się jako wspaniali profesjonaliści. Bali się, że to mogłoby ich onieśmielać. Starali się jednak zachować pewną hierarchię, aby pacjent znał zasady panujące w ośrodku i nie starał się ich łamać. W każdym razie całość funkcjonowała całkiem nieźle. Tym, którzy opuścili szpital, życzono szczęścia i dawano odpowiednie dokumenty. Nic więcej nie można było zrobić. Niektórzy utrzymywali przyjaźń ze swoimi dawnymi opiekunami, lecz tamci zwykle bali się wpuścić byłego wariata do swojego domu, choć zdarzały się też wieloletnie przyjaźnie między byłym pacjentem i opiekunem. Zwykle taki człowiek lądował na ulicy, bo nikt nie chciał zatrudnić kogoś, kto kiedyś leczył się w szpitalu psychiatrycznym. Nawet, jeśli udawało się im ukryć fakt wieloletniego przebywania w szpitalu, brak doświadczenia i kwalifikacji dyskwalifikował ich na rynku pracy. Niektórym udawało się jakimś cudem znaleźć pracę, starając się wyrzucić z pamięci potworne wspomnienia o ciemnych, obskurnych pokojach, bezsennych nocach, ciągłych zawodzeniach sąsiadów i ustępującej powoli chorobie. Większość sprawiała wrażenie zupełnie normalnych, stwarzając pozory całkowicie wyleczonych, bojąc się, że ktoś mógłby odkryć ich tajemnicę z przeszłości i zmarnować im życie. Jedyną pamiątką, poza wspomnieniami, pozostawały wyraźne blizny po dawnych próbach samobójczych, oczywiście nie u wszystkich. Jeśli udało im się zrobić karierę, niektórzy potajemnie przekazywali dla swego dawnego domu fundusze ze współczucia dla dawnych znajomych. Byli jednak i tacy, których, jak się niestety zbyt późno okazało, wypuszczono za wcześnie. Przychodzili co jakiś czas i próbowali utrudnić życie jego lokatorom, jako akt zemsty za sobie tylko znane krzywdy, wynikające ze zdolności aktorskich takiego pacjenta, lub niemożliwych do przewidzenia nawrotów choroby. Były to jednak bardzo rzadkie przypadki. Niektórzy nawet udawali opiekunów, by zniszczyć pozostałym życie. Co jakiś czas przygotowywali coś w rodzaju zamachu, ruszając całą grupą na szpital i niszcząc jego mury, odcinając dopływ prądu i wody. Choć było ich niedużo, taki atak paraliżował szpital na parę godzin. Niektórych udawało się złapać i zmusić do ponownego leczenia, większość była jednak zbyt sprytna lub zbyt niebezpieczna, aby można było sobie z nimi poradzić. Byli nienormalni, ale potrafili w przemyślany sposób planować swoje działania. Jak już wspomniano, w szpitalu panowały skrajnie ciężkie warunki. Ciągły smród, brak ruchu, ograniczone zasoby leków i jedzenia sprzyjały rozwojowi różnych chorób fizycznych, od zwykłego osłabienia, aż do śmierci w sporadycznych przypadkach. Liczebność pacjentów z czasem zmniejszyła się niemal o połowę, wliczając tych, którzy przybyli tu później i oczywiście w znacznej większości tych, którzy opuścili szpital jako wyleczeni, a zdarzało się też, że któremuś udawało się uciec, choć w całej historii szpitala było tylko kilkanaście takich przypadków. Był to powolny proces, trwający około 50 lat. Tanie, słabe leki, kiepskie warunki i częste problemy finansowe, próby samobójcze i wiele innych czynników sprawiło, że pacjentów było coraz mniej. Wystarczyło to, by z mało znanego, ubogiego szpitala zrobić znaną na cały kraj ruinę. Wszyscy dobrze wiedzieli, że pewien odsetek pacjentów tam umiera, zamiast wyzdrowieć, więc szpital ten był dla nich ostatecznością, miejscem, w którym mogą spędzić ostatnie lata życia z kimś, kto pragnie ich wysłuchać i im pomóc. Niestety, często nie mieli wyboru. Rząd nie zamykał szpitala, gdyż wszystkie pozostałe szpitale w całym kraju były przepełnione, a leczenie w takim szpitalu dawało i tak znacznie większą szansę na wyleczenie, niż pozostawienie pacjenta samemu sobie. Lekarze dostawali niezbyt wysokie wynagrodzenie za swoją pracę. Wielu z nich było byłymi opiekunami, którzy porzucali wygodne życie na rzecz pomocy podopiecznym. Inni byli już wcześniej lekarzami, którzy pracowali kiedyś gdzie indziej, ale wzruszał ich los tych ludzi w zniszczonym szpitalu i przybywali, by im pomóc. Wielu lekarzy miało drugą, zupełnie inną pracę poza granicami Odludziowa. Godziny pracy mieli ustalone w ten sposób, że w szpitalu pracowali na zmianę. Nie mieli więc prawie wcale czasu na jakiekolwiek życie prywatne. Ale to były takie czasy, w których za pracę dostawało się niewielkie pieniądze, więc po prostu nie mieli innego wyjścia.
Jako strażników wynajmowano zwykle bezrobotnych i bezdomnych w zamian za skromną pensję. Do ich obowiązków należało pilnowanie, żeby pacjenci byli spokojni i żeby żaden nie uciekł. W razie potrzeby zezwalano strażnikom na użycie siły. Nie mogli jednak nadużywać swojej władzy; jeśli któryś z opiekunów zauważał, że jego pacjent jest pobity, to pytał go, co się stało. Gdy ten mówił mu, że pobił go strażnik, to opiekun szedł porozmawiać z tym strażnikiem. Strażnik zwykle próbował się wytłumaczyć, że pacjent go sprowokował. Potem opiekun długo rozmawiał z pacjentem o tym, co mu wolno, a czego nie. Jeśli jednak pacjent chodził pobity przez dłuższy czas, opiekun zgłaszał problem do któregoś z lekarzy. Wtedy ów lekarz zaczynał dyskretnie obserwować tego strażnika i w razie potrzeby wyrzucał go z pracy. Strażników było bardzo dużo i ich ilość była wystarczająca, żeby utrzymać względny porządek. Burdy zdarzały się tu dosyć często, średnio raz na tydzień, zwykle podczas posiłków i spacerów, gdyż były to jedyne momenty, gdy pacjenci mogli się ze sobą spotkać. Najczęściej jeden pacjent zachowywał się nie tak, jak powinien, czasem mówił coś, co nie podobało się pozostałym i zaczynała się awantura, nad którą strażnicy musieli zapanować. Niestety mieli tylko pałki i paralizatory, a lekarze mieli zastrzyki uspokajające, jednak to wszystko było skuteczne tylko na krótki dystans. Zwykle udawało się przytrzymać awanturującego się pacjenta i zrobić mu zastrzyk, lecz było też kilku takich, z którymi trzeba było odbyć kilkuminutową walkę. Wtedy strażnicy narzekali na brak broni dalekosiężnej, jak gaz obezwładniający czy broń strzelająca środkami uspokajającymi. Nie było pieniędzy, by kupić taki sprzęt. Strażnicy chodzili po korytarzach i patrolowali teren, co jakiś czas zaglądając do któregoś pokoju, aby sprawdzić, jak się zachowują pacjenci, u których wywoływało to znaczny stres i wzbudzało nieufność oraz nienawiść. Ciągły terror, wzniecany (często nieświadomie) przez strażników, groźby i kary odbijały się na ich zdrowiu i jeszcze bardziej utwierdzały ich w teoriach o rozmaitych porwaniach, uprowadzeniach itp. Przechodzący powoli w ciemności strażnik na korytarzu odbijającym w ciszy jego kroki głośnym echem, choć tego nie chciał, działał na ich psychikę. Strażnikom zwykle bardzo podobała się nowa rola; z nic nie znaczącego żebraka stawali się kimś ważnym, kimś, kto wzbudzał respekt u innych ludzi. Czuli się wspaniale, mogąc sprawować nad kimś władzę, instruować go o jego prawach i zakazach; do niedawna słuchali drwin i wyzwisk, prosząc o pieniądze, a teraz ich życie kompletnie się zmieniło. Zimne legowisko pod mostem zamieniali na nieco bardziej przytulny materac w szpitalu. Do zadań pielęgniarek należało wydawanie leków i dbanie o dobre samopoczucie pacjentów. Pomagały opiekunom, bez których ten szpital już dawno by upadł. W szpitalu wiecznie było brudno. Brakowało ludzi do sprzątania, a lekarze nie mieli dość pieniędzy, żeby kogoś zatrudnić. Do sprzątania zatrudniano niektórych bezdomnych, za nieco wyższą pensję, niż u strażników, lecz kosztem gorszych warunków; w przeciwieństwie do strażników, nie mieli żadnej władzy, dlatego ich pensja była minimalnie większa, by im wynagrodzić „straty moralne”. Długie kolejki do nielicznych toalet nie służyły pęcherzom pacjentów. Oczywiście lekarze i strażnicy mieli oddzielne ubikacje. Częste przerwy w dostawie prądu były wynikiem przestarzałych urządzeń. Od dawna nikt nie sprawdzał, na ile są sprawne. Gdy coś się psuło, strażnicy sami to naprawiali. Trwało to dosyć długo; najpierw musieli znaleźć przyczynę usterki, następnie dostać się do niej, a potem musieli kombinować. Gdy nie mogli sobie poradzić, wzywali do pomocy fachowca, lecz zwykle unosili się ambicją i sami się tym zajmowali. Nie było dość pieniędzy, by wzywać specjalistę do każdej drobnej usterki. Efektem tych trwających zwykle po kilka godzin prac były porozbijane ściany i wystające kable. Pomoc wzywano tylko wtedy, gdy usterka była naprawdę poważna lub gdy akurat nie było nikogo, kto by się na tym znał. Niektórzy strażnicy kiedyś pracowali w tym fachu i znali się na takich naprawach. Oczywiście, przy tego typu pracach nakazywano pozostałym strażnikom wzmożoną czujność w zamian za wyższe zarobki z powodu pracy w utrudnionych warunkach, a część lekarzy zostawała, by zajmować się pacjentami. Awarie prądu wynikały również często z powodu miejsca, w którym znajdował się szpital; była to, delikatnie mówiąc, zapadła dziura, więc zwykła burza mogła spowodować awarię. Wtedy całe miasto było pozbawione prądu i lekarze mogli jedynie czekać, aż ktoś naprawi usterkę. Awarie takie zdarzały się średnio raz na miesiąc, czasem nieco częściej, trwały często po kilka godzin. Brakowało pieniędzy na modernizację sprzętu. Woda w kranach nie była zbyt czysta, więc używano jej jedynie do kąpania pacjentów. Zapchane rury powodowały, że czasem woda przestawała po prostu lecieć. Naprawiano takie usterki tak samo, jak te związane z prądem. Gdy któryś z pacjentów umierał, jego rodzina organizowała pogrzeb. Jeśli nie było jej na to stać, lub jeśli pacjent po prostu nie miał rodziny, pisano petycje do odpowiednich służb, aby sfinansowały ceremonię. Szpital się tym nie zajmował z powodu braku środków, jednak personel uczestniczył w ceremonii. Często sami opiekunowie zabierali swoich zmarłych podopiecznych i wyprawiali im porządny pogrzeb na normalnym cmentarzu. Byli dla tych pacjentów jedynym oparciem, a poza tym mocno się do nich przywiązywali, traktując ich niemal jak przyjaciół. Często zapominali, że są to ludzie z zaburzeniami umysłowymi i powierzali im swoje zaufanie, zwykle z wzajemnością. Nie mogli więc pozwolić na zwykłe zakopanie ich pod ziemią, bez porządnej trumny i bez odpowiedniej ceremonii. Robili, co mogli, aby bezinteresownie uszczęśliwić ich do ostatnich chwil żałosnego życia, a po śmierci pożegnać ich godnie i udowodnić, że naprawdę im na nich zależało. Gdy umierał ktoś z personelu, lub odchodził, strażnik lub lekarz, to na jego miejsce wybierano następną osobę. Panowało spore bezrobocie, toteż ludzie usilnie poszukiwali jakiejkolwiek pracy. Dlatego nie było problemu ze znalezieniem ochotnika na miejsce poprzedniej osoby. W przypadku lekarzy oczywiście sprawdzano ich kwalifikacje, nie brano kogoś, kto nie miał pojęcia o medycynie. Taki lekarz musiał przeprowadzać się z innego miasta do wyludnionego i zaniedbanego Odludziowa, aby pracować w kiepskich warunkach za dość niską pensję, dlatego trzeba było nieco zaniżyć wymagania, aby nie zabrakło personelu. Byli to jednak ludzie, którzy ukończyli odpowiednie studia, choć nie sprawdzano, gdzie wcześniej taki lekarz pracował, ani czy był karany. Odwiedziny pacjentów należały raczej do rzadkości. Wielu ludzi wstydziło się, że ma w swojej rodzinie wariata. Bali się opinii sąsiadów, nie chcieli też patrzeć, jak ktoś bliski coraz bardziej traci kontakt z rzeczywistością. Jeśli ktoś zdecydował się na odwiedziny, musiał przedtem umówić się telefonicznie na spotkanie z pacjentem. Personel wtedy sprzątał dokładnie cały szpital, a gościa przyjmowano z szacunkiem, żeby szpital sprawiał lepsze wrażenie. Wielu członków rodzin pacjentów już umarło, a ci, którzy żyli, często byli zbyt biedni, aby pozwolić sobie na podróż do szpitala. Czasem ktoś z rodziny przeprowadzał się do Odludziowa, by móc częściej widywać się z krewnym, zdarzało się, że tacy ludzie stawali się opiekunami swoich chorych członków rodzin, lecz była to raczej rzadkość; biedny człowiek musiał porzucać swój dom, aby przeprowadzić się do zniszczonego miasta, w którym nie miał szans na znalezienie pracy, a dojazd do pracy do innego miasta był niemożliwy z powodu braku pieniędzy. Zdarzało się, że taki człowiek znajdował pracę w sąsiednim mieście i wcześnie rano jechał do niej na rowerze, aby zdążyć, lecz większość takich ludzi ledwie wiązała koniec z końcem. Ci, którzy się dorobili, wspomagali innych w biedzie. Były oczywiście przypadki, gdy wyleczony pacjent wracał do swojej rodziny, a wtedy wszyscy przeprowadzali się z powrotem na dawne miejsce. Leczenie trwało jednak zwykle tak długo, że rodzice chorego już nie żyli. Jednak okazało się, że wśród opiekunów jest bardzo wiele członków rodzin pacjentów, którzy w ten sposób starają się im potajemnie pomagać w powrocie do zdrowia. Przeważnie to właśnie oni zabierali pacjentów do lepszych szpitali, lub nawet do własnych domów, starając się umożliwić im powrót do normalnego życia. Tak więc nieoficjalnych, regularnych odwiedzin było znacznie więcej niż oficjalnych, umówionych telefonicznie i na konkretny termin. Lekarze oczywiście wiedzieli, że taki opiekun jest członkiem rodziny chorego, przymykali na to oko i nie mieli nic przeciwko temu - pacjent zwykle bardziej ufał rodzinie niż obcym ludziom. Czasem jednak ukrywano przynależność do rodziny pacjenta. Takie udawanie obcego opiekuna pozwalało na dokładne sprawdzenie warunków, panujących w szpitalu, poza tym w ten sposób można było przebywać z pacjentem znacznie dłużej, niż podczas ograniczanych czasowo, oficjalnych odwiedzin. Życie przeciętnego pacjenta składało się głównie ze spania, siedzenia w swoim pokoju, rozmów z innymi pacjentami przy posiłkach, podczas których dostawali leki i spacerach z opiekunami. Potem pozostawał czas na odprawianie swoich rytuałów i nawyków, które sprawiły, że pacjent znalazł się w tym szpitalu, na snuciu teorii, na próbach ucieczki i tym podobnych czynnościach. Aby odzwyczaić ich od tych nawyków i błędnego myślenia, zorganizowano niewielką bibliotekę, z której można było wypożyczać książki. Oczywiście brakowało w niej wszelkich książek fantastycznych i science fiction (mogłyby niepotrzebnie utwierdzać pacjenta w jego przekonaniach), kryminałów i książek sensacyjnych (mogłyby utwierdzać w teoriach spiskowych i prowokować mordercze instynkty). Były tu jednak dramaty (pokazywały, że inni mają gorzej i nakłaniały do zwierzeń), komedie, romanse, poezja, książki historyczne (wybrano jednak te, w których nie było dokładnych opisów krwawych bitew, na wszelki wypadek), naukowe i wiele innych. Były nawet podręczniki szkolne, ponieważ niektórzy pacjenci chcieli nadrobić braki w edukacji. Były też książki socjologiczne i psychologiczne dla tych, którzy nie mogli odnaleźć się w świecie poza szpitalem. Niektórzy lubili malować i pisać, szpital w miarę możliwości dostarczał im do tego materiałów. Lekarze uważali, że pacjenci często malują lub piszą to, czego boją się powiedzieć, taki obraz czy wiersz pozwalał też czasem lepiej zrozumieć to, co dzieje się w ich umysłach. Poza tym czas płynął na sesjach z lekarzami i rozmowach z opiekunami. Wielu chorych nie chciało przyjmować leków, więc dosypywano im je do jedzenia lub dawano opiekunom, by nakłonili podopiecznych do ich zażycia. Była to jednak rzadkość; w końcu opiekun miał zdobyć zaufanie takiego człowieka, a podawanie leków nie pomagało mu w tym. Dlatego to zadanie powierzano tylko opiekunom, którzy opiekowali się podopiecznym już bardzo długo i którym pacjent już bardzo mocno ufał. Pacjenci bardzo mało wiedzieli o życiu na zewnątrz. Po wielu latach, spędzonych w zamknięciu, ich zniszczone umysły nie pamiętały już niemal niczego z czasów wolności, lub te wspomnienia były przez te umysły przeinaczane. Poza tym przez tyle lat świat podlegał zmianom. Lekarze wyjaśniali tajniki życia na zewnątrz tylko tym, którym udało się wyzdrowieć. Pozostali żyli w nieświadomości z wielu powodów; przede wszystkim taka niewiedza zniechęcała do ucieczek, gdyż pacjenci bali się, że sobie nie poradzą, nie wiedzieli też, co ich czeka. Poza tym wzmagało to ich ciekawość i zainteresowanie rzeczywistym światem, co umożliwiało im wyrwanie się ze swoich chorych fantazji. Lekarze bali się też, że ich chore umysły i tak pozmieniają uzyskane informacje tak, że będą dalekie od prawdy, i dopasują do nich teorie spiskowe, uprowadzeń i tym podobne. Miało to też swoje wady; nieuświadomieni pacjenci, posiadając zaledwie strzępy informacji, uzupełniali je sami, tworząc jeszcze bardziej rozbudowane teorie. W takich przypadkach lekarze starali się skierować ich rozważania na właściwy tor. Opiekunom też odradzano informowanie pacjentów o zewnętrznym świecie, a oni zwykle w pełni się z tym zgadzali. Nie chcieli ich okłamywać, ale mówienie całej prawdy o wojnach, krzywdach, zamachach i tragediach raczej nie sprzyjałoby leczeniu. Kłamanie, jaki świat jest piękny i cudowny, też nie miało sensu; wyleczeni pacjenci ruszaliby do świata, o którym słyszeli, jaki jest wspaniały, a trafialiby do jeszcze gorszego piekła niż to, które opuścili. Ale i tak, gdy wyleczony poznawał prawdę i wychodził ze szpitala, nie wiedział, co ma robić; znalezienie pracy graniczyło z cudem, ze względu na brak doświadczenia, często nie mieli nawet ukończonej szkoły. Próbowali ukryć fakt, że byli pacjentem szpitala psychiatrycznego, ale niewiele to pomagało. Świat okazywał się zupełnie inny od tego, niż sobie wyobrażali, a nawet gorszy niż ten opisywany przez lekarzy. Nie wiedząc, co robić, niektórzy popełniali samobójstwo, rozczarowani tym, co zobaczyli; liczyli na to, że po tylu latach więzienia w szpitalu wreszcie zaczną spokojne, radosne życie. Inni pragnęli wrócić do szpitala, udając nawrót choroby, ale lekarze nie dawali się nabrać. Wielu z nich wracało jako opiekunowie, by pomagać pozostałym chorym. Były jednak przypadki, że byłemu pacjentowi udawało się znaleźć normalną, dobrą pracę, a o jego minionej chorobie wiedział tylko on sam. Różnie to bywało. Niektórzy pacjenci w szpitalu, którzy wracali do zdrowia i wkrótce mieli wyjść, poinformowani o życiu na zewnątrz postanawiali za wszelką cenę zostać. Wiedzieli, że jak wyjdą, to nie będzie już powrotu, będą musieli radzić sobie sami, bez zapewnionego łóżka i jedzenia. Udawali więc chorych, a niektórzy naprawdę mieli nawrót choroby, aby zostać w swoim małym świecie, do którego tak się przyzwyczaili, aż do śmierci; większość nich trafiała do szpitala właśnie dlatego, że nie mogli sobie poradzić w zewnętrznym świecie, tworząc własny świat, w którym dawali sobie radę. Jednak duża część wyleczonych podejmowała wyzwanie życia na wolności; stwierdzali, że nie po to znosili to wszystko przez tyle lat, żeby teraz się poddać. Dla pacjenta były tylko dwie możliwości; życie w szpitalu z marzeniami o wolności, lub życie na wolności ze wspomnieniami o szpitalu, które choć były paskudne, często dotyczyły najszczęśliwszego okresu w ich życiu, ponieważ ich życie przed trafieniem tutaj pełne było zdarzeń, przez które się tu znalazł. Rodzaje chorób u pacjentów można było podzielić na kilka ogólnych grup, dzielących się oczywiście na dziesiątki podgrup. Większość z nich trafiła tutaj, ponieważ nie potrafiła poradzić sobie ze swoim własnym życiem, lub w wyniku traumatycznych przeżyć z przeszłości. Byli to ludzie, którym pomoc psychologa już nie wystarczała. Najgroźniejsi byli sadyści i mordercy, którym coś kazało zabijać i nie mogli się przed tym powstrzymać. Ich działanie dotyczyło wysnutych przez nich fantastycznych teorii o inwazjach i w związku z nimi chcieli uratować ludzkość, zabijając podszywających się pod ludzi obcych, których wykrywali w sobie tylko znany sposób. Druga grupa była niegroźna. Słyszeli głosy, mieli halucynacje, snuli teorie i próbowali przekonać do nich innych, uważali się za kogoś innego, niż są, mieli rozdwojenie jaźni itp. Trzecie grupa to katatonicy, ludzie-rośliny, którzy nie mieli żadnego kontaktu z rzeczywistością. Całkowicie izolowali się od świata, żyjąc w swoim własnym umyśle. Nie reagowali na żadne sygnały z zewnątrz. Nawet nie wiedzieli, gdzie są i co się wokół nich dzieje. Jednym z nich był Henryk Czarnecki…
CZĘŚĆ PIERWSZA:
WIĘZIENIE
W marzeniach o wolności są wiecznie pogrążeni, chcą uciec z tego miejsca, nie wszyscy, lecz niektórzy. Mieszając fikcję z prawdą, są bardzo przerażeni; gdy za oknem jest słońce, w ich umysłach się chmurzy. Trzyma się ich w szpitalu, ponieważ są walnięci, lekarze chcą im pomóc, jednak zwykle na próżno. Oni jednak twierdzą, że w „więzieniu” są zamknięci. Każdy z nich jest inny, więc są zwani „Grupą Różną”. To wariaci, choć uważają się za normalnych. Ku zdziwieniu lekarzy, wciąż trzymają się razem. Część z nich skrywa potęgę mocy paranormalnych, Gdy nadejdzie okazja, uciekną, i to gazem.
Rozdział 1 Różna Grupa
Pewnej nocy Henryk jak zwykle spał w swojej zniszczonej, starej pryczy, w rzadko zmienianym, podartym ubraniu, w niegdyś olśniewająco białym, a teraz szarym pokoju o niewielkich wymiarach, z czego większość zajmowało łóżko Henryka i krzesło opiekuna. Jego niegdyś niebieskawe ubranie teraz było wyblakłe i sprane. Pokój był bardzo mały i wyłożony miękkimi ścianami, jakie były w każdym tego typu pokoju, aby mieszkaniec nie mógł sobie zrobić krzywdy - pacjenci czasem żartowali, że gdyby nagle zmieniła się grawitacja, to mogliby spać też na ścianie. Pod sufitem wisiała jedna żarówka, na tyle wysoko, aby nie można było jej dosięgnąć. Kolor ścian był tak jednolity, że nie było widać, gdzie są drzwi. Ale nawet, gdyby było je widać, Henryk i tak nie mógłby wyjść; po jego stronie nie było przecież klamki. Był niski, cherlawy i bardzo chudy, miał długie, jasne, matowe włosy. Miał też szeroko otwarte, mocno zaczerwienione oczy, którymi nigdy nie mrugał; oczy zamykał tylko podczas snu. Rzadko wyprowadzano go na spacer, gdyż nie było to proste ze względu na jego nawyki. Jego opiekun nie miał zbyt wiele do roboty; Henryk nigdy się do niego nie odzywał. Trafił do szpitala jako dwudziestolatek. Zawsze był nieco dziwny. Wielu ludzi uważało, że jest dziecinny. Jego szczęśliwe dzieciństwo zostało gwałtownie przerwane, gdy zakochał się w koleżance z klasy w podstawówce. Na początku uważał to za coś wspaniałego; dzięki temu czuł się bardziej „dorośle”. Nie mógł się doczekać, aż dorośnie, uważał, że wreszcie będzie mógł poczuć się wolny, bez nakazów rodziców, wreszcie będzie mógł za siebie odpowiadać. Rozmawiał z tą dziewczyną kilka razy. Odniósł nawet wrażenie, że ona go podrywa. Przestał więc o nią zabiegać, mając nadzieję, że sytuacja rozwinie się sama. Wkrótce jednak okazało się, że jest już za późno; parę lat później dowiedział się, że owa dziewczyna ma chłopaka. Zaczął do niej jeździć na rowerze, krążył niedaleko jej domu, ale nie próbował nawiązać z nią kontaktu; po prostu trzymał się niedaleko. Dopiero w liceum zauważył, jak bardzo się zmieniła; miała opinię puszczalskiej, zaczęła palić, przeklinać, w niczym już nie przypominała tej skromnej, miłej dziewczyny, w której się zakochał. Wyrzucił ją więc ze swojego życia, pozostawiając po niej pustkę i żal. Prawdopodobnie nadal był zakochany w tej dawnej dziewczynie, ale nie w tej, którą się stała. Ten okres niemal ośmiu lat zakochania wiele zmienił w jego życiu. Niegdyś oddani koledzy nie chcieli już go znać, gdyż przez ten czas odsunął się od nich i przestał się z nimi spotykać. Próbował znów się z nimi zakolegować, ale oni także bardzo się zmienili; nie mieli już o czym ze sobą rozmawiać. Został więc sam, ciągle zamknięty w domu ze swoimi rodzicami, którzy powtarzali mu, że powinien się rozwijać i iść do pracy, że powinien wreszcie dorosnąć. Mówili mu, czym powinien się interesować, zmuszając go do oglądania w telewizji codziennych doniesień o tragediach, wypadkach i politycznych aferach. A on tęsknił za utraconym dzieciństwem. Był wreszcie dorosły, jednak ta dorosłość różniła się od tej, którą sobie wymarzył; zabawę zastąpiły obowiązki i nauka. Nie mogąc tego znieść, wkrótce zamknął się w swoim własnym świecie, przestał z kimkolwiek rozmawiać, całymi dniami tylko stał w swoim pokoju i uderzał delikatnie głową w ścianę. Przestał chodzić do szkoły, w której z nikim nie mógł znaleźć wspólnego języka, a na każde próby kontaktu odpowiadał, żeby wszyscy dali mu spokój. Niedługo potem przestał się w ogóle odzywać. Rodzice zaczęli się o niego niepokoić, a ich strach nasilił się, gdy odkryli zakrwawione miejsce na ścianie, o które regularnie uderzał głową. Wezwany psychiatra stwierdził coś w rodzaju katatonii i Henryk został zabrany do szpitala, gdzie po krótkiej kuracji miał wrócić do domu. Ta krótka kuracja trwała już prawie 20 lat. Jego rodzice przez jakiś czas go odwiedzali, lecz wkrótce oboje zmarli. A stan Henryka powoli się pogarszał, aż osiągnął niebezpieczną granicę; stracił kontakt ze światem. Lekarze i opiekun próbowali z nim rozmawiać na różne tematy, starając się trafić na ten, który by go zainteresował; próbowali zastąpić mu dawnych kolegów, szukając tematów, dzięki którym kiedyś był szczęśliwy. Ale on stał tylko przez cały dzień i walił głową w miękką ścianę, przez którą nie mógł sobie wyrządzić krzywdy, nie reagując na żadne próby kontaktu. Lekarze przyprowadzili nawet jego dawną miłość, która teraz była prostytutką, ale on najwyraźniej jej nie poznał. Trudno mu się zresztą dziwić; być może nie chciał jej pamiętać, poza tym gdyby lekarze spojrzeli na jej zdjęcia sprzed lat, też by jej nie poznali. Jednak gdy wychodziła, lekarze zauważyli ze zdziwieniem, że po jego policzkach spływają łzy. Na gwałtowny hałas się mocno wzdrygał, na moment nieruchomiał, a po chwili znów walił głową w wyłożoną miękkim materiałem ścianę. Nie lubił wychodzić ze swojego pokoju. Gdy wychodził na zewnątrz, kierował się w stronę najbliższego drzewa, w które natychmiast zaczynał uderzać głową. Choć był mały i chudy, miał w sobie sporo siły, więc spacery z nim nie należały do przyjemności. Opiekun cały czas musiał go pilnować i odciągać od wszelkich pionowych obiektów. Po takim spacerze opiekun nie miał już na nic siły, za to Henryk jakby nigdy nic podchodził do swojej miękkiej ściany i walił w nią głową w sobie tylko znanym celu, bez żadnych oznak zmęczenia. Lekarze wysnuli teorię, że owe uderzanie jest podświadomą, rozpaczliwą próbą powrotu do rzeczywistości, jakby poprzez ból próbował odzyskać kontakt ze światem. Nie mieli jednak możliwości potwierdzenia tej teorii. Przeciwko niej przemawiało zwłaszcza to, że ściana w jego pokoju była na tyle miękka, że uderzanie w nią głową z pewnością nie mogło spowodować żadnego bólu. Podejrzewali również, że Henryk próbuje się ukarać za to, że w porę nie spróbował nawiązać kontaktu ze swoją miłością, dopóki nie było za późno. Próbowali z nim o tym rozmawiać, niestety bez większych rezultatów; słuchał, siedząc nieruchomo jak głaz i tylko coraz bardziej napięte mięśnie twarzy zdradzały, że coś do niego dociera. Lekarze metodą prób i błędów po jakimś czasie odkryli zadowalającą metodę terapii; specjalnie dla niego została zakupiona bieżnia. Włączano ją na najniższą prędkość, stawiali na niej Henryka, który zaczynał po niej iść. Potem zwiększali powoli prędkość, aż Henryk zaczynał biec. Wkrótce padał ze zmęczenia, ciężko dysząc, nie mając nawet siły podejść do ściany, a jego wzrok stawał się jakby bardziej przytomny; kładł się na łóżku i zasypiał. Choć nie znosił przymusu biegania po bieżni, tak jak przez całe życie nienawidził żadnych form przymusu, lekarze zmuszali go do tego, widząc w tym jakąś szansę powrotu do zdrowia. Podczas rozmów lekarz próbował do niego dotrzeć, wspominając jego dawne życie i obiecując wspaniałą przyszłość. Do Henryka chyba coś docierało, gdyż zaciskał mocno zęby i jeszcze mocniej walił głową w ścianę, lecz nie odzywał się ani słowem. Kiedy kładł się spać, zwykle z własnej woli, gdyż po całym dniu stania w jednym miejscu był już zmęczony, leżał całą noc zupełnie bez ruchu z zamkniętymi oczami, prawdopodobnie śniąc o swoim wymarzonym życiu wspólnie z ukochaną, a rano bardzo ciężko było go dobudzić. Kładł się spać około jedenastej w nocy, a budzono go około szóstej rano. Gdyby go nie obudzono, spałby cały dzień, tak mocno pogrążał się w sennych marzeniach. Aby go obudzić, lekarze potrząsali nim przez parę minut, aż Henryk otwierał oczy i patrzył na nich ze wściekłą miną, a potem bez słowa podchodził do ściany i walił w nią głową. W nocy jeszcze bardziej pogrążał się w swoim świecie, dlatego lekarze nie pozwalali mu na dłuższy sen. Chwilami podejrzewano, że Henryk włada jakimiś paranormalnymi mocami; gdy lekarze go budzili, w ich umysłach pojawiały się przekleństwa i wyzwiska, a gdy się budził, każdy z nich mógłby przysiąc, że słyszy wyraźnie: „dajcie mi spokój”, choć Henryk nie poruszał ustami. Mieli też wrażenie, że cały szpital lekko się wówczas trzęsie. Po chwili jednak pacjent wstawał i szedł do swojej ściany, pozostawiając lekarzy z ogłupiałymi minami. Strzyżono i golono go zwykle podczas snu, gdyż w dzień tak mocno kiwał się w przód i w tył, że było to bardzo trudne. Nawet trzy osoby nie były w stanie utrzymać go w nieruchomej pozycji. Chętnie jednak dawał się prowadzić do stołówki, żeby zjeść obiad. Żył teraz właściwie bezstresowo, odcięty od zgiełku szpitala w swoim pokoju; nawet w stołówce zwykle większość pacjentów zachowywała się w miarę cicho, poza wybuchającymi czasem awanturami. Lekarze co jakiś czas go straszyli, na co wzdrygał się i zaczynał gwałtownie rozglądać, lecz nie zdawało się to na zbyt wiele. W ośrodku było wielu pacjentów. Większość z nich nie reagowała na siebie nawzajem, a nawet jeśli, to drugiego pacjenta zwykle zupełnie nie obchodziło, co ten pierwszy ma do powiedzenia. Jeśli nawet dwóch pacjentów nawiązało rozmowę, zwykle każdy próbował przekonać drugiego do swoich poglądów, co kończyło się kłótnią i wrzaskami. Każdy miał własne wytłumaczenie na świat i wygłaszał długie monologi w stronę towarzyszy, których nic to nie obchodziło. Zdarzało się jednak, że zbierała się jakaś nieduża grupa pacjentów o podobnych poglądach podczas wspólnego obiadu i dyskutowali między sobą. Chwytali się każdej okazji, by potwierdzić swoje chore przypuszczenia i szukali dowodów, więc gdy nagle znajdował się ktoś, kto je podzielał, próbowali nakłonić go do wspólnego działania. Takie grupy rozpadały się jednak po paru dniach, na skutek różnicy zdań, gdyż nie było dwóch pacjentów, którzy by myśleli w taki sam sposób. Innym powodem była krótka pamięć; zdarzało się, że taki pacjent niedługo potem tworzył grupę z tymi samymi osobami, co wcześniej, choć o tym nie pamiętał. Była jednak jedna grupa, która wyróżniała się spośród innych; pierwszy raz w tym szpitalu zdarzyło się, żeby każdy z członków grupy miał inne poglądy na świat, inne cele i idee, a mimo to grupa trwała już kilka miesięcy. Prowadzili rzeczowe, choć absurdalne dyskusje, mimo że ich teorie były skrajnie różne. Gdyby nie absurdalność tematów, o których rozmawiali, można by ich uznać za normalnych ludzi. Najdziwniejsze w tej grupie było jednak to, że należał do niej Henryk i że brał on czynny udział w dyskusjach. Początkowo grupa składała się z pięciu osób; Józefa Kentka, Maćka Mortyra, Piotra Kanasia, Anny Wak i Zofii Maniewicz. Gdy lekarze zauważyli, że podczas posiłków Henryk kieruje w ich stronę wzrok i wyraźnie przysłuchuje się rozmowom członków grupy, pozwolili mu do nich chodzić. Rezultat przeszedł ich najśmielsze oczekiwania; Henryk przestawał się kiwać, kierował spojrzenie na tego, który mówił, a co najważniejsze, wreszcie zaczął się odzywać. Nigdy nie mówił niczego na swój temat, ale wyraźnie lubił wyrażać swoje poglądy na teorie pozostałych członków. Gdy później lekarze próbowali z nim przeprowadzić podobną rozmowę, milczał jak grób; prawdopodobnie wyczuwał, że lekarze mówią nieszczerze, że wcale ich nie interesuje omawiany temat, a członkowie grupy mówili z taką żarliwością, że nie było wątpliwości, że naprawdę w to wierzą. Pewnie dlatego Henryk rozmawiał tylko z nimi i to chyba on był spoiwem, dzięki któremu grupa przetrwała tak długo. Nie wiadomo jednak, czemu zwrócił uwagę akurat na tych pacjentów; wcześniej nieraz słyszał rozmowy innych i najwyraźniej nic go one nie obchodziły. Prawdopodobnie po prostu zainteresowały go tragiczne historie członków grupy i ich teorie oraz otwartość, może jakoś się z nimi utożsamiał; w każdym razie grupa przyjęła go z otwartymi ramionami i od tamtego czasu codziennie przez godzinę przebywali razem przy posiłkach. Na spacerach widywali się bardzo rzadko, ponieważ wyprowadzano ich w różnych godzinach i zwykle na siebie nie trafiali. Lekarze specjalnie tak to ustawiali, ponieważ przy posiłkach mieli większą kontrolę nad tym, co się dzieje, a na zewnątrz grupa mogła się gdzieś zaszyć i snuć plany ucieczki. Ze względu na urozmaicenie teorii członków, lekarze nazwali ich „Różną Grupą” – nie brzmiało to zbyt naukowo, ale pasowało. Każdy miał inne doświadczenia i historie. Pierwszy z nich, Józef Kentek, był potężnym, długowłosym mięśniakiem. Miał wiele blizn na całym ciele, co było związane z jego teoriami. Miał też 42 lata, choć wyglądał na 60. Trafił tu, jak miał 24 lata. Jego dzieciństwo nie należało do zbyt szczęśliwych; wstyd za wiecznie pijanych rodziców uniemożliwiał zapraszanie kolegów do domu, a sam bał się ich zostawiać samych. W sumie żyło mu się całkiem dobrze, nie znosił tylko jednego; gdy ktoś go o coś prosił. Z czasem jego rodzice prosili go o coraz więcej; idź do sklepu po piwo, posprzątaj, napraw to… Gdy wracał ze szkoły i zaczynał czytać książkę, po chwili słyszał wołanie. Wiedział, że chodzi o kolejną prośbę i tłumił w sobie wściekłość, wołając uprzejmie: „Tak?”, choć z góry wiedział, o co chodzi. Słyszał wówczas: „Mam do ciebie prośbę” i szlag go trafiał, gdyż słyszał ten tekst kilkadziesiąt razy dziennie. On za to nigdy nikogo nie poprosił o pomoc, choć nieraz słyszał teksty rodziców: „Nie poradzisz sobie beze mnie”. To dodatkowo go wkurzało. Józef chodził coraz bardziej podenerwowany, zaczął wdawać się w bójki, potajemnie zaczął się też okaleczać. Uciekał z domu, lecz po jakimś czasie wracał, więc rodzice się tym nie przejmowali, palił, pił, brał narkotyki. Z czasem jego okaleczanie się coraz bardziej przybierało na sile; zdarzało się, że zabierał młotek, a potem wracał cały posiniaczony i zakrwawiony. Wówczas bił się już tylko z najsilniejszymi przeciwnikami, samemu prowokując bójki. Bardzo dużo ćwiczył, miał w domu sztangę, podciągał się na trzepaku, dużo biegał, a do pompek wystarczała mu podłoga. W końcu nie wytrzymał; gdy któregoś dnia ojciec tak pilnie go potrzebował, że przez kilka godzin Józef nie mógł od niego odejść, Józef zamknął się w pokoju, po godzinie wyszedł mocno poobijany, a po chwili wybiegł na ulicę, cały roztrzęsiony, wrzeszcząc, że odkrył tajemnicę nieśmiertelności. Wylądował w szpitalu, choć zabranie go nie było łatwe. Józef lubił dużo mówić, właściwie mamrotać sam do siebie, coś o ludziach nie rozumiejących wyższych celów. Gdy tylko mógł, zadawał sobie ból; wstrzymywał oddech, tak długo, aż osuwał się na podłogę, wrzeszczał, aż go rozbolało gardło, czasem próbował uciekać, by dostać pałką w głowę i obudzić się w swoim pokoju. Nic więcej nie mógł zrobić, gdyż miał związane z tyłu ręce. Wiecznie roztrzęsiony i wiecznie wściekły, ciągle rozglądał się na boki, był całkowitym przeciwieństwem spokojnego i milczącego Henryka. Wbrew pozorom nie chciał popełnić samobójstwa; wciąż powtarzał, że będzie nieśmiertelny. Na każdą próbę kontaktu reagował nagłą agresją. Jedyną osobą, którą tolerował i na którą nie wrzeszczał, był, co ciekawe, właśnie Henryk. Pozostałych członków grupy traktował lekceważąco. Miał bardzo krótką pamięć, więc szybko zapominał, o czym rozmawiał z Henrykiem, a on chętnie powtarzał mu to, co mówił już wcześniej. Czasem tylko Józef stwierdzał, że ma deja vu. Czasem nie poznawał ludzi, zastanawiając się, skąd ich zna. Dochodził wtedy do wniosku, że pewnie z twarzy. Kolejnym członkiem Różnej Grupy był Maciej Mortyr, otoczony nienawiścią, bardzo skory do żartów łysy chudzielec ze spoconą twarzą, wiecznie rozciągniętą w szerokim uśmiechu. Miał niekontrolowane odruchy i tiki nerwowe. Jedno oko miał szeroko otwarte, a drugie przymknięte i ciągle nim mrugał. Jego palce były w ciągłym ruchu, zawzięcie gestykulował i lekko się trząsł, lecz nie aż tak, jak Józef. Gdy Maciej był młodszy, ciągle miał pecha. Gdy szedł ulicą, miał wrażenie, że wszyscy się na niego gapią. Gdy jechał autobusem, zawsze musiał koło niego stać jakiś śmierdzący pijak, zwykle jedyny w całym autobusie, a mimo to zawsze przypadkiem stający koło niego; oczywiście za każdym razem inny. Gdy spieszyło mu się do łazienki, zawsze w tym samym momencie spieszył się do niej jego brat, który był od niego szybszy, przez co musiał czekać, aż wyjdzie. Gdy ktoś niedaleko palił, wiatr zawsze musiał wiać w jego stronę, a gdy się przesuwał, wiatr również jakby zmieniał kierunek. Gdy szedł ulicą podczas wichury, zawsze szedł przypadkiem pod wiatr. Na klasówkach zawsze nauczyciel się przy nim kręcił, co uniemożliwiało ściąganie i skupienie. W myślach powtarzał sobie: „zjeżdżaj stąd”, ale nauczyciel uparcie wracał do niego, mimo, że Maciek siedział spokojnie i nic nie wskazywało na to, że ma zamiar ściągnąć; nauczyciel nie patrzył na niego, rozglądał się po klasie, ale ciągle stał obok niego, bez względu na to, gdzie usiadł i tak było najpierw w podstawówce, potem w gimnazjum, a potem w liceum. Gdy chciał coś obejrzeć w telewizji, zawsze znajdywał się ktoś, kto już wcześniej przypadkiem zajmował telewizor. Kiedy coś się psuło, to zawsze z jego ręki; nawet jak przepalała się żarówka, to zawsze wtedy, gdy to on włączał światło. Magnetowid popsuł się, gdy próbował go włączyć zwykłym wciśnięciem guzika. Wkrótce wszyscy zaczęli podejrzewać, że robi to specjalnie i musiał pokrywać koszty wszystkich napraw w domu. Gdy mu się spieszyło i chciał przejść przez ulicę, zawsze wtedy był największy ruch i psuło się światło, świecąc cały czas na czerwono, a autobus przyjeżdżał o minutę za wcześnie, wtedy też najczęściej psuł się tramwaj. Za to gdy miał dużo czasu, autobus się spóźniał, był mały ruch, a światło działało normalnie. Już kilka razy stracił przez to pracę. W końcu zaczął podejrzewać, że wszyscy zmówili się przeciwko niemu, że jest obserwowany, że ta złośliwość losu wcale nie jest przypadkowa. Postanowił się zemścić. Zaczęło się od niewinnych żartów; gdy ktoś otwierał jakąś szafkę, zawsze coś musiało upaść z niej na podłogę. Gdy ktoś próbował zapalić światło, kontakt był już wcześniej celowo uszkadzany przez Maćka, wówczas próba jego naciśnięcia kończyła się stosem iskier i wywalonymi korkami. Maciek cieszył się, że już nie jest największym pechowcem w domu. W końcu jednak przestało mu to wystarczać; jego dowcipy robiły się coraz bardziej niebezpieczne. Upadki z obluzowanych schodów, pożar przy podłączaniu czegoś do prądu, noże upadające przy otwieraniu szafki z ostrzem tuż koło nogi otwierającego, niebezpieczne substancje dolewane do napojów. Wkrótce wyszło na jaw, że to on jest tego przyczyną i wszyscy go znienawidzili. Miarka się przebrała, gdy nakryto go, jak dolewał benzyny do soku kolegi, co mogło się skończyć nieciekawie. Jak później twierdził, kolega byłby wyjątkowym pechowcem, gdyby napił się takiego napoju. Gdy przyjechali lekarze, siedział na drzewie, rozmawiając ze swoją ręką i powtarzając: „Nie do końca tak to miało być, ale i tak śmiesznie wyszło, prawda?”. Szybko okazało się, że jest niezrównoważony, co uniemożliwiło skazanie go za próbę morderstwa, ponieważ nie mógł być odpowiedzialny za swoje czyny. Krążył od szpitala do szpitala, ale nigdzie nie potrafiono mu pomóc, wszystko było dla niego zbiorem żartów, czekających tylko na okazję, aby mógł je wcielić w życie. W końcu trafił tutaj i już tu został. Nic do niego nie docierało; gdy ktoś do niego mówił, kiwał głową, jakby się zgadzał, ale gdy tylko nadarzała się okazja, próbował zrobić jakiś dowcip, choćby najdrobniejszy, a potem wybuchał śmiechem. Za nieposłuszeństwo trafiał do izolatki, która była dla niego straszną karą; nienawidził samotności. Zawsze potrzebował czyjegoś towarzystwa, choćby to towarzystwo wolało trzymać się od niego jak najdalej. Będąc w izolatce krzyczał i jęczał, ale gdy wychodził, sprawiał wrażenie, że w ogóle nie pamięta, że przed chwilą w niej był; na twarz wracał szeroki uśmiech i natychmiast zaczynał się rozglądać w poszukiwaniu okazji do żartów. Był cały czas pilnowany i uważano, żeby nie dawać mu takich okazji. Jednak w towarzystwie pozostałych członków Różnej Grupy miał wrażenie, że oni go rozumieją. Czuł się wśród nich dobrze. Strach przed Józefem i szacunek do pozostałych sprawiały, że całkiem tracił ochotę na żarty, stawał się nieco poważniejszy i brał udział w dyskusji. Humor go co prawda nie opuszczał, jednak było mu żal pozostałych; miał wrażenie, że jest spośród nich najmądrzejszy i że nie powinien robić sobie z nich żartów. Poza tym obecność Józefa skutecznie hamowała jego zapędy. Ciągle chciał zwracać na siebie uwagę, a członkostwo w Różnej Grupie pozwalało mu na nieco inne sposoby, by to osiągnąć. Jednak chęć zaistnienia w tym małym świecie i popisania się przed innymi natychmiast dawały o sobie znać, gdy jego koledzy znikali mu z oczu. Kolejnym członkiem Różnej Grupy była Zofia Wak. Była najmłodsza spośród nich, trafiła do szpitala zaledwie pięć lat wcześniej, co jak na warunki tego szpitala było bardzo krótkim okresem. Miała duże oczy, długie blond włosy i wyjątkowo tępą minę. Nie odróżniała dobra od zła, była bardzo łatwowierna. A jeszcze niedawno była zdrowym, normalnym dzieckiem. Była pełna życia i ciekawa świata, ale też wyjątkowo nierozważna. Rodzice, mimo, że byli bardzo ubodzy, starali się ją wychowywać bezstresowo, czytając jej optymistyczne bajki i opowiadając, jaki to świat jest piękny i wspaniały. Nie wiedziała, co to morderstwo, lub kradzież. Zaczepiała obcych ludzi, rozmawiając z nimi na różne tematy. Miała szczęście, że zawsze trafiała na takich, którzy nie chcieli jej wyrządzić krzywdy. Wierzyła, że cały świat jest pełen przyjaciół i że nikt nie chciałby jej nigdy skrzywdzić. Sąsiedzi starali się pomagać jej rodzinie, jak tylko mogli. Pewnego dnia wiara w ludzkie dobro ją zgubiła. Do jej miasta przybył ktoś obcy. Kręcił się po okolicy, szukając łatwego łupu. Trafił na dom Zofii i w środku nocy włamał się do niego. Z pistoletem w ręku natknął się na Zofię, która myślała, że to nowa zabawka dla niej. Gdy z uśmiechem zaczęła do niego biec, pistolet wypalił, a kula trafiła w jej ramię. Uśmiech natychmiast zniknął; Nigdy jeszcze nie była w takiej sytuacji i nigdy jeszcze nie czuła takiego bólu. Huk wystrzału obudził jej rodziców. Złodziej z wrzaskiem kazał ustawić im się pod ścianą, a sam zabierał wszystko, co nawinęło mu się pod rękę. Zofia patrzyła na to przerażona i nie wiedziała, co się dzieje; pierwszy raz ktoś jej coś zabierał, zamiast dawać. W końcu jej ojciec tego nie wytrzymał i rzucił się na złodzieja, a ten wystrzelił. Pocisk przeleciał obok ojca i trafił prosto w piec, który zaczął głośno syczeć. Zofia wybiegła na podwórko akurat w chwili, gdy dom eksplodował. Poparzona i przerażona, wołała swoją rodzinę, lecz nie było nikogo widać. Trafiła do zwykłego szpitala, gdzie opatrzono jej rany. Próbowano wytłumaczyć jej, że cała jej rodzina nie żyje i że została sama, lecz ona nie wiedziała, co to jest śmierć. Szok był dla niej tak wielki, że oszalała; jej naiwność przekroczyła wszelkie granice i teraz uważała, że wszystkie przedmioty, wszystkie zwierzęta i ludzie są jej przyjaciółmi, którzy zrobią wszystko, żeby jej pomóc. Trzeba było jej ciągle pilnować – w razie nieuwagi mogła się na przykład celowo skaleczyć nożem, bo nie wiedziała, że to niebezpieczne. Nie odróżniała dobra od zła; kiedy jedna z pielęgniarek się zraniła, Zofia koniecznie chciała się dowiedzieć, w jaki sposób wykonano taki realistyczny makijaż. Na szczęście w samą porę ją powstrzymano. Naiwność Zofii uczyniła ją niebezpieczną zarówno dla niej samej, jak i dla jej otoczenia. Trafiła do szpitala psychiatrycznego w Odludziowie, gdzie próbowała zaprzyjaźnić się z najbardziej niebezpiecznymi pacjentami. Wymyślała niesamowite teorie na temat różnych wydarzeń; gdy słyszała, że ktoś komuś coś zrobił, wierzyła, że ofiara się z tego cieszy, że był to gest przyjaźni. Sama chciała praktykować takie gesty przyjaźni na innych, ale w porę jej to wyperswadowano. W towarzystwie Różnej Grupy wcale się nie zmieniała, nadal miała swoje teorie, lecz lekarze mieli nadzieję, że z czasem rozmowa z Józefem, Henrykiem, Maćkiem, Piotrem i Anną odniesie jakiś skutek, gdyż rozmowy z lekarzami wcale jej nie interesowały. Stwierdziła, że wybuch to były po prostu sztuczne ognie, a jej rodzina to świetni aktorzy. Czwarty członek Różnej Grupy pod względem psychicznym był… zupełnie normalny. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Co jakiś czas miewał napady gwałtownego szału, podczas którego zagrażał sobie i innym. Tym bardziej, że był niewidomy. Rzucał przedmiotami, krzyczał, potem zaczynał się histerycznie śmiać, a na koniec leżał przez chwilę i bełkotał niezrozumiale. Wyglądał wtedy trochę jak połączenie Józefa i Maćka. A po chwili uspokajał się i zaczynał zachowywać się zupełnie normalnie. Był tu już długo. Lekarzom ciężko było go rozgryźć; czasem podejrzewali, że te napady szału są udawane. W jego mózgu nie wykryto niczego, co by wskazywało na chorobę psychiczną. Piotr przez całe życie był bardzo religijny. Rodzice chcieli wychować go na dobrego człowieka, który pomaga biednym, uczęszcza do kościoła i gorliwie modli się do Boga – i bardzo dobrze im się to udało. Nie byli zbyt surowi, a za nieposłuszeństwo nie karali go, jedynie wygłaszali długie monologi o tym, jak powinien się zachowywać człowiek, jeśli chce zostać zbawiony. Piotr dobrze poznał Biblię, dlatego starał się być posłuszny. W jego domu mimo wszystko nie brakowało wygód, miał telewizor i komputer. Nie był szczególnie dobrym uczniem. Choć bardzo się starał, nie zawsze udawało mu się przygotować się do wszystkiego na czas. Gdy dorósł, łatwo było mu znaleźć pracę, mimo to nie szukał szans na zrobienie kariery, choć mógł. Od początku pracował jako kelner. Nie zarabiał wielkich pieniędzy, ale nigdy nie odmawiał, gdy ktoś go o coś prosił – szczególnie, gdy ten ktoś był ubogi. Był skromny i miał duży szacunek do kobiet; zawsze było mu nieco wstyd, że jest mężczyzną, bo nasłuchał się, jak faceci odnoszą się do płci przeciwnej. Bał się odezwać do kobiety z obawy, że jakikolwiek niezamierzony gest czy słowo odczyta jako próbę gwałtu lub molestowania. Dlatego nigdy nie miał dziewczyny. Swój czas dzielił na pracę, kościół, pomoc rodzicom i przyjemności. Wszelkie niepowodzenia tłumaczył tym, że Bóg wystawia go na próbę. Jak dotąd zawsze udawało mu się wybrnąć z wszelkich tarapatów. Wszyscy go szanowali. Prawie wszyscy. Pewnego dnia, gdy wracał z pracy, zaczepił go jakiś mężczyzna i zapytał o godzinę. Gdy odchodził, poklepał Piotra przyjacielsko po ramieniu i uścisnął mu rękę. Po chwili Piotr się zorientował, że zniknęła cała jego wypłata. Mimo, że nie żałował nikomu pieniędzy, to postanowił, że nie będzie pomagał komuś w popełnieniu grzechu. Rzucił się w pogoń za mężczyzną, który zniknął w bocznej uliczce. Gdy skręcił w tą uliczkę, zorientował się, że nie są sami. Z tym facetem było jeszcze kilka osób. Otoczyli go i dotkliwie pobili, tak, że Piotr stracił przytomność. Gdy się ocknął, wciąż leżał w tej uliczce. Nie mógł otworzyć oczu, które bardzo mocno go bolały. Czuł, że cały jest w czymś wymazany, czuł dziwny zapach. Wyszedł po omacku na główną ulicę, a przerażeni przechodnie wezwali policję, zaniepokojeni widokiem posiniaczonego, zakrwawionego i wymazanego w dziwnym proszku mężczyzny. W szpitalu stwierdzono, że stracił wzrok z powodu kontaktu z chemikaliami i że nic już nie można z tym zrobić. Piotr wrócił do domu, wciąż modląc się o sprawiedliwość i o siłę, aby wytrwać w wierze. Rodziców zaniepokoiło, że robił się coraz bardziej agresywny. Niestety, po paru dniach znów odwiedziła ich policja z nakazem aresztowania. Okazało się, że przy Piotrze w tamtej uliczce znaleziono substancje chemiczne, skradzione z laboratorium. Tłumaczenia, że jest niewinny i że przecież został pobity, na nic się nie zdały. Na rozprawie dostał nagłego ataku szału, który zaniepokoił zebrane na sali osoby. Psychiatrzy doradzili odesłanie go do szpitala psychiatrycznego i tak Piotr trafił do Odludziowa. Ataki szału wciąż się powtarzały. Lekarze podejrzewali, że to z powodu wdychania chemikaliów, gdy leżał nieprzytomny w uliczce, poza tym miał kilka ran, przez które chemikalia mogły dostać się do jego krwi i to spowodowało zmiany w jego zachowaniu. Choć niczego nie wykryto, Piotr został w szpitalu. Lekarze mieli też inną teorię: Piotr był ślepy, jego pieniądze przepadły na rozprawie, szanse na znalezienie pracy po takiej aferze spadły prawie do zera, poza tym alternatywą był pobyt w więzieniu, a po wyjściu na wolność żebranie jako ślepiec. W międzyczasie jego rodzice zmarli, więc nie miałby się kto nim zająć. Zdany tylko na siebie, niewidomy, były więzień nie miał zbyt ciekawych perspektyw na życie. Wolał więc zostać w szpitalu, symulując napady szału, aby żyć w towarzystwie równie nieszczęśliwych pacjentów i lekarzy, którzy pragnęli go wysłuchać i mu pomóc, z własnym pokojem i wyżywieniem. To była tylko teoria, której lekarze nie mogli potwierdzić. W rozmowach z lekarzami Piotr nie potrafił wyjaśnić tego, co się z nim działo, ale nie stracił wiary w Boga. Często się modlił, a na jego specjalne życzenie co jakiś czas przyjeżdżał do niego ksiądz, aby z nim porozmawiać i go wyspowiadać. Pomiędzy atakami szału Piotr zachowywał się całkowicie normalnie. Nie miał żadnych szalonych teorii, tików nerwowych, dziwnych nawyków, natręctw, ani niczego, co by wskazywało na chorobę psychiczną. Ale kilka razy dziennie nagle zaczynał głośno dyszeć, a potem krzyczał i wymachiwał rękami, rzucając wszystkim, co mu wpadło w ręce. Po około piętnastu minutach uspokajał się i nie pamiętał, co się z nim przed chwilą działo. Był tylko trochę zmęczony. Ostatnim z członków grupy była Anna. Była jedną z najstarszych pacjentek szpitala i przebywała w nim już bardzo długo. Jeszcze niedawno chciała udowadniać na ludziach swoją teorię. Na szczęście lekarzom udało się ją od tego odwieść, po wielu latach leczenia. W przeciwieństwie do pozostałych członków Różnej Grupy, Anna nie „zachorowała'' w wyniku jakiegoś traumatycznego przeżycia; była chora od urodzenia, choć pewne przeżycie znacznie spotęgowało jej chorobę. Tuż po narodzinach stwierdzono u niej pewne zmiany w mózgu. Przez pierwszy rok życia prawie w ogóle nie płakała, tylko bez przerwy się rozglądała, jakby widziała coś, czego inni nie mogą zobaczyć. Mówić zaczęła dopiero w wieku czterech lat. Cały czas pokazywała palcem na pustą przestrzeń, w której nic nie było. Gdy zaczęła mówić, pytała rodziców: „Co to jest?'', pokazując na coś, co tylko ona widziała. Nie chodziła do normalnej szkoły, bo rówieśnicy się jej bali. Prawie codziennie chodziła do psychologa, który się nią zajmował i przepisywał jej leki. Przywidzenia Anny pojawiały się coraz rzadziej i wydawało się, że leczenie odnosi skutek. Rodzice zapisali ją do normalnej szkoły, gdzie szybko nadrabiała zaległości. Miała swoją idolkę, aktorkę, której głos bardzo jej się podobał – zaczęła nawet jeździć na jej koncerty, wchodziła za kulisy, polubiły się. Słyszała o przypadkach, gdy natrętny psychofan zatruwał życie swojego idola i starała się, żeby w jej przypadku zachować umiar. I nagle, gdy miała 23 lata, stało się coś strasznego. Anna zniknęła. Rodzice robili wszystko, by ją odnaleźć. Po paru tygodniach Anna znalazła się 90 kilometrów od domu, leżąca nieruchomo na ulicy. Gdy wróciła do domu, rodzice natychmiast odwieźli ją do szpitala, ponieważ była cała zakrwawiona, a na jej ciele były liczne blizny. Prawdopodobnie dopadli ją handlarze narządów, brakowało jej nerki. Gdy Anna doszła do siebie, jej choroba powróciła z całą mocą. Mówiąc, dziwnie dobierała słowa, znalazła też sobie nowych idoli, wobec których już żadnych hamulców nie miała - wymyśliła, że porwali ją kosmici, którzy pobrali części jej ciała do badań. Nazywała siebie prorokiem, który wrócił, by głosić prawdę o rychłym przybyciu kosmitów. To oni byli jej nowymi idolami, których uwielbiała ponad życie. O poprzedniej idolce najwyraźniej zapomniała, ale stała się ona pretekstem do uwielbienia dla kosmitów. Co jakiś czas nawiedzały ją wizje, podczas których widziała statki kosmiczne, lądujące na Ziemi. Często też rozmawiała z kosmitami, którzy podobno ją odwiedzali. Uznano ją za niebezpieczną i trafiła do szpitala, gdzie w wieku 64 lat przebywa nadal. Po wielu latach leczenia wizje zaczęły występować jedynie sporadycznie, a kosmici przestali ją odwiedzać. Nadal jednak używała swojego wzniosłego języka, twierdziła, że wkrótce kosmici wyjdą z ukrycia i chciała to głosić na cały świat. Nie obchodziło ją nic innego, a w rozmowach z Różną Grupą ograniczała się do przekonywania jej członków o swojej teorii i z grzeczności wysłuchiwała tego, co oni mówią. Czasem jednak nie wytrzymywała i wyzywała ich od idiotów, którzy myślą o głupotach, zamiast o poważnych sprawach. Przestała więc stanowić zagrożenie, lecz wciąż żyła w urojeniach. Każdy z nich był inny: naiwna Zofia, zamknięty w swoim świecie Henryk, dowcipny Maciek, przemądrzała Anna, wybuchowy Józef i spokojny (mimo ataków szału) Piotr, który z nich wszystkich był chyba najinteligentniejszy. Maciek, Józef i Piotr stanowili zagrożenie dla innych osób, każdy w inny sposób, choć Piotr jako jedyny nieświadomie i jedynie podczas ataków, a nie przez cały czas. Anna i Henryk nie skrzywdziliby muchy, a Zofia stanowiła zagrożenie tylko dla samej siebie, bo nie potrafiła dostrzegać niebezpieczeństw. A jednak wszyscy trzymali się razem, choć lekarze nie wróżyli im zbyt długiej przyjaźni. Nic nie wskazywało na to, by miało się to skończyć. Milczący Henryk kontrastował z ruchliwym i lubiącym rządzić Józefem, naiwna Zofia kontrastowała z inteligentnym Piotrem, lubiący żarty i wiecznie roześmiany Maciek kontrastował z poważną i używającą dziwnych słów Anną. Różniło ich niemal wszystko: wiek, wychowanie, doświadczenie życiowe, sposób, w jaki trafili do szpitala, teorie, zainteresowania, zachowanie… Łączyły ich jedynie wspólne obiady, przy których codziennie rozmawiali na różne tematy i trwali, ku zdziwieniu lekarzy, nie zważając na kpiny pacjentów. Nikt nie wiedział, o czym rozmawiają, bo gdy tylko ktoś się zbliżał, natychmiast milkli i czekali, aż znów zostaną sami. Siedzieli niedaleko lekarzy, lecz mówili przyciszonymi głosami, tak, że nikt ich nie słyszał. Czasem któryś z nich wykrzykiwał pojedyncze zdanie, lecz nic poza tym. Wszyscy oni byli uznawani za bardzo trudne przypadki i lekarze wiele by dali, żeby się dowiedzieć, o czym oni mogą ze sobą rozmawiać. Interesował ich zwłaszcza wiecznie milczący Henryk, który w grupie zagadkowo odzyskiwał mowę…
Część 33 / 4
Rozdział 2 Nowy cel Henryka
Henryk na początku czasem rozmawiał z lekarzami i z opiekunem; dopiero pewna feralna rozmowa, po której lekarz stracił pracę, zamknęła go w jego umyśle całkowicie. Henryk stał właśnie w swoim pokoju ze swoim nowym opiekunem. Opiekun był młody; niedawno uznał, że chciałby komuś bezinteresownie pomóc. Dowiedział się o szpitalu w Odludziowie i poprosił o opiekę nad pacjentem, z którym lekarze mają słaby kontakt, który żyje w swoim świecie. Wybór był oczywisty. - Henryku – powiedział opiekun, gdy wszedł do jego pokoju i usiadł – będę się tobą zajmował. - Co masz na myśli? – spytał Henryk, patrząc tępo w ścianę, najwyraźniej głęboko pogrążony w swoich przemyśleniach; to, co mówił opiekun, chyba nie za bardzo go obchodziło. - Chcę być twoim przyjacielem. Będę z tobą rozmawiał, wyprowadzał cię na dwór i prowadził na obiad, będziemy robić, co tylko zechcesz. - Ja nie mam przyjaciół. Moi przyjaciele się zmienili i zostawili mnie. Nie chcę nowych przyjaciół; chcę odzyskać starych. - Zrobimy, co w naszej mocy, żebyś ich odzyskał. - Ciekaw jestem, co niby możecie zrobić. Możecie najwyżej poopowiadać mi bajki, że wszystko się jakoś ułoży i że moi przyjaciele będą na mnie czekać z otwartymi ramionami. - Henryk, posłuchaj mnie… - zaczął opiekun, ale Henryk przerwał mu cichym głosem, pełnym dziwnej nadziei: - Czy wierzysz w zjawiska paranormalne? Opiekun patrzył na niego zdziwiony, zastanawiając się, co odpowiedzieć, by nie pogorszyć sytuacji. -Co masz na myśli? – zapytał, próbując zyskać na czasie. -Czy wierzysz, że na tym świecie są rzeczy, które nie należą do tego świata? Że istnieją ludzie, którzy je widzieli, ale nikt im nie wierzy? Że są ludzie, którzy siłą umysłu potrafią sprawić coś, o czym inni mogą tylko marzyć? - Oczywiście – powiedział opiekun, a oczy Henryka rozszerzyły się lekko – Każdy ma coś, co odróżnia go od innych. Każdy ma jakiś talent, którego inni mogą mu tylko pozazdrościć. A co do rzeczy z innego świata… Jestem chrześcijaninem, więc wierzę w niebo… A ty? Ale Henryk już go nie słuchał i najwyraźniej nie miał zamiaru odpowiedzieć. Opiekun jeszcze przez chwilę próbował z nim rozmawiać, ale Henryk był już pogrążony w swoim świecie. Czuł, że to nie takiej odpowiedzi oczekiwał jego pacjent i że zmarnował okazję do nawiązania kontaktu. W przypadku takiego pacjenta trzeba było bardzo uważnie dobierać słowa, on jednak zadziałał zbyt pochopnie. Ale było już za późno i nic więcej nie mógł poradzić. Po chwili zerknął na zegarek. - Hmm, już czas. Masz rozmowę z lekarzem. Henryk stał, nadal uderzając lekko głową w ścianę. Opiekun wziął go za ramię i pociągnął do wyjścia. Drzwi były uchylone, inaczej nie mogliby wyjść z oczywistego powodu - braku klamki. Na korytarzu było pusto i mroczno. Nie było żadnych okien, a drogę oświetlały jedynie słabe lampy. Henryk patrzył w podłogę, pogrążony w swoich rozmyślaniach. Gdy doszli do gabinetu lekarza, opiekun zapukał. Rozległ się głos: - Proszę wejść. Opiekun otworzył drzwi, odsunął się i popchnął lekko Henryka, który zaczął chwiejnie iść przed siebie. Potknął się o framugę w drzwiach i runął na ziemię, nie próbując nawet zahamować upadku. Miał kompletnie nieprzytomną minę, gdy uderzał twarzą w podłogę. Opiekun natychmiast do niego podbiegł i wyciągnął z szafki chusteczkę, którą przycisnął do jego czoła. Henryk nabił sobie sporego guza. Nie sprawiał wrażenia, żeby coś go bolało, choć uderzył całym ciałem. - Nic ci nie jest? - Spytał opiekun, a Henryk pokręcił powoli głową; jego twarz była jakby wykuta z kamienia. Nikt nie pamiętał, żeby kiedykolwiek zmienił wyraz twarzy. Opiekun upewnił się, że wszystko z nim w porządku i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Lekarz miał około sześćdziesiątki. Ale Henryka wcale nie obchodziło, jak on wyglądał; patrzył tępo w podłogę, kiwając się lekko w przód i w tył. - Dzień dobry. – powiedział lekarz miłym głosem. - Tak, rzeczywiście wspaniały – odpowiedział Henryk monotonnym głosem. Lekarz domyślił się, że to miała być ironia. - Czekałem na ciebie. Miło, że przyszedłeś. Pacjent siedział przez chwilę, jakby się nad czymś zastanawiając. - Nie miałem wyjścia. – mruknął wreszcie. - Nieprawda, Henryku. Zawsze jest wyjście. Nigdy nie wolno się poddawać, należy walczyć o swoje. Henryk nic nie odpowiedział; najwyraźniej miał inne zdanie na ten temat. - Posłuchaj mnie – mówił dalej lekarz – wiem, co cię dręczy. Twoja rodzina mi powiedziała, a oni dowiedzieli się o twojej nieszczęśliwej miłości od twoich dawnych kolegów. - Doprawdy? – mruknął cicho Henryk. - Doskonale cię rozumiem. Też kiedyś byłem zakochany w dziewczynie, która nie chciała nawet na mnie spojrzeć. I co? Dziś jesteśmy małżeństwem. – powiedział wesoło lekarz, ale po chwili spoważniał - Ale nie było mi łatwo. Bardzo długo starałem się, żeby wreszcie zwróciła na mnie uwagę i w końcu mi się udało. Henryk nie wykazywał najmniejszego zainteresowania. Lekarz postanowił przestać opowiadać o sobie, bo wyczuł, że i tak nie zdoła tym rozładować atmosfery i skupił się na pacjencie. - Wiem o wszystkim. O tym, że szkole podstawowej zakochałeś się w dziewczynie, że nic z tym nie zrobiłeś i teraz dręczy cię poczucie winy. Że trwało to prawie 8 lat i dopiero w liceum zauważyłeś, jak się zmieniła. Że straciłeś dawnych kolegów, bo przez cały ten czas zmienili się tak bardzo, że już ich nie rozpoznawałeś. Wiem, że spędzasz dzień i noc, wyrzucając sobie, że nie próbowałeś wtedy zabiegać o jej względy. Myślę, że już nadszedł czas, żebyś się z tym uporał. - Co niby miałbym zrobić? – spytał smutno Henryk – jestem obrzydliwym śmieciem, żałosnym zerem, psią kupą, którą ludzie nawet brzydzą się rozdeptać. Jestem nikim. Gdy jeszcze byłem na wolności, ludzie patrzyli na mnie, jakbym był trędowaty. Gdy w autobusie było wolne miejsce obok mnie, nikt na nim nie siadał, choć wszystkie inne były zajęte, a ludzie dookoła stali. Gdy próbowałem z kimś rozmawiać na temat, który go interesował, słyszałem tylko, że mam zjeżdżać, bo wolał o tym pogadać z kimś innym. Nic dziwnego, że mnie odizolowaliście od reszty społeczeństwa. I takie coś jak ja miałoby zabiegać o względy tej cudownej dziewczyny? Chyba pan żartuje. Miałem wrażenie, że mnie podrywa, więc nic nie robiłem, czekałem na rozwój wypadków. Miałem nadzieję. Ale potem okazało się, że ona tak traktuje wszystkich chłopaków. Jestem idiotą, kretynem, durniem, kompletnym debilem… - Ale ona się zmieniła, prawda? Potem już nie była taka, jak kiedyś. To nie była już ta dziewczyna, w której się zakochałeś. - Usłyszałem kiedyś, jak rozmawia z koleżanką. Mówiła jej, że nie rzuci palenia, bo niby po co? - Henryk już nie mówił monotonnym głosem; był coraz bardziej wzburzony. Lekarzowi właśnie o to chodziło, chciał w nim wywołać silne emocje - Wcześniej nie wiedziałem, że pali. To było w liceum. Nienawidzę papierosów, tej trucizny, tych wykrzywionych ryjów, obejmujących trociny zawinięte w papier, z którego sączy się dym, zatruwający wszystko dookoła. Już wcześniej zauważyłem, że jej cera się zmieniła, że stała się szara. Zniknęły jej cudowne rumieńce, jej uroda przeminęła. A potem dowiadywałem się o niej jeszcze gorszych rzeczy. - Ale wiesz, co myślę? Ty nadal ją kochasz. Nie tą, którą się stała, tylko tą miłą, uroczą dziewczynę z przeszłości. Ale ona już nie wróci. Ona odeszła i wybrała inną drogę. Drogę bez ciebie. Henryk zaczął się kiwać jeszcze bardziej, a z jego oczu zaczęły płynąć łzy. - Nadszedł czas, żebyś ty też zmienił drogę. Ty też wybierz drogę bez niej. Ona nie jest ciebie warta. Może kiedyś była, ale zmieniła się. Tak jak twoi koledzy. Oni też się zmienili. Tylko ty zostałeś taki sam, jak wtedy. Tylko ty stoisz nadal w miejscu. – Lekarz wstał z miejsca, mówił teraz podniesionym tonem, czując, że jego przemowa odnosi skutek – Ty też rusz wreszcie do przodu! Przestań tkwić w tym bagnie, zapomnij o dziewczynie, która istnieje już tylko w twojej głowie! Obudź się z tego wieloletniego snu, w którym jesteście razem, ty i ona, otoczeni twoimi przyjaciółmi! Przejrzyj wreszcie na oczy, porzuć marzenia, zacznij żyć w rzeczywistości! Otwórz się na realny świat! Henryk krzyknął i upadł na podłogę. W tym samym momencie za oknami rozbłysło mocne światło, jakby piorun strzelił tuż obok szpitala, ale po chwili zgasło. Cały szpital zatrząsł się w posadach, a w głowie lekarza pojawiły się dziwne słowa: „Muszę wrócić do tego czasu, gdy jeszcze nie wszystko było stracone! Niech ten facet da mi spokój, czemu rozmawia z taką parodią człowieka, jaką jestem? On niczego nie rozumie!” Nagle gabinet zaczął się jakby rozmywać i przed oczami zdumionego lekarza pojawił się dziwny widok: zobaczył młodego chłopaka, stojącego na szkolnej przerwie i patrzącego rozmarzonym wzrokiem na ładną dziewczynę. Jakiś biegnący obok chłopak wpadł na niego i obaj upadli. Ten drugi wrzasnął: „Heniek, ty debilu, uważaj, jak stoisz!” i kopnął go w brzuch. Po chwili odszedł. Młody Henryk leżał tam, patrząc na dziewczynę, która podeszła do niego i pochyliła się nad nim. „Nic ci się nie stało?”, spytała. Na twarzy Henryka pojawił się lekki uśmiech. W głowie lekarza ponownie pojawiły się słowa: „Ona mnie chyba podrywa…” Lekarz zamknął oczy, a gdy je otworzył, przed sobą zobaczył jedynie gabinet i Henryka, leżącego na podłodze. - Matko Święta, co to było? Muszę mieć bardzo bujną wyobraźnię. Chyba mam zwidy. Patrzył podejrzliwym wzrokiem na Henryka, wciąż nie mogąc się otrząsnąć. Szpital już przestał się trząść i nie zostały żadne widoczne ślady tego, co przed chwilą się stało. Oparł się o biurko i wziął kilka głębokich wdechów, próbując się uspokoić. Potem podszedł powoli do Henryka, który leżał tam, trzęsąc się, jakby dostał padaczki. Lekarz podszedł do niego i pochylił się nad nim. - Twoja przeszłość jest już stracona. Nawet, jeśli się zmienisz, twoi przyjaciele do ciebie nie wrócą. Nie byli ciebie warci. Znajdziesz nowych przyjaciół. - Myli się pan. – wyszeptał Henryk ledwie słyszalnym głosem – To ja nie jestem ich wart. Nie jestem niczego wart. Czasem dziwię się sobie, że jeszcze żyję. – Henryk wstał powoli i usiadł z powrotem na fotelu – Nie chcę nowych przyjaciół. Nie chcę nowego życia. Moi przyjaciele się zmienili, wydorośleli, bo tego od każdego z nas wymaga społeczeństwo. Wydoroślej, ożeń się, pracuj ciężko, wystrzegaj się zachowań, których nie wypada robić w twoim wieku; oto scenariusz, który się od każdego wymaga. Tylko ja się nie zmieniłem. Tylko ja pozostałem sobą - Henryk urwał na chwilę i odetchnął głęboko. Po chwili kontynuował - Chcę, żeby było tak, jak wtedy. Chcę dostać drugą szansę, by powiedzieć jej, co czuję, gdy jeszcze nie była zepsutą, najaraną krową. - Wiesz przecież, że to nie jest możliwe. Spędzasz czas, wyobrażając sobie życie, które mógłbyś z nią wieść. Wcale ci się nie dziwię; w marzeniach przeżywasz to, czego nie udało ci się osiągnąć w rzeczywistości. A czy nie myślałeś, żeby spróbować do niej wrócić? Zacząć wszystko od nowa i ułożyć sobie z nią życie? Ona się zmieniła, ale może uda ci się ją sprowadzić z powrotem na dobrą drogę. Henryk pokręcił powoli głową. -Już za późno, tamta dziewczyna już nie wróci. A nawet jeśli, to sam fakt, że kiedyś paliła, że była tym, kim teraz jest, już ją u mnie skreśla. - Rozumiem. W takim razie… Zacznij znowu żyć, Henryku. Żyj prawdziwym życiem, a nie tym wymyślonym. - Czy wierzy pan w zjawiska paranormalne? – spytał niespodziewanie Henryk ledwie słyszalnym głosem. Patrzył w podłogę wilgotnymi oczami, z których przebłyskiwała nadzieja. Gdyby lekarz wpatrzył się w nie uważniej, może lepiej przygotowałby swoją odpowiedź. Lekarz spojrzał na niego zdziwiony. - A jeśli powiem, że nie, nie będziesz chciał ze mną rozmawiać? Henryk nie odpowiedział. - Wierzę jedynie w Boga Wszechmogącego. Nie wierzę w te bzdury o kosmitach i ludziach z nadludzkimi możliwościami. To bajki dla dzieci, a my jesteśmy dorosłymi, poważnymi ludźmi. Takimi, jakimi uczyniło nas społeczeństwo - urwał i uśmiechnął się z wyczekiwaniem. Pewnie sądził, że to rozbawi Henryka. W związku z brakiem reakcji po chwili kontynuował - Ale teraz mówimy o tobie, Henryku. Dopiero co ci powiedziałem, że powinieneś zacząć żyć w realnym świecie. Ale myślę, tak, wpadł mi do głowy pewien pomysł… Lubisz paranormalne opowieści? Żyjesz w wymyślonym świecie i nie wiem, czy to dobry pomysł, żebyś teraz trafił do kolejnego, pełnego kosmitów i innych podobnych bzdetów… - Lekarz znowu poczuł lekkie drżenie pod nogami i mimowolnie przypomniał sobie to, co przed chwilą powiedział: „nie wierzę w te bzdury o ludziach z nadludzkimi możliwościami” i przed oczami błysnął mu przez chwilę obraz trzęsącego się szpitala, otoczonego dziwnym błyskiem... Lekarz zastanawiał się, co powinien teraz zrobić, a Henryk patrzył wyczekująco w podłogę. - Uważam, że to pozwoli ci zapomnieć o twojej niefortunnej wybrance. Skup się na czymś innym, znajdź sobie jakieś zajęcie. Zapomnij o przeszłości i zacznij nowe życie. Znajdź sobie jakiś cel i dąż do niego. Nawet, jeśli miałoby to być odkrywanie prawdy o kosmitach i duchach. I obiecaj mi, że zapomnisz o tej dziewczynie. Co ty na to? Henryk milczał przez chwilę. Nagle zaczął podnosić powoli głowę i po raz pierwszy od wielu lat, a może nawet po raz pierwszy w życiu spojrzał komuś w oczy. Jego twarz nie zmieniła się ani trochę; nadal była jakby wykuta z kamienia. Jedynie zaczerwienione oczy i łzy spływające po trzęsącej się twarzy zdradzały jego stan emocjonalny. - Wiem, że pan to robi tylko dla pieniędzy. Poza szpitalem nawet by pan na mnie nie spojrzał. Ale i tak dziękuję. - jego głos brzmiał mechanicznie, nieszczerze - Bardzo mi pan pomógł. Znajdę sobie jakiś cel i będę do niego dążył. Skupię się na nim i zacznę nowe życie. Choć lekarz poczuł się lekko urażony wzmianką o pieniądzach, bardzo cieszył się z decyzji swojego pacjenta. Spodziewał się, że wyleczenie go będzie dużo trudniejsze. Cieszył się, że tak łatwo mu poszło, mimo, że dał się ponieść emocjom, zamiast zachować stoicki spokój. - To wspaniale, Henryku! Dziękuję, że mnie wysłuchałeś. – zarumienił się lekko i na jego twarzy pojawił się zawstydzony uśmiech - Musisz wiedzieć, że moje zarobki są bardzo liche i nie są warte zachodu. Robię to, bo chcę ci pomóc. Naprawdę, musisz mi uwierzyć. Nie jesteś nikim, Henryku. Nie jesteś… śmieciem, czy za kogo tam siebie uważasz. Możesz jeszcze wiele osiągnąć i być szczęśliwym. Wydarzenia z przeszłości mają co prawda ogromny wpływ na nasze przyszłe życie, ale to do nas należy decyzja, jak będzie ono wyglądało. Nagle oczy Henryka rozszerzyły się lekko. Przestał się trząść, a jego usta wykrzywiły się lekko w ledwie widoczny zarys uśmiechu. - Chyba już znalazłem sobie cel, do którego będę dążył. – powiedział tak głośno, że lekarz drgnął ze strachu. Poczuł lekki niepokój. - Naprawdę? Mogę wiedzieć, co to za cel? – spytał ostrożnie. Ale do Henryka już nic więcej nie docierało. Zamknął powoli oczy i zaczął się znów osuwać na podłogę. Lekarz podszedł szybko do niego i złapał go, zanim zemdlony pacjent zdążył uderzył głową w krawędź stołu, co mogłoby się skończyć jeszcze gorzej. - Henryk! Henryk! Nic ci nie jest? Spójrz na mnie! Otwórz oczy! Jednak Henryk zapadł w śpiączkę. Teraz lekarz był już poważnie zaniepokojony. Czegoś takiego zupełnie się nie spodziewał. Natychmiast wezwał kilku innych lekarzy, żeby mu pomogli, bo nie miał pojęcia, co się właściwie stało. - Błagam, nie rób mi tego… Będę miał kłopoty przez ciebie. Do licha, przecież wszystko wskazywało na to, że udało mi się przemówić ci do rozsądku! Co się do diabła stało?! Po chwili przybiegli inni lekarze i próbowali rozeznać się w sytuacji. - Coś pan mu nagadał? - Ja tylko… - wyjąkał przerażony lekarz – zaproponowałem mu… Żeby znalazł sobie… Jakiś cel i… Zapomniał o przeszłości… Jeden z nowo przybyłych złapał się za głowę. - Co pan najlepszego narobił? Oszalał pan? Mówi pan choremu psychicznie, że ma sobie znaleźć jakiś cel? A czort wie, jaki on może sobie teraz znaleźć cel! A jeśli jego celem teraz jest nigdy się nie obudzić? - Nie! To niemożliwe! Powiedziałem, że ma zacząć żyć w realnym świecie! Ale… - nagle zrozumiał - Co ja narobiłem… - No co? Mów pan! - Powiedziałem mu, żeby najpierw znalazł sobie coś, co zastąpi mu rozmyślania o tej dziewczynie, co pozwoli mu zapomnieć… A on… - Zamknął się na dobre w swojej głowie i skupił się Bóg jeden wie na czym! No moje gratulacje! - Ja chciałem tylko pomóc…
Następnego dnia lekarz już nie pracował w szpitalu. Tydzień później Henryk obudził się, to znaczy otworzył oczy i zaczął lekko pochylać się w przód i w tył. Nie reagował jednak na nic, co się do niego mówiło; tak jak podejrzewano, prawdopodobnie próbował zapomnieć o swojej przeszłości, ale przed powrotem do realnego świata skupił się na czymś, co miało mu w tym zapomnieniu pomóc. I nie wiadomo, ile to mogło trwać. Zamknął się na dobre we własnym umyśle i odciął się od wszystkiego, co go otaczało. Po powrocie do swojego pokoju opiekun próbował z nim rozmawiać. Zrozumiał, że pytanie, które Henryk zadał mu przed wyjściem, było dla niego bardzo ważne i że popełnił błąd, odpowiadając mu w ten sposób. Teraz próbował go naprawić. Mówił mu, że jako dziecko wierzył, że w szafie czai się potwór, że bał się, że w nocy porwą go kosmici, że oglądał dużo filmów o ludziach z nadprzyrodzonymi możliwościami i zastanawiał się, czy to możliwe. Ale Henryk nie reagował kompletnie na nic. Być może uznał, że pierwsza odpowiedź się liczy. To wszystko stało się niedługo po przyjęciu go do szpitala. Potem przyprowadzono tą dziewczynę, w której był zakochany. Powiedziano jej, co się z nim dzieje, a ona postanowiła go odwiedzić, przerażona, że to jej wina. Przepraszała go za to, że tak go traktowała, że bawiła się jego uczuciami i drwiła z niego. Ale nie zwrócił na nią uwagi. Być może już o niej zapomniał, tak jak radził mu lekarz. Jednak gdy wychodziła, nietrudno było zauważyć, że po jego policzkach spływały łzy. Lekarze żałowali, że nie przyprowadzili jej przed tą feralną rozmową z lekarzem; być może wtedy zareagowałby na nią inaczej i uporałby się wreszcie ze swoimi problemami. Ten sam opiekun, wiele lat później, wyprowadził Henryka z jego pokoju, prowadząc go na obiad. Henryk niewiele się zmienił – zmarniał, włosy mu zmatowiały, na jego twarzy nie pojawiły się jednak żadne zmarszczki – nic dziwnego, skoro nigdy nie zmieniał wyrazu twarzy. Przez te wszystkie lata opiekun prowadził monologi, próbując naprawić swój błąd, który już na wstępie spowodował zerwanie ich kontaktu. Nie wiadomo, czy do Henryka cokolwiek docierało, ale opiekun się nie poddawał. Teraz szli ciemnym korytarzem, który wyglądał, jakby nie miał końca. Ich powolne kroki dudniły i odbijały się echem po rozległych ścianach. Wyraźnie słychać było sapanie opiekuna; Henryk oddychał niemal bezgłośnie. W końcu doszli do ciężkich drzwi, ukrytych w cieniu. Opiekun chwilę przy nich majstrował; nienawidził tego korytarza. Budziły się jego dawne fobie z dzieciństwa, bał się, że z ciemnego kąta może coś na niego wyskoczyć. Nie mówił o tym lekarzom; nie chciał stać się jednym z pacjentów. Po chwili z głośnym trzaskiem otworzył wielkie, stare drzwi, przez które chyba żaden złodziej nie zdołałby przejść. Natychmiast ciężki oddech opiekuna został zastąpiony kakofonią dźwięków, dobiegających ze stołówki. Pacjenci śmiali się, krzyczeli, walili rękami w stoły, jęczeli, płakali. Ich sztućce były plastikowe i tak dostosowane, że nawet największy desperat nie mógłby nikomu wyrządzić nimi krzywdy. Ci groźniejsi, w tym również Piotr i Józef, byli przypięci pasami do krzeseł. Opiekun posadził Henryka na jego stałym miejscu, tuż obok lekarzy. Po chwili postawiono przed nim talerz czegoś, co wyglądało jak rozgotowana kapusta. Henryk nigdy nie jadł sam; jego opiekun musiał go karmić. Nagle niedaleko od nich usiadła grupa pięciu pacjentów. Zaczęli między sobą rozmawiać przyciszonymi głosami. Henryk początkowo nie zwracał na nich uwagi. Siedział dość blisko, żeby ich słyszeć, lekarze i opiekun byli nieco dalej i nic nie słyszeli. - Patrzcie – przechwalał się największy z nich, pokazując coś na swojej ręce – ta blizna uchroni mnie przed drobnymi ukłuciami. Moja skóra jest już twarda jak kamień. Niedługo będę odporny na wszelkie zagrożenia i… Wreszcie stanę się nieśmiertelny. – dokończył rozmarzonym głosem. - Zdajesz sobie chyba sprawę, że z biologicznego punktu widzenia jest to niemożliwe – powiedział ten, który najwyraźniej był niewidomy – Gdyby to było możliwe, już dawno byłoby tu pełno nieśmiertelnych. - Trzeba mieć odpowiednie predyspozycje – sapał mięśniak, cały czerwony na twarzy – Tobie na pewno nigdy się to nie uda. Najwyraźniej szukał zaczepki, jednak niewidomy udał, że go nie słyszy. - Twierdzisz, że to niemożliwe? – mówił dalej wielkolud – Jesteś prawie tak naiwny jak Zofia. Po prostu nikt nie odważył się dotąd przekroczyć granicy, którą ja mam zamiar przekroczyć. Nie wytrzymywali bólu. Trzeba być konsekwentnym i hartować swoje ciało bez chwili przerwy. Wtedy, jeśli nie poddam się tak, jak cała reszta ludzkości, w końcu uodpornię się na wszystkie zagrożenia. Nic nie będzie w stanie mnie zranić, niczym się nie zatruję, nic mi nigdy nie zaszkodzi! Będę żył wiecznie! Bo musisz wiedzieć, że hartowanie ciała nie polega tylko na zadawaniu sobie ran. To jest też kwestia odżywiania. Raz jem dużo, raz mało i zwykle jem niezbyt zdrowe rzeczy. Dzięki temu również wnętrze mojego ciała staje się odporne na wszelkie trucizny. Jak stąd wyjdę, będę zażywał maleńkie dawki trucizn, by się na nie uodpornić… - Spójrz prawdzie w oczy, Józef – odezwał się znowu ślepiec – Ty nigdy stąd nie wyjdziesz. Właśnie przez takie gadanie tutaj trafiłeś. Co do tego żarcia, to rzeczywiście nie jest ono zbyt zdrowe, ale wszyscy to jemy i nie mamy zbytniego wyboru. Okaleczasz się i niezdrowo odżywiasz, żeby żyć wiecznie. Większość ludzi stara się odżywiać zdrowo, dbać o swoje ciało i aktywnie spędzać czas, żeby przedłużyć swoje życie. Nie sądzisz, że to łatwiejsza i bardziej sprawdzona metoda? Józef zaśmiał się ochryple. - Mają rację tylko w tym ostatnim. Trzeba dużo trenować, aby ciało było silne i gotowe na wszelkie zagrożenia. Co do reszty, to stek bzdur. Dbanie o swoje ciało? Zdrowe odżywianie? Przez taki tryb życia ci ludzie są delikatni jak motyle i padają jak muchy przy byle chorobie. Odkryłem coś, na co nikt inny nie wpadł. Ale ty nie dożyjesz dnia, w którym wreszcie moje marzenia się spełnią. - A tak właściwie – odezwał się łysy facet z twarzą rozciągniętą w uśmiechu – Skąd ci się to wzięło? Jak wpadłeś na to, że w ten sposób możesz żyć wiecznie? Może ktoś cię po prostu nabrał? Może ktoś płatał ci niebezpieczne figle, a ty cierpiałeś, aż wreszcie odkryłeś, że jesteś coraz bardziej odporny na ból? – zapytał, lekko chichocząc. - Nikt mnie nie nabrał, kretynie. Przecież mówiłem, że sam to odkryłem. Po prostu… Dla mnie to jest oczywiste. Nikt tego jeszcze nie próbował. Nie mam żadnych dowodów, że mi się uda, ale jestem pewien, że osiągnę sukces. Wiecie, jak działają szczepionki? Wprowadza się do organizmu chorobę, żeby organizm się na nią uodpornił. Wirusy z kolei uodparniają się na antybiotyki, jeśli stosujemy ciągle te same. Ja po prostu spojrzałem na to szerzej i wyciągnąłem wnioski. Skóra jest coraz twardsza i coraz bardziej odporna na ból. Czytałem też o ludziach, którzy uodpornili się na trucizny, przyjmując ich niewielkie dawki. - A ja ci wierzę – powiedziała młoda dziewczyna o niewinnej twarzy. Józef spojrzał na nią z nadzieją, ale po kolejnym zdaniu machnął ręką i odwrócił się od niej – Przecież wszyscy żyją wiecznie. Nie ma czegoś takiego, jak śmierć. Ludzie udają, że umierają, żeby nabrać pozostałych, bo oni muszą w coś wierzyć. Tak samo kradzież; po co ktoś miałby kogoś okradać? To wszystko aktorstwo! Ludzie mają potrzebę wierzenia, że świat jest okrutny, a on jest tak naprawdę wspaniały. Po co dorośli mieliby siedzieć przed telewizorem i słuchać o tragediach na drugim końcu świata? Tylko nikt nie zauważa, że pozostali robią sobie z nich żarty! - A ja jestem jednym z nich – zaśmiał się łysy – Nieraz udawałem przed rodziną trupa, wymazany ketchupem. - A nie mówiłam? Kiedy ktoś w końcu odkrywa prawdę, sam zaczyna nabierać pozostałych i tak koło się zamyka. Maciek już to odkrył. Ciekawe, kiedy na was przyjdzie czas. - Zofio, jak można być tak naiwnym i głupim – zaśmiał się Józef, zakrywając twarz ręką – Ludzie są zakopywani i leżą tam, rozkładani przez robale. Tylko ja nigdy nie umrę. - Wierzę też Annie. – mówiła dalej Zofia, jakby wcale go nie usłyszała - Anno, miałaś dzisiaj jakiś sen? - O tak, moje dziecko – odpowiedziała najstarsza z nich, podnosząc gwałtownie głowę, tak jakby pytanie Zofii wyrwało ją z jakiegoś transu – Dzisiejszej nocy, gdy księżyc promieniał na srebrzystym nieboskłonie, ujrzałam moich władców w pełni chwały. Przybyli swymi majestatycznymi, podniebnymi okrętami, by zbratać się z naszym ludem. Nie dane mi było jednak z nimi wymienić naszych niesłychanie rozważnych monologów; z niewyobrażalną gracją odpłynęli w niesamowite niebiosa, dając nam swe niebywale prawdomówne słowo, iż nie przesypie się wiele piasku w ogromnej klepsydrze wszelkiego czasu, nim powrócą na nasz niesłychany świat. Albowiem… - Te, poetka – przerwał jej Józef – nie zauważyłaś, że prawie co noc śni ci się to samo? - Moi władcy, którzy obdarzyli mnie możliwością głoszenia niewiarygodnie prawdziwej nowiny, ofiarowali mi wizję szlachetnej przyszłości, którą pełnią życia przeżywam każdej nocy, ciemnej niczym umysły nieświadomych ludzi… - Aha. No to teraz wszystko jasne. - Czyżbyś nie wierzył w zjawiska paranormalne, Józefie? - spytał Piotr ironicznym tonem. Henryk nagle znieruchomiał i powoli odwrócił się w ich stronę. - Co to w ogóle za pytanie? – spytał Józef. Nagle uśmiech na jego twarzy ustąpił miejsca irytacji – kosmici raczej nie zaliczają się do zjawisk paranormalnych. Ale, jak się dobrze zastanowić, to bycie nieśmiertelnym chyba można już uznać za takie zjawisko… Jeśli chodzi o duchy i tym podobne, to wierzę w nie, ale one nic nie będą mogły mi zrobić, kiedy się na nie uodpornię. – nagle roześmiał się, jakby coś wpadło mu do głowy – E, Anno! A może te twoje kosmity to właśnie duchy, co? Anna nie uznała za stosowne odpowiedzieć, patrzyła tylko spode łba. Józef nagle spochmurniał. - Kurna chata, tylko jak ja się na nich uodpornię… Henryk słuchał ich z lekko otwartymi ustami i patrzył na nich. Lekarze byli zaskoczeni; zwykle Henryk patrzył w podłogę lub w ścianę i nic go nie obchodziło. Po obiedzie czasami pozwalano pacjentom pospacerować i porozmawiać między sobą, jeśli akurat nie doszło do żadnej rozróby. Anna krążyła po sali, spoglądając w górę. Niedaleko niej rozmawiało dwóch pacjentów. Byli wyraźnie podenerwowani. - Oni gdzieś tu są – powiedział jeden z nich. - Tak, Oni ukrywają się wśród nich wszystkich. Lecz jak ich rozpoznać? - Ja znalazłem sposób. Jeśli ich czymś wkurzysz i się nie zdenerwują, to znaczy, że to Oni. Zwykli ludzie wrzeszczeliby ze złości, ale oni udają, że nic się nie stało. Jego rozmówca spojrzał na niego z podziwem. - Jesteś geniuszem! Tak, to idealny sposób! Oni muszą udawać, że są nam przychylni, zwodzą nas, żebyśmy im ufali, dlatego nie mogą się na nas zdenerwować! Jakie to logiczne! - Logika, przyjacielu, to podstawa w walce z Nimi. Odkryłem coś jeszcze. - Mów szybko! - Wiesz, co to są aparaty fotograficzne i kamery? Oni nas w ten sposób kontrolują. - Jak na to wpadłeś? - Metodą dedukcji. – powiedział z dumą ten drugi, zadowolony z podziwu kolegi – Wziąłem to na logikę. Te urządzenia utrwalają nasze wizerunki. Choć stoimy gdzie indziej, widzimy swój obraz. To nie jest naturalne, tak nie powinno być. Lustra to co innego, bo pokazują bieżący obraz, lecz te urządzenia pokazują nas z przeszłości. Kombinowałem, jak to możliwe. Doszedłem do wniosku, że w ten sposób kradną nam kawałek duszy i mogą nas śledzić. Widzą, co robimy. To coś jak lustro, tyle że to nie my widzimy swoje odbicie, tylko oni. - Widzę, że trafiłem na właściwego człowieka – kolega nie mógł wyjść z podziwu – Razem obalimy Ich rządy. Anna podeszła do nich, ale nie zauważyli jej. - Jakiż jest temat owej interakcji? Dwóch rozmawiających pacjentów podskoczyło z przerażeniem. Jeden z nich ze strachu cofnął się gwałtownie i wpadł na jeden ze stolików. Okoliczni pacjenci ryknęli śmiechem. - Nie rozmawiaj z nią – mruknął do niego ten, z którym rozmawiał, pomagając mu wstać – może być jedną z Nich. - Azaliż jedną z kogóż? – spytała Anna. - Już ty dobrze wiesz, najeźdźco! – odparł pacjent, celując w nią drżącym palcem. - Ma postać nie uległa wpływom zakusów szatana, byście pertraktowali z owym prorokiem w tym niegodnym tonie. – powiedziała wyniosłym tonem Anna. Dwóch rozmówców spojrzało na siebie niepewnie. - Oni nie mówią w ten sposób – mruknął jeden z nich – może to jednak człowiek? - Ale ludzie też tak nie mówią. Ona jest jakaś dziwna. - Czy myślisz, że… To ktoś trzeci? Ten drugi nie odpowiedział. Odwrócił się powoli w stronę Anny. - Kim jesteś? Gadaj! - Mej jegomości dane jest głoszenie proroctwo nadejścia mych wybawicieli z gwiazd. Przybędą z odległego wysoka, aby nieść nam potrzebną pomoc. Dwóch pacjentów odsunęło się nieco od niej, dyskutując zawzięcie. - To jakiś ich więzień, któremu zrobili pranie mózgu. - Nie zgadzam się z tobą. To pewnie ich sługa, którego wysłali, żeby nas przekabacić. - Mówię ci, że to człowiek, któremu trzeba pomóc – powiedział z naciskiem tamten. - A ja ci mówię, że musimy jej unikać. Nie możemy ryzykować! Chwilę później obaj pacjenci się pokłócili. Anna pokręciła głową i poszła dalej. To między innymi dzięki temu Różna Grupa tak długo trwała razem – mimo kompletnie różnych charakterów żyli w zgodzie i tolerowali nawzajem swoje teorie, a wszelkie próby obalenia ich traktowali jako okazję do przedstawienia solidnych argumentów. Tymczasem Zofia przechadzała się w innej części sali. Minęła jednego z pacjentów, który gadał sam do siebie z prędkością karabinu maszynowego. Wymachiwał rękami i chodził w kółko, dlatego wszyscy dookoła się na niego gapili. - Czemu wszyscy się na mnie gapią niech dadzą mi spokój czego oni chcą czyżbym był jedynym człowiekiem na świecie i oni mi zazdroszczą bo nie są ludźmi tak na pewno tak właśnie jest czy to znaczy że mogę kontrolować ich zachowanie muszę spróbować. Pacjent stanął i skupił się na stojącym obok drugim pacjencie. - Ej, ty! Pacjent się odwrócił. - Kto, ja? - Tak. Stań na jednej nodze i podskakuj. - Nie mogę tego zrobić – oznajmił tamten, krzyżując ręce na piersi. - Musisz to zrobić. Rozkazuję ci. - Nie mogę, ponieważ odpowiednie barwniki wchłaniają całe światło, ale odbijają tylko jeden kolor. - Że co niby? - Powiem ci, bo ludzie mają prawo o tym wiedzieć. Otóż jesteśmy falami. Barwniki odbijają tylko jeden kolor światła, dlatego każdy z nas jest tylko jeden. Inaczej roiłoby się tu od naszych klonów. Długość fali jest zależna od rodzaju światła. Dlatego każdy z nas ma inny charakter. Inaczej każdy zachowywałby się tak samo. Udowodnię ci to. Co zwykle jadałeś, zanim tu trafiłeś? - Niczego nie jadłem – odparł tamten z dumą – Nigdy nic nie jem. A wiesz, dlaczego? Jest takie powiedzenie: „jesteś tym, co jesz”. A ja chcę pozostać sobą. Nie dam się zmienić w kogoś, kim nie jestem. Komórki się ciągle rozpadają, a składniki odżywcze ciągle budują nasze ciało, które w niczym nie przypomina już tego, w którym się urodziliśmy. Ja zachowałem choć część siebie i nie jem nic. Lekarze podłączają mnie do kroplówki, podobno tylko dzięki temu jeszcze żyję, ale to nieprawda. Jako jedyny człowiek na świecie jestem sobą, a nie „tym, co jem”. Twórca teorii o tym, że ludzie są falami, był wyraźnie zmieszany. - Tego nie przewidziałem… Cóż, wyjątek tylko potwierdza regułę. Inny pacjent opowiadał wszystkim dookoła, że potrzebuje kartki i kredek, żeby rysować komiksy o postaci, którą nazywał Pies Syrena. Wszyscy pozostali mu jednak powtarzali, że jest nienormalny. Nadszedł czas, żeby pacjenci zostali odprowadzeni do swoich pokoi. Lekarze postanowili, że jeśli przy kolejnym obiedzie zachowanie Henryka się powtórzy, zaprowadzą go do Różnej Grupy i zobaczą, jaki to odniesie skutek. I rzeczywiście, przez kilka kolejnych dni grupa zbierała się i prowadziła swoje zwariowane dyskusje, a Henryk słuchał ich z zapartym tchem. Najwyraźniej szczególną uwagę zwracał na Józefa i Annę. Tak więc po paru takich dniach lekarze postanowili zaprowadzić Henryka do ich stołu. - Chodź ze mną – powiedział jego opiekun – pewnie chciałbyś ich poznać. Pacjent nie zareagował, ale wstał posłusznie, gdy opiekun pociągnął go za rękaw. Gdy stanęli obok ich stołu, cała piątka spojrzała na nich ze zdziwieniem. - To jest Henryk – przedstawił swojego podopiecznego ten, który od wielu lat starał się zostać jego przyjacielem – Myślę, że chciałby z wami porozmawiać. - Się zobaczy – mruknął Józef – Nie wygląda na zbyt chętnego do rozmowy. Poza tym nie wiem, czy chcemy tu jeszcze jednego, który mi nie wierzy. Henryk otworzył usta, co najwyraźniej przyszło mu z wielkim wysiłkiem. - Wierzę wam. Opiekun patrzył na niego oniemiały, podobnie jak lekarze, którzy znali jego przypadek. - Serio? Widzę, że to swój chłop! – wrzasnął wesoło Józef – Siadaj, stary! Miejsca mamy tu pod dostatkiem. Henryk usiadł niepewnie, patrząc w stół. - Anno – powiedział tak cicho, że pozostali musieli się nachylić, żeby go usłyszeć – proszę, opowiedz mi to, w co wierzysz. Anna uśmiechnęła się życzliwie do niego, za to Józef machnął na niego ręką – pewnie myślał, że Henryk będzie wolał wysłuchać najpierw jego. Piotr skierował głowę w stronę Henryka; nie mógł go zobaczyć, ale ten człowiek bardzo go zainteresował. Jako niewidomy miał wyostrzone inne zmysły i miał wrażenie, że czuje jakąś dziwną energię, emanującą z Henryka. Zofia cieszyła się, że dołączył do nich ktoś, kto jest podobny do niej i również wierzy Józefowi i Marii. A Maciek zastanawiał się, jak Henryk by zareagował, gdyby podpiłował nogę od jego krzesła, a pod spodem położył kilka gwoździ… Przez kolejne piętnaście minut Henryk z zaciekawieniem słuchał tego, co mówili pozostali. Jego twarz nadal była jakby wykuta z kamienia, ale widać było, że rzeczywiście interesuje go to, co mówią. Sam mówił niewiele, najwyżej pytał o coś pozostałych, jeśli miał jakieś niejasności. Opiekun trzymał się z daleka, żeby go nie krępować swoją obecnością i nie słyszał tego, co mówią. Zaskoczyło go też coś jeszcze: Henryk zaczął sam jeść. Dotychczas trzeba go było karmić. Z sąsiedniego stolika obserwował ich jeden z pacjentów. Słysząc opowieści Anny o kosmitach, postanowił się odezwać. - Witajcie – powiedział cicho. Na twarzy miał ciemne okulary. Józef spojrzał na niego niechętnie. - Jestem tu nowy – zagadał pacjent – Przebywam tu z własnej woli. Józef zaśmiał się cicho. Pozostali nie zwracali na nich uwagi. - Tak? To tak jak my wszyscy. Jestem Józef. - Ja jestem Szot. Józef zmarszczył brwi. - To jakieś zagraniczne imię? - Można tak powiedzieć. Przybyłem z Mejkaps. - Nie słyszałem o takim kraju. - Mejkaps to planeta. Wspaniała planeta, bez wojen, polityki, nienawiści. Jeśli będziecie dalej tak żyć, wkrótce spotka was zagłada. Józef patrzył na niego z drwiącym uśmieszkiem. - Kosmita, tak? Skoro to taka wspaniała planeta, to po kiego grzyba tu przyleciałeś? Tym razem to szot się uśmiechnął. - Możesz mnie nazywać turystą. Piotr, który przysłuchiwał się tej rozmowie, nachylił się do Józefa. - Nie drwij z niego. Jest tu od paru tygodni, a podobno już udało mu się wyleczyć paru pacjentów. - Jak to? – szepnął do niego Józef – Pacjent wyleczył innych pacjentów? - Tak. Na przykład jeden pacjent bał się komputerów. Twierdził, że to dzieło szatana. Szot za zgodą lekarzy przywiązał go do krzesła, podał środki halucynogenne i postawił przed nim komputer. Wygadywał mu różne przerażające rzeczy, a w tym czasie pacjent miał halucynacje. Kiedy się ocknął, stwierdził, że skoro Bóg pozwolił, aby powstały komputery, to widocznie nie są takie złe. - Niemożliwe. I co z nim? - Prawdopodobnie niedługo wyjdzie. - Jaja sobie ze mnie robisz. - Tak słyszałem. Nie wiem, czy to prawda. Lekarze o tym gadali, a ja ich podsłuchałem. Józef odwrócił się z powrotem do Szota. Z twarzy zniknął mu uśmiech. - Dobra, kosmito. Może niektórzy pacjenci dają ci się zwieść, bo też jesteś pacjentem i twierdzisz, że jesteś z kosmosu, ale ja się nie dam na to nabrać. Możesz sobie pogadać z Anną, ona wierzy w kosmitów. - Wielu pacjentów mi wierzy – powiedział Szot – Gorzej z lekarzami. - Może jakbyś im udowodnił, że to prawda, to by zmienili zdanie. - Wierzysz w Boga? – spytał niespodziewanie domniemany kosmita. Józef był lekko zdziwiony. - No, wierzę. I co z tego? - A widziałeś kiedyś jakiś dowód, że on istnieje? - No w sumie nie. Chociaż czasami w życiu zdarzają mi się takie rzeczy, że tylko Bóg mógł być ich przyczyną. - Ale nie masz pewności. A mimo to wierzysz. - Porównujesz się do Boga? - Na Mejkaps nie mamy religii. Mógłbym udowodnić, że jestem kosmitą, ale nie chcę. I tak niedługo wracam do siebie. Rozmowie od pewnego czasu przysłuchiwała się Anna. Kiedy zrozumiała jej sens, zwróciła się do Szota. - Tyś jest jednym z moich cudownych wybawców? – spytała go z rozgorączkowaniem. Szot przyjrzał się jej uważnie. - Nie wiem, o czym mówisz. Józef wyjaśnił mu po cichu, w co wierzy Anna. - Ach, rozumiem – powiedział ze spokojem Szot – Uważasz, że przybyłem na Ziemię, by uratować ludzkość? - Rzekomo ocaliłeś z okowów szaleństwa paru mieszkańców tego przybytku rozpaczy. - Tak, pomogłem im. Ale to nie jest moim celem. Było mi ich żal. Zrobiłem to, bo uznałem, że tego potrzebują. Ale wielu z pacjentów tutaj wcale nie potrzebuje pomocy. Niepotrzebnie się tutaj znaleźli. - Całkowicie się z tobą zgadzam. Jesteś swój chłop! – zawołał Józef, klepiąc go po plecach. Szot nie zareagował. Anna również nie zwróciła na to uwagi. - Jednakowoż stanowisz wysłannictwo gwiazd, przybyłe w celu oświecenia ludzkości! – powiedziała z oburzeniem Anna. - Nie. Przybyłem, bo byłem ciekaw waszej planety. Nie mam zamiaru was ratować. Jeśli sami sobie nie pomożecie, to nikt was nie uratuje. Mogę pomóc pojedynczym osobom, które naprawdę tego potrzebują, ale wy sami musicie rozwiązać swoje problemy. - Jesteś nikczemnym oszustem! – Anna gotowała się ze złości - Gdybyś prawdomównie zstąpił z gwiazd, dążyłbyś do zjednoczenia nas w prawdzie i oświeceniu! - Widocznie nie jestem tym, kogo szukasz. Piotr wyraźnie się nad czymś zastanawiał. - Nazywasz się Szot i przybywasz z planety Mejkaps, tak? Szot kiwnął głową, ale widząc, że Piotr jest ślepy, powiedział: - Tak. - To bardzo ciekawe. Pewien autor napisał serię książek, których bohaterem był kosmita, przybyły właśnie z podobnej planety. Polecam, bardzo interesująca lektura. - Nic mi o tym nie wiadomo – mruknął cicho Szot, próbując się od nich odsunąć. - Z tym, że tamten nie pomagał pacjentom poprzez przywiązywanie ich do krzesła i szprycowanie narkotykami. On stosował mniej inwazyjne metody. - A więc to dowód na to, że nie jestem tym z książek. Wkrótce stąd odlecę… - Na promieniu światła? – domyślił się Piotr. Szot nic na to nie odpowiedział, tylko odwrócił się i poszedł dalej. Józef rechotał, na twarzy Piotra malował się lekki uśmieszek, a Anna była wściekła. - Jak on może podszywać swą nikłą osobę pod mych wybawców? To się nie godzi! - Spokojnie, Anno. – uspokoił ją Piotr - Nie jest wart twoich nerwów. Kiedy przybędą ci twoi wybawcy, spuszczą mu niezły łomot. To wyraźnie uspokoiło Annę. - No, a jak to jest z tobą? – zapytał nagle milczący dotąd Maciek, kierując pytanie w stronę nowego członka ich grupy – Za co cię tu wsadzili? To pytanie jakby poraziło Henryka; spuścił wzrok najniżej, jak tylko mógł i zaczął się lekko kiwać, aż nagle rąbnął głową w stół. Jego opiekun i kilku strażników natychmiast zerwali się z miejsc i podbiegli do niego, owijając bandażem zakrwawioną głowę. Pozostali pacjenci z całej sali patrzyli na niego zdziwieni. Niektórzy śmiali się głośno. - Do niego też się dobrali! – wrzasnął jakiś pacjent z drugiego końca sali, wskazując na Henryka i natychmiast uciszając wszelkie śmiechy – Nas wszystkich to czeka! Ostrzegałem was, ale mnie nie słuchaliście! Wśród pacjentów wybuchła panika. - To spisek! – krzyknął inny pacjent – wszczepili mu tego samego pasożyta, co mi! Dostanie się do jego mózgu i będzie nim kontrolował! Mówiłem, że nie chciałem zabić tych ludzi! To to paskudztwo w mojej głowie kazało mi to zrobić! Pacjenci zerwali się z miejsc i zaczęli biegać po całej sali. Józef krzyknął wesoło: - Ha, rozróba! I pobiegł wraz z krzesłem, do którego był przywiązany, w sam środek zamieszania. Strażnicy krążyli wśród nich, próbując opanować sytuację. Anna wstała; wydawało jej się, że sala zmienia się w długi korytarz. Przeciwległa ściana odjeżdżała coraz dalej. Nagle zrobiło się ciemno i rozbłysły światła. Oczywiście to wszystko działo się tylko w jej głowie. - Nareszcie! – krzyknęła, wskazując na światła, rozbłyskające na suficie, które widziała tylko ona – Nadeszła godzina pojednania! Moi wspaniali bracia powrócili, by ofiarować nam swój niewyobrażalny pokój, ład i harmonię! Rozejrzała się po sali i uśmiech spełzł jej z twarzy. - Wszyscy wy, biedni ludzie, posiadacie tę samą twarz! Nie ma sposobu, by odróżnić was pomiędzy sobą. Ale odrzućcie wszechogarniający lęk; oni majestatycznie wzlecieli ku nam, by złożyć wam w ofierze nowe twarze na znak pokoju! Wszyscy jednocześnie na nią spojrzeli; Anna cofnęła się przerażona i spojrzała na nich; w jej oczach żaden z nich nie miał twarzy. Patrzyły na nią twarze bez oczu, nosów i ust, widziała tylko jednolitą skórę. W myślach Anna błagała, by przejrzeli wreszcie na oczy, by rozcięli skórę, która je przesłania i ujrzeli to, co ona widzi. Ale zauważyła jednego człowieka, który miał normalną twarz; stał na uboczu i trzymał się za głowę obiema rękami. - Ty! – krzyknęła Anna, wskazując na niego. Wszyscy spojrzeli w jego stronę, a on rozglądał się na wszystkie strony, zastanawiając się, o kogo chodzi – Tak, ty! Jesteś pierwszym, który odrzucił nieprzeniknioną skorupę niewiedzy i ujrzał prawdę! Jesteś świadectwem, na jakie czekałam! Zaczęła iść w jego stronę, ale pacjent cofnął się gwałtownie i wyciągnął obie ręce przed siebie, jakby chciał ją odepchnąć. - Nie zbliżaj się do mnie! Jesteś obrzydliwa! Wy wszyscy jesteście tak strasznie obrzydliwi! Nie skażajcie mojego piękna swoją brzydotą! Zanim Anna zdążyła cokolwiek zrobić, podbiegł do niej lekarz i wstrzyknął jej coś w ramię. Anna rozejrzała się; znów wszystko wróciło do normy. Przynajmniej w jej oczach, bo w rzeczywistości przez cały czas jej wizji wszystko wyglądało tak, jak zwykle. - Znów odlecieli – wyszeptała, osuwając się na ziemię – Wasze ograniczone umysły nie zdobyły się na wiarę w ich przybycie i znów odlecieli… - Dobra, Anno – mruknął lekarz – Koniec wygłupów. Myślałaś, że przekonasz naszego narcyza do swoich kosmitów? Wracasz do swojego pokoju. Zawołał jednego ze strażników, by zaprowadził na wpół przytomną Annę do jej pokoju. - Zaraz ją zaprowadzę – westchnął strażnik – Kolejny, typowy dzień w szpitalu psychiatrycznym. Obaj roześmieli się wesoło. Sytuacja wydawała się opanowana; odurzeni środkami uspokajającymi pacjenci leżeli na podłodze lub byli prowadzeni do swoich pokojów. Kilku najbardziej agresywnych trafiło do izolatki. Gdy lekarz przechodził obok Józefa, który też zaczynał się zbierać (dostał kilka razy pałką, bo próbował włączyć się do zabawy i pobić kilku pacjentów), zatrzymał się na chwilę i powiedział do niego: - Zaraz masz rozmowę z lekarzem. I dobrze, może przejdzie ci ochota na kolejne bójki. Józef spojrzał na niego ze zdziwieniem. - Ej, bez takich, przecież to nie ja zacząłem. Zofia patrzyła smutno na opustoszałą salę. - Co, impreza już się skończyła? A tak dobrze się wszyscy bawili! Czemu tak krótko trwała? - Później ci wyjaśnię – powiedział Piotr, uśmiechając się do niej. On sam nie uczestniczył w zamieszaniu; akurat teraz nie miał ataku szału, za co strażnicy i lekarze byli mu dozgonnie wdzięczni. Henryk stał przy ścianie i walił w nią głową, ale natychmiast podbiegł do niego opiekun i go od niej odciągnął. Maciek śmiał się histerycznie; podczas zamieszania udało mu się podstawić nogę kilku osobom, kilku wysypał resztki jedzenia na głowy, a paru innym wsadził palce do oczu. Cieszył się z udanego dnia. Sytuacja powoli wracała do normy. Lekarze nadal siedzieli przy stoliku i patrzyli, nie wiedząc, czy śmiać się, czy płakać; byli przyzwyczajeni do podobnych wydarzeń i budziły one w nich śmiech, ale było im żal tych wszystkich biednych ludzi, którzy nie mogli sobie poradzić w życiu, targani różnymi problemami. Wystarczyło, że ktoś wypowiedział zdanie lub zrobił coś, co nie spodoba się komuś innemu i już następowała reakcja łańcuchowa. - Tak – powiedział smutno jeden z nich, gdy odeszła mu ochota do śmiechu – Kolejny typowy dzień.
Rozdział 3 Kuracja Józefa i Macieja
Józef szedł ze swoim opiekunem, trzymającym koniec sznura, oplatającego ręce pacjenta. Patrzył na niego ze złością. Towarzyszyło im dwóch strażników, ze względu na niezbyt przyjemny charakter związanego. - Znam drogę, nie musisz mnie trzymać! – warknął z wściekłością do opiekuna, który uśmiechnął się drwiąco. - Na pewno wolałbyś iść sam, co? I może jeszcze mam cię rozwiązać? - Nie, to nie jest potrzebne – mruknął Józef po chwili zastanowienia – akurat te sznury mi nie przeszkadzają. W przeciwieństwie do ciebie i tych dwóch kurdupli. Mógłbyś mnie nawet związać trochę ciaśniej, moje ręce są już tak odporne, że prawie nie czuję tej nitki. - Nitki? – spytał niepewnie opiekun, patrząc na gruby sznur – Wiesz, chętnie bym cię związał mocniej, ale chyba nie ma takiej potrzeby. - To ty tak uważasz – mruknął do siebie Józef z lekkim uśmiechem – Kiedy będę już tak silny i odporny, że będę mógł rozbijać ściany, a wasze pałki i paralizatory nie będą mogły mi nic zrobić, to wtedy zobaczymy, kto jest czyim więźniem… - Nie to miałem na myśli – powiedział szybko opiekun. Czuł strach przed potężnym Józefem i był wściekły, że go przydzielono akurat do niego. – Jestem twoim kumplem. Możemy pogadać, możemy w coś pograć, pospacerować, ale nic poza tym. Nie mogę spełniać twoich zachcianek. Gdyby tak było, pewnie już dawno byłbyś na wolności, nie? - Ja jestem wolny. Robię, co chcę i nikt mnie do niczego nie zmusza – powiedział pewnym głosem. - Ach, tak? A do lekarza idziesz wyłącznie z własnej woli? - Myśl sobie, co chcesz. Chętnie z nim pogadam. Widzę, że masz własne zdanie na ten temat i nie zamierzam tracić czasu na przekonywanie cię, że jest inaczej. Po chwili stanęli przed drzwiami lekarza, który prowadził przypadek Józefa. Opiekun miał właśnie zapukać, ale Józef kopnął w drzwi z całej siły, otwierając je na oścież. Strażnicy natychmiast go złapali, a on zaczął się im wyrywać. - Spokój! – krzyknął młody lekarz, siedzący za biurkiem. Józef zatrzymał się niechętnie, choć widać było, że ma ochotę na bójkę. – Wejdź, czekałem na ciebie. - No jasne, że czekałeś – powiedział Józef, wchodząc niedbałym krokiem, jakby czuł się tu jak u siebie. Usiadł ciężko na fotelu, który zatrzeszczał głośno. Opiekun odszedł, ale strażnicy weszli razem z Józefem do środka – Przecież mówiłem, że przyjdę. - Jak mógłbym zapomnieć? Ale przecież umówiliśmy się, że nie będziesz mi mówił na „ty”. W końcu jestem twoim lekarzem. Zwracaj się do mnie „pan…” - No jasne, mój panie i władco! – zawołał bezczelnie Józef – padam do twoich nóg… - Przecież wiesz, że nie o to mi chodziło. Mów mi panie… Albo lepiej „doktorze Malecki”. – Lekarz wyprostował się w fotelu i spoważniał - Dobra, koniec żartów. Przede wszystkim nie powinieneś wchodzić bez pukania. I nie otwiera się drzwi do gabinetu kopniakiem. Następnym razem tego pożałujesz. - Przecież zapukałem! Co prawda tylko raz i musiałem to zrobić nogą, bo ręce mam związane. A że za mocno się zamachnąłem, to tak jakoś same się otworzyły – powiedział bezczelnie pacjent, szczerząc żółte zęby. - O czym chcesz dzisiaj rozmawiać? – westchnął lekarz, wiedząc, że nic nie wskóra, jeśli będzie się z nim kłócił. - No proszę, dzisiaj ja mogę wybrać temat? No to porozmawiajmy o moim życiu. Wiecznym życiu. - Wolałbym porozmawiać o tym, co się z tobą działo, zanim tu trafiłeś. Myślę, że w ten sposób dotrzemy do źródła twoich problemów. - Jakich problemów? Ja nie mam żadnych problemów! Jestem szczęśliwym człowiekiem! – zawołał wesoło Józef. - Wątpię. Myślę, że w głębi duszy bardzo cierpisz. Myślę, że boisz się śmierci. Prawda? Jesteś tchórzem. Boisz się umrzeć, więc ubzdurałeś sobie, że nigdy nie umrzesz. - Gada pan same bzdury, panie Malecki – powiedział głośno Józef, ale jego głos nie był już taki pewny. – Gdybym bał się umrzeć, to nie ryzykowałbym tak często swojego życia. - Igrasz ze śmiercią, bo podświadomie pragniesz zwalczyć swój lęk. Wiara w wieczne życie dodatkowo ci w tym pomaga. Ale pamiętaj, że po śmierci też czeka cię życie wieczne, nieporównywalnie lepsze niż tu, na Ziemi. Jesteś przecież chrześcijaninem. - Panie, co pan gadasz? Odbiło panu? Może powinniśmy zamienić się miejscami? Zapamiętaj sobie jedno, Malecki – powiedział groźnie Józef, podnosząc się z krzesła; był wyraźnie wściekły – Ja się niczego nie boję. - Już dobrze! Proszę cię… Usiądź. – poprosił go łagodnie lekarz, dając znak strażnikom, którzy już mieli zareagować, aby zostali na swoich miejscach. Józef posłusznie usiadł z powrotem. - Ty po prostu nie możesz się pogodzić z tym, że za kilkadziesiąt lat będziesz gryzł ziemię, a ja będę dalej w świetnej formie, co nie, panie Malecki? A co do tego życia wiecznego w niebie… To dostaje każdy, kto zachowuje się w miarę porządnie. Bo ci gorsi mają życie wieczne w piekle – zarechotał – Ale w jedno i drugie miejsce trafia cała kupa ludzi. A ja jestem pierwszym, który oszuka swoje przeznaczenie i spędzę wieczność tu, na Ziemi. Nie będę jednym z wielu, będę wyjątkowy. - Co cię tu trzyma? Czemu nie chcesz iść do nieba i być wiecznie szczęśliwym? - Już mówiłem. – wyjaśnił cierpliwie Józef - Będę pierwszy, wyjątkowy. Nikt dotąd tego nie dokonał. Nie chcę być taki jak wszyscy. - Jest wiele innych sposobów, aby się wyróżnić. Każdy jest wyjątkowy. - Trochę się wyróżnić to każdy głupi potrafi. A oszukać śmierć? Przejść do fazy życia wiecznego bez samego momentu przejścia w postaci śmierci? Nigdy się nie zestarzeć i być wiecznie silnym? Nigdy więcej nie zaznać bólu? To jest dopiero coś! - To wszystko czeka cię w niebie, Józef. Tam nigdy się nie zestarzejesz i będziesz mógł robić, co zechcesz! - Ale najpierw musiałbym się zestarzeć tu, na Ziemi, nie? Albo zginąć w jakichś tragicznych okolicznościach. A mi to nie jest potrzebne. Będę pierwszy, który nigdy nie przekona się, jak to jest. - A więc jednak się boisz. Dobra, odwołuję to! Siadaj z powrotem! – krzyknął lekarz, widząc, że Józef znowu się podnosi – pamiętam, niczego się nie boisz. Ale sam przyznaj: czy to wszystko nie jest tylko przykrywka, która ma ukryć twój strach? Józef udał, że się zastanawia. - Nie – powiedział wreszcie i wyszczerzył zęby. Lekarz zastanawiał się, co jeszcze może zrobić. - Masz może jakiś dowód, że nigdy nie umrzesz? - Mam całą masę dowodów. Na przykład kiedyś byłem bardzo chorowity, a już od wielu lat nie złapałem nawet przeziębienia! - Bo siedzisz w ciepłym szpitalu. – odpowiedział lekarz, zadowolony, że wreszcie obalił któryś z argumentów pacjenta. - No, może coś w tym jest… - przyznał Józef, ale po chwili znowu się ożywił - Ale na przykład mam już tak grubą skórę, że zwykłe otarcia nie są już dla mnie problemem. Coraz słabiej odczuwam ból i jestem na niego coraz bardziej odporny. Niedługo moja skóra będzie tak twarda, że nie przebije się przez nią nawet igła. Jestem też coraz silniejszy, a wkrótce będę tak potężny, że rozniosę ten szpital w drobny mak. - Taaak? Już nie mogę się doczekać, aż to zobaczę. Szczerze mówiąc, te twoje… „dowody” nie są zbyt przekonujące. To normalne, że skóra twardnieje, a trening poprawia kondycję. - I ludzie właśnie na tym poprzestają. Ale ja idę dalej. Mój sposób odżywiania, abym nie mógł się niczym zatruć, kontrola oddechu, abym nie mógł się udusić… Poza tym ludziom twardnieje skóra od zwykłych codziennych czynności, związanych na przykład z pracą fizyczną. A ja ćwiczę ją tak, żeby była jeszcze dużo twardsza. Jeszcze wiele mi brakuje, ale jest coraz lepiej. - I na końcu tej drogi nic nie będzie mogło ci zaszkodzić. Tak, już to mówiłeś. A co, jeśli któregoś dnia przesadzisz? Jeśli jeszcze jako śmiertelnik skaleczysz się za mocno, zjesz za dużo czegoś niezdrowego, zatrujesz się, wstrzymasz oddech na zbyt długo i umrzesz? - He, myślisz, że ja tego nie kontroluję? Mam wszystko dokładnie zaplanowane. Dokładnie znam możliwości mojego organizmu, które zresztą są coraz większe i nie ma takiej szansy, żebym przesadził. - A jakby cię teraz ktoś dźgnął nożem? Umarłbyś, czy nie? - Jestem jeszcze za słaby. Za parę lat nóż nawet nie przebije mojej skóry, nie będzie nawet draśnięcia. Jak stąd wyjdę, to w zimę będę wyłaził na dwór w samych gaciach, a jak będzie gorąco, to będę się tak opatulał, jakby było 50 stopni na minusie. To jeszcze dodatkowo uzupełni mój trening. To moja taktyka – robić to, czego organizm się nie spodziewa, działać wbrew jego potrzebom, aż w końcu uodporni się na wszystko. Mam jeszcze parę pomysłów, ale w tym waszym szpitalu nie mogę robić wszystkiego, co bym chciał. - Ciągle powtarzasz „jak już stąd wyjdę”. Czy przypadkiem o czymś nie zapomniałeś? Ty nigdy stąd nie wyjdziesz. Chyba że wybijemy ci z głowy te twoje pomysły. - O to się nie martw, doktorku. Wyjdę stąd już niedługo, z waszą zgodą, lub bez. To zabrzmiało jak groźba. Na wszelki wypadek strażnicy przysunęli się nieco bliżej. - Ale co pan powiedział? Jeśli przyznam, że to, co mówiłem, to nieprawda, to będę mógł stąd wyjść? A więc zgoda! Osiwieję, zniedołężnieję, a potem umrę i zakopią mnie w ziemi. Wszystko, co mówiłem, to stek bzdur. To jak, kiedy wychodzę? – zapytał z nadzieją. - To nie takie proste – zaśmiał się lekarz – Gdybyśmy wypuszczali każdego, kto na chwilę zwątpił w swoje chore przypuszczenia, szpital świeciłby pustkami. Ale jeśli twoja poprawa będzie postępować, to może za parę miesięcy rozpatrzymy taką ewentualność i niewykluczone, że wtedy termin twojego wyjścia zostanie szybko ustalony – spojrzał na zegarek – To wszystko na dzisiaj. Do zobaczenia na następnym spotkaniu. - Za parę miesięcy już mnie tu nie będzie, Malecki. Do niezobaczenia. Józef odwrócił się i skierował do wyjścia. Po chwili już go nie było. Strażnicy wyszli razem z nim. - Wyjątkowo ciężki przypadek – mruknął do siebie lekarz – jak ja mam przemówić mu do rozumu? Hmm… Coś przyszło mu nagle do głowy. Wybiegł na korytarz i podbiegł do oddalającego się Józefa. - Mówisz, że nigdy się nie zestarzejesz, czy tak? – zawołał, zatrzymując go. - W rzeczy samej. – Józef zatrzymał się i odwrócił w jego stronę. - A wiesz, że mimo, iż masz dopiero 42 lata, wyglądasz już bardzo staro, co najmniej na 10 lat więcej? Jesteś siwy, pomarszczony, cały w bliznach… Zestarzałeś się, Józef. Tak, jak my wszyscy. Lekarz był bardzo zadowolony z siebie i zastanawiał się, co Józef mu odpowie. Ten nie wyglądał jednak na zbitego z tropu. - To faza przejściowa. – wyjaśnił z nieprzyjemnym uśmiechem - Poza tym wygląd o niczym nie świadczy. Mam kondycję nastolatka, a może i lepszą, bo myślę, że bez problemu powaliłbym całą kupę ludzi naraz, bez względu na ich wiek. Zresztą, gdy będę już tak potężny, że będę mógł zaprzestać treningów, odmłodnieję. Moja twarz znów będzie wyglądać młodo. - Ale na razie wyglądasz staro. Miałeś się nigdy nie zestarzeć, pamiętasz? – lekarz nie dawał za wygraną. Józef znowu zaczął wpadać w gniew. - Starość to nie tylko wygląd. Czy jestem zniedołężniały? Czy potrzebuję laski, aby się poruszać? Czy staruszek rozwaliłby ci drzwi kopniakiem? - Doktorze, kolejni pacjenci czekają na rozmowę z panem – powiedział jeden ze strażników, patrząc z niepokojem na coraz bardziej wściekłego mięśniaka, niezbyt szczęśliwy, że stoi koło niego. - Już idę – powiedział lekarz, ale nadal patrzył na Józefa – Gdy ludzie widzą kogoś, kto wygląda staro, mówią o nim: „ale się zestarzał”. Więc to może się odnosić tylko do wyglądu. - Ludzie są idiotami i źle to rozumieją. Starość to całokształt, a nie tylko wygląd. Można wyglądać staro, ale być nadal młodym. Przyznam, że się zestarzałem, kiedy nie będę mógł wstać z łóżka bez czyjejś pomocy, gdy nie będę mógł przeczytać gazety bez okularów, gdy nie będę mógł powalić tych dwóch strażników. Nagle Józef rozerwał sznur, którym związane były jego ręce. Podniósł obie ręce, uderzając naraz obu strażników. Lekarz podbiegł i zabrał jednemu z zamroczonych pałkę, a potem uderzył nią z całej siły w potylicę Józefa, który szamotał się z drugim strażnikiem. Józef zachwiał się lekko i odwrócił w stronę lekarza. Na jego twarzy malowała się wściekłość. „O, do diabła”, pomyślał lekarz. „Zwykły człowiek po takim uderzeniu już byłby nieprzytomny. Rzeczywiście trochę się uodpornił.” Upuścił pałkę i zaczął się cofać, patrząc z przerażeniem, jak Józef idzie do niego, wyciągając obie ręce przed siebie. Lekarz potknął się i upadł, ale w tej samej chwili jeden ze strażników wyjął paralizator, a drugi pałkę. Za pomocą obu tych urządzeń po chwili walki udało się powalić Józefa na ziemię, choć nie było to łatwe. Wkrótce potem wszyscy leżeli na ziemi, kompletnie wykończeni. - No i po co go pan prowokował? – wysapał jeden ze strażników, masując obolałe ramię, w stronę równie zmęczonego lekarza. – I tak żeś pan nic nie wskórał, tylko go rozwścieczył. - A z was tacy strażnicy jak z koziej… Zresztą nieważne. Jak mogliście dopuścić do tego, żeby był związany jakimś starym przetartym sznurem, który łatwo rozerwać? Cały czas, jak ze mną rozmawiał, mógł to zrobić! To ma być zapewnianie bezpieczeństwa? – wrzasnął wściekły lekarz. - Nie zauważyliśmy – wymamrotał strażnik, sprawdzając, czy nie ma połamanych żeber – Ten sznur już wiele przetrwał i myśleliśmy, że jeszcze wytrzyma. - Z takimi pacjentami trzeba być wyjątkowo ostrożnym, nie mogliście tego przewidzieć? To jest niebezpieczny, chory psychicznie psychopata, który co chwilę wszczyna jakieś burdy! Należało się spodziewać, że będzie coś kombinował! - Na drugi raz będziemy ostrożniejsi – mruknął drugi strażnik, trzymając się za śliwę pod okiem – To się już więcej nie powtórzy. - A te wasze pałki też są do niczego. Widzieliście, jak go walnąłem? Powinien od razu upaść! - Może on jednak ma trochę racji – mruknął znowu ten pierwszy, opierając się na lewej ręce; po chwili jednak zawył z bólu i oparł się na drugiej ręce – Te pałki są naprawdę bardzo mocne. - Musicie go bardziej pilnować – stwierdził spokojniejszym głosem lekarz, gramoląc się z podłogi – on jest nieobliczalny. Słyszeliście, co mówił. Będzie próbował stąd uciec. - Może o tym najwyżej pomarzyć – powiedział ze śmiechem drugi strażnik, ale natychmiast skrzywił się i złapał za obolały brzuch. – Niech się pan nie martwi, on musi wiedzieć, kto tu rządzi. Od teraz będzie go eskortować czterech strażników, zamiast dwóch. - Dobra, idę na rozmowę z innym pacjentem. To ciekawy przypadek. Boi się swojego cienia, twierdzi, że cały czas za nim chodzi. A jak się zgasi przy nim światło, tak że tego cienia nie widać, to wrzeszczy, że teraz otacza go ze wszystkich stron. Więc nie czuje się bezpiecznie ani w dzień, ani w nocy. Strasznie ciężko będzie mu to wyperswadować. - Powodzenia, doktorze – powiedział jeden ze strażników, kuśtykając w stronę Józefa i podnosząc go z podłogi. Lekarz miał ochotę poczekać, ciekawy, jak mają zamiar zatargać go do jego pokoju, ale nie miał już więcej czasu. Chichocząc cicho z jęków i przekleństw strażników, poszedł do swojego gabinetu.
Następnego dnia Różna Grupa znów spotkała się przy obiedzie. Józef nie trafiał do izolatki, bo tego typu wybryki zdarzały mu się bardzo często. Dostał za to końską dawkę leków i był lekko zamroczony. Henryk był już jednym z nich, ale nadal nie mówił ani słowa o sobie. Pozostali bali się go pytać o cokolwiek, pamiętając jego ostatnią reakcję, która wywołała zamieszanie podczas poprzedniego obiadu. Anna co jakiś czas lubiła wtrącać złote myśli, które dla pozostałych nie miały żadnego sensu. Zwykle okazywały się jednak adekwatne do sytuacji. Kiedyś powiedziała: - Nadstawcie uszu, albowiem te spływające z mych ust słowa mogą wam pewnego dnia ocalić egzystencję. W sytuacji zagrożenia przywołajcie ukryty w nich sens, wówczas niechybnie wybrniecie cało z każdej sytuacji. Odchrząknęła i miała już zacząć mówić, ale przerwała jej Zofia. - Przecież nie ma czegoś takiego jak zagrożenie życia. Już ci to tłumaczyłam. - A więc gdy ktoś zwany aktorem zechce udać, iż spoczywa na nim groźba zagrożenia, wówczas sięgnij pamięcią do owych tez. Azaliż w porządku? Zofia pokiwała głową z zadowoleniem. Tak to się zaczęło, na długo przed tym, zanim dołączył do nich Henryk. Dzisiejszego dnia rozmowa zeszła na pacjentów. - Studenci nie pracują w studni, nie mają własnego studia, a studniówkę mają za sobą. – powiedziała Anna. Choć do wygłaszania tych powiedzeń nie używała swojego wzniosłego języka, to i tak brzmiały one równie bezsensownie. Zofia słuchała jej z rozdziawionymi ustami. - Nie rozumiem – powiedziała szczerze. Zawsze była szczera. - Stwierdzenie owo stanowi idealną hipotezę na temat współczesnych pacjentów. Są wskazanymi studentami. „Nie pracują w studni” oznacza, iż nikt ich nie popiera, zostali zdani jedynie na swe własne byty. „Nie mają własnego studia” zaś znaczy, iż wyrwano ich z ich własnych domostw, by umieścić w owej siedzibie wariactwa. „Studniówkę mają już za sobą” należy rozumieć jako fakt, iż ich najlepsze lata na wolności już minęły i pozostało im jedynie czerpać resztki przyjemności z pobytu w tym skandalicznym miejscu. Józef zmarszczył brwi, jakby się nad czymś zastanawiał. Po chwili wybałuszył oczy i wybuchnął śmiechem, podobnie jak Zofia. Henryk nie reagował. Natomiast Piotr odsunął się od nich jak najdalej, zażenowany niskim poziomem żartów. Anna patrzyła na nich wyniośle. - Nie są to żarty, by się z nich śmiać. Pomnicie na moje słowa, gdy zratują wasze nikczemne życie. Józef tarzał się ze śmiechu, trzymając się za brzuch, a Zofia mu wtórowała, choć kompletnie nie rozumiała, o co chodzi. - Ale z ciebie kawalarz! – dodał Józef. - Czy to znaczy, że bardzo lubię kawę? – spytał retorycznie Maciek. Nagle Józef ryknął tak, że wszyscy się na niego spojrzeli. Dusząc się ze śmiechu, wywalił się razem z krzesłem, do którego był przywiązany, a gdy próbował wstać, walnął głową od spodu w stół. Lekarze i strażnicy patrzyli na niego z rozbawieniem, a niektórzy pacjenci byli przerażeni; pewnie myśleli, że Józefa coś opętało. Lekarze czujnie rozglądali się po sali, gestem przywołując strażników, aby byli gotowi w razie kolejnej rozróby – wystarczył drobny pretekst, żeby pacjenci się rozszaleli. Po dobrych paru minutach czerwony i zasapany Józef wynurzył się wreszcie spod stołu, trzymając się za brzuch. - Auu, mój bebech! Na śmiech się chyba jeszcze nie uodporniłem. W tej chwili nawet Piotr parsknął śmiechem. Pozostała piątka spojrzała na niego. - To akurat było niezłe – mruknął cicho. Anna była przyzwyczajona do takich reakcji, lecz była pewna, że powinna głosić takie teksty, bo kiedyś ich uratują. Nie potrafiła tylko wyjaśnić, jak miałoby się to stać. Chwilę później pora obiadu powoli dobiegała końca. Maciek jednak jeszcze nie skończył; jego mroczna strona natury wzięła górę. - Henryku – zaczął drwiącym głosem – My tu o sobie opowiadamy, otwieramy przed tobą swoje wnętrza, a ty nie chcesz nam o sobie powiedzieć ani słowa. - Zamknij się, kretynie – mruknął do niego Piotr, ale Maciek machnął tylko ręką. - To jak będzie? Powiesz nam, skąd się tu wziąłeś? Przez chwilę panowała cisza. Wszyscy patrzyli na Henryka, który westchnął i uniósł nieznacznie głowę. Pozostali zamarli, a Józef przysunął się do niego, gotów powstrzymać go, gdyby znów miał zamiar coś sobie zrobić. - Nie lubię o sobie mówić – mruknął cicho Henryk. – Nie warto. Moje życie było niezbyt ciekawe. Usnęlibyście z nudów. Ale masz rację, to nie jest sprawiedliwe, że ja was słucham, a nic nie mówię o sobie. Przykro mi, ale nie jestem tu nikim ciekawym. Wsadzili mnie tu, bo… Bo się zakochałem. Spuścił ponownie głowę, jakby zawstydzony, że tak dużo powiedział. Józef pokiwał powoli głową. - Rozumiem cię, stary. Od miłości można dostać niezłego świra. - Kazali mi o niej zapomnieć – mówił dalej Henryk – Staram się. I robię coś jeszcze. Eksperymentuję ze swoją głową. – Uniósł wyżej głowę i teraz zamiast w podłogę patrzył w stół. – Mój mózg jest fascynujący. Skrywa tyle tajemnic, tyle możliwości… Ponownie spuścił głowę i nie powiedział już nic więcej. Pozostała piątka gapiła się na niego, próbując zrozumieć sens jego słów. Nawet Anna była chyba pod wrażeniem. - Nic dziwnego, że tu trafił… Gada jak prawdziwy świr – mruknął Józef. Nagle pochylił się gwałtownie w stronę Maćka. Sznur na jego rękach zatrzeszczał groźnie. – A ty przyznaj się, padalcu – powiedział groźnie do niego – Wcale nie chciałeś się niczego o nim dowiedzieć. Miałeś nadzieję, że zareaguje tak, jak ostatnio. - Nie wiem, o czym mówisz – wymamrotał przerażony Maciek. Po chwili jednak odzyskał dawny uśmiech, wiedząc, że Józef nie może mu nic zrobić. – A co, ty może nie byłeś ciekaw jego przeszłości? - A no, byłem – przyznał Józef, siadając z powrotem. – Niewiele się dowiedzieliśmy, ale lepsze to, niż nic. Kiedyś był zakochany, a teraz eksperymentuje ze swoją głową. Świetne wyjaśnienie. Patrzył natarczywie w Henryka, który kiwał się lekko w przód i w tył. Piotr postanowił załagodzić sytuację. - Może jak kiedyś będziesz gotowy, powiesz nam więcej. – powiedział - Na razie musi nam to wystarczyć. Zofia wstała i postanowiła się przejść wśród pacjentów. Wśród nich była jedna z jej znajomych. - Cześć, Maria – powiedziała do dziewczyny, która początkowo nie zwróciła na nią uwagi. Kiedy zorientowała się, że Zofia mówi do niej, spojrzała na nią ze zdziwieniem. - Chyba mnie pani z kimś pomyliła – powiedziała ze złością – Nie pani jedna zresztą. Nie jestem żadna Maria, tylko Julia. - Wczoraj mówiłaś co innego. - Maria to moja znajoma. Kręci się gdzieś niedaleko. - Jesteście do siebie niezwykle podobne, wiesz? - Wiem. Wszyscy mi to mówią. Ale nie jesteśmy jedną i tą samą osobą, jak próbują nam wmówić lekarze. Że niby rozdwojenie jaźni, czy coś takiego. Obie dziewczyny roześmiały się. - No tak – przyznała Zofia – Jak dwie osoby mogłyby się znajdować w jednym ciele? Odchodząc dodała jeszcze: - Głos też macie taki sam, ale ty jesteś fajniejsza. Maria była strasznie niemiła. - Wiem, ciężko się od niej odczepić. Zofia szła dalej. Po drodze minęła pacjenta, układającego sztućce, talerz i szklanki drżącymi rękami. Cały czas przesuwał je o parę centymetrów, potem sprawdzał, czy jest równo, a potem poprawiał jeszcze raz. Następnie nałożył na widelec jedzenie ważące dokładnie 3 gramy i przeżuł je 10 razy. - Ja im dam nerwicę natręctw – mruczał pod nosem – Po prostu lubię porządek! Dalej Zofia mijała bardzo różne grupy pacjentów – jedni rozglądali się wystraszeni, inni jedli tak szybko, jakby ktoś miał im zabrać jedzenie, kolejni pogrążeni byli w rozmowie, jeśli znaleźli kogoś dzielącego podobne do ich problemy. Byli też pacjenci targani tikami nerwowymi i wykrzykujący co jakiś czas dziwne słowa oraz mnóstwo osób na pozór normalnych, ale skrywających okaleczoną psychikę. Zofia tego wszystkiego nie dostrzegała – dla niej byli to po prostu sąsiedzi, z którymi dzieliła dom. Obiad dobiegł końca. Opiekunowie i strażnicy wyprowadzali pacjentów z sali, prowadząc ich do pokojów, na spacer albo na rozmowę z lekarzem. Maciek próbował wymknąć się na korytarz, ale jeden z lekarzy zatrzymał go. - Dokąd się wybierasz? – zapytał go – Chyba nie zapomniałeś, że masz za chwilę rozmowę ze mną? - Miałem nadzieję, że ty zapomniałeś – powiedział bezczelnie. - Nie pozwalaj sobie na zbyt wiele. Widzimy się za pięć minut. - Jasne, doktorze Frankenstein. Lekarz odszedł. Maciek jeszcze chwilę się ociągał, ale gdy strażnik lekko go popchnął, posłusznie ruszył do gabinetu lekarza. Przed drzwiami spojrzał błagalnie na strażnika, ale ten był nieugięty. Maciek westchnął i zapukał. - Jak miło, że mamy tu takich kulturalnych ludzi. Wejdź, Maciek. Mortyr pokazał na coś palcem, wybałuszając oczy. Strażnik spojrzał w tamtą stronę, a Maciek wbiegł szybko do gabinetu i zamknął strażnikowi drzwi przed nosem. Zablokował ręką klamkę, przywierając do drzwi całym ciałem i śmiejąc się jak opętany. Po chwili dało się słyszeć gwałtowne pukanie. - Maciek, kiedy ty dorośniesz? – zapytał go lekarz. To był ten sam lekarz, który leczył Henryka. Nie ten, który przeprowadził z nim tą fatalną rozmowę, tylko jego następca. - Jutro! – Wpuść pana, będzie nam towarzyszył. - Ani mi się śni, to świetna zabawa! – krzyknął pacjent. - Ostrzegam cię, że strażnik za chwilę zawoła swoich kolegów, a wtedy wejdą tu na pewno i dadzą ci nauczkę. Jak go teraz wpuścisz, będziesz bezpieczny. Maciek przestał się śmiać i spojrzał na lekarza przestraszonym wzrokiem. - Daje pan słowo? - Tak. Drzwi zaczęły się gwałtownie trząść w odstępach kilkusekundowych; najwyraźniej strażnik próbował je wyważyć. Maciek odliczył starannie i otworzył szybko drzwi akurat w momencie, gdy strażnik miał w nie właśnie znów uderzyć. Biedak wpadł do środka i wyrżnął głową prosto w biurko lekarza. Próbował wstać, ale najwyraźniej był lekko zamroczony. Lekarz pokręcił głową i podniósł słuchawkę z biurka. - Halo? Ochrona? Mówię z gabinetu 114. Strażnik miał mały wypadek i jest niedysponowany. Zabierzcie go i przyślijcie drugiego. Po chwili rozłączył się i spojrzał surowo na pacjenta, który usiadł grzecznie i patrzył niewinnym wzrokiem. - No co? Przecież miałem go wpuścić! - Macieju, znasz zasady panujące w tym szpitalu. Jesteś tu pacjentem i musisz się dostosować. Ostrzegam cię, że jeszcze jeden podobny numer i zaaplikujemy ci taką dawkę leków, że nie wstaniesz z łóżka przez parę dni, a zapewniam cię, że nie będziesz miał przy tym miłych snów. Chcesz tego? Maciek natychmiast pokręcił głową z poważną miną. Już kiedyś spotkała go taka kara; leżał, nie mogąc się ruszyć, wszystko go swędziało, a nie mógł się podrapać, czuł, że zaraz oszaleje od tego swędzenia, zapominając, że już jest szalony. Nie mógł przez to zasnąć przez parę nocy, gapiąc się w sufit. Czuł się wtedy okropnie i nie chciał tego powtarzać. Wtedy było to karą za to, że zaatakował jednego ze strażników plastikowym widelcem. Jak już wspomniano, były one tak skonstruowane, żeby nie stanowiły niebezpieczeństwa, jednak niedoświadczony strażnik wystraszył się nie na żarty. - Dobra, to tą sprawę mamy już z głowy. – powiedział lekarz - To teraz spróbujemy ci pomóc z twoimi problemami. Maciej prychnął. - Próbujecie już od wielu lat i jakoś wam się nie udało. - A więc przyznajesz, że masz problemy? - Gdybym nie miał, to chyba bym tu nie siedział, nie? - Dobrze. Bardzo dobrze – ucieszył się lekarz, uśmiechając się lekko – To pierwszy krok do sukcesu. – Usiadł nieco wygodniej w wysłużonym fotelu – Szczerze mówiąc niewiele o tobie wiemy. Twoja rodzina twierdzi, że byłeś złym na cały świat nastolatkiem, że byłeś wściekły za to, że obwiniają cię za wszystkie awarie w domu. Rodzice podejrzewają, że już wtedy zacząłeś te swoje żarty, psując wszystko, a potem twierdząc, że to nie twoja wina. A potem żarty narastały, aż stały się niebezpieczne i musieli cię odesłać do nas. Chciałbyś coś dodać? - Pan nie wie, jak to jest – powiedział smutno Maciek – Chciałem nakręcić zegar, ale wystarczyło lekko za mocno przekręcić i już trzeba go było oddawać do naprawy. A jak się nakręciło za słabo, to za chwilę trzeba było znowu dokręcać. Ojciec zawsze dokładnie wiedział, jak go nakręcać, a mimo to mnie o to prosił. I potem był wściekły, że zegar znowu jest zepsuty. Zapalałem światło – wysiadał bezpiecznik, przepalała się żarówka, lub w kontakcie robiło się spięcie. Chciałem włączyć magnetofon, naciskałem guzik i po chwili był do wyrzucenia. Ja naprawdę nie robiłem tego specjalnie. A w dodatku ten pech prześladował mnie też poza domem… - Jak to? Możesz o tym dokładnie opowiedzieć? Maciek opowiedział mu o tym, jak ciągle się spóźniał przez swojego pecha, jak podczas klasówek nauczyciel musiał się przy nim kręcić i wiele innych sytuacji, które zamieniły jego życie w koszmar. Lekarz słuchał tego z wyraźnym zainteresowaniem; to była jego pierwsza rozmowa z Maćkiem, wcześniej lekarzem tego pacjenta był ktoś inny. Gdy Maciej skończył, w pokoju przez chwilę panowała cisza. W końcu lekarz się odezwał. - Myślę, że przyczyny wszystkich twoich problemów tkwią w tobie. Maciek odwrócił się od niego; to samo słyszał od poprzedniego lekarza i wiedział już, że ten też nie będzie w stanie mu pomóc. - Nie odwracaj się, wysłuchaj mnie. - Znam to na pamięć. Podobno przeniosłem złe wspomnienia z domu na zewnątrz i ubzdurałem sobie, że mam wyjątkowego pecha. A dopiero potem zdałem sobie sprawę, że robię to wszystko specjalnie i tak zaczęły się moje żarty, podobno wcześniej robiłem to nieświadomie. Mówi pan dokładnie to samo, co ten poprzedni lekarz. - I tu się zdziwisz, bo wcale nie to chciałem powiedzieć. Myślę, że ty naprawdę miałeś pecha. Może masz w swoim ciele coś, co nie oddziałuje zbyt dobrze na sprzęty elektryczne. Stąd twoje problemy ze światłami, żarówkami, magnetofonem i innymi tego typu rzeczami. - Wierzy pan w takie rzeczy? Nie sądziłem, że usłyszę takie coś od lekarza – powiedział szczerze zdumiony Maciek. - Kiedyś nie wierzyłem – lekarz przypomniał sobie, jak niedawno oglądał film z kamery. Na tej kamerze była nagrana rozmowa poprzedniego lekarza z Henrykiem. Ta feralna rozmowa, podczas której Henryk zamknął się w sobie. Ku swojemu zdumieniu zobaczył, jak Henryk krzyczy i osuwa się na podłogę, a cały szpital drży. Za oknem rozbłysły dziwne światła. Ale najdziwniejsze było to, co stało się chwilę później; na ekranie pojawiła się scena ze szkolnego korytarza, na którym młody chłopak gapił się bezmyślnie na dziewczynę… Szybko wyrwał się z zamyślenia, wracając do rzeczywistości. - Tak, jeszcze do niedawna nie wierzyłem w takie rzeczy. Teraz jestem bardziej otwarty. Ale pamiętaj, że jestem lekarzem i podchodzę do tych spraw bardzo racjonalnie. Nie mam zamiaru do was dołączyć – zaśmiał się cicho. Maćkowi jednak nie było do śmiechu. Zastanawiały go słowa lekarza. - Więc sugeruje pan, że w moim ciele jest coś, jakieś promieniowanie, które negatywnie oddziałuje na sprzęty elektryczne… Ale jak w takim razie wytłumaczyć sprawę z zegarem i nauczycielem? - To już musiał być zwykły pech. Ojciec pewnie nie miał już siły, żeby samemu nakręcać zegar, więc próbował wytłumaczyć ci, jak to się powinno robić, ale ty nie mogłeś tego zapamiętać. Niektóre rzeczy, na przykład spóźnianie się przez źle działające światła, mogły być tylko twoim wymysłem. Mi też zdarza się to bardzo często, dlatego wychodzę wcześniej z domu, żeby zdążyć na czas. To się nazywa złośliwość rzeczy martwych. A co do nauczyciela… Może to coś w twoim ciele wpływa nie tylko na sprzęty elektryczne, ale też na ludzi? To nie mógł być przypadek, że ci nauczyciele przez tyle lat zawsze stali właśnie koło ciebie. Ludzie podświadomie kręcą się przy tobie, nie zdając sobie z tego sprawy. Maciek nagle ze zdziwieniem uświadomił sobie, że mimo niechęci otoczenia nigdy nie cierpiał na samotność. Zawsze kręciły się przy nim tłumy ludzi, w klasie zawsze ktoś z nim siedział, a miejsca dookoła były puste, zupełnie jakby wszyscy starali się być jak najbliżej jego. - Wiesz, że grupy pacjentów czasem zbierają się razem i rozmawiają o różnych rzeczach. Ale takie grupy bardzo szybko się rozpadają. A wasza Luźna Grypa… - Że co? – Maciek był lekko zdezorientowany. Lekarz zaśmiał się cicho. - To miał być taki mały żart na rozładowanie atmosfery, bo widzę, że jesteś zestresowany. Taki kawalarz nie poznał się na prostym żarcie? - Po prostu nie spodziewałem się tego po panu – Maćkowi nie było wcale do śmiechu. Lekarz kontynuował: - Taak… Więc wasza Różna Grupa jest wyjątkiem. Trwacie razem, mimo ogromnych różnic między wami, wbrew wszelkiej logice. Myślę, że to dzięki tobie. Przyciągasz ich do siebie i sprawiasz, że członkowie waszej grupy nadal trzymają się razem. Szczerze mówiąc ja też odczuwam dziwną chęć, żeby kontynuować nasze spotkania mimo mojej niechęci do ciebie. Wiem, że lekarzowi nie wypada otwarcie wyrażać swoich opinii co do pacjenta, ale chyba się nie obrazisz, bo na pewno wiele osób ci mówiło, że cię nie lubi. - Rany koguta – przeraził się Maciej – Ale co to może być? Jakieś promieniowanie? - Trudno mi na to odpowiedzieć. Nawet nie wiem, czy moja teoria jest słuszna. Szczerze mówiąc łatwiej uwierzyć, że to wszystko twoje urojenia, ale coś mi mówi, że nie powinienem iść na taką łatwiznę. Uśmiechnęli się lekko do siebie. - Jest pan bardzo nietypowym lekarzem. Zamiast wyperswadować mi moje urojenia, dodaje pan nowe? - Żeby potwierdzić moją teorię, mam do ciebie prośbę… Wyłącz na chwilę światło. Maciek był lekko zaskoczony, ale posłusznie podszedł do kontaktu. Pełen obaw dotknął go lekko palcem. Nagle rozległ się głośny trzask i żarówka nad ich głowami rozsypała się w drobny mak. - Przepraszam! – powiedział szybko Maciek, patrząc na lekarza w ciemności. Był pewien, że za chwilę jak zwykle usłyszy wściekły wrzask, typowy dla niego w takich sytuacjach. Ale lekarz sięgnął do szuflady i wyciągnął latarkę, uśmiechając się do niego. - Tak właśnie myślałem. Stało się dokładnie to, co przewidywałem. Jeszcze jedna prośba: naciśnij ten mały, zielony przycisk na ścianie za mną, dobrze? - Ale… Po co? Do czego on jest? – spytał niepewnie zaskoczony Maciek. - Spokojnie, zaraz ci wytłumaczę. Proszę cię, zrób to dla mnie. Maciek podszedł ostrożnie do świecącego przycisku, a lekarz przyświecał mu latarką. Zamknął oczy i zdecydowanie wcisnął niewielki guzik. Nagle w pokoju zrobiło się jasno, ale tylko na chwilę. Z sufitu posypały się iskry, a światełko na przycisku zgasło. Znów było ciemno. Lekarz odczekał chwilę i podniósł słuchawkę, wykręcając jakiś numer. - Halo? Mówię z gabinetu 114. Wysiadło mi światło… Co? Naprawdę? O, do licha… Nie, nic mi się nie stało. Bardzo dziwna sytuacja. Cóż, dziękuję. Odłożył słuchawkę i uśmiechnął się promiennie. - Chyba się udało. Słuchaj, teraz możemy rozmawiać nieoficjalnie – powiedział przyjacielskim tonem – Wciskając ten przycisk, zniszczyłeś nagranie z kamery. Za to, co ci tu powiedziałem, na pewno by mnie wylali. Jako lekarz nie miałem prawa mówić ci o czymś takim. Ale wygląda na to, że mamy sprawę z głowy. Maciek patrzył na niego oniemiały. - Ten guzik oczywiście nie służy do niszczenia zapisów z kamery – on tylko kończy nagranie, kiedy zakończy się sesja z pacjentem. Ale wiedziałem, że jeśli ty to naciśniesz, to doprowadzi to do takich skutków. - Pan jest najlepszym lekarzem, jakiego w życiu widziałem – wykrztusił. - Dziękuję. Po prostu uważam, że nie wszystko jest czarno-białe i nie zawsze wyjaśnienie jest takie proste. Najłatwiej stwierdzić, że jeśli ktoś wierzy w coś innego niż my, lekarze, to znaczy, że jest chory. Oczywiście nikomu dotąd nie zdradzałem swojej opinii na ten temat – zaśmiał się lekarz, ale po chwili spoważniał – A teraz posłuchaj mnie uważnie. Ja naprawdę wierzę w to, co ci powiedziałem. Wiem, że te twoje żarty są zemstą na cały świat za to, co cię spotykało przez całe wcześniejsze życie, za te nieuzasadnione oskarżenia, za te nerwy na sprawdzianach, za te spóźnienia i awarie. Musisz przestać. Pogódź się z tym, że różnisz się nieco od innych i że musisz unikać wszystkiego, co działa na prąd. Jeśli przestaniesz, być może niedługo stąd wyjdziesz. Ale jeśli nie, nic nie będę mógł dla ciebie zrobić. Postaraj się, dobrze? - Spróbuję – obiecał Maciek – Ale to będzie bardzo trudne. Po tylu latach ciężko mi będzie skończyć z moimi żartami. - Musisz zrobić wszystko, żeby pozbyć się tych nawyków. Nie mam nic przeciwko niewinnym dowcipom, ale nie możesz narażać czyjegoś życia ani niszczyć przedmiotów, które wykorzystujesz w swoich żartach. Rozumiesz mnie? Maciej pokiwał głową. - Kiedy stąd wyjdziesz, zgłoś się do kogoś, kto zajmuje się takimi zjawiskami. Może znajdzie jakiś sposób, żeby jakoś zablokować te twoje… promieniowanie, czy co to może być. Ale warunek jest jeden: opowiadaj te swoje dowcipy, ale wstrzymaj się od wszelkich kawałów, nawet jeśli miałoby to być zwykłe, niewinne dosypanie pieprzu do ciasta. Nie rób absolutnie nic, to wtedy może uda mi się przekonać pozostałych, żeby jak najszybciej cię wypuścili. - Dziękuję panu. Naprawdę, z całego serca dziękuję. – Maciek był naprawdę wzruszony – Nie sądziłem, że kiedyś odnajdę kogoś, kto mi uwierzy, kto znajdzie wyjaśnienie moich problemów. Bardzo mi pan pomógł. Nigdy panu tego nie zapomnę. - Pamiętaj, że ja wcale nie jestem pewien tego, co powiedziałem. Mogę się mylić. Ale przed chwilą widziałem na własne oczy, że ty naprawdę coś w sobie masz. Nie można zniszczyć żarówki, dotykając włącznika, nie mówiąc o filmie z kamery. Życzę ci szczęścia. Spotkamy się jutro, zgoda? - Dobrze, doktorze. Lekarz wstał. Chciał podejść do Maćka i podać mu rękę. Maciek przypomniał coś sobie i krzyknął nagle: - Nie! Niech pan nie wstaje! Lekarz zachwiał się i w ostatniej chwili złapał się za kant biurka, chroniąc się przed upadkiem. Spojrzał w dół: miał związane sznurówki. - Zupełnie zapomniałem… Jak ten strażnik walnął głową w biurko, związałem panu sznurowadła… Bardzo przepraszam, zrobiłem to, jeszcze zanim pan mi to wszystko powiedział. - Nie szkodzi, choć przyznaję, że miałem duszę na ramieniu. Mam nadzieję, że to był twój ostatni raz. Szybko rozwiązał sznurówki i podszedł do Maćka, podając mu rękę. - Do zobaczenia, Macieju. Zobaczymy się jutro i powiem ci, co mówią pozostali lekarze. Pewnie zdziwią się, że nastąpiła taka gwałtowna poprawa już po jednym spotkaniu. Będę musiał coś wymyślić, żeby ich przekonać – powiedział. - Do zobaczenia? – spytał Maciek i wybuchnął śmiechem – Ciekaw jestem, czy to samo mówicie Piotrowi! Już to sobie wyobrażam: Do zobaczenia, Piotrze! A na powitanie pewnie mówi wam: miło was znowu widzieć! Ha ha, przecież on jest niewidomy! Maciek tarzał się ze śmiechu. Niewiele było trzeba, żeby go rozśmieszyć. - Idź już – poprosił lekarz, chichocząc mimowolnie. – Na takie żarty słowne możesz sobie pozwolić, bylebyś nikogo nie obrażał. Ale nic więcej. Rozumiemy się? - Tak jest. Jeszcze raz dziękuję. - Jeszcze jedno. Kiedy spotkamy się znowu, ani słowa na temat tego, o czym tu dzisiaj rozmawialiśmy. Nikt nie uwierzy w ponowne zniszczenie zapisu z kamery, więc będziemy musieli uważać na to, co mówimy. Nie mów też nikomu z pacjentów, ani swojemu opiekunowi o tym, co tu zaszło. Inaczej mnie wyleją i nie będę mógł ci już bardziej pomóc. - Oczywiście, postaram się. Gdy Maciek miał już wyjść, do środka wszedł strażnik. - No, nareszcie! – zawołał wkurzony lekarz – Dzwoniłem do was jakieś 15 minut temu! Co tak długo? - Znowu była rozróba na stołówce – wysapał strażnik, patrząc na kolegę, leżącego przy biurku. – Nie mogliśmy wcześniej. Nasz narcyz próbował przekonać wszystkich, jaki jest wspaniały, a pozostałym pacjentom się to nie spodobało. - Rozumiem – powiedział lekarz – Ale mogliście przysłać chociaż jednego. Widzi pan, co się tu dzieje? Światło wysiadło, a film z kamery został zniszczony. Nic się nie nagrało. - Do licha, jak to się mogło stać? – spytał strażnik, patrząc podejrzliwie na Maćka. - To czysty przypadek. – powiedział lekarz i mrugnął do Maćka, który wyszczerzył zęby. – Idźcie już. Ale w takich warunkach mogło mi się coś stać. Wiesz przecież, że to jest niebezpieczny pacjent. - Tak, ale naprawdę nie mogliśmy. Wszyscy byli potrzebni – tłumaczył lekko zmieszany strażnik, podnosząc mamroczącego coś kolegę – Chodź, stary. Jutro będziesz miał solidnego guza. Jakim cudem on się tak urządził? - Mówiłem, że to niebezpieczny pacjent. To jego sprawka. Strażnik chwycił powoli za pałkę, jakby miał zamiar ukarać Maćka. - Ale już mu wszystko wytłumaczyłem, więcej tego nie zrobi. – dodał szybko lekarz. - Oby pan miał rację – mruknął strażnik i schował pałkę – te rozróby na stołówce zdarzają się coraz częściej. Tak nie może dalej być, coś z tym trzeba zrobić. Może zwiększmy dawkę leków? - Pomyślimy nad tym. Z pewnością to się musi skończyć. Po chwili dwójka strażników z Maciejem wyszła. W tym samym momencie odsunęła się jednak zasłona, której Maciek nie zauważył, i wyszedł zza niej dyrektor szpitala. - Byłby pan świetnym aktorem. Jest pan pewien, że to dobry pomysł? – spytał siedzącego przy biurku lekarza, który przez chwilę siedział w zamyśleniu. - Nie wiem – powiedział po dłuższym zastanowieniu – Naprawdę nie wiem. Teoretycznie wszystko się udało, zdobyłem jego zaufanie już na samym początku. Wiedziałem, że w inny sposób mi się to nie uda, musiałem pokazać, że wierzę w jego wymysły. Ale dokładanie choremu kolejnych głupot, żeby zdobyć jego zaufanie i ukrócić jego niebezpieczne zachowania… To ryzykowny krok. Bardzo ryzykowny. I trudno przewidzieć jego konsekwencje. - Nie liczy się droga do celu, tylko sam cel. A cel został osiągnięty, przynajmniej wszystko na to wskazuje. Prawdopodobnie nikt tego wcześniej nie próbował, ale… Mnóstwo ludzi, którzy nigdy nie trafią do szpitala psychiatrycznego, wierzy w dziwne rzeczy, ale radzi sobie w życiu i nie szkodzi innym. Dopóki to jest niegroźne dla nich i dla pozostałych i dopóki taka osoba sama czuje się z tym dobrze i nie rozpowiada o tym dookoła, nie ma wskazań, żeby taką osobę zamykać. Ale Maciek stanowił zagrożenie, a to był taki typ zachowania, które trudno wyeliminować. To, co zrobiliśmy, zostałoby potępione przez większość lekarzy, ale akurat w jego przypadku może odnieść pożądany skutek. - Dobrze, że jeden z naszych strażników zna się na elektryce. To Stefan przygotował włącznik światła i spreparował „zniszczenie” nagrania z kamery. - Wykonał świetną robotę. Niech się później do mnie zgłosi. - Boję się, że teraz Maciej może uwierzyć, że ma jakieś nadzwyczajne zdolności. - Będziemy go obserwować. Jeśli zaprzestanie swoich niebezpiecznych zwyczajów, to może sobie wierzyć, w co chce. Myślę, że to taki typ człowieka, któremu wiara w dziwne rzeczy nie będzie przysparzać problemów. Jestem pewien, że nikomu o tym nie powie, nawet tym z Różnej Grupy. Pierwszy raz komuś zaufał i będzie się bał, że gdy coś powie, to panu zaszkodzi. - Wypuścimy go? - Jeśli będzie się zachowywał normalnie i tylko zachowa w swojej głowie to, co mu powiedzieliśmy, to pewnie tak. Ale musimy być pewni, więc nie wcześniej, niż za rok. Za pół roku, kiedy już pozbędzie się odruchów, proszę podjąć próbę wyperswadowania mu tego, co mu pan dziś powiedział. Jeśli się nie uda, trudno, w niczym to nie powinno mu przeszkadzać. Ale musimy dążyć do tego, żeby pacjent opuszczał nasz szpital jak najbardziej normalny, a nie tylko z pozorami normalności. - Oczywiście, dyrektorze. Dziękuję za powierzone mi zaufanie. - Jak pan wie, jesteśmy ubogim szpitalem. Ale jeśli okaże pan trochę cierpliwości, może się pan spodziewać podwyżki. Lekarz wstał i ukłonił się. - Jeszcze raz dziękuję. - Cóż, chyba, że jednak okaże się, że skutek będzie przeciwny do zamierzonego… - Oczywiście. To był mój pomysł i jestem gotów ponieść wszelkie konsekwencje.
Rozdział 4 Kuracja Anny, Piotra i Zofii
Następnego dnia Maciek siedział w swoim pokoju wraz z opiekunem. Nie opowiedział mu o tym, co się wczoraj wydarzyło, choć miał na to ogromną ochotę. Bał się, że opiekun się wygada, a jego lekarz będzie miał kłopoty. Naprawdę polubił tego faceta po wczorajszej rozmowie, poza tym prawdopodobnie będzie on jego przepustką do wolności. Maciek zastanawiał się, co z nim będzie, gdy już wydostanie się ze szpitala. Jeszcze wczoraj planował, że po wyjściu będzie wcielał w życie kolejne swoje żarty; po tylu latach miał całkiem sporo pomysłów. Ale po obietnicy danej lekarzowi targały nim wątpliwości. Nie wiedział, czy powinien walczyć ze swoją naturą, czy się jej poddać. Poza tym był wściekły na cały świat za tą swoją „zdolność” niszczenia sprzętów elektrycznych i przyciągania ludzi, których wolał unikać, no i nadal miał ochotę się zemścić. Postanowił, że dopóki nie wyjdzie, będzie starał się hamować, a po wyjściu „się zobaczy”; w końcu wtedy już nikt nie będzie kontrolował jego poczynań. Bał się jednak, że mogą go przez to zamknąć ponownie. No i kto go gdziekolwiek zatrudni? Musiał to dokładnie przemyśleć. Z rozmyślań wyrwał go opiekun, który stwierdził, że już czas na posiłek. Poszli razem do sali, którą pacjenci i lekarze nazywali zgodnie stołówką. Część członków Różnej Grupy już tam była, brakowało jednak Józefa. Maciek bardzo się z tego ucieszył; mimo zakazu miał zamiar opowiedzieć im wczorajszą rozmowę z lekarzem, ale bał się, że lekarze siedzący niedaleko mogą go usłyszeć i zwolnić jego doktora. A gdyby powiedział o tym Józefowi, ten prawie na pewno zacząłby wrzeszczeć na całą salę, że jego kumpel, podobnie jak on i przewidująca przyszłość Anna, nie jest zwykłym człowiekiem i że już tylko czeka, aż objawią się jakieś nadprzyrodzone zdolności Piotra, Zofii i Henryka. Prawdopodobnie wrzasnąłby też coś o dziwnym zachowaniu doktora. Co prawda lekarze zapewne nie potraktowaliby go poważnie, jednak wolał nie ryzykować. Niestety, zanim doszedł do stołu, Józef pojawił się w drzwiach i też ruszył w ich stronę. Maciek zaklął i usiadł z pozostałymi, patrząc, jak Józef się zbliża. Zastanawiał się, czy powinien jednak im powiedzieć i zdecydował, że tak; w końcu Zofia i tak na pewno wygadałaby się przed Józefem, a nie chciał być narażony na jego wściekłość. Poza tym nie wiedział, co z nim będzie po wyjściu na zewnątrz, a miał nadzieję, że oni mu coś doradzą. Wiedział, że nie powinien o tym mówić, ale nie mógł się powstrzymać, to było silniejsze od niego. Co prawda słuchanie rad wariatów nie jest zbyt dobrym pomysłem, ale to nie przyszło Maćkowi do głowy. - Słuchajcie – zaczął cicho – Chcę wam coś powiedzieć, ale to musi pozostać między nami. To będzie bardzo dziwne. Lekarze, którzy siedzą obok nas, nie mogą niczego usłyszeć, więc błagam zwłaszcza ciebie, Józefie, nie rozgłaszajcie tego na cały szpital. - A niby po co miałbym to rozgłaszać?! – wrzasnął Józef, a lekarze natychmiast na niego spojrzeli – Będę milczał jak grób! - No właśnie widzę – warknął Maciek – Jak będziesz tak wrzeszczał, to nic ci nie powiem. - No dobra, już będę cicho – zachichotał cicho Józef – to miało cię rozśmieszyć. - Musisz jeszcze popracować nad poczuciem humoru – parsknął Maciek – No dobra. Ale obiecajcie, że nikomu o tym nie powiecie. - A niby komu mielibyśmy mówić? – wtrąciła się Zofia – Lekarzy interesują tylko problemy ich własnych pacjentów, pozostali ich nie obchodzą. Maciek nie mógł wiedzieć, że to gadatliwa Zofia opowiedziała lekarzowi o wszystkim tym, co on sam wczoraj powiedział – dzięki temu lekarz ze strażnikiem i dyrektorem mogli przygotować wczorajsze przedstawienie z kamerą i żarówką. A dziś Zofia już niczego nie pamiętała. - No wiesz, podobno jesteśmy dosyć „trudnymi przypadkami”. Wszyscy z nas. Podejrzewam, że nie bardzo wiedzą, jak mają nas wyleczyć, więc każde usłyszane zdanie z naszej rozmowy będą próbowali wykorzystać przeciwko nam. - Ja nie czuję się chory – przerwał mu Józef – Nic mi nie dolega. Annie raczej też nie, ma bujną wyobraźnię i jest strasznie brzydka, a Zofia po prostu ma taki charakter. Henryk nie lubi mówić o sobie, ale to spoko gość. Co nie, Heniek? Po tych słowach walnął go z całej siły w plecy i zarechotał. Henryk zakrztusił się. - Wybacz, stary, nie chciałem tak mocno… Mówiąc dalej: na ślepotę Piotra też nie mogą zbyt wiele pomóc. - Zapomniałeś, że mam te swoje ataki? – wtrącił się Piotr. - No tak, rzeczywiście… Więc wychodzi na to, że z nas wszystkich tylko ty powinieneś siedzieć w tym szpitalu. Powiedziawszy to, Józef ryknął śmiechem. Maciek też się roześmiał, ale po chwili spoważniał. - Nie tylko on. Mi też jest potrzebna pomoc. Ja nie boję się przyznać, że mam problemy ze swoją psychiką i że sam sobie z tym nie poradzę. A wy odbiegacie od normy, a to już im wystarczy, żeby was tu zamknąć. Nie mówię, że mają rację, ale oni tak twierdzą. Nie zachowujecie się tak jak wszyscy ludzie na wolności, więc musicie tu siedzieć. - I to o tym chciałeś nam powiedzieć? – Spytała Zofia. - Nie. Zofio, jak już mówiłem, oni uważają nas za wyjątkowo ciężkie przypadki. Już słyszeli, że chcę wam powiedzieć coś ważnego, kiedy Józef się wydarł – spojrzał groźnie na mięśniaka, który zrobił wściekłą minę. - Myślałem, że jak zwykle sobie żartujesz… - Nie tym razem. – Maciek zniżył głos do szeptu. Pozostali musieli się nachylić, żeby w gwarze rozmów cokolwiek usłyszeć. Jeden z lekarzy próbował zaczaić się z tyłu, żeby ich podsłuchać, ale gdy tylko się zbliżył, Maciek natychmiast umilkł. Lekarz oddalił się, a wtedy cała szóstka przyjęła nową taktykę – udawali, że jedzą i nic nie mówią, jednak rozmawiali, ledwo otwierając usta. Dla lekarzy wyglądało to tak, jakby nic nie mówili. Maciek kontynuował - Dla nich każdy szczegół może być ważny. Po naszej rozmowie jest prawdopodobne, że będą was przepytywać, żeby wyłowić coś, co może im pomóc w leczeniu nas. - Jakim leczeniu? Oni tylko do nas gadają i szprycują nas jakimiś lekami, w sumie nie kapuję, w czym miałoby nam to pomóc. Zupełnie ich nie rozumiem. Oni chyba nie chcą zobaczyć pierwszego nieśmiertelnego człowieka! Jak można być tak zagłębionym w te ich książki medyczne, żeby nie chcieć zobaczyć czegoś takiego! - Ich pokraczne umysły stoją zamknięciem również przed mymi proroczymi przepowiedniami. Ich żałosna wiedza zamyka przed nimi chęć oczywistego uwierzenia w niesłychaną potęgę tych, którzy wkrótce mają majestatycznie nadejść. – stwierdziła Anna. - No właśnie, jak można nie chcieć zobaczyć kosmitów lądujących na Ziemi? – spytała Zofia – Ci lekarze powinni się z nami zamienić miejscami. - Przepełnieni gniewem, zakazują prorokowi głosić radosnej prawdy. Są niczym Piotr: zaślepieni nienawiścią, ślepi na prawdę, boją się, że blask prawdy może ich oślepić, kroczą w ciemności, wybałuszając ślepia. Rzucają na oślep rady, jak powinniśmy postępować. Ich ślepota… - Słuchaj, rozumiem tą aluzję do mnie, ale z łaski swojej przyczep się do kogoś innego – przerwał jej Piotr, lekko podenerwowany. Po chwili podszedł do nich jeden z pacjentów, który już od pewnego czasu obserwował ich niepewnym wzrokiem. - Słuchajcie… - zaczął, wyraźnie wystraszony. Cała szóstka spojrzała na niego (Piotr skierował twarz w stronę, z której dobiegał głos) – Słyszałem, że Józef posiada wyjątkowe zdolności. Józef uśmiechnął się lekko. - Może jeszcze nie posiadam, ale jak dobrze pójdzie, to niedługo będę miał. - Bo ja też mam takie zdolności. Zainteresowanie Henryka wyraźnie wzrosło. - Potrafię kumulować w sobie moc. Nie mogę z niej korzystać, ale czuję, jak we mnie rośnie. Gdy nadejdzie odpowiedni dzień, eksploduję, przynosząc koniec świata. Zainteresowanie Henryka spadło – takie historie słyszał prawie codziennie. - Skąd o tym wiesz? – zainteresował się Piotr – I czemu nam to mówisz? - Kiedy dotykam się o, tutaj – dotknął swojego brzucha na dole po lewej stronie – to czuję, że coś tam jest. Czuję ból i paradoksalnie osłabienie, które jest oznaką nadmiaru energii. Ponieważ suma energii w przyrodzie jest stała i niezmienna, a kumuluje się we mnie, to ludzie dookoła chorują. To nie przypadek, że dookoła mnie jest tak wielu chorych. A przychodzę do was, żeby prosić was o radę… Nie chcę zniszczyć świata. - Na rozładowanie nadmiaru energii najlepszy jest solidny trening – powiedział Józef – Albo możesz przebić się igłą, jak balon, to ta energia natychmiast z ciebie wyleci! - A ja myślę, że masz guza, który w tobie rośnie – stwierdził Piotr – Lepiej się przebadaj. A ludzie dookoła chorują, geniuszu, bo jesteś w szpitalu dla wariatów. - Guz? – upewnił się pacjent, dotykając ponownie wybrzuszenia na brzuchu – A więc nie kradnę ludziom energii i nie zniszczę świata? - Myślę, że nie. Pacjent wyraźnie się ucieszył. - Lekarze potrafią tylko podawać leki, a na spotkaniach radzą, żeby skupić uwagę na innych zajęciach. Też mi mówili, że jeden człowiek nie może zebrać w sobie tyle energii, ale nie potrafili tego uzasadnić. A tu proszę, guz… To wszystko wyjaśnia. A więc jestem chory i psychicznie, i fizycznie! Pacjent zaczął śmiać się obłąkańczo, uściskał serdecznie Piotra i wrócił na swoje miejsce w podskokach. Po chwili jednak zatrzymał się i z bolesnym grymasem złapał się za brzuch. Resztę drogi do stołka pokonał powolnym, zgarbionym krokiem. - I tym właśnie różnimy się od reszty pacjentów – stwierdził Piotr – Ich argumenty można bardzo łatwo obalić, a w waszym przypadku nikomu się to nie udało. Są zdjęcia UFO, a skóra Józefa faktycznie stwardniała i stała się mniej czuła na ból. A oni wszyscy próbują tylko zwrócić na siebie uwagę, żeby ktoś rozwiązał za nich ich problemy. Maciek zastanawiał się nad czymś przez chwilę. - Słuchajcie, mam pomysł. Może będą was przepytywać co do dzisiejszej rozmowy, a może nie. Na wszelki wypadek na razie nic wam nie powiem. Dowiecie się wszystkiego za parę dni. Mówił to wszystko przyciszonym głosem, który utonął w ogólnym zgiełku i nie docierał do lekarzy. - Najpierw nam obiecujesz zdradzenie jakiejś tajemnicy – warknął cicho Piotr, dygocząc ze złości – A teraz każesz nam czekać nie wiadomo ile. Właściwie to cię nie rozumiem. Najpierw mówisz, że masz problemy i potrzebujesz pomocy lekarzy, a za chwilę zakazujesz nam cokolwiek mówić, bo może im to pomóc w leczeniu. Czy tylko ja widzę, że coś tu nie gra? - Źle mnie zrozumiałeś. Nie mogą się o tym dowiedzieć, bo ktoś może mieć przez to kłopoty. Będą mieć nadzieję, że to im pomoże w leczeniu, bo chcą o nas wiedzieć wszystko, ale i tak w to nie uwierzą, bo to naprawdę dziwna sprawa. To jest tak – dodał cicho – ktoś powiedział mi o mnie coś bardzo dziwnego. Nie był to żaden z pacjentów. Bardzo mi to pomogło i teraz już znam przynajmniej część prawdy o sobie… Przykro mi, ale nie mogę ryzykować, dowiecie się niedługo wszystkiego… - Biedaku, zrobili ci pranie mózgu. Gadasz jak jeden z tych wyleczonych, którzy mają niedługo wyjść – zaniepokoił się Józef. - A czy nie wystarczy, że nie powiesz nam, od kogo to wiesz? – wtrąciła się Zofia – Wtedy oni też nie będą tego wiedzieć. - Dojdą do tego. Po tym, co się wczoraj stało… Jeśli powiem wam prawdę, szybko powiążą fakty i połapią się, skąd się o tym dowiedziałem. - Aha, więc ktoś może mieć kłopoty? – Mówił dalej Piotr, jakby wcale nie usłyszał wypowiedzi Zofii - Pewnie tym kimś jesteś ty?! – Piotr był coraz bardziej wściekły – Naprawdę myślisz, że któreś z nas mogłoby się wygadać przed lekarzami? Myślałem, że jesteśmy kumplami? - Zofia – mruknął cicho Maciek, ale Piotr już go nie słuchał. - A Anna musiała się akurat do mnie przyczepić i drwić z mojej ślepoty. - Nie było moim zamiarem obrazić cię – przeprosiła go Anna - Opanuj swój niegodny gniew i dojrzyj prawdziwy sens mych cudownych słów. - Jak mam cokolwiek dojrzeć, jeśli nic nie widzę?! Czy ty w ogóle myślisz? Teraz Piotr już wrzeszczał. Lekarze patrzyli na niego z niepokojem i dali znak strażnikom, aby mieli go na oku. Piotr cały się trząsł. Nagle krzyknął głośno, złapał za stół i spróbował go przewrócić. Nie udało mu się, bo mebel był przyczepiony do podłogi. To rozwścieczyło go jeszcze bardziej. Chwycił swoje krzesło i rzucił je na oślep w tłum pacjentów, rozpinając zbyt lekko zapięte pasy. Na szczęście nikogo nie trafił, bo wszyscy zdążyli odbiec. Czerwony ze złości, zaczął wymachiwać pięściami, próbując kogoś trafić. Trafił w Józefa, który specjalnie się do niego przysunął, szukając zaczepki. Z szerokim uśmiechem walnął go prosto w nos. Piotr zachwiał się i znieruchomiał, zastanawiając się, kto go uderzył i próbując ustalić jego położenie. Józef stał już za jego plecami i popchnął go na stół. Piotr przeleciał przez całą jego długość, zrzucając wszystkie talerze na podłogę. W ich stronę biegło już kilku strażników. Podbiegli szybko do Piotra, jednak Józef teraz na dobre przyłączył się do zabawy. Strażnicy dosłownie fruwali niemal pod sufit, gdy rozwścieczony Piotr rozładowywał swoją wściekłość, a Józef z szaleńczym śmiechem świetnie się bawił. - Nie damy im rady! Przyślijcie nam więcej ludzi! – krzyknął jeden ze strażników w stronę lekarzy, próbując wstać z podłogi. Po chwili przybiegło więcej strażników, lecz powstrzymanie chudego ślepca, który w gniewie miał siłę niemal równą Józefowi i wielkiego mięśniaka, który z wielką swobodą bronił się przed atakami ochrony szpitala, nadal nie było proste. Piotr kopał i bił każdego, kto mu się nawinął, dlatego pacjenci i lekarze trzymali się jak najdalej. Nie dało się nawet do niego podejść. Nie można też było zakraść się od tyłu, bo kręcił się w kółko, atakując wszystkich dookoła. Strażnicy próbowali uderzyć go pałką, ale trafiali tylko w jego ręce, które po chwili były tak posiniaczone, że schowali broń, bojąc się, że coś mu się stanie. Wyjęli teraz paralizatory, próbując go porazić, ale on nadal wrzeszczał i atakował. W końcu jednemu ze strażników udało się złapać go za rękę i przycisnął mu do niej na parę sekund paralizator. To osłabiło Piotra, który zaczął się lekko chwiać. Strażnicy, korzystając z okazji rzucili się na niego, przygważdżając go do podłogi. Jeden z lekarzy szybko podbiegł i zrobił mu zastrzyk uspokajający, a strażnik dla pewności trzepnął go pałką w głowę, po której pacjent wreszcie stracił przytomność. Pozostawał jeszcze Józef, który też nie próżnował. Był silniejszy od Piotra, poza tym nie wymachiwał rękami na oślep, tylko dokładnie wiedział, gdzie chce uderzyć. Strażnicy nie mieli żadnych pancerzy, które by ich skutecznie chroniły. Jedynie kaski i pogrubiane kombinezony pomagały im wytrzymać potężne ciosy Józefa, lecz jego pięść zdołała przebić się przez kilka szybek z przodu kasków i kilku strażników nic nie widziało przez podbite oczy. Kombinezony były dość wytrzymałe, ale i tak wszyscy mieli już obolałe żebra i brzuchy. Jeden z nich błysnął Józefowi latarką prosto w oczy, co na chwilę go oślepiło. Walczący z nim natychmiast to wykorzystali. Rzucili się na niego, okładając go pałkami, a lekarz zrobił mu od razu aż 2 zastrzyki uspokajające, z uwagi na odporność Józefa. Wszyscy się od niego odsunęli. Józef stał, chwiejąc się lekko. Przymknął oczy, walcząc z ogarniającym go snem. Nie wytrzymał; osłabiony jeszcze po wczorajszej walce, upadł na ziemię. Walka dobiegła końca. - Musimy zainwestować w gaz obezwładniający. Bez tego nie damy rady tak codziennie się przed nimi bronić. To trzecia burda w ciągu trzech dni! Co się dzieje w tym szpitalu? Poza tym należy przywiercić krzesła do podłogi. Najbardziej agresywnym pacjentom trzeba zwiększyć dawki leków. Będą odurzeni i być może trzeba będzie ich karmić, ale dzięki temu będzie spokojnie. Trzeba też zwiększyć ilość strażników w szpitalu. My już nie dajemy rady. Niedługo trafimy do szpitala, jeśli codziennie będą nas tak okładać. - Dobrze – przyznał mu rację jeden z lekarzy – Jutro dostaniecie gaz. Dostaniecie też specjalną broń, z której można wystrzelić środek nasenny. Już dawno powinniśmy byli takie coś kupić. Pałki, paralizatory i strzykawki są dobre na krótki dystans, do mniej groźnych pacjentów. Ale ci dwaj nie dają nawet do siebie podejść. Nie możemy narażać was na takie niebezpieczeństwo. Uzbieraliśmy trochę funduszy, które mieliśmy przeznaczyć na porządną naprawę kabli, przez które ciągle wysiada nam prąd, ale to jest pilniejsze. Oni za bardzo się rozpanoszyli, trzeba tu wreszcie zrobić porządek. Tak nie może dalej być. Trzy ciężkie obiady pod rząd, tego jeszcze nie było… Jutro po obiedzie zaczniemy też przymocowywać krzesła na stałe do podłogi. Tacy pacjenci jak Józef nie będą już mogli biegać z krzesłami. Niestety nie stać nas na zwiększenie dawki leków, ani na dodatkowych strażników, nowa broń to i tak będzie dla nas ogromny wydatek. Anno! – zawołał – Pamiętasz, że za chwilę masz rozmowę z lekarzem? - Ależ oczywiście – usłyszał odpowiedź – Nie pałam jednak szczególną chęcią na owe spotkanie. Mój prymitywny lekarz nie daje oczywistej wiary mym niezwykłym słowom. Wychodząc, spojrzała na miejsce niedawnej walki. - Gdy oni ostatecznie przybędą, nikt nikogo już nigdy więcej nie waży się nikczemnie tknąć. Chwilę później Anna była już w gabinecie lekarza. Był to ten sam lekarz, który leczył Maćka i Henryka. Teraz przejął całą Różną Grupę; uznano, że takie trudne przypadki, które trzymają się razem, powinien leczyć jeden lekarz. Jeśli uda mu się zdobyć zaufanie wszystkich, może odkryje coś, co pomoże w kuracji. Lekarz słyszał krzyk Józefa podczas obiadu, sugerujący, że Maciek ma im coś bardzo ważnego do powiedzenia. Już od dawna uważał, że rozmowy, jakie prowadzi ta grupa, mogą być kluczem do rozwiązania ich problemów. Był jednak bardzo zaniepokojony – bał się, że Maciek wygadał im prawdę o ich ostatnim spotkaniu. - Na początek, Anno, chciałem cię zapewnić, że możesz powiedzieć mi dosłownie wszystko. Jestem twoim przyjacielem i służę ci radą w każdej sprawie. Pamiętaj, że spotykamy się tutaj po to, żebyś mogła jak najszybciej wyjść z tego szpitala. Anna przez chwilę nie odpowiadała, jedynie przypatrywała mu się ponuro. - W jakimże celu? – spytała wreszcie – nie zechcieliście dojrzeć do przyznania mi racji w mych mniemaniach. Po cóż więc mam aprobować dyskusję z waszymi bytami? Byście usilnie wpajali w mą natchnioną głowę tezę, iż ma nieskażona wiara oparta jest na bzdurach? - To niezupełnie tak, Anno. Widzisz, nie masz żadnych dowodów na to, że mówisz prawdę. Same słowa nie wystarczą. Czego się spodziewałaś, że opowiesz nam o kosmitach i nagle wszyscy ci uwierzą? Są setki takich ludzi jak ty. Wierzą w coś, co nie istnieje. Czemu ty miałabyś być inna? - Pragniesz dowodu, wyrzeczone przez mą osobę słowa nie wystarczą? Przytoczę święty temat Biblii – pokładasz zapewne wiarę w Boga, mimo zupełnego braku ujednoznacznionych dowodów na Jego bytność? Posiadasz wyłącznie słowo pisane, a jednak wierzysz. - To zupełnie co innego. Nie porównuj czegoś, w co wierzą miliony ludzi do czegoś, w co wierzy jedna osoba. Mógłbym ci godzinami opowiadać o dowodach na istnienie Boga, ale nie po to tu jesteśmy. – lekarz postanowił zmienić temat – ostatnio bójki podczas obiadów mocno się nasiliły. Jak pewnie zauważyłaś, to głównie wasza grupa je prowokuje. Radzę wam uważać, bo jeszcze parę takich akcji i będziemy musieli was rozdzielić. Anna przez chwilę milczała. - Rzekomo macie nikczemny zamiar zakupu nowej, odrażającej broni do walki z nami – powiedziała wreszcie. - Nie bardzo rozumiem, co ci się w tym nie podoba. Tak, musimy zamówić trochę gazu obezwładniającego i broni, dzięki której będziemy mogli wystrzelić środek uspokajający. - Dosyć już okrutnej przemocy w tej siedzibie wszechobezwładniającego zła. - Wszechobezwładniającego? Nie ma takiego słowa. Poza tym to nie żadna przemoc, tylko sposób na jej powstrzymanie. Anna nie odpowiedziała, patrząc na niego złowieszczo. - Anno, a jakie według ciebie mamy wyjście? Rozumiem, że jesteś pacyfistką, ale chyba lepiej, żeby po krótkiej szamotaninie awaranturujący się pacjent zasnął na ziemi, niż żeby wynikła z tego półgodzinna bijatyka, w której ucierpi nie tylko on, lecz pewnie też strażnicy? I w którą być może włączą się inni pacjenci? Anna prychnęła i pokręciła głową, jakby była zdumiona jego głupotą. - Mniejsze zło? Cóż za prymitywna metoda idiotycznego myślenia! Żałośnie staracie się kretyńsko wykalkulować, jak powinniście beznadziejnie zadziałać, aby okrutne obrażenia u wszystkich były możliwie znikome przy paskudnym poskramianiu złowieszczych pacjentów. Czyż nie? - Mniej więcej, może poza tym „żałośnie”, „kretyńsko” i „beznadziejnie”. Ale co do reszty masz rację. Ostatnio pacjenci coraz częściej wzniecają podczas obiadów awantury z byle powodu. Strażnicy już nie mają siły, żeby codziennie z nimi walczyć. Zastanawiamy się nawet, czy nie lepiej będzie, jak każdy będzie jadł sam w swoim pokoju. - Bardzo zła idea. Nadopiekuńczo pozbawiając tych biednych ich znikomej możliwości jakiejkolwiek rozmowy, wzniecicie potężny bunt, który zmiecie waszą fortecę z powierzchni ogromnej ziemi. Lekarz zaśmiał się nerwowo. - Nazwanie tej ruiny fortecą to chyba lekka przesada… Ale skoro jesteś takim znawcą psychiki, to może powiesz mi, co w takim razie powinniśmy zrobić? Anna wyprostowała się w fotelu. - Nie to jest mym zadaniem na tym ziemskim padole, lecz cóż… Odpowiednie wybrnięcie z tej pozornie bezwyjściowej sytuacji jest niezwykle proste. - Zamieniam się w słuch – mruknął lekarz, udając ciekawość. Był pewien, że za chwilę usłyszy kolejną bzdurę. Nie zmieniał tematu, bo widział, że dla Anny jest najwyraźniej bardzo ważne, żeby uspokoić sytuację w szpitalu. Postanowił więc pozwolić się jej wyżalić, czekając, co z tego wyniknie. - W znamienitym celu znacznej poprawy nikłego żywota mieszkańców tej parodii szpitala, trzeba zapewnić im odpowiedni poziom kultury i warunków mieszkalnych. - To może powinniśmy zabierać ich na wycieczki i do kina, co? - Owszem, między innymi. Lekarz rozparł się wygodnie w fotelu, czując, że to będzie łatwa rozmowa. - Uwierz mi, że robimy, co możemy, by pomóc tym ludziom. Nie mamy pieniędzy, żeby organizować wycieczki. Nie możemy nawet kupić telewizora. Wielu z nich czyta książki z naszej niewielkiej biblioteki. Pewnie, że powinniśmy ją nieco rozbudować, ale nie mamy na to środków. Wielu pacjentów lubi malować obrazy lub pisać wiersze. Mogą wychodzić na spacer. Jedzenie nie jest najgorsze. Więc sama widzisz, że nie jest im tu wcale tak źle. Nie mamy wiele funduszy, ale myślę, że dobrze je zainwestowaliśmy. Nic więcej nie możemy dla nich zrobić, a te awantury nie wynikają ze złych warunków, tylko z ich problemów, z którymi nie mogą sobie poradzić. Anna znowu prychnęła. - Najłatwiej jest tak oto odczepnie rzec: „Nic nie można więcej uczynić”. Darmozjadzcy politycy usilnie zarabiają miliony bez liku, a my skazani zostaliśmy okrutnie, by cierpieć katusze. Ale nie jesteśmy zmuszani, by czynić cokolwiek; gdy moi wspaniali bracia z odległych planet powrócą, absolutnie wszystko zmieni swe oblicze. – jej twarz powoli się rozpogodziła. „A więc to o to chodzi", pomyślał lekarz. „Nie możesz pogodzić się z niesprawiedliwością na tym świecie, więc wymyśliłaś sobie kosmitów, którzy przylecą tu i zrobią porządek." Westchnął głęboko, zastanawiając się, jak poprowadzić dalej rozmowę. - Anno, czy wiesz, dlaczego tu jesteś? – zapytał w końcu. Odpowiedziała bez wahania. - Haniebnie zamykacie w tym okropnym więzieniu każdego, komu wiara w nieskalane dobro daje szczęście. - Nie, mylisz się. Nie zamykamy każdego, kto wierzy w coś, co czyni go szczęśliwym. Zamykamy tych, którzy utrudniają życie sobie lub innym swoim zachowaniem i wypowiedziami, tych, którzy sobie nie radzą w życiu i tych, którzy są niebezpieczni. – lekarz postanowił ponownie wrócić do jej przypadku, bo dalsza kłótnia o potrzebach pacjentów nie miała sensu - Powiem ci szczerze: nie wierzę ci. Nikt nigdy nie przyleci z nieba, żeby nam pomóc. Gdybyśmy siedzieli z założonymi rękami i czekali, aż ktoś przyleci i zrobi wszystko za nas, dając nam szczęście i radość, już dawno byłoby po nas. Musimy sobie radzić sami, Anno. Ty też musisz sobie poradzić w końcu z tym, co się stało, gdy zgubiłaś się w wieku 23 lat. Obudź się wreszcie. - To byli… - Nie, to nie byli kosmici. To byli handlarze narządów, źli ludzie, którzy chcieli zarobić trochę pieniędzy, traktując cię jak sklep, z którego można coś ukraść. Lekarz postanowił zastosować drastyczne metody. Mówił dosyć ostro, podniesionym głosem, chcąc wyrwać Annę z tego wieloletniego transu, tego zaślepienia w niebo w poszukiwaniu pomocy. Chciał skierować jej wzrok nieco niżej, na kogoś, kto chce jej pomóc tu, na Ziemi. - Szukasz pomocy, lecz nie tam, gdzie trzeba. Chodzisz z głową chmurach, marzysz o przybyszach z gwiazd. Czekasz tu na tych, którzy mają ci pomóc. Ale to my jesteśmy tymi, na których czekałaś. To my udzielimy ci pomocy. Anna spojrzała na niego rozszerzonymi oczami. Wyglądała na mocno zdziwioną. - Wy jesteście tymi, na których całe życie oczekiwałam niecierpliwie? – wyszeptała cicho – wy jesteście tymi, którzy mają szlachetnie udzielić bezinteresownej pomocy? - Tak. Cieszę się, że nareszcie to zrozumiałaś. Anna nagle wstała i rzuciła się na biurko lekarza, próbując go dosięgnąć wyciągniętymi rękami. Lekarz też wstał i odsunął się aż pod ścianę, mocno zaskoczony. Anna znowu miała zwidy; przed sobą nie widziała już lekarza, tylko szczupłego, zielonego stwora w sali pełnej kosmicznych przyrządów. - Tak! Teraz to wreszcie dostrzegam, wspaniały bracie! – krzyczała, patrząc na niego – Długo czekałam na wasze nadejście, lecz oto jesteście, by uczciwie oczyścić ten ohydny świat ze wszelkiego plugastwa! - Nie! Źle mnie zrozumiałaś, nie o to mi chodziło – wrzeszczał przerażony lekarz, próbując odsunąć się od niej jak najdalej, lecz ona ciągle się zbliżała – Jestem lekarzem, a nie kosmitą! Chcę ci pomóc, ale nie przyleciałem z kosmosu, żeby ratować świat, jestem taki jak ty, mam pomóc waszej grupie… - Całą ludzkość nazywasz naszą grupą? Och, czas nadszedł! Wiem, iż skrycie kłamiesz, jakobyś nie przybył z odległego wszechświata, lecz to jedynie twoja kolejna próba w celu dogłębnego sprawdzenia mej lojalności! Oto jestem, gotowa ci służyć! - Do diabła, siadaj z powrotem! Anna usłuchała. Uspokoiła się i usiadła z powrotem na swoim miejscu. Nadal gapiła się z niedowierzaniem na lekarza i oddychała ciężko, gotowa na każde polecenie. - Pierwszy rozkaz od mych braci został wykonany – powiedziała podekscytowana – uczyniłam pierwszy krok w celu naszego ostatecznego pojednania. To mały krok dla tak nic nie znaczącego człowieka proroczego niczym ja, lecz wiekopomny krok dla całej, jak zechciałeś łaskawie nas określić, naszej grupy. - Anno, uspokój się i posłuchaj mnie uważnie. Pomyliłaś się. Mówiąc „wasza grupa” miałem na myśli Różną Grupę, do której należysz. Mówiłem ci i powtórzę jeszcze raz, że nie ma żadnych kosmitów. Nikt nie przyleciał i nigdy nie przyleci z kosmosu, a ja nie jestem kosmitą. - Jak więc się zwiecie? – spytała lekko rozczarowana Anna. - Lekarze. Jesteśmy le-ka-rza-mi – powiedział powoli – I zapamiętaj to wreszcie. Leczymy ludzi, którzy potrzebują pomocy. Niestety Anna nie zareagowała tak, jak chciałby lekarz. Znów wybałuszyła oczy i uśmiechnęła się szeroko. - Straszliwie obawiałam się poznać wasze prawdziwe oblicze. Myliłam się. Usilnie leczycie ludzi, dzielnie przygotowując przybycie pozostałych pod postacią lekarzy! Wy wszyscy jesteście tymi, na których czekałam! Zdradźcie mi łaskawie, kiedy przybędzie reszta… Lekarzy z niebios? - Anno, błagam cię, opamiętaj się! Jesteśmy ludźmi, tak jak i ty. Znikąd nie przybywamy i nie ma żadnej reszty. – coś przyszło mu do głowy – Masz wypełniać moje polecenia, tak? Więc rozkazuję ci – zapomnij o tych wszystkich kosmitach, porzuć swoje teorie i zacznij żyć normalnie, jak reszta ludzi na zewnątrz szpitala! Anna jednak uśmiechnęła się jeszcze szerzej. - Kolejna próba. Wydając fałszywe polecenie, którego nie jestem w stanie spełnić, dajesz mi swój majestatyczny znak, bym cię nie słuchała. Przejdę próbę i przypieczętuję tym moją rolę proroka. Po chwili znowu wstała i zaczęła iść w stronę lekarza, który też wstał i zaczął się cofać. - Zostaw mnie! Siadaj na swoim miejscu! - Przejdę próbę. Nie usłucham tego rozkazu. Lekarz spanikował. - Ochrona! Na pomoc! Udało mu się w ostatniej chwili wcisnąć przycisk, zawiadamiający ochronę, zanim pacjentka rzuciła się na niego. Po chwili do pokoju wbiegli strażnicy i stanęli jak wryci; Anna obejmowała lekarza, który próbował ją odepchnąć, i krzyczała do niego: - Co mam teraz zrobić, czy próba już się skończyła? Cóż mam począć? Czy mogę już spełniać twe genialne polecenia, czy jeszcze nie? Nie dane jest mi wiedzieć, cóż mam czynić! Słuchać cię czy też nie? Strażnicy zastosowali środek uspokajający i po chwili wyprowadzili otumanioną Annę. - Do licha, ta Różna Grupa jest nie do wyleczenia – mruknął do siebie lekarz, gdy już został sam – Każdy pacjent prędzej czy później pęka i przyznaje nam rację, jeśli użyjemy sensownych argumentów przeciwko ich bezsensownemu bełkotowi, nie mniejsze znaczenie mają również podawane leki. A ta szóstka trwa przy swoim, cokolwiek by się im nie powiedziało i żadne leki na nich nie skutkują. Dobrze się dobrali… Oczywiście trzeba pominąć wiecznie milczącego Henryka, do którego nic nie dociera i Piotra, który na szczęście jest całkowicie normalny, ale przez te ataki musi u nas siedzieć. Muszę znaleźć ich przyczynę, może chociaż jemu uda się pomóc. W przypadku Anny może poskutkowałaby jakaś terapia szokowa, jakiś teatrzyk z udziałem kosmitów, ale nie stać nas na to. W myślach wspomniał też Maćka, co do którego żywił szczególne nadzieje na wyleczenie – choć reszta lekarzy nigdy nie wpadłaby na to, jakich metod użył, tylko dyrektor szpitala o tym wiedział.
Część 44 / 4
Podczas kolejnego obiadu grupa jak zwykle się spotkała. Jeden z lekarzy zatrzymał nagle Piotra w drodze do stołu. - Jak tam, Piotrze? Jak się dzisiaj czujesz? - Bardzo dobrze, dziękuję. Czemu zawdzięczam to pytanie? - Tak tylko pytam. Pamiętaj o dzisiejszej sesji. Lekarz poklepał go lekko po plecach. Widząc to, lekarz prowadzący Różną Grupę nabrał podejrzeń. Nie mógł nic zrobić, lecz miał złe przeczucia. Zdziwiony Piotr zmarszczył brwi, ale po chwili strażnik zaprowadził go do stołu. Maciek nie mógł już dłużej wytrzymać i postanowił im wszystko opowiedzieć, mimo, że mogło się to źle dla niego skończyć. - No i co tam, Maciek, dziś jesteś bardziej chętny do zwierzeń? – spytał Piotr, jeszcze bardziej nakłaniając go do tego. - O ile Józef nie zacznie się znowu wydzierać na całe gardło – mruknął cicho Maciek – I Zofio, mam do ciebie wielką prośbę. Wiem, że ty jako jedyna z całej ludzkości przestałaś kłamać i poznałaś całą prawdę, ale błagam cię, nikomu nie powtarzaj naszej rozmowy. Bez względu na wszystko. - Mam być aktorem, tak jak wszyscy inni? - No właśnie – ucieszył się Maciek – Gdy ktoś cię zapyta, udawaj, że o niczym nie wiesz. - Dobra. To będzie świetna zabawa. Zadowolony Maciek spojrzał na chwilę w stronę lekarzy. Zauważył, że jego lekarz prowadzący drapie się w okolicy nosa. Po bliższym przyjrzeniu stwierdził, że tak naprawdę lekarz przykłada palec do ust, nakazując mu milczenie. Maciek postanowił więc się powstrzymać. Przez kilka minut rozmawiali o normalnych sprawach – o kosmitach, nieśmiertelności i aktorstwie. Piotr pełnił głównie rolę grupowego pesymisty i starał się ich przekonać, że nie mają racji. - Zofio, czy ty wierzysz właściwie w Boga? Wierzysz, że ludzie umierają i potem trafiają do nieba? – spytał Piotr. - No jasne. Tak mnie uczyli rodzice. - Ale przecież mówiłaś, że nie ma czegoś takiego jak śmierć. - No bo nie ma. - No to jak ludzie trafiają do nieba według ciebie? - Tak po prostu. Kiedy chcą, to idą. Inaczej byśmy się tu wszyscy nie zmieścili, bo byłoby za dużo ludzi. - No, jest w tym jakaś logika – zaśmiał się Piotr. Jako jedyny normalny w tej grupie lubił sobie drwić z tego, w co oni wierzą. Ponieważ tą grupę tworzyli tak różni ludzie, a rozmowy z nimi nie polegały na rozgorączkowanych krzykach o rządowych spiskach, lub narzekaniu na swój tragiczny los, jak u większości pacjentów, lubił z nimi siedzieć. I tak nie miał nic lepszego do roboty, a oni jako jedyni wypowiadali się logicznie. Nawet, jeśli ta logika opierała się na oczywistych absurdach. - A Anny nie skrytykujesz? – spytał Józef. – Mi się już od ciebie nieraz dostało. „To niemożliwe z biologicznego punktu widzenia” – dodał, udając sceptyczny głos Piotra i zaśmiał się ochryple. - Co do Anny jestem neutralny. Nikt nie wie, czy jest coś takiego jak Ufo. - Tak samo nikt nie wie, czy możliwe jest zostanie nieśmiertelnym za pomocą metod, które ja stosuję. Tego typu dyskusje toczyły się między nimi codziennie. Jak już wspomniano, ich argumenty były logiczne, mimo swojej absurdalności. Był to ewenement w tym szpitalu – rozmowy innych pacjentów kończyły się zwykle awanturami lub urywały się po jednym spotkaniu, a w tym przypadku trudno było przewidzieć, jak długo to będzie trwać. Ponieważ byli to ludzie chorzy psychicznie, żaden z nich nie mógł ostatecznie udowodnić swoich racji, ani obalić racji innych. „Z jednym wyjątkiem” – pomyślał Maciek i nie wytrzymał. - Józef, mówiłeś, że wierzysz w zjawiska paranormalne. Wszyscy na niego spojrzeli. Oczy Henryka rozszerzyły się nagle i patrzył na niego jak skamieniały. Najwyraźniej było to magiczne słowo, które przywracało mu kontakt ze światem. - No i co? – spytał Józef z ciekawością. - Ja też nie jestem zwykłym pacjentem. Mam zdolności, o jakich nawet ty, Józefie, możesz tylko pomarzyć. Józef zaśmiał się cicho – wielu pacjentów mówiło podobne rzeczy o sobie. - Ciekawe, pewnie potrafisz w ciągu sekundy związać komuś sznurowadła? Albo tak szybko wsypać komuś całe opakowanie pieprzu do zupy, żeby nikt się nie zorientował? – Józef wyraźnie z niego drwił. Maciek wyglądał na obrażonego i milczał. - Mów dalej – poprosił cicho Henryk. Wyraz jego twarzy zdradzał tak szczerą ciekawość, że w końcu Maciek postanowił kontynuować. Opowiedział im ze szczegółami całe spotkanie z lekarzem. Nie pominął niczego. Kiedy skończył, Henryk drżał lekko z emocji, lecz pozostali nie wyglądali na przekonanych. - W takie coś to nawet ja nie uwierzę – powiedziała Zofia – Już dość się nasłuchałam podobnych opowieści w tym szpitalu. Każdy mówi, że jest supermanem, a niczego nie potrafi. - Mogę wam to udowodnić. Wystarczy, że tylko dotknę jakiegoś sprzętu elektrycznego, a natychmiast go zepsuję. Od zwykłego dotyku. - Kompletnie ci się rzuciło na mózg – powiedział Piotr – byłeś wyjątkowy, specyficzny i dlatego cię lubiłem. A teraz stałeś się taki jak cała reszta pacjentów. „Patrzcie na mnie, mam wielkie zdolności! Pokonam całe zło tego świata!”. Prawie wszyscy tutaj tak gadają. Oczywiście są też tacy, co gadają o różnych potworach i się ich boją, bo nie potrafią z nimi walczyć. Banda wariatów. Wy jesteście inni. Ale teraz, Maciek, twoje miejsce jest wśród nich – omiótł ręką salę, wskazując na innych pacjentów, którzy wrzeszczeli, wymachiwali sztućcami, jakby to była groźna broń, lub milczeli, rozglądając się z przerażeniem na boki, jakby szukali jakiegoś zagrożenia. – Między nami już nie ma dla ciebie miejsca. I jeszcze to gadanie, że to dzięki tobie nasza grupa się trzyma… Zobaczymy. Odłącz się od nas i ciekawe, ile wytrzymamy bez ciebie. - Jak już mówiłem, mogę to udowodnić – mruknął ze złością Maciek – Wystarczy mi latarka, radio, cokolwiek. - A skąd ja ci to wezmę? Radia są tylko w pokojach lekarzy, a latarki mają strażnicy. - Już wiem – powiedział Maciek z uśmiechem – Paralizatory. - Chyba nie chcesz… - zaczął Piotr, ale Maciek mu przerwał. - Zaufajcie mi. Zrobię wam jakiś kawał, oni się na mnie rzucą i wtedy zobaczycie. Udowodnię wam. - Stary, może to nie jest najlepszy pomysł… - powiedział Józef, ale było już za późno. Maciek wychylił się nagle do przodu, złapał Zofię i zaczął jej wpychać nóż do gardła. Jak wspomniano, były to bardzo giętkie sztućce, tak, że nie można było nimi wyrządzić nikomu krzywdy. Strażnicy jednak od razu zareagowali i szybkim krokiem ruszyli w stronę ich stołu. Zaczęli wyciągać pałki. - O, do licha – mruknął Maciek – Tylko nie pałki. Wyjmijcie paralizatory, durnie… - Pomogę ci ostatni raz – powiedział Józef, nachylając się do niego – Ale jeśli to bujda i będę miał przez ciebie kłopoty, to pożałujesz. - Dzięki, stary – Maciek się uśmiechnął – Znowu działamy razem. Strażnicy dobiegli już do Maćka i jeden z nich podniósł pałkę, żeby go uderzyć, lecz w tym momencie szpitalem szarpnął dziwny wstrząs. Pacjenci się poprzewracali, a z sufitu opadł kurz. W sali zgasło światło, wpuszczając tylko nikłe promienie słońca przez okna, tak, że panował półmrok. Natychmiast zapanował harmider – pacjentów ogarnęła panika. Biegali i wrzeszczeli, przekonani, że ich teorie się sprawdzają. Strażnicy zachwiali się, usiłując złapać równowagę. Józef wykorzystał okazję i skoczył między nich, wyrywając im pałki, zanim zdążyli się zorientować, co się dzieje. Gwałtownym ruchem wyrzucił je w tłum pacjentów, którzy w chaosie nawet tego nie zauważyli. Anna i Zofia, które jako jedyne oprócz ślepego Piotra nie uczestniczyły w walce ze strażnikami, spojrzały ze zdziwieniem na Henryka – tuż przez wstrząsem zamknął oczy, zaciskając mocno powieki, a im wydało się, że widzą fale, rozchodzące się z jego ciała na cały szpital. Po chwili otworzył oczy i obie nie były już pewne, czy im się to nie przywidziało. Henryk spojrzał na nie i powoli podniósł palec do ust. Tymczasem strażnicy zdążyli odzyskać równowagę. Józef już się cofnął, ustępując miejsca Maćkowi. Strażnicy zorientowali się, że nie mają już pałek, więc wyjęli paralizatory. Modląc się w duchu, żeby się udało, Maciek wyprężył się, czekając na atak. Jeden z atakujących przycisnął paralizator do jego piersi. Paralizator zamiast Maćka poraził trzymającego go strażnika, który wypuścił go z przerażeniem i cofnął się. Biedak w panice po prostu złapał go odwrotnie i poraził sam siebie. Kolejny strażnik również zaatakował paralizatorem, ale spanikował i upuścił go na ziemię, uszkadzając go - nie zauważył, że ze środka zaczęła wystawać metalowa część, więc gdy nacisnął przycisk, kładąc palec na metalu, również został porażony. Kolejny z atakujących nie chciał ryzykować – wyciągnął gaz obezwładniający i już miał go użyć, gdy Maciek wytrącił mu go z ręki. Rozległ się głośny huk i stara puszka pękła, uderzając o twardą podłogę – strumień gazu rozchodził się równolegle po całej sali. Wszyscy stali, kaszląc i krztusząc się, aż w końcu osunęli się na ziemię i stracili przytomność. Wreszcie zapanował spokój – wszyscy strażnicy i pacjenci zasnęli, w tym również członkowie Różnej Grupy. Wcześniej jednak cała Różna Grupa, oprócz Henryka, patrzyła z oniemiałymi minami na to, co się dzieje - w półmroku nie do końca wszystko widzieli, więc byli przekonani, że są świadkami niezwykłych zdolności Macieja. W tym również sam Maciej.
Parę godzin później kilku lekko oszołomionych strażników stało w gabinecie dyrektora szpitala. - Czy ktoś potrafi mi wytłumaczyć… Co tam się wydarzyło, do licha ciężkiego? – spytał dyrektor, z trudem panując nad gniewem. - Wygląda na to, dyrektorze, że nasz nowy sprzęt jest do niczego – powiedział ten, który był najbardziej przytomny. Reszta odczuwała jeszcze skutki porażenia prądem i gazu obezwładniającego. - To niemożliwe – stwierdził dyrektor – osobiście dopilnowałem, żeby sprzęt był wysokiej jakości. Był dokładnie przetestowany i nie wykryto żadnych usterek. - W takim razie nie potrafię tego wytłumaczyć – przyznał strażnik – Nie mam pojęcia, co się stało. W momencie zetknięcia paralizatora z ciałem agresywnego pacjenta doszło do tak silnego wyładowania elektrycznego, że światło wysiadło. Dwa paralizatory też nadają się już do wyrzucenia. Zniszczeniu uległa również jedna puszka z gazem. Dyrektor milczał, coraz bardziej czerwony na twarzy. Dyszał coraz głośniej, a na czole pojawił się pot. Był wyraźnie wściekły. - To nie była nasza wina, dyrektorze. Zostaliśmy przeszkoleni i doskonale wiemy, jak posługiwać się nowym sprzętem. - Więc czyja była to wina, jeśli wolno spytać? – spytał dyrektor uprzejmym tonem. Był już tak czerwony, że strażnik zaczął się obawiać, że coś mu się stanie. - Niech się pan nie denerwuje. Szybko wymienimy żarówki, zabezpieczymy i naprawimy kable w ścianach, a sprzętu mamy tyle, że nie odczujemy braku tych zepsutych egzemplarzy. - Powtarzam pytanie: czyja to była wina? – tym razem ton dyrektora nie był już tak uprzejmy. Strażnik wziął głęboki wdech, trzęsąc się ze strachu. - Prawdopodobnie to ten agresywny pacjent zniszczył sprzęt. Wszystko zepsuło się w kontakcie z nim. Kiedy złapał za puszkę z gazem, ta wybuchła. Myślę, że to jego wina. - Przesłuchajcie go. Macie to wyjaśnić. - Tak jest, proszę pana. Ale cała ta sytuacja była bardzo dziwna. Ten nagły wstrząs, wyłączenie światła, zniszczenie sprzętu… To mi nie wygląda na zbieg okoliczności. Ale jeden pacjent również nie mógł być przyczyną tego wszystkiego. - Rozumiem. Mimo to przesłuchajcie go. Może to wcale nie jego wina, ale musimy mieć pewność. Taka sytuacja nie może się powtórzyć. - Dobrze, dyrektorze. Zajmiemy się tym, jak tylko pacjent oprzytomnieje. Otrzymał silne porażenie prądem, był też bezpośrednio narażony na działanie gazu. - Kim był agresywny pacjent? - Maciej Mortyr. Jeden z członków Różnej Grupy. - Miarka się przebrała. Koniec ze wspólnymi obiadami. Rozdzielcie ich, każdy ma jeść oddzielnie. To oni są źródłem ostatnich problemów. - Tak jest, dyrektorze. Chciałem jednak zauważyć, że to nie była jego decyzja. To jego lekarz prowadzący sprowokował go do takiego działania. - Co takiego?! – tym razem dyrektor nie potrafił zapanować nad gniewem. Wstał, patrząc strażnikowi prosto w oczy. - Bo my… To znaczy… - No mówże wreszcie! - Pamięta pan, prosił nas pan o skombinowanie podsłuchu. Maciej ostatnio twierdził, że ma swoim kumplom coś bardzo ważnego do powiedzenia. Uznaliście, że musicie podsłuchać tą rozmowę. - A tak, pamiętam. No i co z tego wynikło? - Załatwiliśmy ten podsłuch. Jeden z lekarzy przypiął go Piotrowi tuż przed obiadem. Słyszeliśmy wszystko. Podobno lekarz prowadzący nagadał Maciejowi głupot o tym, że ma nadludzkie zdolności i pacjent chciał udowodnić, że to prawda. - Nie, no to się nie mieści w głowie… Zaraz zajmę się tym lekarzem. Pacjent nie zostanie ukarany, ale podtrzymuję polecenie rozdzielenia Różnej Grupy. Pozwalanie im na te spotkania to był eksperyment, który skończył się niepowodzeniem. Stan pacjentów uległ wyraźnej poprawie, ale teraz mamy z tego więcej kłopotów niż korzyści. Najwyższy czas to przerwać. - Rozumiem, dyrektorze. - I następnym razem zróbcie użytek z pałek. Paralizatory i gaz to ostateczność. - Dobrze. Chcieliśmy sprawdzić, jak nowy sprzęt sprawdzi się w prawdziwej akcji, poza tym dziwnym trafem podczas walki nasze pałki nagle gdzieś zniknęły… - Dajecie sobie wchodzić na głowę. To wy macie rządzić pacjentami, a nie na odwrót. To do was należy utrzymanie porządku w tym szpitalu. Macie coś wymyślić, bo ostatnio zbyt wiele się dzieje. Zwiększcie rygor, bądźcie bardziej czujni, cokolwiek. - Zrobimy, co w naszej mocy. Dziękujemy za wysłuchanie. Strażnicy obrócili się i wyszli. Dyrektor odczekał chwilę, aż ich kroki ucichną, a potem uniósł pięść i z całej siły walnął nią w biurko. Wszystko, co na nim stało, podskoczyło i pospadało na podłogę. Po chwili dyrektor uderzył też drugiej pięści, a potem biurko zaliczyło jeszcze kilka kopniaków. Był to porządnie wykonany mebel i dzięki temu nie ucierpiał. - Niech to jasny szlag trafi! – krzyczał dyrektor, zadając kolejne ciosy. Kiedy już wyładował swój gniew, usiadł, dysząc ciężko i rozmasowując obolałe pięści. - Co się tu dzieje? Jak ja mam nad tym zapanować? Ciągle jakieś bójki, sprzęt się psuje, pacjenci się panoszą… Teraz zapanuje tu porządek. Już ja się tym zajmę. I w dodatku jeden z nich się wygadał o o eksperymencie, jaki z nim przeprowadziliśmy. Nikt się nie może dowiedzieć, że ja też maczałem w tym palce. Dyrektor pozbierał rzeczy z podłogi i starannie ułożył je na biurku. Już nie był rozgniewany. Nacisnął odpowiedni przycisk i wezwał do gabinetu lekarza prowadzącego Różną Grupę.
Z uwagi na ostatnie wydarzenia wszystkie sesje pacjentów zostały przełożone na następny dzień. Piotr zastanawiał się nad tym, co się wczoraj wydarzyło – nic nie mógł zobaczyć, nikt mu niczego nie wyjaśnił, ale z tego, co usłyszał i co czuł wynikało, że Maćkowi udało się udowodnić swoje zdolności. Najpierw poczuł nagły wstrząs, potem wyczuł, że światło zgasło (jego oczy w pewnym stopniu reagowały na światło), słyszał histerię pacjentów, słyszał, że coś jest nie tak ze sprzętem strażników, a na koniec usłyszał huk i poczuł smród gazu, a następnie stracił przytomność i obudził się w swoim pokoju. A w międzyczasie ten dziwny dźwięk, jakby coś wielkiego z dużą szybkością przeleciało nad szpitalem... Na pewno wydarzyło się coś niezwykłego, nie wiedział tylko, co. W każdym razie nie miał teraz czasu, żeby się nad tym zastanawiać. Opiekun prowadził go właśnie na sesję z lekarzem. Kiedy stanęli przed drzwiami, opiekun zapukał. - Proszę wejść – dało się słyszeć z głębi pokoju. Piotr zmarszczył brwi; to nie był głos jego lekarza. Opiekun wprowadził go do środka, posadził na fotelu i wyszedł. - Witaj, Piotrze. Jak się dzisiaj miewasz? – spytał lekarz. - Kim pan jest? - Jestem twoim nowym lekarzem. Mam nadzieję, że nasza współpraca będzie owocna i wkrótce odnajdziemy przyczynę twoich ataków. - Co się stało z tamtym lekarzem? – spytał ze strachem Piotr. Zaczynał się domyślać, co się stało. - To nie jest istotne dla twojej kuracji. Chciałbym zacząć od… - Proszę mi powiedzieć, co się z nim stało – powtórzył łagodnie Piotr. Starał się, żeby w jego głosie nie było słychać gniewu, inaczej lekarz musiałby wezwać ochronę. - Został zwolniony. Nie wiem, dlaczego, jestem tu nowy. Rozumiem, że po tylu wspólnych spotkaniach odczuwasz jego brak, zdążyłeś się do niego przyzwyczaić, jednak… - Podsłuchali naszą rozmowę, świnie… - Nic o tym nie wiem, jak już mówiłem, jestem tu nowy. – Lekarz zanotował coś w notatniku – Czy mam rozumieć, że wierzysz, iż jakieś istoty otaczają cię i podsłuchują wszystko, co mówisz? Piotr uśmiechnął się z zażenowaniem. - Jestem zdrowy na umyśle, doktorze. Wiem, że wszyscy tutaj tak mówią, ale ja miałem na myśli lekarzy. Podsłuchali, o czym wczoraj rozmawialiśmy i zwolnili naszego lekarza. - Rozumiem. Czy to o tym chciałbyś dzisiaj porozmawiać? Piotr milczał przez chwilę, czując, że praca z tym lekarzem nie będzie należała do najprzyjemniejszych. Mimo to silił się na uprzejmy ton. - Nie, doktorze. Jak pan pewnie pamięta, mieliśmy zająć się moimi atakami. Więc może przestańmy marnować czas? - Próbuję dojść do źródła twoich problemów. Nawet jeśli jesteś zdrowy na umyśle, przyczyna prawdopodobnie tkwi w twojej psychice. Szczegółowe badania wykazały, że w twoim mózgu nie ma żadnych zmian, wygląda też na to, że jesteś całkowicie zdrowy psychicznie. Przyczyna musi być ukryta bardzo głęboko w twojej podświadomości. Musimy ją z ciebie wydobyć. - Nie słyszę strażnika – mruknął Piotr. Z uwagi na jego nieprzewidywalne ataki, podczas każdej sesji towarzyszył mu strażnik dla bezpieczeństwa lekarza. - Bo go tutaj nie ma. Jesteśmy sami. - Niezbyt to mądre z pana strony. Nie powiedzieli panu o charakterze moich ataków? - Och, doskonale wiem, na czym one polegają. Ale wiem też, że świadomie nikomu nie chciałbyś wyrządzić krzywdy. Dopiero, kiedy tracisz panowanie nad sobą, stajesz się niebezpieczny. Z tego, co wiem wynika, że ataki występują wówczas, gdy jesteś rozgniewany lub czujesz się zagrożony. Staram się więc stworzyć przyjazną, miła atmosferę, żebyś czuł się bezpieczny i nie miał powodów do zdenerwowania. - Zwolnienie mojego lekarza to już jest wystarczający powód do zdenerwowania – wycedził Piotr przez zęby. Był wyraźnie wkurzony. - Proszę, uspokój się. Ja nie mam z tym nic wspólnego i wyżycie się na mnie nic ci nie da. - Na kimś muszę się wyżyć, a pan jest najbliżej. - Wiem, że nie chcesz tego zrobić. Jesteś opanowanym, spokojnym człowiekiem, który akceptuje logiczne argumenty. - Nie zna mnie pan. – Mimo starań lekarza Piotr był coraz bardziej wściekły. - To prawda. Widzę cię pierwszy raz i nie znam cię. Ale chcę cię poznać. Chcę ci pomóc. Dlaczego zakładasz, że jestem gorszy od tamtego lekarza? - Tamten lekarz był otwarty na nasze sugestie. Nie był zamknięty w racjonalnym świecie medycyny, jak cała reszta. On potrafił patrzyć szerzej. - Ja też jestem otwarty na twoje sugestie. Wiem, że wszyscy lekarze zakładają, że to oni mają rację, a pacjenci mają robić, co im się każe. Próbują przerzucić na nich swój światopogląd. Ja taki nie jestem. Wysłucham dokładnie, co masz mi do powiedzenia, odpowiem na twoje pytania. Oczekuję tylko, że w zamian ty wysłuchasz mnie. Poprowadzimy logiczną rozmowę, taką jak lubisz. Nie zakładam z góry, że wszystko, w co wierzysz, to brednie. Przedstaw mi swoje argumenty, a ja ci przedstawię swoje. Piotr powoli się uspokajał. Podobało mu się takie nastawienie lekarza. Po krótkim milczeniu powiedział: - Nie wiem, co mam panu powiedzieć. Nie mam pojęcia, skąd się wzięły te ataki. Nie rozmawiajmy o moim dzieciństwie, bo było bardzo szczęśliwe. Do mojego późniejszego życia też nie ma się o co przyczepić. Nie miałem żadnych traumatycznych przeżyć. Poza tym jednym, kiedy mnie oślepiono. - I to chyba wtedy zaczęły się te ataki, prawda? - Tak, właściwie jakiś miesiąc później. - Z tego co pamiętam, użyto wobec ciebie jakiegoś środka chemicznego, tak? Ale z badań wynika, że ten środek pozbawił cię wzroku, jednak nie mógł wywołać żadnych zmian w twoim mózgu. Jak już wspominałem, z twoim mózgiem jest wszystko w porządku. Sytuacja wydaje się oczywista – miałeś szczęśliwe życie, pozbawione traumatycznych przeżyć i nagle takie nieszczęście cię spotkało. Pewnie czujesz złość na cały świat, nie podoba ci się, że zawsze starałeś się czynić dobro i taka kara na ciebie spadła? Mam rację? Piotr westchnął. - Wie pan, ja tu nie siedzę od dzisiaj. Słyszałem już takie teksty. Pogódź się z losem, żyj dalej. Pogodziłem się już dawno, jestem zadowolony z życia. Nie mam do was żalu, że mnie tu trzymacie; wiem, że stanowię niebezpieczeństwo. Nie mam wpływu na te ataki i nie mogę ich w żaden sposób powstrzymać. Chcieliście dobrze, ale chyba nic nie można więcej dla mnie zrobić. Lekarz zastanowił się chwilę. - Myślę, że jednak można. Skoro twój mózg jest zdrowy, to logiczny wniosek jest taki, że problem tkwi głęboko w twojej psychice. - Jest jeszcze jedna możliwość. Może niektórzy pacjenci mają rację i rzeczywiście ktoś grzebie w mojej głowie poprzez telepatię. Przez chwilę obaj mieli poważne miny, a potem parsknęli śmiechem. - Oczywiście żartujesz, prawda? Piotr jeszcze przez chwilę się śmiał, a potem przez moment miał minę, jakby się nad czymś zastanawiał. - Oczywiście… Doktorze – powiedział, lecz jego głos nie brzmiał całkowicie pewnie. Lekarz tego nie zauważył. - Dobrze, że podchodzisz do tego w ten sposób. Z humorem, a nie z grobową powagą. Pozytywne nastawienie jest bardzo ważne w terapii. - Miło mi to słyszeć. Lekarz przez chwilę się zastanawiał. - Jak wyglądają te ataki? Czy czujesz, jak nadchodzą? - Jak pan wie, to się zdarza zwykle przy silnych emocjach. Wtedy mogę się spodziewać, że niedługo nadejdzie atak. Oczywiście próbuję się uspokoić, ale nie zawsze mi się udaje. Czasem atak zaczyna się wcześniej i nic już nie mogę zrobić, dlatego opanowanie tego przed czasem naprawdę nie jest łatwe. Potem czuję zawroty głowy i tracę świadomość. Czasem zdarza się to też, kiedy nie czuję żadnych emocji. Staram się, żebym nie miał okazji do zdenerwowania, ale kiedy już nadejdzie atak, nie mam nad nim żadnej kontroli. - Rozumiem. Czy podczas ataków jesteś przytomny, to znaczy pamiętasz to wszystko, czy masz wtedy dziurę w pamięci? - Raczej to drugie. Rozpoczyna się atak i czuję, jakbym miał zaraz zasnąć. A potem nagle budzę się i widzę zniszczenia, jakich dokonałem. - Cóż… Wydaje mi się, że dopóki nie znajdziemy przyczyny tych ataków, musimy skupić się na zniwelowaniu ich skutków. Musisz nauczyć się je powstrzymywać i kontrolować. - Łatwo powiedzieć. Myśli pan, że nigdy nie próbowałem? Nie można tego powstrzymać. - Pamiętaj, że to ty masz rządzić swoim ciałem, a nie na odwrót. Warto spróbować, nie masz nic do stracenia, a wiele do zyskania. Znam parę ciekawych technik i mogę ci je pokazać. Kontrola oddechu i tym podobne rzeczy. Czas dobiegł końca, więc Piotr zaczął zbierać się do wyjścia. - Dziękuję, doktorze. Zrobię wszystko, żeby te ataki się skończyły. Nawiasem mówiąc – dodał z uśmiechem – zrobię to głównie po to, żeby się stąd wydostać, bo mam już dość tego miejsca. - Rozumiem, o co ci chodzi – zaśmiał się doktor – To dobra motywacja, prawda? - Oczywiście. Do widzenia. Drzwi się otworzyły i wszedł opiekun, który odprowadził Piotra do jego pokoju. Lekarz otarł pot z czoła i odetchnął z ulgą. „Chciałbym pomóc temu człowiekowi; jest zupełnie zdrowy na umyśle, a musi mieszkać z chorymi psychicznie ludźmi. Z pewnością nie odbija się to korzystnie na jego zdrowiu.” – pomyślał, wstając z krzesła - „Dzięki Bogu, tym razem nic się nie wydarzyło.” Powoli podszedł do kamery i wyłączył ją. - Słyszałem o tej Różnej Grupie. Podczas każdej sesji dochodzi do dziwnych zdarzeń, których lekarze w ogóle się nie spodziewają. Co za ulga, że tym razem był spokój. Lekarz miał nadzieję, że to zapowiedź zmian na lepsze. Szkoda, że się mylił.
Rozdział 5 Tajemnica Henryka
Henryk stał przy ścianie w swoim pokoju, zastanawiając się, czy dobrze postąpił. Pomógł swoim przyjaciołom, bo chciał się przekonać, czy to, co mówi Maciek, jest prawdą – i najwyraźniej tak było. Miał tylko nadzieję, że nikt nie zauważył jego wkładu w całe wydarzenie. Na razie nie chciał się zdradzać przed nikim, nawet przed Różną Grupą. Stał przy ścianie, wnikając coraz głębiej w swój własny umysł. Zwiedzał jego zakamarki, poszukując drzwi, które były przed nim zamknięte. Wciąż było ich jeszcze bardzo dużo. Uśmiechnął się w duchu, lecz ten uśmiech nie pojawił się na jego twarzy – zbyt dobrze umiał kontrolować własne ciało i jego odruchy nie stanowiły dla niego problemu. Miękka ściana nieco przeszkadzała, spowalniając cały proces, lecz nigdzie mu się nie spieszyło. Uderzanie pomagało mu łatwiej odkrywać tajemnice swojego mózgu. Gdzieś z oddali docierał do niego głos opiekuna. Już dawno przestał go słuchać, gdy okazało się, że nie ma nic ciekawego do powiedzenia. Zamknął się całkowicie i opanowała go głucha cisza. - Henryku, zauważyłeś, że zmieniłem ci pościel? – spytał opiekun, naiwnie wierząc, że do pacjenta cokolwiek dociera. Starał się być miły i miał nadzieję, że z czasem uda mu się odzyskać zaufanie, które tak szybko stracił – W tej będzie ci o wiele wygodniej. Opiekun wstał i podszedł cicho do Henryka. Położył mu rękę na ramieniu. Henryk wzdrygnął się nagle i głos opiekuna doszedł do niego z całą mocą. Był zły, ale nie dał tego po sobie poznać. Nigdy nie dawał po sobie niczego poznać. Jego złość potęgował fakt, że dzisiaj Różna Grupa jadła obiad osobno. W głębi ducha spodziewał się tego, ale fakt, że po raz pierwszy od dłuższego czasu nie mógł posłuchać ich rozmów i że częściowo jest tego przyczyną, wzbudzał w nim nerwy. Szybko stłumił w sobie to uczucie. Emocje już dawno przestały mieć dla niego znaczenie. - Henryku, opowiadałem ci może o mojej żonie? – spytał opiekun, mając nadzieję, że temat rodziny pozwoli mu nawiązać kontakt z Henrykiem – To wspaniała osoba. Mamy dwoje dzieci. Poznaliśmy się dawno temu, gdy byliśmy jeszcze nastolatkami. Chodziliśmy do jednej klasy. Henrykowi mimo starań nie udało się powstrzymać ciekawości. Był pewien, że opiekun celowo opowiada tą historię, widząc podobieństwa do jego miłości, przez którą tu trafił. Nadal miarowo uderzał głową w ścianę, lecz w tej chwili umysł miał otwarty – chłonął każde słowo opiekuna, który nie zauważył tej zmiany. Nie była ona widoczna na zewnątrz. - Podkochiwałem się w niej od dawna. Ona początkowo nie zwracała na mnie uwagi, więc zacząłem ubiegać się o jej względy. Przez głowę opiekuna przebiegł niewyraźny szmer. Zmarszczył brwi – wydawało mu się, że słyszy jakieś słowa. Brzmiały jak „W moim przypadku było dokładnie odwrotnie”. Spojrzał ze strachem na Henryka, ale po chwili się uspokoił – z pewnością się przesłyszał. - No i tak to się ciągnęło – kontynuował już mniej pewnym głosem – Ona znalazła sobie chłopaka, ja nadal byłem sam, ale nie dawałem za wygraną. I w końcu, po wielu latach, zostawiła go i wyszła za mnie. Tamten oczywiście nie był zadowolony, ale nie robił z tego problemu. Nasze dzieci mają odpowiednio 2 i 3 lata. Zastanawiamy się, czy chcemy mieć kolejne. Patrzył z uwagą na Henryka, ale nie zdradzał on żadnej reakcji. Powoli wypuścił powietrze z płuc – teraz był już pewien, że to, co się przed chwilą stało, to wytwór jego wyobraźni. Uśmiechnął się lekko. „Pobyt tutaj wyraźnie mi nie służy”, pomyślał. Henryk z kolei był zły na siebie. „Muszę się bardziej pilnować”, pomyślał. Opiekun spojrzał na zegarek. - Czas wziąć leki. Trafisz sam, czy mam cię zaprowadzić? Powtarzał ten tekst codziennie, mając nadzieję, że któregoś dnia Henryk sam z własnej woli gdzieś pójdzie. Ale jak zawsze musiał go prowadzić, częściowo na siłę, gdyż pacjent nie pałał chęcią wyjścia z pokoju. W drodze przez ciemny korytarz zauważył w oddali Maćka, którego prowadził strażnik. Najwyraźniej wracali właśnie do jego pokoju po zażyciu leków. Maciek sprawiał wrażenie lekko otumanionego. Spojrzał z uwagą na Henryka, jakby go nie poznawał. - Siemasz, stary! – zawołał wesoło i wyciągnął rękę do Henryka. Ten zatrzymał się, ale nawet na niego nie spojrzał. Maciek z szerokim uśmiechem na ustach złapał go za rękę i potrząsnął nią mocno. - Nie przywitasz się ze swoim kumplem? – zapytał i mrugnął porozumiewawczo. Po chwili puścił i strażnik poprowadził go dalej. Henryk zacisnął lekko dłoń, ale tak, żeby nie było tego widać – znajdowała się tam teraz sporych rozmiarów, zwinięta ciasno kartka, którą przekazał mu przed chwilą Maciek. Upewnił się, że opiekun nie patrzy na niego i wsunął kartkę do rękawa. Jak zwykle, do pielęgniarki wydającej leki ustawiona była długa kolejka. Niektórzy pacjenci chętnie je brali, innych trzeba było do tego zmuszać. Henryk należał do tej drugiej grupy – nie opierał się, ale nie wykazywał też chęci współpracy. Kiedy nadeszła jego kolej, jeden ze strażników przytrzymał go, a drugi rozwarł mu usta. Pielęgniarka wrzuciła mu do gardła parę tabletek i wlała trochę wody. Poczekała, aż pacjent przełknie i Henryk wrócił do swojego pokoju.
Wieczorem, gdy było już ciemno, Henryk cierpliwie czekał, aż opiekun pójdzie do domu. Kiedy to się wreszcie stało, położył się do łóżka. Kątem oka obserwował kamerę. Odwrócił się lekko na bok i wyciągnął z rękawa kartkę. Była duża, formatu A3. Zastanawiał się, co zrobić – było ciemno, ale gdyby przybliżył kartkę do oczu, kamera by to uchwyciła. Spuścił wzrok maksymalnie w dół, nie poruszając przy tym głową, tak że teraz widział wyraźnie swoje ręce rozciągnięte wzdłuż boków. Zawsze spał w tej samej pozycji, więc nie mógł jej teraz zmienić – nie chciał dawać lekarzom fałszywych nadziei, że coś się u niego zmieniło. Wygiął lekko dłoń, zasłaniając kartkę przed kamerą. Choć było mu bardzo niewygodnie, mógł teraz spojrzeć na to, co Maciek ma mu do przekazania. Ze zdziwieniem stwierdził, że kartka wydaje się pusta i że jest podarta. Powoli przejechał po niej palcami i zauważył coś jeszcze dziwniejszego – kartka nie była podarta, po prostu tekst został wyryty na niej. Dziury i rysy tworzyły koślawe litery. „Czym on to pisał, nożem, czy paznokciami?” – Zastanawiał się Henryk. Postanowił, że spyta go o to przy najbliższej okazji. Przekrzywił kartkę jeszcze bardziej, tak, żeby padało na nią nikłe światło księżyca. Rozwijał ją po kawałku, z uwagi na jej wymiary. Z wielkim trudem zdołał odczytać niewyraźne pismo. „Henryku, mamy plan. Uciekamy stąd. Moje zdolności pomogą nam się wydostać. Zrobimy to za tydzień. Każdy z Różnej Grupy bierze w tym udział. Nie zabieramy ze sobą innych pacjentów. Ciebie też chcemy wziąć – jesteś jedynym, który nam wierzy, a przy tym nie zachowuje się jak wariat. Wielu pacjentów nam wierzy, ale oni się nie liczą, to zwykli wariaci. Ty jesteś inny. Każdy z nas jest inny. Pozostali są inni od nas. Zofia mówiła, że ty też potrafisz coś niezwykłego, tak jak ja. Zastanów się, jak możesz nam pomóc – nie mamy zamiaru ciągnąć cię za sobą na siłę, tak jak twój opiekun. Musisz nam się przydać, bo nie będziemy przez ciebie ryzykować, że nam się nie uda. Spotkamy się jutro na spacerze, ty i ja. Z pozostałymi wszystko jest ustalone. Jesteśmy niezwykli, Henryku. Ty, ja i Józef razem zdobędziemy świat. Pozostali są zbędni, ale polubiłem ich, dlatego oni też idą. Przemyśl to dobrze i jutro daj odpowiedź.” Henryk zwinął kartkę i schował ją z powrotem do rękawa. Zamyślił się głęboko. Zastanawiał się, czy rzeczywiście chce stąd uciekać. Było mu tu dobrze. Na wolności będą musieli ciągle uważać, martwić się o jedzenie, będzie im zimno, będą musieli szukać schronienia. Ale z drugiej strony nie chciał się rozstawać z tymi, którzy okazali mu zrozumienie. Niewiele im o sobie powiedział, a oni nie nalegali. Z czasem wszystko im opowie, ale jeszcze nie był na to gotowy. Przypomniał sobie tekst z kartki. Maciek sprawiał wrażenie, jakby mu do reszty odbiło. „Razem zdobędziemy świat”… Henryk nie chciał rządzić światem. Jednocześnie wiedział, że tacy jak Józef i Maciek nie powinni nim rządzić. Miał nadzieję, że nie jest to możliwe – w końcu w jaki sposób dwójka pacjentów szpitala psychiatrycznego miałaby zdobyć władzę absolutną? Tyle, że to nie byli zwykli pacjenci. Jeden z nich posiadał zdolność niszczenia urządzeń elektrycznych, drugi wierzył, że jest nieśmiertelny i choć Henryk nie był pewny, czy mu wierzyć, wolał mieć się na baczności. Nie wiedział też, czy Maciek rzeczywiście coś potrafi - przy obiedzie postanowił mu trochę pomóc, powodując wstrząs i wyłączenie światła, żeby jego pokaz zrobił większe wrażenie. Nie widział wyraźnie, co się dzieje, ale najwyraźniej Maciej zepsuł dwa paralizatory właściwie nic nie robiąc. Uśmiechnął się w duchu – musi z nimi iść, żeby w razie czego ich powstrzymać przed tym, co planują. Będzie działał na dwa fronty - najpierw pomoże im uciec, a potem ich powstrzyma przed zbytnimi ambicjami. „Zastanów się, jak możesz nam pomóc"... Maciek się jeszcze zdziwi, jak bardzo Henryk może im pomóc. Podjąwszy decyzję po takich rozmyślaniach, zasnął. Śnił o tym, do czego dążył, o swoim celu, który przed nim postawił nierozważnie lekarz wiele lat temu. Może na wolności łatwiej go będzie osiągnąć. We śnie zagłębiał się coraz bardziej w swój umysł, zwiedzając rejony, które już znał i szukał tych, które wciąż stanowiły dla niego tajemnicę. Henryk wiele lat spędził w szpitalu z chorymi psychicznie ludźmi. Sam też nie sprawiał wrażenia całkiem normalnego. Ale on nie musiał wierzyć, że jego teorie są słuszne, bo miał na to wiele dowodów, których nikt nie zauważał. Drobne znaki, niewinne sztuczki, nie rzucające się w oczy. Miał nadzieję, że w Różnej Grupie są osoby podobne do niego.
Następnego dnia Henryk obudził się wcześniej niż zwykle. Wiedział o tym, bo nie potrzebował zegarka – zawsze dokładnie wiedział, która jest godzina. Potrafił skupiać się na wielu rzeczach jednocześnie – jedną z takich rzeczy było odliczanie kolejnych sekund. Leżał z zamkniętymi oczami, czekając, aż nadejdzie godzina, o której powinien się obudzić. Kamera była cały czas skierowana na niego i był pewien, że strażnicy uważnie go obserwują. Lubił lekarzy, którzy go leczyli. Współczuł im, gdy patrzył, jak robią wszystko, żeby mu pomóc. Ale jemu nie można było już pomóc. Uporał się ze swoim dawnym problemem i teraz miał cel, którego nie mógł przerwać. Stan przypominający katatonię był tego ubocznym efektem. Wiedział, że każdy, nawet najdrobniejszy gest, inny niż wszystkie te, które wykonywał codziennie, wzbudzi entuzjazm lekarzy i rozbudzi w nich fałszywe nadzieje. Nie chciał, żeby cieszyli się na próżno i podejmowali kolejne działania, które nie przyniosą żadnych rezultatów. W myślach odliczał kolejne sekundy, które dłużyły mu się niemiłosiernie. Musiał leżeć nieruchomo, a do tego nie był przyzwyczajony, bo zwykle budzili go strażnicy i od razu podnosili go na nogi, a tym razem obudził się sam. Nie po to jednak tak długo ćwiczył samokontrolę, żeby teraz poddać się emocjom. W końcu nadeszła godzina, o której przyszli strażnicy. Henryk otworzył oczy i wstał, a potem podszedł do ściany. Obserwujący go przez kamerę strażnik westchnął z rezygnacją – przez chwilę mu się wydawało, że pacjent już wcześniej się obudził. Około 13:00 przyszedł opiekun, żeby zabrać Henryka na zewnątrz. Zauważył, że jego pacjent lekko drży. - Wszystko w porządku? – zapytał, trochę zdziwiony. Henryk drgnął nagle, jakby się wystraszył; widać było, że jest podekscytowany, choć z całych sił starał się to ukryć. – Nie udawaj, widzę, że coś się dzieje. Może wreszcie się do mnie odezwiesz? Henryk spojrzał na niego kątem oka, ale opiekun tego nie zauważył; Henryk miał bardzo dobre pole widzenia, więc nie musiał patrzeć na wprost, żeby coś widzieć. Na twarzy opiekuna widać było szczerą troskę. Był dobrym człowiekiem, altruistą, który chciał pomagać innym. Henrykowi zrobiło się go żal, ale nic nie mógł zrobić. Nie chciał zmarnować okazji na ucieczkę. Gdy stanęli przed wielkimi, ciężkimi drzwiami, spowijał ich mrok. Nieduże, brudne okna przepuszczały niewiele światła. Gdy drzwi otworzyły się ze skrzypieniem, nagle oślepiła ich jasność. Zobaczyli pokaźnych rozmiarów plac porośnięty trawą i drzewami, a na nim roześmianych, obojętnych lub ponurych pacjentów. Jak zwykle, kiedy patrzył na nich wszystkich, poczuł współczucie. Miał ochotę powiedzieć im, żeby robili to, co on, a wtedy wyzdrowieją. Uśmiechnął się jednak drwiąco w duchu – takie gadanie nie brzmiałoby lepiej niż to, co oni wszyscy codziennie wygadują. Choć bardzo chciał, nic nie mógł dla nich zrobić. A przynajmniej jeszcze nie teraz.
Patrząc nieruchomo przed siebie, prowadzony przez opiekuna, czując na sobie wzrok nadzorujących wszystko strażników i robiących notatki lekarzy, szukał Maćka. Dostrzegł go na skraju pola widzenia i zacisnął szczęki ze złości – Maciek nie potrafił być tak dyskretny, jak on. Machał do niego ręką i wrzeszczał coś, lecz pośród panującego hałasu nie można było go zrozumieć. Henryk udał, że go nie widzi i skierował się w stronę najbliższego drzewa. Opiekun przytrzymał go, sądząc, że pacjent zamierza zacząć walić w nie głową. To była wyjątkowa sytuacja i Henryk postanowił raz jeden zaryzykować; nie miał innego wyjścia. Choć opiekun był dobrym i oddanym człowiekiem, nie można było go wtajemniczać; z pewnością zaraz doniósłby o wszystkim lekarzom. Po raz pierwszy od wielu lat spojrzał na niego i otworzył usta. - Chciałbym zostać przez chwilę sam – wymamrotał cicho. Opiekun spojrzał na niego i wytrzeszczył oczy. - Czy… Czy ty coś mówiłeś? – zapytał z niedowierzaniem. - Chcę na chwilę zostać sam. Nie bój się, nie zacznę walić głową o drzewo. Opiekun nie mógł uwierzyć w to, co się dzieje. - A więc nagle postanowiłeś się odezwać? Może więc pogadamy, zanim znowu zamilkniesz? - Proszę cię… Zostaw mnie na moment samego. Opiekun przypatrywał mu się przez chwilę, zastanawiając się, co powinien zrobić. W końcu puścił go i podszedł do grupki strażników. - Miejcie go na oku – powiedział cicho, a strażnicy skinęli głowami. Henryk podszedł powoli do drzewa, ale nie uderzał w nie głową, tylko kiwał się parę centymetrów od niego. Inaczej pewnie zaraz zostałby odciągnięty, żeby nie rozwalić sobie czoła o twardą korę. Miał nadzieję, że Maciek wykaże się odrobiną inteligencji. Kątem oka dostrzegł, że na szczęście tak właśnie było – Maciek nie podszedł wprost do niego, tylko oparł się o drzewo z drugiej strony. Nie wyglądało to podejrzanie, bo wokół było tylu pacjentów, że wyglądało to na przypadek. - Czytałeś? – spytał cicho Maciek, oglądając swoje buty. - Czytałem – odpowiedział Henryk, prawie nie otwierając ust. - I co o tym myślisz? - Wchodzę w to. - Mów głośniej, nie słyszę cię. - Uciekamy za tydzień, tak? - Jeśli wszystko się uda. Wymyśliłeś, jak możesz się przydać? - Wymyślę coś po drodze. Uwierz mi, nie zawiodę was. Maciek przez chwilę milczał. To był drugi raz, kiedy Henryk powiedział coś o sobie. Zastanawiał się, co taki nieruchliwy cherlak może zrobić, żeby pomóc im w ucieczce – nie wiedział o jego zdolnościach. Nie chciał jednak uciekać bez niego; wraz z pozostałymi postanowili, że bez względu na wszystko ucieknie cała Różna Grupa. - Ucieka ktoś spoza Grupy? – spytał Henryk. - Nie, tylko my. Nikt inny nie jest godny zaufania. Tylko by nam przeszkadzali. Nasza Grupa to dobry zestaw w miarę przytomnych umysłów, z których każdy może się do czegoś przydać. Każdy odegra swoją rolę. Inni pacjenci tylko narobiliby hałasu, wrzeszcząc, że jesteśmy opętani, czy coś w tym rodzaju. Wiesz, co wczoraj jeden z pacjentów mi powiedział? „Skoczkowie podczas skoków narciarskich powinni wstrzymać powietrze, bo jak wydychają, to ich odpycha do tyłu i przed skokiem powinni się nawdychać helu i powinni mieć otwarte usta, bo wtedy wiatr nie hamuje ich, tylko wpada w jamę ustną i to działa jak balon, unosi go do góry.” Tak wygląda rozmowa z większością z nich. Henryk zastanawiał się, co Maciek ma na myśli, mówiąc: „Każdy odegra swoją rolę”. Nie było…