fantastyka · 7 godz. 15 min czytania
Więzienie iluzji - część 2
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
CZĘŚĆ TRZECIA
UJAWNIENIE
"Cóż za wspaniałe miejsce!", na początku myśleli, lecz rzeczywistość rzadko odpowiada wymogom. Będzie coraz gorzej, więc teraz chętnie by klęli, jeszcze pożałują ucieczki za wspólną zgodą. Kryjówka skryła ich przed światem i nie wypuści, a kto to wie, co jeszcze się wraz z nimi ukrywa? Czy to prawda, czy ich umysły to są oszuści? Pewnego dnia spadnie gruba iluzji pokrywa, woleliby zakryć ją z powrotem, lecz za późno. Zmierzą się z wrogami, prawdziwymi, czy w ich głowach? Zwyciężą, czy ta walka odbędzie się na próżno? Odpowiedzi poznacie wkrótce, w najbliższych słowach.
Rozdział 1 Pierwszy atak
Po kolejnych dniach nudy wreszcie coś się zaczęło dziać – pewnego ranka z jednego pokoju – małego składziku pod schodami – dał się słyszeć głośny wrzask. Często sypiał tam Józef z powodu niewygodnych warunków – na podłodze walały się śrubki i nakrętki, na których leżał. Wbijały mu się w skórę, co było dla niego dodatkowym treningiem. Jego wrzask sugerował jednak, że tym razem coś poszło nie po jego myśli. Pozostali jedli właśnie śniadanie w kuchni i przyzwyczaili się, że Józef wstawał zawsze nieco później. Pierwszy na krzyk zareagował Piotr – po pierwsze dlatego, że miał najlepszy kontakt z rzeczywistym światem, który pozostałych coraz mniej obchodził. Poza tym z powodu ślepoty miał najbardziej czuły słuch. Poderwał się z krzesła i po omacku dotarł do schowka. Maciek z ciekawości poszedł za nim, przerywając stawianie wiadra z wodą nad drzwiami. Na miejscu okazało się, że Józef musiał niechcący zablokować otwór jakimś pudłem – wejście tam było bardzo małe, więc trzeba tam było wchodzić na klęczkach. Słyszeli tylko, jak w panice obija się o ściany, wywalając kolejne kartony i bełkocząc coś niezrozumiale. Brzmiało to tak, jakby próbował przed czymś uciec. - Józef! Otwieraj! To znaczy, co ja gadam… Odsuń to pudło! - wrzeszczał Piotr. Próbował popchnąć karton, ale najwyraźniej z tamtej strony coś go blokowało. Nie dało się go też wyciągnąć na korytarz, więc pudło nie ruszało się z miejsca. Nagle usłyszeli ostatni trzask, potem odgłos upadającego ciała i hałas ucichł. Piotr znowu zaczął walić w karton, ale Józef najwyraźniej blokował go swoim ciałem, tarasując przejście. - Stary, słyszysz mnie? Co się stało? Nie żyjesz? Lepiej żyj, bo nikt nie będzie cię sprzątał! Poza tym jesteśmy tu zamknięci i jak zaczniesz gnić, to nie mam zamiaru cię wąchać, jasne? Kpił sobie z niego, bo jego zdaniem Józef zwariował do reszty i miał zwidy. Kolega mu jednak nie odpowiedział, choć po jego stronie słychać było dziwne bulgowanie… - Kurde, ten debil chyba naprawdę coś sobie zrobił – mruknął z niepokojem Piotr. W głębi ducha czuł lekką ulgę, bo już od dłuższego czasu bał się, że choroba Józefa weźmie nad nim górę i w końcu coś im zrobi, więc jeśli coś go zabiło, to ucieszyłby się z tego. Ale z drugiej strony nie wiedział, co się stało i czy coś rzeczywiście nie zaatakowało Józefa, bo wtedy to coś stanowiłoby też zagrożenie dla pozostałych. Był prawie pewien, że tamten załatwił się sam w przypływie szaleństwa, ale musiał mieć pewność. Przypomniał sobie o obecności Maćka i kazał mu przynieść nóż. Maciek natychmiast pobiegł do kuchni i przyniósł łyżkę. - Nie zaczynaj znowu, nie mamy czasu na twoje żarty! Sam sobie wezmę… Ruszył po omacku do kuchni, pamiętając drogę. Wymacał szufladę, wyjął nóż i wrócił na miejsce zdarzenia. Zajęło mu to rekordowo mało czasu, ale kilka razy wpadał na ścianę i potykał się na nierównej podłodze. Spieszył się nie, żeby pomóc Józefowi, tylko żeby sprawdzić, czy coś im nie zagraża, zanim ucieknie. Podszedł do pudła, które oddzielało go od potencjalnego napastnika. Przyłożył do niego ucho – bulgotanie nadal było słychać, ale już nieco ciszej. Wymacał środek pudła i już miał go wbić, lecz nagle wyczuł coś dziwnego – ktoś na niego patrzył, ale nie był to przyjacielski wzrok. - Coś nie tak, Maciek? - spytał Piotr, nie mogąc już znieść jego pożądliwego wzroku. Jednak wzrok Maćka nie był skierowany dokładnie na Piotra, tylko na nóż, który ten trzymał w ręce. Maciek się wahał – miał wielką ochotę nastraszyć Piotra, lecz bał się, że sytuacja wymknie się spod kontroli i niechcący coś sobie zrobią. W końcu nie wytrzymał. Gdy Piotr przestał się nim interesować, wyciągnął rękę i wyrwał mu nóż. - Słuchaj, stary, nie mamy czasu! To coś nam zaraz zwieje, a potem może nam zrobić to, co Józefowi… - Dręczy cię kilka niepewności, co? Nie wiesz, co zrobię. Nie wiesz, jak się zachować. Nie wiesz też, czy Józef udaje, a jeśli nie, to czy załatwił się sam, czy coś mu w tym pomogło. Nie wiesz, czy to coś jest groźne tylko dla niego, czy dla nas wszystkich. Jak jak kocham takie sytuacje! Ciekawe, co teraz zrobisz… Piotr zamierzył się i z całej siły walnął Maćka prosto w nos. Zlokalizował go po głosie. - Nie będę się z tobą dłużej męczył, ty wkurzający gnojku! Za wiele sobie pozwalasz i zaczynam mieć już tego dosyć! Maciek się wkurzył i rzucił się z nożem na Piotra, ale ten w ostatniej chwili się odsunął. Maciek wpadł z impetem na kartonowe pudło, tarasujące drogę do Józefa. Ostrze przebiło karton na wylot, a ciało Maćka pogłębiło rozdarcie, wobec czego wpadł do środka. To samo stało się z drugą ścianą pudła. Z głębi magazynu rozległo się głośne łupnięcie, a potem przerażony wrzask. Piotr natychmiast wczołgał się do środka. Nie mógł zobaczyć tego, co Maciek, kulący się ze strachu, ale uderzył go silny odór zgnilizny. Pośrodku niedużego schowka, w którym przy ścianach stało kilka pustych pudeł, leżał nieprzytomny Józef. Na jego brzuchu leżało coś brązowego i owalnego. Przypominało nieco otyłą płaszczkę. Było błyszczące i niezbyt duże. Najdziwniejszy był jednak fakt, że to coś pełzło powoli w stronę twarzy Józefa, wydając przy tym bulgotliwe dźwięki. Nie miało żadnej głowy ani odnóży, było tylko obrzydliwą, rozedrganą kupą mięsa, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Po bliższym przyjrzeniu było widać kilka małych otworów po bokach istoty. Wyglądały, jak dziury po rurach, do których istota była kiedyś podłączona, ale się uwolniła. - Co to jest, Maciek? Co go zaatakowało? - pytał Piotr – Tylko nie mów, że to jakiś duch? One chyba tak nie śmierdzą… Chociaż wszystko się niby zgadza; stary, opuszczony dom, kilkoro ludzi zostaje w nim uwięzionych… Typowy schemat dla historii o duchach. Czytałem mnóstwo takich powieści w szpitalu, gdy jeszcze tam byliśmy – powiedział Piotr. - T-to n-nie d-d-duchy – wyjąkał przerażony Maciek – T-to j-j-jakiś dziw-ny r-r-rob-bal… Piotr podszedł powoli do Józefa. Stworzenie nagle zatrzymało się i odwróciło w jego stronę. Prawie na pewno można było tak stwierdzić, bo tą część, która wcześniej była zwrócona w stronę twarzy Józefa, skierowało w stronę Piotra. Trudno było jednak stwierdzić, gdzie był przód, a gdzie tył, a nawet dół i góra. Dziwna istota nagle zapiszczała cicho i ruszyła szybkim tempem w stronę Piotra, wspinając mu się po spodniach. Jej powierzchnia była dość lepka i przykleiła się do jego skóry. Piotr poczuł mocny ból, jakby istota użyła jakiegoś żrącego kwasu i natychmiast zerwał ją rękami z twarzy, upadając na podłogę. Potwór znowu wydał z siebie cichy pisk, jakby z bólu, gdy palce Piotra ścisnęły mocno jego miękką powierzchnię. Najwyraźniej był dość delikatny. Piotr rzucił go z obrzydzeniem na ziemię. To coś uderzyło z plaskiem o drewnianą podłogę i zapiszczało jeszcze głośniej; deski były nierówne, a ich krawędzie dość ostre. Istota doznała lekkich obrażeń – była lekko podrapana, a z ran sączył się powoli przezroczysty płyn. Choć nie wyglądało to na nic poważnego, stworzenie wiło się z bólu. Zebrało resztki sił i wskoczyło w małą szczelinę w ścianie. - Co to… do diabła… było? - wyszeptał Piotr – Miałem rację, nie jesteśmy sami w tym domu, a oprócz tego, że jesteśmy w domu, to jesteśmy też w niebezpieczeństwie. To nie przypadek, że nie możemy otworzyć wejściowych drzwi… Wygląda na to, że z jednego więzienia uciekliśmy do drugiego! To coś nas kontroluje i śledzi każdy nasz krok… Jakiś dziwny, nieznany gatunek… „A może”, pomyślał z przerażeniem, „Anna ma częściowo rację? Może to kosmici? W każdym razie nie dowiemy się, jeśli nie spróbujemy otworzyć chociaż tych drugich, szepczących drzwi!” Wybiegł na korytarz i ruszył pędem do tajemniczego pomieszczenia. Był tu już nieraz i za każdym razem dostawał mętliku w głowie. Zaczynało mu się wtedy kłębić mnóstwo myśli, które na pewno nie należały do niego. Tym razem złapał się za głowę, czując, że zaraz pęknie. Słyszał masę szeptów, z których nie mógł nic zrozumieć, a było ich tak dużo, że jego twarz wykrzywił grymas bólu. Nagle przez wśród szeptów usłyszał jeden znacznie głośniejszy, którego słowa brzmiały bardzo wyraźnie. - Mój gniew moją siłą… Wyzwolenie czeka... Zataczając się odszedł od nich najszybciej, jak tylko mógł, uważając, żeby jego ślepota nie utrudniła mu drogi – nie chciał tu upaść, bo miał przeczucie, że nie dałby rady się z powrotem podnieść. Oparł się o ścianę i poczuł się lepiej – jego umysł się rozjaśniał. - Cokolwiek siedzi za tą klapą w podłodze… Jest coraz silniejsze. Miał wrażenie, jakby coś wchodziło mu do głowy, próbując poznać jego sekrety. Jednocześnie zdał sobie sprawę, że z upływem czasu coraz bardziej czuje na sobie czyjś wzrok i nie należał on do nikogo z Różnej Grupy. Najwyraźniej coś ich obserwowało i rzeczywiście przybierało na sile. Odczekał chwilę, aż jego oddech się uspokoi i aż dziwne myśli całkowicie opuszczą jego umysł. Jeszcze parę tygodni wcześniej, gdy podchodził do tej klapy, pojawiały się tylko pojedyncze myśli, które Zofia przetłumaczyła jako mówiące o zbawieniu i odwiecznym pragnieniu wolności. Próbowały ją też nakłonić, żeby podeszła bliżej, ale oparła się temu. Prawdopodobnie jej umysł był jako jedyny podatny na zrozumienie sensu tych szeptów – Piotr zawsze uważał, że jej rozmowy z przedmiotami to bzdury, ale widocznie jednak przydało się to. Teraz jednak Piotr też zrozumiał jedno zdanie. „Wyzwolenie czeka”… Jakie wyzwolenie? Czego? Poza tym teraz szeptów było znacznie więcej niż kiedyś. Plątanina różnych niezrozumiałych myśli, wciskająca mu się na siłę do głowy, powodowała silny ból. Próbował walczyć z tym zjawiskiem, ale bezskutecznie. Nie wiedział, czy to coś, chowające się za drzwiami, teraz broniło się przed jego atakiem, choć wcześniej chciało ich przyciągnąć? Bał się, że wkrótce te myśli przejmą kontrolę nad jego ciałem i zostanie przez nie opanowany, kierowany ku celowi, którego nie rozumie, a postawionemu przez kogoś innego. Ze strachu, że może stracić kontrolę nad swoim ciałem, uciekł z powrotem do magazynu, gdzie nadal byli Maciek i Józef, który nie odzyskał jeszcze przytomności. - Maciek, chodź, myślę, że jesteśmy w niebezpieczeństwie… - A co z Józefem? - Zostawmy go tu – mruknął Piotr, mając nadzieję, że kolega nigdy się nie ocknie. Jego zdaniem był martwy, ale nie miał zamiaru tego sprawdzać. Gdy wychodzili, usłyszeli za sobą cichy jęk. Zatrzymali się raptownie. Piotr zaklął cicho, domyślając się, co to było. Nie mylił się; Józef gramolił się powoli z podłogi. - Józef! Jak ja się cieszę, że nic ci nie jest! Bałem się, że coś ci się stało – wykrzyczał Piotr. - I dlatego chciałeś mnie tu zostawić? Piotr zmieszał się; myślał, że ofiara tego nie usłyszała. Zdziwiło go też, że mówi już znacznie wyraźniej, choć teraz był jeszcze bardziej roztrzęsiony. - Coś ci się zdawało… Przyszedłem cię ratować i zdążyłem w ostatniej chwili, bo jakiś dziwny robal chciał cię właśnie wykończyć… - Nie tutaj – mruknął Józef, rozglądając się uważnie po ścianach – W każdej chwili mogą wrócić… - A więc jest ich więcej? - wystraszył się Piotr. Spodziewał się, że ten stwór nie jest jedynym, który mieszka z nimi w tym domu i teraz miał potwierdzenie. Józef wstał i ruszył powoli do przodu. Nogi tak mu dygotały, że z trudem utrzymywał równowagę. Piotr wyszeptał do Maćka, że być może przez Józefa teraz zaatakuje ich banda pełzaków, na co Maciek zażartował też szeptem: - To przez ciebie, Józef, a więc jesteś prześcieradłem! Powiedział to jednak szeptem do Piotra, na co ten mimowolnie się uśmiechnął. Na szczęście Józef tego nie usłyszał. Poszli za nim do kuchni, gdzie nadal siedzieli Zofia, Anna i Heniek. Nawet nie zauważyli, że ktoś wszedł, tak byli pochłonięci swoimi sprawami. Józef opadł ciężko na najbliższe krzesło, które o mało się pod nim nie zarwało. Ten pokój był znacznie lepiej oświetlony, niż mroczny magazyn; w jedną ze ścian wstawione było kilka okien, które co ciekawe były tak czyste, jakby ktoś przed chwilą je umył. W świetle dnia można było zauważyć, jak bardzo Józef i Maciek są zszokowani. Obaj zawsze czuli się bezkarni, a teraz znaleźli się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Nigdy też nie sądzili, że może ich spotkać coś takiego – a teraz nagle zobaczyli tajemniczego stwora, kryjącego się w ścianie. Przyczyniła się też do tego historia z drzwiami – jednymi i drugimi. Zawsze wierzyli, że świetnie sobie radzą w każdej sytuacji. Teraz nie mieli pojęcia, co zrobić, aby przetrwać. Wszystko to odmalowało się w twarzach tych dwóch nienawidzących się ludzi w postaci przerażenia. Józef nienawidził Maćka za jego idiotyczne dowcipy, które mogą pokrzyżować jego plany i za jego zbytnią pewność siebie. Maciek odwzajemniał to uczucie, ponieważ Józef wielokrotnie groził mu śmiercią. Strach przed jego gniewem powodował, że bał się wypróbowywać na nim swoje pomysły. Józef też czuł lęk w stosunku do Maćka; bał się, że zginie w nocy w jakiś niesamowicie śmieszny sposób, a jeszcze nie był nieśmiertelny. Trzymał go na dystans swoimi groźbami, ale czuł, że jego inwencja może mu się kiedyś przydać do obrony. Zwłaszcza teraz, gdy stanęło przed nimi nowe zagrożenie. Gdy wszyscy byli już zebrani w kuchni, Piotr rzekł: - Posłuchajcie mnie wszyscy. Anno, Zofio i Heńku, wy też. Grozi nam podwójne niebezpieczeństwo. Jedno ze strony tajemniczych metalowych drzwi, za którymi kryje się istota lub więcej istot obdarzonych zdolnością telepatii. Wygląda na to, że powoli rośnie w siłę. Możliwe, że teraz nas obserwuje i podsłuchuje, ale musimy wreszcie to obgadać. Obawiam się, że wkrótce może sobie nas podporządkować do własnych celów. Nie wiem, czego chce, ale to pewnie ona jest odpowiedzialna za to, że nie możemy się wydostać z tej rudery. - Jak na ruderę to wygląda bardzo ładnie – powiedziała Zofia. - To złudzenie. Już dawno przecież zauważyliśmy, że czasami widać, jak to wygląda naprawdę. - I już nie sądzisz, że to wszystko to objawy naszych chorób? - Już nie. Zbyt wiele świadczy przeciwko temu. Zwłaszcza dzisiejsza przygoda Józefa. - Jaka przygoda? - zainteresowała się Zofia, dla której słowo „przygoda” to była zapowiedź czegoś radosnego. - Zaraz do tego dojdę. W każdym razie ta istota więzi nas i najwyraźniej ma wobec nas jakieś plany. Moim zdaniem chce nas uczynić swoimi marionetkami, a może po prostu chce nas zabić, ale jeszcze nie jest dość silna. Wkrótce się tego pewnie dowiemy. To tylko kwestia czasu. Drugie zagrożenie dało o sobie znać dzisiaj. Coś dziwnego zaatakowało naszego kolegę w magazynie. Józef, powiedz nam, co się stało. Józef przez chwilę patrzył tępo przed siebie i nagle zdał sobie sprawę, że Piotr mówi do niego. - Eee. Tego… - próbował zebrać myśli, ale nagle wybuchnął – Powiem wtedy, kiedy ja będę chciał! Nie będziesz mnie do niczego zmuszał! Piotr usiadł zrezygnowany pod śnieżnobiałą ścianą. - Stary, nikt cię do niczego nie zmusza. To była prośba, propozycja, a nie rozkaz. Jak nie chcesz, to nie mów. - Spałem se spokojnie w magazynie, jak to zwykle bywa, no bo właśnie ja tam lubię spać. Miałem fajny sen, jak to sobie żyję za jakieś pięćset lat i nagle coś mnie obudziło. Wkurzyłem się, bo chciałem jeszcze trochę pospać i poczułem obrzydliwy smród. Potem usłyszałem jakieś bulgotanie po lewej. Odwróciłem się tam i zerwałem na nogi. Przede mną stała, leżała, siedziała, trudno powiedzieć, banda jakichś obleśnych śmierdzieli. Nie wiem, co to było, wyglądały jak nerki lub wątroby jakiegoś zwierzaka, chyba psa, tylko że to świństwo się ruszało. Najpierw pomyślałem, że to jakieś robale je zżerają od środka, ale to coś zaczęło pełznąć do mnie! Było tego ze dwadzieścia sztuk. Wylazły chyba ze ściany. Były małe, brązowe, oblepione jakimś śluzem i paskudne. Walnąłem głową w sufit, no bo tam dość nisko jest, no i trochę mnie zamroczyło. Mój łeb jest już na szczęście do tego przyzwyczajony, więc szybko oprzytomniałem. Bałem się je zdeptać, żeby się nie zarazić jakimś syfem, a jechały równo zgnilizną. Spanikowałem i zacząłem w nie rzucać pudłami. Kilka uciekło, ale pozostałe przyśpieszyły. Już miały się na mnie rzucić, ale odskoczyłem do tyłu, ale oczywiście tam jakaś metalowa rura była i się o nią potknąłem. Wyrżnąłem się na glebę i straciłem przytomność. Usłyszałem jeszcze, ja ktoś się zaczyna dobijać, ale ja, jak się cofałem, to niechcący chyba dopchnąłem jakieś duże pudło do wejścia i je zablokowałem. Zdążyłem jeszcze zobaczyć, jak te kurduple zwiewają z powrotem do tej dziury w ścianie, ale jeden był kozak i nie uciekł. Pewnie pomyślał, że już za późno, żeby się wycofać i chciał mnie chyba dobić. Może chciał się popisać odwagą przed kumplami, kto go tam wie. Tamte tchórze zwiały, jak Piotr zaczął się wydzierać, żeby go wpuścić. Ale ja leżałem na podłodze i dalej to już nie wiem, co się działo. Jestem pewien, że te gnoje chciały mnie wykończyć, tchórzliwe dranie, bo byłem sam, a wy sobie siedzieliście razem w kuchni. Gdy Józef skończył opowiadać, przez chwilę panowała grobowa cisza. Nawet Heniek znieruchomiał, zaciekawiony tą historią. Józef jeszcze nigdy nie powiedział tak wiele naraz. Zwykle jego wypowiedzi ograniczały się do krótkich rozkazów lub gróźb, a w czasie pobytu w szpitalu również do jednozdaniowej wymiany poglądów z Henrykiem. - O żesz w mordę, ale mi w gardle zaschło! Może mi ktoś nalać kranówy? Piotr już zaczął się gramolić w stronę kranu, gdyż zwykle to on spełniał takie polecenia, lecz opadł z powrotem, gdy usłyszał szuranie odsuwanego krzesła. To był Maciek. Wyjął z szafki, w której nie było nawet grama kurzu błyszczący kubek i podszedł do lśniącego kranu, żeby nalać świeżej wody. Dawniej w takiej sytuacji nasypałby tam soli lub pieprzu. W czasach swojej świetności dosypywał nawet szpilek do herbaty, jeśli kubek był ciemny, ale jak dotąd wszyscy to na szczęście przeżyli. Teraz jednak nie zrobił nic głupiego, po prostu nalał wody i podał Józefowi z ponurą miną. Był on bardzo staromodny, metalowy, jeden z takich, jakich używało się w latach 50-tych dwudziestego wieku. Dziś się już takich nie produkuje. Zresztą cały dom był utrzymany w staromodnym stylu. W dodatku wyglądał trochę jak sceneria do filmu lub przedstawienia teatralnego – wszystko wyglądało jak specjalnie przygotowane rekwizyty i miało jakąś dozę sztuczności, ale trudno to było wychwycić. Również meble były godne uznania za antyki. Maciek miał bardzo przygnębioną minę. Jego wredny, wieczny uśmieszek i złośliwy chichot gdzieś zniknęły. Miał zaciśniętą szczękę, a z jego oczu biło dziwne otępienie, które zastąpiło rozbiegany wzrok. A może to było przerażenie i rezygnacja? Dawniej wszędzie go było pełno. Jeszcze poprzedniego dnia biegał po całym domu, kombinując, który dywan nie jest jeszcze zagięty i na których drzwiach nie czeka na nieuważnego przechodnia naczynie z wodą. Nikt nie zwracał na to uwagi – Annie, Zofii i Heńkowi było wszystko jedno, co się dzieje dookoła nich, a Józef ograniczał się do ciągłych gróźb, sądząc, podobnie jak Piotr, że ten dowcipniś może im się przydać w razie niebezpieczeństwa, co już nieraz udowadniał. I to na dwa sposoby – albo wymyśli, jak wyeliminować zagrożenie za pomocą swojej bogatej wyobraźni, albo w najgorszym razie wystawią go jako pierwszego do zabicia, co dałoby im czas na ucieczkę. Maciek był więc dla nich gwarancją bezpieczeństwa, a przynajmniej dość duża korzyścią w tym zakresie. Ale jednocześnie stanowił dla nich śmiertelne zagrożenie. Dlatego starali się mu nie przeszkadzać, skupiając jego wybryki na Annie, Zofii i Heńku. Piotr rozważał też możliwość odizolowania go od reszty, ale obawiał się, że mógłby przez to stracić wenę, więc zrezygnował. W każdym razie ciągłe zabieganie Maćka zastąpił teraz powolny chód. Być może chciał się podlizać Józefowi, żeby jego mocne mięśnie osłoniły go w razie niebezpieczeństwa, a może po prostu zrozumiał powagę sytuacji. Jego życie było zagrożone, więc stracił ochotę do żartów, pozwalając Piotrowi opracować plan działania. Wolał na jakiś czas usunąć się w cień, dopóki zagrożenie nie minie, a potem do końca życia szaleć do woli. Wolał to niż pewną śmierć, która na wieczność przekreśliłaby jego pasję; dokuczanie innym bez względu na stopień niebezpieczeństwa, byle tylko było śmiesznie. Ale teraz, po raz pierwszy w życiu, nie było mu do śmiechu. Nawet Józef był zaskoczony zmianami, jakie zaszły w jego zachowaniu. Gdy ten podawał mu kubek, to najpierw go dotknął, żeby sprawdzić, czy nie nalał gorącej wody, a potem wyrwał mu go z ręki, bo bał się, że Maciek niby przypadkiem upuści kubek na podłogę, a potem zwieje z rechotem, co już nieraz mu się zdarzało. Nic takiego się jednak nie wydarzyło. Zdziwiony Józef spojrzał na niego rozszerzonymi ze zdumienia oczami; to było do Maćka zupełnie nie podobne, że nie próbował nawet wykonać jakiegokolwiek dowcipu. - Eee… Dzięki, stary. Maciek odwrócił się do niego plecami i usiadł bez słowa z powrotem – jego wyraz twarzy przypominał teraz minę Heńka. Piotr oczywiście nic nie zauważył, jednak nawet on wyczuł zmianę. „Niesamowite, jak wielki wpływ ma na człowieka zwykły szok”, pomyślał. „Pomógł już trzem osobom z naszej grupy. Józef odzyskał mowę, żeby mieć swój udział w przygotowaniu planu obrony, Anna zmieniła swoje poglądy pod wpływem dziwnych snów… Po prostu były one dla niej tak przerażające, że zaczęła się obawiać tego, co w nich zapowiedziano. Nie wie, kiedy ma nastąpić zapowiadany bunt, lecz boi się o własną skórę, więc zaczyna kombinować, jak do niego nie dopuścić… Jeśli uratuje ludzkość, to uratuje też siebie. Twierdzi, że martwi się o innych, ale widać, że zależy jej tylko na własnym bezpieczeństwie. A Maciek… Też się boi o własne życie, więc zamiast wymyślać nowe żarty, będzie teraz się zastanawiał, kto go lepiej obroni. Zapewne wybierze Józefa, zresztą już zaczyna mu się podlizywać… To po prostu zaskakujące, jak strach o własną skórę, który jest konsekwencją doznanego szoku, działa na człowieka.. Z normalnych, zdrowych psychicznie ludzi wylazłyby prawdopodobnie najgorsze instynkty, ale ci porąbani ludzie przestają myśleć o chorobie i zaczynają realnie współpracować… Może nawet zaczną działać grupowo? Przecież nawet Józef, zawsze żądny władzy, jest przerażony, choć próbuje nie dać tego po sobie poznać i stał się trochę bardziej uległy. W sytuacji zagrożenia ci ludzie zaczynają używać tych obszarów swoich mózgów, które dotychczas były im obce. Nie wiem, jak to się dalej rozwinie, ale to, co się tutaj dzieje, działa na nich pozytywnie. Oby nie okazało się, że tylko do czasu! W krytycznym momencie mogą zacząć wystawiać innych na pożarcie, żeby samemu się ratować. Tak w każdym razie zachowałaby się większość normalnych ludzi. A jak się zachowają ci idioci, to trudno przewidzieć. Na mnie szok nie podziałał aż tak, bo nie widziałem tego, co oni. Musze koniecznie sprawdzić, jak zachowają się Zofia i Henryk w wyniku dalszych wydarzeń. Heńkowi już się poprawiło, bo zaczął się bać po tej akcji z gliniarzami, więc teraz trzyma się blisko nas. Ale to jeszcze za mało. Wygląda na to, że jak na razie szok ma na nich wszystkich działanie terapeutyczne. Ujawniają się w nich pozytywne cechy, których dotąd nie znali, lub o których zapomnieli dawno temu. Muszą myśleć, planować, co pobudza do pracy to, co kiedyś było uśpione w ich umysłach. Ciekaw jestem, co z tego wyniknie…” Nagle jednak przyszła mu do głowy straszna myśl. „Z tym, że ja mogę tego nie dożyć! Co ja właściwie robię? Rozmyślam nad psychiką moich kumpli, podczas gdy w każdej chwili mogę zostać zeżarty! Muszę wziąć się w garść i zacząć się zastanawiać, kogo wystawić najpierw na pewną śmierć! W końcu jestem prawie normalnym człowiekiem… Tylko, że to dopiero pierwsze spotkanie i nie wiadomo, czego właściwie te potwory od nas chcą. Może nie ma się czego bać?” Przypomniało mu się pewne wydarzenie z przeszłości. Gdy miał pięć lat, był normalnym chłopcem. Zwykłym, przeciętnym dzieciakiem. Podobnie jak jego brat. Byli ze sobą nierozłączni. Wtedy też ich rodzice otaczali Piotra szczególną opieką. Był ich ulubieńcem od zawsze i pozwalali mu na znacznie więcej, niż jego bratu, którego ojciec bił za każde przewinienie. Swój bunt brat wyrażał początkowo w jedzeniu. Wkrótce roztył się, przez co stał się powszechnym obiektem kpin. Choć starał się, jak mógł, nigdy nie był w stanie spełnić ambicji rodziców. W końcu się zbuntował w drugą stronę – schudł, zaczął się spotykać z różnymi dziewczynami, chodzić na imprezy. Ojciec się zestarzał i zaczął się go obawiać. Nie wyrzekł się go i oddał mu do dyspozycji swój majątek ze strachu przed jego zemstą. Piotr był zszokowany zachowaniem brata; zawsze grzeczny chłopczyk nagle zmienił się w rozpustnego imprezowicza. Fakt, że Piotr nigdy go nie bronił przed ojcem, teraz zaczął napawać go wstydem, ale było już za późno, bo role się odwróciły. Przysiągł sobie, że nigdy nie stanie się taki, jak on. W wieku 18 lat stał się bardzo religijny. Dotrzymał słowa, nie zaczął się zachowywać tak, jak brat – w szpitalu stał się kimś o wiele gorszym. - Myślę, że najlepiej będzie poświęcić najpierw Zofię – rozmyślał dalej – do niczego nam się nie przyda. Właściwie to może się trochę pośpieszyłem z tą hipotezą, że w razie niebezpieczeństwa zbiorą się i zaczną pracować razem, choć w zasadzie to wszystko na to wskazuje. Co prawda nie mogę sobie wyobrazić, żeby Józef się z kimkolwiek zjednoczył, zbyt bardzo lubi rządzić, lecz w obecnej sytuacji możliwe, że tak właśnie będzie. Znam się trochę na ludzkiej psychice… Piotr polubił pozostałych członków Różnej Grupy podczas wieloletniego pobytu w szpitalu, lecz w obliczu zagrożenia obudziły się w nim instynkty samozachowawcze. Bez skrupułów poświęciłby własnych przyjaciół, żeby się ratować. - Gdyby zbili się w ciasną grupę, to łatwiej będzie mi przeżyć… Zanim te potwory wszystkich zeżrą, to będę miał dużo czasu, aby się stąd wydostać. Ale na razie muszę udawać ich kumpla, żeby Józef mnie nie wykończył… Choć zagrożenie nie było jeszcze pewne, gdyż nie wiedział, czy te potwory rzeczywiście chcą ich zabić, to z chęcią wystawiłby pozostałych mieszkańców na pierwszy ogień. Ale to była tylko teoria, wymyślona przez niego na poczekaniu – nie wiedział, jak się zacznie zachowywać, gdy zagrożenie stanie się faktem. Piotr zauważył jeszcze jedną rzecz – okaleczona dłoń, która do niedawna jeszcze mocno mu dokuczała, ostatnio całkiem przestała go boleć. Tak naprawdę ledwo ją czuł, nawet gdy jej dotykał – podejrzewał, że to uboczny efekt gojenia, więc był zadowolony. Trochę się dziwił, że tak poważna rana tak szybko się zagoiła po wejściu do tego domu, ale nie miał powodu do narzekania. W tym momencie zabrał głos Józef. -Ej, ludziska, może byśmy tak o tym pogadali, co? Jak będziemy tak siedzieć i nic nie robić, to na pewno zdechniemy! - Spokojnie, stary – powiedział Piotr – Może one wcale nie chcą nas zabić? - Tak, może chcą nas opanować, żebyśmy spełniali ich polecenia! - Józef od razu się zdenerwował. - Nie o to mi chodziło… Może mają wobec nas pokojowe zamiary? Może chciały z tobą tylko pogadać, ale nie wiedziały, jak to zrobić? - W takim razie dlaczego jeden z nich cię zaatakował? Widziałem, jak skacze ci na twarz, ale w ostatniej chwili go zerwałeś. - Moim zdaniem po prostu spanikował. Wpadłem niespodziewanie do tego magazynu, więc próbował się bronić. Józef zastanowił się przez chwilę. - Naciągane… Mocno naciągane… A to coś, co siedzi za metalowymi drzwiami? Dlaczego nas tu więzi? - Mam pewną teorię… Skoro to coś posiada zdolność telepatii, to może czyta nam w myślach? Może wyczytało, że uciekliśmy ze szpitala i się tu ukrywamy, więc odcięło dostęp, żeby gliniarze tu nie wleźli? - No, to jest nawet możliwe… Choć wątpię, bo po co to miałoby nam pomagać? W każdym razie, co robimy? - Dopóki znowu nie dadzą o sobie znać, możemy tylko czekać. Wiemy o nich tylko tyle, że siedzą w ścianach. - Musimy coś zrobić… - stwierdził Józef i wstał. - Stąpaj roztropnie! - krzyknęła nagle Anna. Józef spojrzał w dół; rozdeptał właśnie wielkiego karalucha. - Poprzez poczynania osobników tobie podobnych, zagłada przyciąga swe jestestwo nieuchronnie – kontynuowała Anna – Ma osoba działa z całej swej woli, aby ją zażegnać… Jedynie gdy niebo jarzy się na barwę mroczną, ukrywam swe widzące instrumenty w powiekach, aby umożliwić memu wielkiemu umysłowi zaginąć w głębokiej otchłani senności… - Czyli po prostu zasypiasz – przetłumaczył Józef – Słuchaj, mamy teraz poważniejsze sprawy na głowie. Nie rozumiesz, że możemy nie dożyć tej twojej zagłady? - Co proponujesz? – spytał Piotr. - Powyrzynać wszystkie te dziadostwa i będzie święty spokój! - To niemożliwe. Po pierwsze, musielibyśmy porozwalać wszystkie ściany, a nie mamy do tego narzędzi. Twoje pięści mogą nie wystarczyć. Zresztą nie wiemy nawet, ile ich jest, tych potworów. A nawet gdybyśmy je wszystkie zabili, to narazilibyśmy się na gniew tego, co jest za drzwiami. - A może tam nic nie ma? Może to te istoty za tym wszystkim stoją? Może tam jest po prostu jakaś maszyna, którą one obsługują? A może to one tam siedzą i pierdzielą nam te głupoty w głowach? - Trafiłeś w sedno, Józef… Nic o nich nie wiemy i dlatego nie możemy ryzykować. - Może masz rację… - mruknął Józef zrezygnowany, ale i zadowolony. Pierwszy raz od dłuższego czasu udało mu się poprowadzić dyskusję. Tylko, że gdy dyskutował z Henrykiem, to nigdy nie przyznawał mu racji i właśnie zdał sobie z tego sprawę. - Albo nie – zmienił nagle zdanie – podtrzymuję swoją wersję; zabijmy te gnojki, zanim one zabiją nas! Nie wiemy, co to jest, a skoro tak, to nie można im ufać! Może to kosmici, albo jakieś mutanty, nie wiem, w każdym razie do niczego nam się nie przydadzą, a mogą nam jedynie zaszkodzić. - Nie możemy ich tak po prostu zabić – zaprotestował Piotr – może i wyglądają niepozornie, ale nie wiemy, do czego są tak naprawdę zdolne. Spodziewałbyś się, że będą takie szybkie? Już tym nas zaskoczyły. Poza tym wtargnęliśmy na ich teren, więc mają prawo się bronić. - A my mamy prawo bronić się przed ich obroną – stwierdził ironicznie Józef – Zresztą nie mamy wyboru, bo nas tu zamknęły, więc chyba nas bardzo polubiły. Skoro nas tu więżą, to chyba nie przeszkadza im nasza obecność, nie? W każdym razie zamknęły nas, a więc chcą nas wykorzystać do własnych celów, a ja nie mam zamiaru dać się komukolwiek wykorzystać. Przy ostatnich słowach spojrzał groźnie na Piotra, który rzeczywiście miał wobec niego niezbyt wesołe plany. Nie dał jednak po sobie poznać, że zrobiło to na nim jakiekolwiek wrażenie. Choć nie widział jego miny, to wyczuł wrogość w jego głosie tak jak by tamten coś podejrzewał. Postanowił nie dać się sprowokować. - A nie przyszło ci do głowy, że te istoty mogą być w takiej samej sytuacji, jak my? Może to coś za drzwiami więzi także je? Mogą nam się przydać, może wiedzą coś więcej na ten temat! - I tak się z nimi nie dogadamy, a ja wolę dmuchać na zimne. Wyrżnijmy je i będzie spokój. Piotr machnął ręką i wyszedł; nie miał już siły, żeby się z nim dłużej kłócić. Poza tym Józef był już mocno wkurzony. Wstał i wyszedł na korytarz. - Hej, ja jeszcze z tobą nie skończyłem! - krzyknął za nim mięśniak – Nie powiedziałeś, czy się ze mną zgadzasz! Przekonałem cię, czy nie? Wracaj tu! Ty tchórzu, gdzie ty polazłeś?
Rozdział 2 Pierwsze ofiary
Ale Piotr nie wrócił. Szedł przed siebie i nagle zdał sobie sprawę, że znalazł się niebezpiecznie blisko tajemniczych drzwi. Choć do tej pory ich moc ujawniała się dopiero po podejściu do nich na odległość dwóch metrów, to Piotr już będąc od nich około trzech metrów musiał złapać się za głowę, gdy uderzył go silny ból i natłok myśli. Czuł się, jak by coś wciskało mu się na siłę do mózgu, więc zacisnął mocno powieki. Odsunął się na kilka kroków i ból gwałtownie ustał. Otworzył oczy i… o mało nie dostał zawału. Rozejrzał się z niedowierzaniem. Spojrzał na swoje ręce i, ku swojemu zdumieniu, zobaczył je. Odzyskał wzrok. Pomacał dłońmi po twarzy – gałki oczne, dawno temu amputowane, były teraz na swoim miejscu. Po chwili poczuł jednak dziwny zapach oraz ból w dłoni. Spojrzał na nią ponownie i skrzywił się z obrzydzeniem – jego poraniona dłoń była ropiejącą, obolałą katastrofą. Nie był w stanie nią ruszać, choć jeszcze pięć minut temu wszystko było w porządku. Zastanawiał się, czy to kolejne złudzenie, czy wręcz przeciwnie – może wcześniej był pod wpływem złudzenia, że z ręką jest wszystko dobrze, a teraz ono ustąpiło. Nie przejął się tym jednak zbytnio, bo zbyt bardzo ucieszyło go to, że po tylu latach wreszcie może znowu widzieć świat. A przynajmniej na razie wnętrze domu. Natychmiast podbiegł do lustra i spojrzał w nie – zobaczył swoją twarz. Była zniszczona i zaniedbana, lecz Piotr nie posiadał się ze szczęścia. Spojrzał na tajemnicze drzwi. - Dzięki ci! - krzyknął – kimkolwiek jesteś, dzięki ci przeogromne! Co chcesz w zamian? Jak mam ci dziękować? Zrobię wszystko, co zechcesz! Daj mi tylko jakiś znak! Podbiegł znów do lustra i gapił się na siebie, nie mogąc uwierzyć w to, co się dzieje. Nagle poczuł, że ktoś łapie go za ramię. Odwrócił się z szerokim uśmiechem… Ból w dłoni zniknął. Ale jednocześnie znów ogarnęła go ciemność. - Czego się drzesz, idioto? Chcesz je przywołać, czy co? - wrzasnął Józef. Piotr spróbował się rozpaczliwie rozejrzeć, próbując przywrócić utracone obrazy, ale nic nie osiągnął. Znowu był ślepy. - Ej, nie olewaj mnie! - krzyczał dalej Józef. - One… oddały mi zdolność widzenia… Ale ona zniknęła… Gdy pojawiłeś się ty! Ruszył na niego i zamachnął się na oślep. Nie trafił i upadł na ziemię. - Oddaj mi moje oczy, złodzieju! Czemu mi je odebrałeś? Nie wystarczą ci twoje własne? - O czym ty gadasz? - spytał zdziwiony Józef, odsuwając się od niego przezornie. - Czemu zniszczyłeś moje szczęście? To te istoty są dobre, a ty jesteś potworem! Wstał i ponownie ruszył w jego stronę, ale nagle się zatrzymał. - Hej… Już rozumiem… Pytałem, jak mam się im odwdzięczyć za ten dar… I wtedy pojawiłeś się ty… Muszę cię zabić! Wtedy odzyskam znowu wzrok! One chcą twojej śmierci! - Ty zwariowałeś… - mruknął Józef ze strachem i zaczął odsuwać się powoli do tyłu. Potknął się o nierówną podłogę i upadł z hukiem na plecy. W tym samym momencie ściana za nim pękła z cichym trzaskiem. Zrobił się w niej mały otwór, sypiąc kawałkami gruzu na podłogę. Z otworu wyleciały dwa potwory, takie same jak te, które zaatakowały wcześniej Józefa. Przebiegły po nim szybko jak dwa pociski i wczepiły się w ciało zdezorientowanego Piotra; jeden w twarz, a drugi w brzuch. Piotr dopiero po chwili zorientował się, co się dzieje, ale było już za późno – jeden z potworów zaczął wpełzać mu do otwartych w niemym krzyku ust. Piotr wyraźnie się dusił; osunął się na kolana, wymachując bezradnie rękami. Potwór był zbyt śliski, żeby mógł go złapać i wyciągnąć z ust. Józef uciekł. Wbiegł do kuchni, gdzie zastał pozostałych. - Mordują Piotra! Szybko, chodźcie za mną! - wrzasnął z przejęciem. Jeszcze nigdy nie przeżywał takich silnych emocji, które nie były związane z gniewem. Był zaszokowany tym, co się stało. Anna i Maciek natychmiast do niego podbiegli, z kolei Zofia z szerokim uśmiechem ruszyła w wesołych podskokach, czekając na zabawę, a Henryk podreptał jak robot za nimi. Gdy znaleźli Piotra, było już za późno, żeby mu pomóc. Był martwy, a po potworach nie było już ani śladu. Pozostała po nich jedynie mała dziura w ścianie, która na ich oczach zaczęła znikać, jakby złudzenie, które pokrywało cały dom, teraz próbowało ją zamaskować. Ciało Piotra było dziwnie płaskie. - One chyba… zabrały mu… narządy wewnętrzne – wyszeptał Józef, dygocąc bardziej, niż kiedykolwiek przedtem – zostawiły tylko skórę i kości… Anna wpatrywała się w sflaczałe ciało. Według niej był to nowy dowód na obecność kosmitów w tym domu, bo pamiętała, co ją spotkało dawno temu. Wystraszyła się jednak, że wypatroszyli Piotra do cna, zabijając go; czyżby nie byli aż tak wspaniali, jak sądziła? Józef opadł zrezygnowany na podłogę. - Miałeś rację, Piotrze… Nic o nich nie wiemy, więc atakowanie ich to skazanie się na pewną śmierć… Żegnaj, stary. Wiedziałem, że w końcu odbije ci po latach przyjmowania dziwnych leków i przebywania w towarzystwie wariatów – na to ostatnie słowo położył szczególny nacisk, łypiąc groźnie na Maćka, Annę, Henryka i Zofię. Maciek już miał spytać, o co mu chodzi, bo żadne z nich nie widziało ich kłótni, ale Józef nagle zerwał się na równe nogi. - Zaraz… Przecież to ja miałem być ofiarą! Gdybym się nie potknął, to ja bym zginął! Chwila, co ja gadam… Spróbowałyby mnie zabić, ale oczywiście bym nie zginął, nie takie rzeczy już moje ciało wytrzymywało… Nienawiść i rozgoryczenie przybrały poziom krytyczny. Znowu zmienił zdanie i ruszył z wściekłością ku metalowym drzwiom. - Czego ja się boję? Przecież nic nie mogą mi zrobić! To one powinny bać się mnie! Pobiegł pewnie przed siebie. Gdy był już trzy metry od celu, jego umysł ogarnął znajomy rój wielu myśli. Szedł uparcie dalej i zatkał uszy, żeby ich nie słyszeć, ale to nie pomogło. Zatrzymał się w końcu półtora metra od drzwi i ze zdumieniem zorientował się, że rozumie, co szepty mówią. - To nie był ten… Nie o tego mi chodziło… Pomyliliście się… Naprawcie swój błąd! On jest zbyt niebezpieczny! Głos w jego głowie brzmiał, jakby wypowiadało go szeptem wiele postaci naraz. Był to szept tak głośny, że po chwili Józef osunął się na kolana. Próbował uciekać, ale nie mógł się podnieść. Z przerażeniem zobaczył, jak metalowe drzwi z głośnym skrzypieniem uchylają się. Ze środka buchnęło niezwykle jasne światło, które go oślepiło. Zasłonił oczy trzęsącą się ręką i uderzył go nagle silny odór zgnilizny. Zobaczył kątem oka, jak przez szparę wypełzają znane mu już potwory. Ale niektóre trochę się różniły kształtem. Łączyło je jedno – wszystkie były oślizgłe i bardzo szybkie mimo pozornej nieporadności. Było ich o wiele więcej, niż wtedy, gdy zobaczył je po raz pierwszy. Z cichym bulgotaniem pełzły w jego kierunku. Gdy były już metr od niego, Józef krzyknął rozpaczliwie. - Mnie nie można zabić! Jestem nieśmiertelny! Rozwalę was wszystkich! Józef bił i kopał te stwory, które znalazły się w jego zasięgu, było ich jednak zbyt wiele. Józef odwrócił się i zaczął się czołgać w stronę osłupiałych pozostałych członków Różnej Grupy. - Na górę! Zwiewajcie na górę! Kilka istot przyczepiło mu się do nogi, a potem zaczęło wspinać się w kierunku twarzy. Józef dopadł wreszcie do schodów i wbiegł na górę, a jego kumple pobiegli za nim. Jedynie Henryk nie ruszył się z miejsca; stał nieruchomo, bez kiwania, co było jak na niego niezwykłe, patrząc z przerażeniem na zbliżającą się armię potworów. Stopiły się w jedną masę, przez co wyglądały jak ciemnobrązowe morze, które zaraz go zaleje. Nie można było rozróżnić pojedynczych osobników. Józef strącił przyczepione do niego stwory, a one spadły z cichym piskiem, obijając się o schody, po czym zniknęły w morzu potworów, błyszczącym i falującym złowieszczo pod ludźmi. Józef zbiegł na dół i pociągnął Henryka w górę. Wbiegł z powrotem na szczyt schodów. Potwory najwyraźniej nie wiedziały, jak się do nich dostać; były za małe i za śliskie, żeby wspiąć się na górę. Wyglądało na to, że zależało im jedynie na Józefie; gdy Henryk stał wewnątrz tego morza, potwory nie zwracały na niego uwagi. Józef więc niepotrzebnie go ratował. Niektóre z istot próbowały wspiąć się jedna na drugą, żeby dostać się chociaż na pierwszy stopień schodów, ale były zbyt śliskie i spadały z powrotem na dół. - Nie mogą mnie zabić, ale mogą ze mną zrobić coś innego… Może one wcale nie chcą mnie zabić? Ale ja nie mam zamiaru tego sprawdzać – mamrotał z przerażeniem Józef. Minęło kilka godzin i ludziom zaczął doskwierać głód. Brązowe morze nadal falowało pod nimi. - Ile czasu one jeszcze będą tu siedzieć? Przecież one chyba też muszą coś jeść! Nie będą tam raczej czatować bez końca? Jak myślisz, Piotrze? Obejrzał się na pozostałych, szukając wzrokiem Piotra i nagle przypomniał sobie, że przecież on nie żyje. - Zabiliście mojego kumpla… Teraz chcecie mi coś zrobić… A co zrobicie z pozostałymi? Niedoczekanie wasze… Nie pozwolę, żeby ktoś uważał się za lepszego ode mnie! Nie będziecie mną pomiatać! Porzucając resztki zdrowego rozsądku, zaczął zbiegać na dół. Zauważył, że jednej istocie udało się dostać na pierwszy stopień schodów i najwyraźniej nie wiedziała, co ma dalej zrobić. Pełzała w tą i z powrotem, od jednego brzegu schodka do drugiego wznosząc nieporadnie swój czubek w stronę drugiego schodka, niczym jakaś karykatura świnki morskiej. Józef stanął nad nią z uśmiechem wyrażającym pogardę. Stał, delektując się swoją przewagą i wyższością. - No i co teraz, śmierdzielu? Jesteś bezradny… Potwór nagle odwrócił się i zaczął uciekać, jakby zrozumiał zagrożenie, ale Józef był szybszy. Zmiażdżył go nogą z wyraźną satysfakcją. Po chwili jednak mina mu zrzedła. Zmiażdżone cielsko zaczęło cicho syczeć, a gdy Józef podniósł nogę zauważył, że coś obrzydliwego, jakiś pomarańczowy płyn, przeżera mu się przez but. - Co to jest, do diabła? Wygląda jak… kwas żołądkowy? Natychmiast zerwał but z nogi i cisnął nim w rozszalałe mrowisko. Wokół buta zrobiła się mała luka i nagle wszystkie stwory znieruchomiały, jakby zdały sobie sprawę, co się przed chwilą stało. Józef nie bał się. Skojarzył pewne fakty – skoro Piotr zginął, a potem jakiś głos stwierdził, że to nie on miał być ofiarą, a następnie stado wściekłych bestii zaatakowało Józefa, to nasunął mu się prosty wniosek – to on był celem i miał umrzeć. A ponieważ w jego mniemaniu było to niemożliwe, to nie odczuwał strachu. Nagle jednak wpadła mu do głowy straszliwa myśl – a jeśli jego ciało nie jest jeszcze wystarczająco zahartowane? Poza tym nie wiedział, w jaki sposób te potwory zabijają, więc było możliwe, że jego ciało nie było przystosowane jeszcze akurat do tego sposobu. Zawsze skupiał się na tradycyjnych metodach śmierci – pchnięcie nożem, strzał z pistoletu i tym podobne. Tą nagłą obawę przerwała mu jednak inna, pozytywna myśl. - To niemożliwe… - pomyślał – skoro uodporniłem swoje ciało na śmierć, to na wszystkie jej rodzaje. Od tak dawna przygotowuję się na to, żeby żyć wiecznie, że z pewnością jestem już całkowicie nieśmiertelny. Albo przynajmniej bardziej wytrzymały od Piotra. Ze mną nie pójdzie im tak łatwo. Może nadszedł wreszcie czas mojej próby? Może to moje przeznaczenie? Najwyższy czas, żeby sprawdzić, czy to, w co wierzyłem przez całe życie to naukowe odkrycie, czy nic nie warte mrzonki… Zaczął schodzić na dół, ale nagle zauważył, że stado zaczęło się cofać przed nim. Popiskiwało lekko ze strachu, najwyraźniej śmierć ich kolegi zrobiła na nich duże wrażenie. Józef zaczął je gonić. - No i co, frajerzy? Kto jest lepszy? Nigdy wcześniej żaden człowiek wam się nie przeciwstawił, co? Nie spodziewaliście się, że wasza ofiara może być do czegoś takiego zdolna? Nagle poślizgnął się na kałuży śluzu i wyrżnął na plecy. Prawie wszystkie potwory wbiegły do swojej kryjówki przez jaśniejącą szczelinę w uchylonych drzwiach. Trzy jednak pozostały. Dwa z nich były wyraźnie większe od trzeciego i miały trochę inny kształt. Józef był lekko zamroczony i nie mógł wstać. Kręciło mu się w głowie. Trzy potwory podbiegły do niego, a właściwie podpełzły w zaskakująco szybkim tempie. Ich oślizgłość prawdopodobnie trochę im w tym pomagała, bo mogły po prostu rozpędzić się i sunąć po podłodze. Te dwa większe przykleiły mu się do rąk, a mniejszy wpełzł mu na twarz. Śliskie ciało bez problemu rozwarło usta Józefowi i wpełzło do środka. Ofiara spanikowała. Zaczął uderzać rękami o podłogę, dopóki tamte dwa go nie puściły. Gdy miał już wolne dłonie, skierował je ku twarzy, ale było już za późno; potwór znajdował się już w jego gardle. Józef leżał bezwładnie, dusząc się i czując, jak ogarnia go senność. Nagle poczuł gasnącą świadomością, jak ktoś łapie go z tyłu za ręce i podnosi na nogi, a potem wali mocno pięścią w plecy. Józef odwrócił się resztką sił; to był Maciek. Teraz uderzył go w pierś. - Wypluj to! Walcz z nim! - krzyczał. Niestety, Józef już tracił przytomność. - Nie poddawaj się! Masz żyć wiecznie, nie pamiętasz? Chyba nie pozwolisz, żeby taki mały kurdupel pokrzyżował ci plany? Zaszedł go od tyłu, objął na wysokości klatki piersiowej i ścisnął z całej siły. Józef zrobił potężny wydech, a potem dostał ataku kaszlu. Po chwili potwór wypadł mu z ust na ziemię. Maciek kopnął go mocno, a on wpadł z hukiem na ścianę i znieruchomiał. Józef był nieprzytomny. Maciek zaciągnął go do kuchni i oblał mu twarz wodą. Pomogło – mięśniak oprzytomniał. - Żyjesz! Przeżyłeś to! Naprawdę jesteś nieśmiertelny! Jednak Józef nie podzielał entuzjazmu kolegi. - Jestem do niczego… Gdyby nie ty, to byłoby po mnie. Wszystko na marne… - A skąd wiesz? Może bez mojej pomocy też byś przeżył? Może niepotrzebnie się wtrącałem? Józef pokręcił głową. - Czułem, że umieram… Przez całe życie się myliłem… Człowiek nie może żyć wiecznie na tym świecie. Czas porzucić złudzenia. Trzeba wreszcie wyjść ze świata fantazji i zacząć myśleć realnie. Co z Zofią i Anną, no i z Heńkiem? - Jeszcze nie wiem… Słuchaj, koleś, nie przestawaj wierzyć. Wiara jest silniejsza niż cokolwiek innego. - Niech twa osoba nie lekceważy niesamowitej potęgi umysłowej wiary – powiedziała Anna, wchodząc do kuchni. Za nią wpadł Henryk; schował się pod stołem, zaplatając ręce na kolanach i kiwając się mocno z przerażonym wzrokiem. - Oboje się mylicie. Ja już przejrzałem na oczy, wam też radzę to samo – rzekł Józef – Musimy myśleć trzeźwo, jeśli chcemy przeżyć. Chcecie dowodu, że nie macie racji? Proszę bardzo. Anna wierzyła w kosmitów, a potem sama stwierdziła, że przez całe życie się myliła. Oto siła waszej wiary. - Lecz w obecnej teraźniejszości ma wiara skierowana została ku donoślejszej ewentualności – stwierdziła Anna. - Tak. I bardzo możliwe, że niedługo tą wiarę też porzucisz i zastąpisz ją następną, i tak w kółko. A na co się przydała moja wiara? Byłem pewien, że jestem nieśmiertelny i o mało przez to nie zdechłem. I po co mi to było? - To żaden dowód – przekonywał go Maciek – Może twoje ciało po prostu nie było przyzwyczajone do takiego rodzaju ataku. Może po dzisiejszej akcji już się uodporniło? Gdyby to się powtórzyło, to na pewno nic by ci się nie stało! - Atakowałem swoje ciało doznaniami, których najmniej się w danym momencie spodziewało. Powinno być gotowe na wszystko. Nie czułeś tego, co ja czułem. Zmieniłbyś zdanie, gdybyś był na moim miejscu. Myślałem, że jestem kimś ważnym, wielkim, wspaniałym, bo osiągnąłem to, o czym inni mogą tylko marzyć. Okazało się jednak, że jestem nikim. Zadufanym w sobie egoistą. Olewałem was wszystkich i odtrącałem od siebie, żeby udowodnić, że poradzę sobie sam. Teraz widzę, że musimy współpracować. Albo wyjdziemy z tego wszyscy, albo będziemy po kolei ginąć. Trzymajmy się razem, to będziemy mieli większe szanse na przeżycie. Te maleństwa zniszczyły moje marzenia. Zapłacą mi za to. Zemszczę się, choćbym miał przy tym zginąć. A tak w ogóle, to zauważyliście, jak ta historia nas zmieniła? Gadamy ze sobą jak normalni ludzie. Dotąd każdy z nas myślał tylko o sobie i o swoich chorobliwych nawykach. Naszymi działaniami dotychczas kierowała choroba. Choć to dosyć porąbane, to ciągłe poczucie zagrożenia wyszło nam w sumie na korzyść. Jeszcze nie wszyscy się otrząsnęli, ale moim zdaniem to tylko kwestia czasu. Z Heńkiem już zaczyna się coś dziać, Anna znowu z nami rozmawia, jedynie Zofia wciąż żyje we własnym świecie. Maciek zaprzestał swoich dowcipów, a ja już nie mówię jak prostak, nie wywyższam się tak bardzo… - nagle Józef zauważył, że przestał się trząść. To roztrzęsienie brało się z jego nerwowości. Teraz jednak był pogodzony z losem i przeraźliwie smutny. Pierwszy raz w życiu poczuł prawdziwy strach, ale w tej chwili było mu już wszystko jedno, co się stanie. Nadal drżał lekko z przerażenia, lecz wypełniający go smutek i rezygnacja neutralizowały to drżenie tak, że było ono prawie niedostrzegalne – Trudno, może i nigdy nie osiągnę nieśmiertelności… Ale chcę żyć jak najdłużej. Zemstę odłożę na później. Teraz skupmy się na tym, jak przetrwać. Przede wszystkim… - Mam pytanie, stary – wtrącił Maciek – Widziałeś, jak zginął Piotr. Czemu to się stało i w jaki sposób? Józef już otworzył usta, żeby wrzasnąć, że jemu się nie przerywa, ale ku jemu zdziwieniu stwierdził, że wcale go to nie zdenerwowało. - Te stworki inaczej to sobie zaplanowały. To ja miałem umrzeć. Goniły mnie zanim wbiegłem na schody, bo wcześniej pomyliły mnie z Piotrem. A miałem zginąć, bo wcześniej nie udało im się tego załatwić w tym magazynku. Ale czemu tak mnie nienawidzą, to nie mam pojęcia. - Od początku byłeś im przeciwny. Może to je wkurzyło. - To możliwe. Jedno jest pewne, mają swojego przywódcę, ukrytego za metalowymi drzwiami. Usłyszałem, jak każe im mnie zabić. Słyszałem jego myśli… A on pewnie słyszał moje, już dużo wcześniej… Dlatego wiedział, że ich nie znoszę… Dlaczego on nas po prostu nie wypuści? Wszyscy byliby zadowoleni. Czego on od nas chce? I czemu te kurduple mu służą? - Ej, a kiedy zaatakowały Piotra, zamiast ciebie, to czemu go nie zostawiły i nie rzuciły się na ciebie? - Chyba dlatego, że nie mają oczu. Myślę, że wyczuwają ludzi, ale ich nie rozróżniają. Ta istota przewodnicząca powiedziała całej zgrai, gdzie jestem, a ponieważ Piotr stał obok, to nie zauważyły pomyłki. Nie powiedziałem wam jeszcze jednego, tuż przed śmiercią Piotrowi odbiło. Może znalazł się zbyt blisko metalowych drzwi i istota główna coś mu nagadała? W każdym razie chciał mnie zabić, gadał, że to przeze mnie jest ślepy. Ten boss jest groźny. Potrafi namieszać w głowie. Nie zbliżajcie się do tych drzwi. - A czemu Piotr został wypatroszony? - Nie wiem. Może chciały mieć pewność, że nie wstanie? Może wyżarły go od środka? To już pytanie do nich. Albo szef zobaczył w naszych głowach, że tak samo robimy ze zwierzętami przed zjedzeniem ich, znaczy nie konkretnie my, ale chyba tak się przygotowuje te wszystkie wątróbki i tak dalej. No i może kazał swoim sługom zrobić tak samo. - Ale czemu? Po co nas naśladuje? - Może od urodzenia siedzi w zamknięciu i chce się od nas czegoś nauczyć? Może nie wie nic o ludziach i właśnie do tego jesteśmy mu potrzebni? - Ale czemu wybrał akurat grupę wariatów? - On nas nie wybrał. Sami tu przyleźliśmy. Przypadek. - Jesteś pewien? To nie może być przypadek. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale takie mam przeczucie. - Może umysły normalnych ludzi są dla niego po prostu za mądre, żeby coś z nich wyczytać. Może śmierć Piotra też nie była przypadkiem? Może specjalnie zrobił z niego wariata w ostatnich minutach życia, żeby coś się dowiedzieć z jego głowy, ale pokrzyżowaliśmy mu plany? - Józef zastanowił się przez chwilę – Ale zaraz, siedzimy tu i snujemy pokręcone teorie, jak ci pomyleńcy w szpitalu. Nic nie wiemy ani o tych istotach, ani o ich szefie. Ale przynajmniej jedno sobie wyjaśniliśmy – chcą nas zabić. A gdyby szef chciał nam poczytać w myślach, to nie nakazywałby tamtym, żeby nas zabiły, nie? - Ciebie – poprawił go Maciek – może chcą zobaczyć, jak się czyta w myślach trupowi? Czyli tobie? - To, że zaatakowały mnie jako pierwszego, to nie znaczy, że na was też nie zaczną polować. - Może ty im szczególnie nie pasujesz? - Może, może, może… Za dużo teorii, za mało faktów. Nic nie ustalimy takimi rozważaniami. - A niby jak twoim zdaniem mamy coś ustalić? Nie można się z nimi porozumieć. - Można, można… Przez metalowe drzwi. - Ale to niebezpieczne! Widziałeś, co się stało z Piotrem. - To jedyny sposób, żeby usłyszeć, co mają nam do powiedzenia. Jak dotąd chodziliśmy tam pojedynczo, więc jak pójdziemy tam wszyscy pięcioro, to jego energia rozproszy się na wszystkich i nie będzie mógł nami zawładnąć. Usłyszymy za to, co myśli i jakie ma plany. - Ja się na to nie piszę… Mam dość na dzisiaj. - Toż to nazbyt kontrowersyjna wyprawa wobec mej lichej postury – rzekła wreszcie Anna – Stawiłoby to naszą teraźniejszość w zbytnim powątpiewaniu. - A co ty właściwie myślisz o tym, co się tutaj dzieje? Czemu chcą nas zabić? - Otóż buntownicy zbuntowali buntowniczy bunt naprzeciw oprawczej klęsce ich wielmożnych panów. Pojęcia wszakże nie odnajduję, czym te materialne wcielenia mych snów są w istocie. - Aha. Czyli każdy ma swoją teorię. Jak za dawnych lat w kochanym szpitalu. Super – powiedział Józef. - Przynajmniej się nie nudzimy. Nienawidzę się nudzić. - Wiem, Maciek… Wiele razy dawałeś mi to do zrozumienia. - Chociaż wolałbym nie bać się o swoje życie… Tak naprawdę Heniek najlepiej by się nadawał do obronienia nas. Chyba poradziłby sobie z telepatą. Szkoda tylko, że zamknął się w sobie i nie chce z nami gadać. Ku jego zdziwieniu Henryk spojrzał na niego groźnie i przyłożył palec do ust. - Co, nie chcesz, żebym gadał o tobie? Nie chcesz, żeby ktoś się o tym dowiedział? Aha… Dobra, rozumiem. Ładna dziś pogoda, nie? - Ty paplo. Szef potworów słyszy nasze myśli. Nie mów nic więcej – warknął Józef – Dobra, mam dość na dzisiaj. Chodźmy spać. Józef i Maciek domyślili się po zachowaniu Henryka, że ma jakiś plan. Ale nie mogli go o nic spytać bez ryzyka, że wrogowie się o tym dowiedzą i wszystko zepsują. Postanowili więc poczekać na ruch ich zdolnego kolegi. Mimo wszystko nie zamierzali czekać bezczynnie. Józef wstał i powlókł się ciężko w stronę schodów. Ciało Piotra zniknęło, a śluz pozostawiony przez potwory wsiąknął w drewnianą podłogę. Metalowe drzwi były zamknięte jak dawniej. Nic nie wskazywało na to, że wydarzyło się tutaj coś strasznego. Józef stał i gapił się na drzwi. Nagle zorientował się, że słyszy cichy szum. Odwrócił się i natychmiast pobiegł na górę, gdzie padł na łóżko w sypialni. Zamknął oczy, rozkoszując się chwilą spokoju i marząc, żeby trwała ona wiecznie. Niestety, życie nie jest aż tak piękne. - Dzień dobry wieczór, Józefie. - Siema, Piotr – mruknął Józef, rozpoznając ten głos. Nagle zerwał się na nogi – Zaraz, Piotr?! Przecież ty nie żyjesz, zapomniałeś? - Bardzo dobrze to pamiętam – rzekł Piotr, stojąc jakby nigdy nic na środku pokoju. Wyglądał całkiem normalnie. Józef rozejrzał się; miał wrażenie, że wszystko dookoła faluje lekko. - Czy to sen? - Niestety nie. Po prostu postanowiłem wrócić. Widzę, że cię przestraszyłem. Czy kiedykolwiek mi wybaczysz? - Zaraz, jak to widzisz? Przecież jesteś ślepy! - Błąd. Ja nigdy nie byłem ślepy, przynajmniej w twoim rozumieniu tego słowa. Otóż są trzy rodzaje wzroku. Większość ludzi patrzy, ale nie widzi. - Że co? Przecież patrzenie i widzenie to to samo! - Nie. Patrzeć to znaczy skierować na coś wzrok. Nic więcej. Drugi rodzaj to obserwacja, czyli patrzenie i widzenie jednocześnie. Niewielu ludzi to potrafi w dzisiejszych czasach. Widzieć znaczy o wiele więcej. Widzieć to rozumieć sens istnienia danego obiektu, analizować go, zdawać sobie sprawę z jego położenia. Trzeci rodzaj… O nim opowie ci ktoś inny, o wiele potężniejszy. Ja nie jestem upoważniony, żeby to zrobić. - Jesteś duchem? - Czy gdybym był, to zrobiłbym tak? - spytał Piotr i walnął Józefa w nos. Józef skrzywił się w nos, ale był zbyt zdziwiony, żeby się zdenerwować. - Auu! Czego ty chcesz? - Hmm, pomyślmy… Zabić cię, nieśmiertelniku? Tak, tego chcę. Tego już było za wiele dla Józefa. Wrzasnął i rzucił się na Piotra. Upadli na podłogę. Bił ślepca po twarzy, ale nie pojawiło się na niej nawet zadrapanie. Piotr wyrwał się i wybiegł na korytarz. Józef rzucił się za nim w pogoń. Spojrzał w dół na schody i usłyszał na nich tupot nóg. Nikogo jednak nie zobaczył. - Słyszę cię, ale nie widzę… Co jest do diabła? - Musisz patrzeć i widzieć, przyjacielu, a nie tylko patrzeć – usłyszał znajomy głos i nagle wszystko ucichło. Józef dotknął swojego nosa; był spuchnięty, a pięści posiniaczone od bicia uciekiniera. - Za dużo się dziś wydarzyło… Co to w ogóle było? To nie mógł być prawdziwy Piotr, bo jego ciało po śmierci się spłaszczyło, poza tym nie zachowywałby się w ten sposób. Ale duch by mnie nie walnął… A zresztą, co mnie to obchodzi? Idę spać – mruknął zrezygnowany i powlókł się z powrotem do łóżka. Zasnął natychmiast, lecz przez cały czas dręczyły go koszmary. Dotychczas śniło mu się najczęściej to, że widzi siebie w przyszłości, za kilkaset lat, że mimo licznych blizn przestał się starzeć. Tego dnia jednak jego nadzieje prysły. Teraz śniło mu się, że umiera przy najdrobniejszych wypadkach; że potyka się o deskę i pada martwy, albo że zakrztusił się śmiertelnie kawałkiem jabłka. Rano obudził się jeszcze bardziej niewyspany, niż kiedy się kładł. Nie chciało mu się wstawać. - A niech mnie zeżrą, mam ich już wszystkich gdzieś… Mogę ich mieć nawet w brzuchu, tak jak Piotr, dość już tego wszystkiego… Dajcie mi wszyscy święty spokój, chcę się wyspać… Leżał tak jeszcze parę minut, gdy nagle usłyszał wrzask Maćka. - Józef! Jesteś tam? Żyjesz? - Odwal się! - krzyknął Józef – Jak chcesz mi coś powiedzieć, to sam tu przyleź! - Muszę ci coś powiedzieć, chodź tu! Mówiłeś, że mamy się trzymać razem, i co? Poszedłeś spać z dala od innych! - Czego się czepiasz, nie obchodzi mnie, po co mnie wołasz. I przestań się na mnie wydzierać, mam ci przypomnieć, co ci obiecałem, jeśli nie dasz mi spokoju? - Widzieliśmy Piotra! Teraz zejdziesz? Nie ciało Piotra, tylko jego! Żywego. - Trzeba było tak od razu – mruknął Józef, przypominając sobie wydarzenia poprzedniego dnia. Zaczął gramolić się z łóżka. Ze zdziwieniem zauważył, że od dwóch tygodni się nie okalecza i że czuje się teraz znacznie lepiej, mimo swojego niewyspania. Zszedł powoli na dół. Maciek już na niego czekał. - Kilka minut temu Piotr wbiegł tutaj, cały pocięty i pokrwawiony i wrzeszczał, że cię zabił! Trzymał w dłoni twoją uciętą głowę! Rzuciłem się na niego złapałem go za rękę i nagle zniknął… Dlatego zacząłem cię wołać. I co, pewnie mi nie wierzysz? Myślałem, że nie żyjesz, ale te jego zniknięcie było dziwne. Co ci się stało w nos? - Tak się składa, że też go widziałem i to jego robota. To nie mógł być ani duch, ani żywy człowiek. Gdyby to był duch, to byłby przezroczysty i nie mógłby mnie dotknąć, z tego co wiem. Zresztą sam powiedział, że nie jest duchem. Gdyby to był człowiek, to nie zniknąłby tak po prostu. I skąd miał moją głowę? - Może sobie pożyczył, jak spałeś – zaśmiał się Maciek. - Ha, ha, ha… To nie mogła być też zbiorowa halucynacja, bo dostałem od niego w nos! Więc co to do diabła było? - A może po jego śmierci ta istota za drzwiami nadała mu jakieś specjalne moce? - Tylko po co? Przecież chce nas zabić, więc czemu miałaby ożywiać jednego z nas? I to jeszcze po wypatroszeniu go? - Może zauważyła, że te kurduple sobie z nami nie radzą, więc opętała ciało Piotra i chce go wykorzystać przeciwko nam? Józef spojrzał na niego przerażony. - Myślisz, że jest aż tak potężny? A co, jeśli potrafi opętać też żywą osobę? Co, jeśli w nocy któreś z nas wstanie i wymorduje pozostałych? Nigdy nawet nie śniłem o takiej potędze… Chciałem być jedynym nieśmiertelnym człowiekiem na świecie, a teraz spotykam coś takiego… Czym on jest? Człowiekiem? Potworem? Zmutowaną ofiarą jakiegoś eksperymentu? Co ci jest? Maciek usiadł pod ścianą i wyglądał, jakby miał się zaraz rozpłakać. Józef poklepał go po ramieniu. - Nie martw się, stary… Przeżyjemy. Jeszcze pokażemy temu psycholowi, że nie powinien z nami zadzierać. Musimy sobie ufać i pomagać. - Ciekawe, jak? Jesteśmy bezsilni. Zawsze myślałem, że nikt nie może mi nic zrobić, bo zawsze uda mi się nawiać. Teraz nie mam dokąd uciec, ani nawet nie wiem przed kim. Już po nas. Zresztą nie o to chodzi. W głowie łomocze mi od kupy pomysłów na kolejne dowcipy, lecz boję się, że mógłbym przypadkiem zranić lub zabić któregoś z was. A wtedy… Maciek westchnął. Nie dokończył zdania, ale Józef najwyraźniej go zrozumiał – kto go obroni, gdy ich zabraknie? Pokiwał głową i wstał. - Czy Piotr coś do was mówił? - Nie, nic. Zawołałem cię od razu, jak zniknął. - A dlaczego nie spaliście dziś w sypialni? Czemu zostawiliście mnie samego? I jeszcze gadałeś, że to ja was zostawiłem… - Już mieliśmy iść, ale Henryk nagle zaczął dziwnie wyć. Nie chciał wyleźć spod stołu, więc ja i Anna uznaliśmy, że nie możemy go zostawić samego, no i że ty lepiej sobie dasz radę w pojedynkę. - Lepiej? Przecież widziałeś, że o mało nie zginąłem, gdy ten mały gnojek wlazł mi do gardła! - Znasz już moje zdanie na ten temat. - A czemu mnie nie obudziliście, żebym do was zszedł? - Bo ty bardzo nie lubisz, jak się ciebie budzi – mruknął Maciek, przypominając sobie, jak Józef wielokrotnie mu to powtarzał, grożąc śmiercią w bardzo pomysłowych konfiguracjach. - Może nie zauważyłeś, ale trochę się zmieniłem. - Ale nie wiem, czy pod tym względem również. - Dobra, mniejsza z tym… Gdzie jest Zofia? - Nie wróciła… Od tej akcji ze schodami jej nie widziałem. - ZOFIA!!! - wrzasnął Józef, aż Maciek podskoczył ze strachu. Ku ich zaskoczeniu, Zofia natychmiast przybiegła. - Gdzie ty byłaś? - Czekałam na moich przyjaciół – rzekła z rozradowaną miną. - Co? Na te oślizgłe bestie? - To fajne stworzenia! Czemu nie chcieliście się z nimi bawić? - Może dlatego, że chciały nas zabić? - Ciebie – poprawił go Maciek. Józef rzucił mu mordercze spojrzenie. - Pamiętaj, że mimo wszystko jestem tym samym facetem, co dawniej, więc postaraj się mnie nie wkurzać. - Co to znaczy „zabić”? - spytała Zofia, choć miała to tłumaczone już wielokrotnie – Nieważne, ale głupio się zachowaliście. One na was czekały pod schodami, żeby się pobawić, a wy siedzieliście na górze! Na pewno się obrażą. - A czemu jeden z nich wlazł mi do mordy? Czemu Piotr nie żyje? - Że co? Piotr parę minut temu wbiegał do magazynu, a potem zniknął, widziałam. Chyba bawi się w chowanego. A co do ciebie, Józef, to one po prostu mają trochę inne poczucie humoru. To była taka ich zabawa. - A skąd ty to możesz wiedzieć? - A jak to inaczej wytłumaczyć? I czemu mówicie, że Piotr nie żyje? Przecież widać, że udawał, skoro sobie biega po domu. - Czyli twoim zdaniem on żyje, choć to niemożliwe? - Oczywiście, a po co miałby nie żyć? Życie jest piękne! - Taa, po prostu wspaniałe… Nie ma nic piękniejszego od życia. Po czym Józef usiadł i ukrył twarz w dłoniach. - Nie… idźcie… nigdzie… - odezwał się nagle Henryk zachrypniętym głosem, siedząc pod stołem – Tu… bezpiecznie… strach… - Boisz się stamtąd wyjść? Z nami będziesz bezpieczny! - Nie! Tutaj… Będę… - po czym zamilkł, wciąż kiwając się w przód i w tył. Józef miał nieodparte wrażenie, że Henryk gra przed nimi i że ten strach nie jest prawdziwy. Pamiętał o jego tajemniczym planie i postanowił nie dać po sobie poznać, że jego kolega jest kiepskim aktorem. - Noo, jedna z moich teorii okazuje się trafna! Coś się w nim odblokowuje. Jeszcze trochę i to samo będzie z Zofią i Anną – rzekł Józef. - My to mamy już za sobą – stwierdził Maciek – jeśli wytrzymam jeszcze trochę, to może się odzwyczaję od tych moich dowcipów. - Faktycznie, paskudny nałóg – zaśmiał się Józef. - Jednak strach jest silniejszy. Chcę przetrwać, aby kontynuować moje hobby, tylko że po tych doświadczeniach mogę już nie mieć na to ochoty. I tego się boję najbardziej; kim się stanę, gdy zatracę swoją dotychczasową osobowość? - Lepszym człowiekiem – powiedział z powagą Józef – tak jak my wszyscy. Nie trafiliśmy tu przypadkiem. W tym wszystkim brał udział ktoś znacznie potężniejszy od nas, a nawet od tego idioty za tajemniczymi drzwiami. Nigdy nie byłem przesadnie religijny, ale to co się tu dzieje sprawia, że człowiek zaczyna wierzyć i żałować za to co kiedyś robił. To nasza szansa na przemianę. Na rozpoczęcie nowego życia. - Albo na śmierć – dokończył Maciek.
Część 22 / 4
Rozdział 3 Strach okazuje się leczniczy
Przez kilka następnych tygodni nic się nie działo. Nowi mieszkańcy „opuszczonego” domu próbowali żyć normalnie, żeby odegnać myśli o nieuchronnej śmierci. Starali się nie poruszać tego tematu. To, co się wydarzyło do tej pory, odcisnęło wyraźne piętno na każdym z nich, oprócz Zofii. Mieli wrażenie, że te istoty testują ich wytrzymałość i cierpliwość i dlatego mieli teraz tak długi okres spokoju. Ze względu na Henryka, który nadal nie wychodził spod stołu, nikt nie opuszczał kuchni. Maciej i Józef mieli podobne poglądy na dotychczasowe wydarzenia – grupa dziwnych stworów pod przywództwem telepatycznego potwora chce ich zabić, lecz nie wiedzieli, dlaczego. Zofia sądziła, że przetrzymują ich w tym domu, bo nie mają się z kim bawić. Anna bezskutecznie usiłowała znaleźć jakieś powiązanie z jej tajemniczymi snami, które od czasu tego ostatniego z buntem zwierząt całkowicie ustały. Nikt natomiast nie wiedział, co myśli Henryk; milczał jak grób. Jedyny pokój, do którego wychodzili z kuchni, to była łazienka. Chodzili tam po dwie osoby, z czego jedna zostawała na czatach, jako że metalowe drzwi były w niepokojąco bliskiej odległości. Kuchnia, łazienka i te drzwi były na jednym wspólnym korytarzu. Reszta w tym czasie siedziała w kuchni. Nikt tego głośno nie przyznawał, ale każdy z nich żył w ciągłym strachu o własne życie, zwłaszcza, że nie mieli za bardzo czym się zająć. Dni mijały im na opychaniu się owocami, rozmawianiu o swoim dawnym życiu, zanim trafili do szpitala, albo grali w kółko i krzyżyk, rysując kreski nożem na czym tylko się dało – krzesłach, stole, podłodze i ścianach. Co ciekawe, w promieniu kilku centymetrów od takiego nacięcia przedmiot się zmieniał – przykładowo stół w okolicach nacięcia przestawał być lśniący i czysty, a widzieli zniszczony staroć. Mieli też wrażenie, że obraz w tym miejscu lekko faluje. Nie przejmowali się tym jednak zbytnio, przywykli już do dziwnych zdarzeń. Kilka razy dziennie Józef podawał Henrykowi owoce pod stół. Miał nadzieję, że jego kumpel wróci do dawnej formy. Bał się tych stworów, lecz jednocześnie jego zdaniem kolejne spotkanie z nimi sprawiłoby, że stan zdrowia Henryka się poprawi. Bał się jednak tego, jaką cenę przyszłoby mu zapłacić za to spotkanie; być może nawet własne życie. Póki co mógł jedynie czekać, ze strachem i nadzieją zarazem patrząc w przyszłość.
Pewnego dnia Józef położył się na brzuchu na podłodze i zaczął robić pompki. - Co ty robisz? - spytał go Maciek. - Ćwiczę. Trenuję – wysapał Józef, nie przerywając – Od dawna już tego nie robiłem. Muszę wrócić do dawnej formy, jeśli mamy pokonać tą plagę kurduplów. - A co, chcesz je pobić? - W przeszłości dawałem sobie radę nawet z pięcioma facetami naraz. - Tak? A tych maluchów jest parę tysięcy. - Tak? Z tym, że są ode mnie kilkadziesiąt razy mniejsze. Nie mają rąk, żeby mnie uderzyć, nóg, żeby mnie kopnąć, ani zębów, żeby ugryźć. Wystarczy, że zakryję ręką usta i będą bezbronne. - A jeśli mają jakąś tajną broń? No i co z ich szefem? - Są tylko kupą mięsa. Najwyższy czas, żeby to one zaczęły bać się nas, a nie my ich. A co do szefa, to jego moc działa tylko, jak ktoś jest blisko jego drzwi. Odciągniemy stworki trochę dalej i załatwimy sprawę. - Stary… To nie jest dobry pomysł… Nadal za mało o nich wiemy, żeby szykować coś takiego. - A co mamy zrobić? Siedzieć i czekać na śmierć? Mam dość czekania. One są wszędzie. Przyłóż ucho do ściany, to sam się przekonasz. Maciej spełnił polecenie. Usłyszał cichy bulgot i piski. - Faktycznie… Ale przemoc to nie jest dobre wyjście. Może spróbujmy ponegocjować? - Najpierw znajdź tłumacza. A zresztą one zaczęły od przemocy, więc my na niej skończymy. - Może byśmy spróbowali z nimi pogadać za pośrednictwem ich szefa? - Słuchaj, miałem dwa pomysły i żaden ci się nie spodobał. Proponowałem podejść całą kupą pod te drzwi i podsłuchać, o czym myśli ich szef, a ty na to, że to zły pomysł. Proponowałem zabić wszystkich – też źle. Masz lepszy pomysł? - Nie, ale nie chcę walczyć. - Nie musisz. Ja to załatwię. - Co? Ty jeden przeciwko im wszystkim? Józef przestał ćwiczyć i usiadł, dysząc ciężko, cały zlany potem. - Posłuchaj mnie uważnie. Robiłem w swoim życiu rzeczy, których się wstydzę. To, że byłem chory, wcale mnie nie usprawiedliwia. Zrobiłem krzywdę wielu ludziom i chciałbym cofnąć czas, ale nie mogę tego zrobić. Dopiero w tym domu przejrzałem na oczy i zrozumiałem, co jest w życiu naprawdę ważne: przyjaźń, tolerancja, zaufanie, współpraca. Tylko dzięki temu możemy przeżyć. - Skoro jesteś taki tolerancyjny, to czemu nie tolerujesz rodowitych mieszkańców tej rudery? - Bo chcą nas zabić, to proste. - A ty chcesz zabić ich. - W obronie własnej. Niech otworzą drzwi wejściowe i nie będzie problemu. - A skoro tak bardzo cenisz współpracę, to czemu chcesz załatwić wszystko sam? - Bo ty się boisz, a reszta jest bezużyteczna. Moja współpraca z wami polega na tym, że nie pozwolę wam zginąć. - Ty też się boisz, a jednak… - Tak, boję się jak diabli i mam już tego dość. Wreszcie mam odwagę się do tego przyznać. Chcę odzyskać pewność siebie i poczucie bezpieczeństwa. Dręczą mnie wyrzuty sumienia już od dłuższego czasu. Ci wszyscy ludzie, którym zatrułem życie śnią mi się po nocach. Nie mogę sobie wybaczyć, że nie potrafiłem pomóc Piotrowi, gdy umierał. Chcę odkupić swoje winy, choćbym miał przy tym zginąć. Dłużej tego nie wytrzymam. Albo zginę jako honorowy przyjaciel, albo uratuję nas wszystkich. Innej możliwości nie ma. Tylko ja nadaję się do tego, aby nam pomóc. Teraz już poradzimy sobie bez Piotra. W pewnym sensie przejąłem jego sposób myślenia, nawet gadam prawie tak, jak on dawniej. Mimo, że był podłym egoistą, to brakuje mi go. Do niedawna wszyscy byliśmy egoistami. No, może Anną i Zofią, bo one chciały wszystkich uszczęśliwić, choć w dość dziwaczny sposób. - Ej, ja też chciałem uszczęśliwić ludzi! - Ty uszczęśliwiałeś tylko siebie, nikogo innego to nie bawiło. W każdym razie chcę udowodnić, że już nie jestem egoistą. Dlatego pójdę walczyć w waszej obronie. - Jakie to szlachetne – zadrwił Maciek – Nie poznaję cię. - Wiesz co? Nawzajem – zarechotał Józef, lecz nagle złapał się za brzuch z bolesnym grymasem na twarzy. - Auu… Chyba przesadziłem z tymi ćwiczeniami… Chociaż to jakiś dziwny ból… Auu… Jeszcze nigdy takiego nie czułem… Dotknął się w okolicy wątroby. - Albo mam dwa serca, albo… nie wiem, co to może być. Sam zobacz. Maciek podszedł i dotknął go palcem w tym miejscu. Skóra Józefa na tym odcinku pulsowała dziwnie, jakby coś próbowało wydostać się na zewnątrz. - Do licha, koleś, co ty jadłeś na obiad? Jabłka czy banany? Może są już zepsute? - Pomarańcze… Muszę się położyć…. Wstał, ruszył chwiejnym krokiem przed siebie i runął na ziemię. - Ludzie! Józef umiera! Chodźcie zobaczyć! Anna, która była w kuchni, odwróciła się natychmiast w ich stronę, a Zofia, ciągnąć Henryka za sobą, wbiegła do środka. - Józef, walcz! Ta paskuda, która cię ostatnio zaatakowała, pewnie cię czymś zaraziła! Pokonałeś to poprzednio, więc teraz też to zrobisz! - wrzeszczał Maciek. - Byłam z Heńkiem w łazience, co z Józefem? On udaje, prawda? - spytała niepewnie Zofia. Józef dyszał ciężko, ale jego oddech powoli się uspokajał. Po chwili leżał już rozluźniony. - Żyjesz? Wszystko w porządku? Przeszło ci? - Taa… - mruknął Józef, cały zlany potem, trzęsąc się prawie tak, jak dawniej – Po prostu za dużo zrobiłem ćwiczeń. Moja kondycja jest w opłakanym stanie… Od jutra będę ćwiczył jeszcze więcej. - To nie było od ćwiczeń. To było coś dziwnego, jakby jakiś obcy organizm w tobie siedział. Wykończysz się, daj spokój – przekonywał go Maciek. - Wręcz przeciwnie, stary… Będę silny, jak nigdy dotąd! - Koleś, odpuść sobie, jesteś zmęczony. Połóż się i odpocznij, a jak wstaniesz, to przemyśl sobie wszystko na spokojnie. Józef odwrócił się do niego z wściekłą miną. - Kpisz sobie? Ja? Zmęczony? Położył się na ziemi i zrobił jeszcze kilka pompek, po czym wstał, dysząc ciężko. - Zapamiętaj sobie raz na zawsze: ja nigdy nie jestem zmęczony! Następnie poszedł chwiejnym krokiem do łazienki, trzymając się za brzuch. - Wcale się tak bardzo nie zmieniłeś – mruknął Maciek. Gdy Józef szedł korytarzem, jego wzrok przykuł kalendarz, wiszący na ścianie. Był bardzo stary i zniszczony, widniał na nim rok 1941. Tym razem jednak wyglądał jakoś inaczej niż zwykle. Józef nie zwrócił uwagi na cichy szum, który przemknął mu przez głowę i ucichł szybko. Spojrzał uważniej na kalendarz i dopiero wtedy zrozumiał, co go w nim tak zaciekawiło. Zwykle bowiem nazwy dni tygodnia wyglądały normalnie: poniedziałek, wtorek, środa, czwartek, piątek, sobota i niedziela. Jednak tego dnia brzmiały one następująco: przedziałek, wrotek, broda, czkawek, wątek, robota, niemnoża. Józef gapił się na te nazwy z lekko otwartymi ustami; wiele razy z nudów, przez cały czas pobytu w tym domu przyglądał się temu kalendarzowi i zawsze wyglądał normalnie, aż do teraz. - To idiotyczne – pomyślał – To niemożliwe, żebym tego wcześniej nie zauważył! Co jest? Potem jego wzrok padł na nazwy miesięcy. One także były pozmieniane: dotyczeń, lutowany, marznie, kwiatocień, Majowie, larwiec, topolec, kosień, kipień, siemadziennik, kartkopad, chudzień. - To jakiś kawał? Może ktoś podmienił te kalendarze? MACIEK!!! Po chwili zawołany się zjawił. - O co chodzi? - To ja się pytam, o co chodzi. Ty kłamliwy gnojku! Mówiłeś, że skończyłeś z twoimi kretyńskimi dowcipami! - Tak, i była to prawda, a co? - I może jeszcze mi powiesz, że to nie twoja robota? - wrzasnął Józef, wskazując palcem na kalendarz i nagle stanął jak wryty; napisy na kalendarzu były takie same jak dawniej. - Czego ty ode mnie chcesz? Co niby jest z nim nie tak? Józef patrzył jeszcze przez chwilę na kalendarz, a potem spojrzał z niedowierzaniem na kolegę. - Wybacz, stary… Chyba coś mi się przywidziało. - Następnym razem się zastanów, zanim mnie zawołasz. Przestań działać bezmyślnie, pod wpływem impulsów zachowujesz się jak wariat i zacznij myśleć chociaż czasami – rzekł Maciek. Od pewnego czasu zaczął się zachowywać w towarzystwie dawnego oprawcy znacznie pewniej, niż kiedyś. Przestał się go bać, widząc, jak się zmienia, poza tym wrodzona złośliwość czasami brała górę, dlatego lubił czasem rzucić jakiś złośliwy komentarz w jego stronę. To pozwalało mu poczuć się w obliczu nieznanego zagrożenia kimś ważniejszym od człowieka, który go poniżał przez wiele lat. Tymczasem Józef stał ciągle przed tym kalendarzem, nie wiedząc, co o tym myśleć. - Mam zwidy... Myślałem, że wyzdrowiałem, a okazuje się, że jest ze mną coraz gorzej. A może to wszystko nie dzieje się naprawdę? Może wcale nie uciekłem ze szpitala? Może leżę teraz w śpiączce, a to wszystko dzieje się tylko w mojej głowie? Nagle na korytarzu pojawiły się Zofia i Anna. - Azaliż twa uboga egzystencja przebiega swe istnienie w sposób płynny? Rzeczono mej obfitej postaci, jakobyś otrzymał niespotykane zjawisko, uzyskując ciekawy efekt przywidzenia. Racz mej istocie stwierdzić, czyżeś nie doznał jakowej wizji? - spytała Anna. Józef odsunął się gwałtownie. - Wy nie istniejecie! Nie zbliżajcie się! - Ty coś sobie wymyśliłeś? To niemożliwe. Mi się zdarza wymyślić sobie przyjaciół, ale po tobie bym się tego nie spodziewała – stwierdziła Zofia. Józef osunął się na ziemię. Miał zamęt w głowie. Rozmyślał gorączkowo. - Ufać im, czy lepiej nie? Jeśli są prawdziwe, to zagrożenie potworami też, a więc muszę z nimi współpracować, ale jeśli je sobie ubzdurałem, to nie mogę im ufać, bo nigdy się nie obudzę… Co się ze mną dzieje? - Co ty tam mruczysz pod nosem? Nic nie słyszę – powiedziała Zofia. Józef jej nie odpowiedział. Rzadko ktoś jej odpowiadał na pytania, ale ona najwyraźniej się tym nie przejmowała. Wtedy w wejściu do kuchni ukazała się podekscytowana głowa Maćka. - Józef! Chodź tu szybko! Wszyscy wracajcie! Te zwidy miałeś z powodu tej istoty za metalowymi drzwiami! - Ona nie ma aż takiego zasięgu – mruknął Józef, zerkając z niepokojem na wspomniane drzwi. - Chciałeś powiedzieć, że dotąd nie miała. Pamiętasz, jak widzieliśmy Piotra po jego śmierci? Jak z tobą rozmawiał? Przy każdej z tych wizji, mojej czy twojej, chwilę przed jej rozpoczęciem znajdowaliśmy się niedaleko tych drzwi, prawda? Józef przypomniał sobie dziwny szum w głowie chwilę przed ujrzeniem Piotra, a potem przed zmianą nazw w kalendarzu. Natychmiast wstał i pobiegł do kuchni, a zanim ruszyły wolno Anna i Zofia. - A więc nie zwariowałem? - spytał mięśniak z nadzieją w głosie. - O nie, koleś, nie ma tak dobrze. Zwariowałeś i to już dawno temu. Gdyby nie to, nie trafiłbyś do szpitala. Ale teraz jesteś już zdrowy. No, przynajmniej bardziej zdrowy niż wcześniej. Przez zmęczoną twarz Józefa przemknął nikły uśmiech. Po chwili jednak mina mu znowu zrzedła. - Zaraz, przecież nie ma się z czego cieszyć! Właściwie to wolałbym, żeby to wszystko okazało się nieprawdą i obudzić się znów w szpitalu psychiatrycznym. Gdybym wiedział, co mnie tutaj czeka, to w życiu bym stamtąd nie uciekł. Tam było o wiele lepiej niż tutaj. Przynajmniej nie musiałem się bać, że w każdej chwili mogę zginąć! - No cóż… Człowiek nie docenia tego, co ma, dopóki tego nie straci. Też bym wolał, żeby to był tylko sen. Baaardzo długi sen… - Wiesz, co właśnie zauważyłem? Ja, Piotr i ty byliśmy kiedyś zupełnie różnymi osobami. Teraz staliśmy się do siebie podobni, Myślimy podobnie, zachowujemy się podobnie… Straciliśmy swoją indywidualność. - Cóż, ja to zawsze lubiłem się wyróżniać. To niestety przekleństwo bycia normalnym; typowość. Wszyscy normalni ludzie są tacy sami, a gdy ktoś się wyróżnia, to go uznają za wariata. - Łatwiej mi się żyło, gdy byłem wariatem. Czasem lepiej jest być chorym na umyśle. - Zależy, w jaki sposób. Niektórzy z naszego szpitala przez całe życie sądzili, że coś chce ich porwać lub zabić. W naszym przypadku zaistniała sytuacja wymusiła na nas, żebyśmy się zmienili. Musieliśmy się do niej dostosować, żeby przetrwać. A i tak nie wiemy, czy to wystarczy. - Jeśli tak wygląda bycie normalnym, to ja dziękuję bardzo – zarechotał Józef. Maciek natychmiast mu zawtórował. Przez chwilę obaj zapomnieli o nieustannie dławiącym ich lęku. Lęku przed tajemniczym potworem, czyhającym gdzieś niedaleko i słyszącego wszystkie ich myśli oraz jego bandą, ukrytą głęboko, w każdej ścianie, dookoła nich. Pewnego poranka Maciek obudził się. Budził się codziennie, więc nie było to nic niezwykłego, ale tym razem miał sen, w którym znów znajdował się w szpitalu, zamknięty w swoim obskurnym pokoju. Leżał z otwartymi szeroko oczami i nie chciało mu się wstawać; postanowił zapamiętać ten sen, zanim będzie musiał ponownie stawić czoło ponurej rzeczywistości. Jego wzrok skierował się wtedy na stół, stojący jak zwykle pośrodku kuchni. Zobaczył przy nim Józefa, z twarzą zakrytą przez dłonie. Cały się trząsł. - Koleś, chyba nie beczysz? - spytał go niepewnie. - Nie, no co ty… Trochę mi zimno, to wszystko. - No, fakt. Teraz jest jesień, wyobrażasz sobie, co się będzie działo zimą? Przecież tu nie ma żadnego ogrzewania! W ogóle wszystkie kontakty są zepsute, ale to nie moja wina, bo od razu takie były jak tu trafiliśmy. To cud, że chociaż lodówka działa i jej nie uszkodziłem. Józef jednak zdawał się myśleć o czymś innym. - Powiedz mi, stary, tylko szczerze… Bałeś się kiedyś? Maciek natychmiast spoważniał. - Odkąd się dowiedziałem, że coś siedzi w tym domu, boję się jak diabli. - Ja też, ale mi chodzi o ten okres, zanim się tu znaleźliśmy. - Aaa, wtedy – mruknął Maciek z niechęcią. Najwyraźniej nie miał ochoty na drążenie tego tematu – Przez całe życie bałem się, że nie będę akceptowany. Nigdy nikt mnie nie lubił, więc próbowałem jakoś zwrócić na siebie uwagę drobnymi dowcipami. Ludzie z mojego otoczenia nie mieli jednak poczucia humoru. Zrobiło się znacznie gorzej, niż przedtem, a moje życie stało się piekłem. Wtedy postanowiłem, że skoro nie mogę być lubiany, to utrudnię życie wszystkim dookoła, żeby mnie do reszty znienawidzili. Moje dowcipy stawały się coraz groźniejsze, a ja odczuwałem dziką przyjemność, patrząc na wściekłość i strach ich ofiar. W końcu straciłem nad tym kontrolę. Zbyt późno zorientowałem się, że nie mogę już nad tym zapanować. I tak trafiłem do szpitala. Kochałem moje hobby i nadal je kocham. Tylko, że teraz mam ważniejsze sprawy na głowie: przeżycie. Pobyt w tym domu jest dla mnie szansą na powrót do normalności. Ale ja wcale nie chcę się zmieniać. Niestety jednak, nie mam wyboru, jeśli mam przetrwać. Moje żarty i pułapki są na nic przeciwko tym stworom i ich szefowi. Ten strach mnie paraliżuje – stwierdził i wzdrygnął się lekko z przerażoną miną. Najwyraźniej miał już dosyć tego tematu. O ile zaistniała sytuacja wpływała korzystnie na jego zdrowie psychiczne, o tyle nie może było tego napisać o jego zdrowiu fizycznym; brudne, matowe, od dawna nie myte włosy, worki pod podkrążonymi oczami i wyraz nieustannego przerażenie na twarzy wymownie świadczyły o jego kondycji zdrowotnej. Podobnie zresztą wyglądali pozostali członkowie Różnej Grupy. - Jak sądzisz, stary – spytał nagle Józef, wyrywając go z chwilowego otępienia - Co się dzieje po śmierci? - Co się dzieje, gdy umrzemy? - upewnił się Maciek, zastanawiając się przez chwilę – Zawsze wierzyłem, że po śmierci po prostu znowu się urodzę w tym samym ciele i przeżyję drugi raz to samo. A potem kolejny, i jeszcze raz… W nieskończoność. To by tłumaczyło, dlaczego niektórzy mają deja vu. Kto wie, ile razy już przeżywałem to życie… Dlatego nie chcę umierać. Nie chcę kolejny raz przechodzić przez to piekło. Wszystko jest z góry ustalone. Popełnię te same błędy, co w poprzednim życiu i umrę w taki sam sposób. Ewentualnie mogę jeszcze uwierzyć w reinkarnację, czyli że po śmierci urodzę się w innym ciele. Ale ta teoria mi się nie podoba, bo nie chcę być kimś innym. Mimo całej beznadziei tego życia chcę pozostać sobą. Ale jeśli to prawda, to przecież w końcu wszystkie te wcielenia się skończą i co wtedy? Koniec świata? Zresztą chyba bliżej prawdy jest ta moja pierwsza teoria. A dlaczego właściwie o to pytasz? Józef milczał przez chwilę. - Bo potwornie boję się śmierci – wyznał wreszcie – Lubię, jak w moim życiu wszystko jest jasne i oczywiste. Nie znoszę niespodzianek. Wiem mniej więcej jak działa ten świat i wiem, czego mogę się po nim spodziewać. No, może poza tym, co się teraz wyprawia w tym domu. Ale co się dzieje po śmierci? Idziemy do nieba, piekła, czy po prostu pozostajemy na zawsze w naszym gnijącym ciele, widząc dookoła pustkę i egzystując tak w nieskończoność? Nie wiem tego. I to mnie przeraża. Zawsze tak było. Dlatego w wieku dwunastu lat wymyśliłem teorię że jeżeli będę dostatecznie długo okaleczał swoje ciało, to w końcu uodporni się na rany tak bardzo, że stanę się nieśmiertelny i nigdy nie będę musiał sprawdzać, co czeka mnie po drugiej stronie. Zacząłem dopuszczać się okropnych rzeczy, których nigdy sobie nie wybaczę, sądząc, że żadna kara nie będzie mogła mi zagrozić. Większość ludzi, którzy chcą żyć jak najdłużej, dba o swoje ciało i pielęgnuje je. Ja obrałem przeciwną drogę. Chciałem uodpornić swoje ciało tak, aby w końcu nic nie mogło mnie zaskoczyć. Wierzyłem w to jeszcze do niedawna. Kiedy prysły złudzenia, kiedy marzenia się rozwiały i odeszły w niepamięć, powrócił dawno stłumiony strach. A co, jeśli trafię do piekła i będę tam musiał pokutować przez całą wieczność? A co, jeśli pogrążę się samotnie w pustce i już nigdy was nie zobaczę, skazany na wieczne wspominanie swojego żałosnego życia? Nie wiem. I dlatego chcę żyć jak najdłużej, aby jak najbardziej opóźnić moment, w którym będę musiał się tego dowiedzieć. A prawda może być gorsza od moich wszelkich wyobrażeń. Będę się smażył w piekle, cierpiąc potworny ból… - Myślałem, że lubisz ból. - Nie, nie lubię. Wmawiałem sobie, że go lubię, żeby łatwiej go znieść. A myślałem, że jest on konieczny, aby osiągnąć nieśmiertelność. I nagle okazało się, że cierpiałem nadaremno. Jeszcze nigdy się tak nie bałem… Skoro to życie jest tak podłe, to wyobraź sobie, jak okropne musi być życie po śmierci. - Może nie będzie tak źle… - Może tak, a może nie. Nienawidzę tego słowa; „może”. Wyraża wątpliwości, domysły, hipotezy, a ja lubię mieć jasność sytuacji. Coś ci jeszcze powiem. Gdy miałem piętnaście lat, wymyśliłem wyjście awaryjne. Na wypadek, gdyby coś poszło nie po mojej myśli. Moim jedynym celem życiowym było wtedy osiągnięcie nieśmiertelności. Któregoś dnia w telewizji leciał film. Oglądałem go na moim czarno-białym telewizorze i nawet niezbyt mi się podobał. Nazywał się „Postanowione posiedzenie”. Nie był zbyt interesujący, więc wyłączyłem telewizor w połowie jego trwania. Wtedy coś mi przyszło do głowy; kiedyś obejrzę ten film do końca. I nie obejrzałem go do dziś. Dzięki temu zyskałem dodatkową motywację, dodatkowy życiowy cel. Rozumiesz? Dopóki nie obejrzę reszty tego filmu, dopóty będę żył, ponieważ tak postanowiłem. I gdy będę miał już szczerze dość życia, obejrzę go sobie i umrę spokojnie. A jeśli nigdy go nie obejrzę, to będę żył wiecznie. Tak wtedy myślałem, jako nastolatek. Teraz, gdy mit o nieśmiertelnym Józefie prysł, pozostało mi tylko to. I choć już w to nie wierzę, to trzymam się kurczowo tej myśli i zmuszam się, żeby w to wierzyć. To nadaje mojemu życiu cel, do którego dążę i motywację, aby dalej żyć. Jeśli umrę, to nie będę mógł obejrzeć tego filmu. I choć to życie jest takie beznadziejne, to chcę żyć za wszelką cenę. Dopóki nie obejrzę tego filmu. Już dawno zapomniałem, że wymyśliłem sobie takie coś, lecz gdy straciłem marzenia o nieśmiertelności, ta myśl powróciła. Choćby mi odcięli głowę, ja będę żył, dopóki ktoś mi nie podstawi pod nos telewizora z tym filmem. Ale to mrzonki. - Nic z tego nie rozumiem... - Wcale nie oczekiwałem, że zrozumiesz. - Więc po co mi to wszystko mówisz? - Żeby jakoś zabić nudę. A tak serio: po prostu nigdy nie znałem nikogo, z kim mógłbym o tym pogadać. Piotr za bardzo się mądrzył, a z Henrykiem wolałem inne tematy. Z Różnej Grupy, z tych, co pozostali, ty najlepiej się nadajesz. W każdej chwili możemy zginąć, a ja musiałem wreszcie to z siebie wyrzucić. - I co, lepiej teraz? Ulżyło ci? - Nie. Bo jeżeli komuś o tym powiesz, to… - Dobra, dobra, spokojnie. Nie puszczę pary z ust. - Nienawidzę tego podłego życia. Ale jeszcze bardziej nienawidzę świadomości, że kiedyś umrę. To będzie oznaczało, że ktoś mnie wreszcie pokonał: śmierć, za którą kryje się tajemnica życia. Pokona mnie, niezwyciężonego Józefa i będę musiał zapłacić za swoje przewinienia. Dlatego muszę żyć jak najdłużej, aby mieć czas na ich odpokutowanie jeszcze tu, na Ziemi. - A więc masz dodatkową motywację: nie umrzesz, dopóki nie zapłacisz za swoje grzechy w tym życiu, żebyś nie musiał tego robić po śmierci. W tym życiu możesz sobie wybrać, jak to zrobisz: pomagając biednym, nie przeklinając itp. A po śmierci już nie do ciebie będzie należał wybór. - Nareszcie zaczynasz coś rozumieć. Cieszę się, że powoli przestajemy się od siebie różnić. - A to dlaczego? - Bo to zwiększa nasze szanse na przetrwanie. - W jaki sposób? - Im mniej się różnimy, tym bliższe sobie stają się nasze myśli i poglądy, co z kolei zmniejsza ryzyko kłótni i oferuje owocną współpracę. Poza tym… Nie słuchałeś, co mówiłem wcześniej? Wszyscy normalni ludzie są tacy sami, bo gdy ktoś zaczyna się od nich różnić, to zamykają go w psychiatryku. A ponieważ stopniowo stajemy się normalni, to zaczynamy logicznie myśleć, co pomoże nam łatwiej poradzić sobie z zagrożeniem. - Z tego, co mówisz wynika, że normalni ludzie w ogóle się nie kłócą, bo są do siebie zbyt podobni, żeby mieć różnicę zdań. - Wcale tak nie powiedziałem. - A ja wcale tak nie twierdzę. Mówię tylko, że to wynika z twojej wypowiedzi. - No i co z tego? - Nieraz widziałem, jak moi rodzice się kłócą. - A może nie byli normalni? - zarechotał Józef. - A może twoja teoria jest do kitu? - No fakt, tego nie dopatrzyłem… Może nikt nie jest do końca normalny? - A więc gdy wyzdrowiejemy, to będziemy jedynymi normalnymi ludźmi na świecie? - Może nigdy nie wyzdrowiejemy do końca? - A więc ryzyko kłótni i załamania współpracy będzie zawsze? Sam sobie zaprzeczasz. - Słuchaj, stary. Od dawna nie miałem styczności z „normalnymi” ludźmi. Większość życia spędziłem wśród osób, które uznano za wariatów. Nie wiem zbyt wiele o ludziach, którzy uważają, że są zdrowi psychicznie przy aprobacie społeczeństwa. Moim zdaniem normalni ludzie często okazują się bardziej chorzy psychicznie niż niejeden zdiagnozowany wariat. Zofię uznano za świruskę, bo wierzyła w piękno świata, lecz pojmuje to na swój sposób, przez co bywa groźna dla otoczenia. Ale czy można powiedzieć, że jest zdrowy na umyśle człowiek, który celowo zatruwa innym życie i krzywdzi zwierzęta? Może Anna ma rację, że nasza cywilizacja za bardzo się rozrosła. Maciek pokręcił powoli głową. - Skoro tak mało wiesz o „normalnych” ludziach, to jakim prawem się o nich wypowiadasz? - A jakie ma prawo lekarz, żeby decydować, kto jest normalny, a kto jest wariatem? - Bo szkolił się w tym zakresie. Zresztą co to ma do rzeczy? Józef westchnął i zakończył rozmowę słowami: - Skoro nie widzisz związku, to nie mamy o czym gadać – stwierdził, po czym odwrócił się od niego. Maciek był na tyle inteligentny, że nie próbował kontynuować rozmowy. Mruknął tylko do siebie: - Nie ma na świecie bardziej zwariowanego gatunku, niż człowiek.
Rozdział 4 Wątpliwości
Tej nocy wszyscy jak zwykle spali. Każdy leżał na podłodze, gdzie popadnie, tylko Henryk miał swoje stałe miejsce pod stołem. Nikt nie przeczuwał, że ta noc będzie inna od poprzednich. Nikt nie zauważył drobnego cienia, który prześliznął się po ścianie w okamgnieniu. Ten drobny cień przesuwał się powoli wzdłuż ściany przeciwległej do drzwi wejściowych od kuchni. Tuż obok miejsca, w którym pojawił się ów cień, widniała ledwie dostrzegalna w ciemności, mała dziura w ścianie. Istocie władającej parapsychicznymi mocami na razie nie chciało się tworzyć iluzji, że jej tam nie ma. Henryk leżał pod stołem, cały zesztywniały od bezruchu i zmęczenia. Nie spał od wielu nocy z obawy, że jakiś potwór odbierze mu życie podczas snu. Z drugiej strony śmierć we śnie byłaby najlepszą, jaką mogliby sobie wymarzyć w tych okolicznościach, zdecydowanie lepszą, niż śmierć w bezpośrednim kontakcie z napastnikiem na jawie, poprzedzona paraliżującym strachem i świadomością, że oto za chwilę nastąpi koniec. Henryk jednak nie mógł umrzeć, bo miał swój tajny plan, który mógł ich uratować. Dzięki swoim zdolnościom wiedział o tajemniczej istocie trochę więcej i korzystał z tej wiedzy, choć nie było tego widać – trwała między nimi telepatyczna walka. Na pewno niektórzy z nich, jak Maciek czy Józef, woleliby zginąć jak bohaterowie, twarzą w twarz z wrogiem, w uczciwej walce, tak jak Piotr, choć on akurat nie umiał sobie poradzić w bezpośredniej konfrontacji. Dla nich byłoby to lepsze niż haniebna egzekucja podczas snu, bez żadnej możliwości obrony. Henryk spał twardo pierwszy raz od dawna. Jego ciało nie wytrzymało, był już zbyt zmęczony. Akurat tej nocy, której jego czuwanie mogłoby uratować im wszystkim życie… Co ciekawe, tej nocy wszyscy spali wyjątkowo mocno. Nawet Anna, która przysięgła sobie, „iż jej niezłomna osoba zdoła zwycięsko przetrwać ten oto przepowiedziany bunt nieznanych ofiar swych ludzkich ciemiężycieli, którym dane było ośmielić się dopuszczenia tak perfidnych intryg, nieuchronnie kroczących do ostatecznej, niepowtarzalnej zagłady niegodnej swego istnienia rasy ludzkiej”, chrapała teraz głośno obok lodówki. Dotychczas każdej nocy czuwała, odsypiając w dzień, gdy bezpieczeństwo zapewniali jej pozostali. Chciała przeżyć, żeby opowiedzieć ludziom o zbliżającej się zagładzie, być może nawet apokalipsie i żeby przekonać ich, że to ostatnia szansa, żeby się zmienić. Uważała, że nawet jeśli jest już za późno na ratunek, to jej przeznaczeniem było, aby otworzyć ludziom oczy. To, jak wykorzystają jej ostrzeżenie, to już była ich sprawa. Zofia także spała jak zabita, co w jej przypadku akurat nie było niczym niezwykłym. Ona, jako jedyna, nie bała się potworów i nie miała problemów ze snem. Wierzyła, że mają dobre zamiary. Józef z kolei także nie miał problemów ze snem, ponieważ nawet we śnie pozostawał bardzo czujny. Nie przewidział jednak, że wraz z różnymi zmianami w jego organizmie w ostatnim czasie, które nazywał „zdrowieniem”, mógł zatracić tą umiejętność. Maciek także, jak każdej nocy, spał twardym snem. Zawsze układał się obok Józefa, wierząc, że w razie potrzeby kolega go obroni. Być może tak mocny sen wszystkich ludzi w tym domu był wynikiem działań tajemniczej istoty? Tak więc drobny cień wciąż bez przeszkód przesuwał się w stronę śpiących. Gdy już do nich dotarł, zaczął się prześlizgiwać powoli między nimi, najwyraźniej szukając dogodnej ofiary. Teraz nie chodziło już tylko o Józefa. Po prostu istota rzucająca ten cień wiedziała, że w pojedynkę nie zdoła zabić wszystkich, że zaatakowana osoba podniesie zgiełk i obudzi pozostałych. Wiedziała też, że może nie przeżyć, lecz nie mogła porzucić zadania, jakie jej powierzono. Nie mogła zawieść zaufania pozostałych. Choć nic nie widziała, to wyczuwała, że obok niej są ludzie. Na razie nie chciała atakować potencjalnie najsilniejszej osoby w Różnej Grupie, już dwa razy atak na niego się nie powiódł, a jej stado nie mogło sobie pozwolić na kolejną klęskę z powodu tego siłacza. Zastanawiając się, kto jest najmniej istotny dla nich, czyli kto nie będzie już dłużej przydatny ich przywódcy, mijała właśnie ucho Józefa. Nagle niedoszła ofiara otworzyła oczy i trzasnęła ją deską, która nie wiadomo jak znalazła się w jej ręce. Istota siłą uderzenia poleciała na przeciwległą ścianę. - Przezorny zawsze ubezpieczony, frajerze! - krzyknął Józef, co obudziło pozostałych. - Co się stało? - spytał Maciek zaspanym głosem. - Te gnojki chciały nas wymordować we śnie! Chyba mnie nie doceniły! Podbiegł szybko do popiskującej istoty, pełznącej powoli w stronę otworu w ścianie, z którego przyszła. Gdy Józef znalazł się obok niej, skuliła się ze strachu, najwyraźniej sądząc, że będzie chciał ją dobić. Była zbyt obolała po uderzeniu, aby dostać się do dziury. Myślała, że to jej koniec. Pozostali przezornie odwrócili wzrok, gdy Józef wziął ze stołu nóż. Potem jednak położył przed istotą deskę, którą wcześniej ją walnął. Następnie odwrócił nóż ostrzem do góry i popchnął lekko istotę trzonkiem, wpychając ją na deskę. Potem odłożył nóż, podniósł deskę wraz ze znajdującą się na niej istotą i zaniósł ja ostrożnie w stronę otworu, znajdującego się około metra nad ziemią. Ku zdziwieniu wszystkich, łącznie z istotą, Józef przystawił deskę do otworu ze słowami: - Zjeżdżaj, zanim się rozmyślę i nigdy tu nie wracaj. Nie trzeba jej było tego dwa razy powtarzać. Choć nie miała uszu, najwyraźniej zrozumiała, o co chodzi. Po chwili już jej nie było. Józef pochylił się i zajrzał do dziury. Tak jak się spodziewał, zobaczył w niej kilka połyskujących grzbietów. - Nie chcemy z wami walczyć. My się tylko bronimy, bo wszyscy chcemy żyć. Przykro nam, że wtargnęliśmy na wasz teren, lecz nie zgodzimy się, żeby zapłacić za to naszym życiem. Na początku nie mieliśmy pojęcia, że ktoś tu mieszka, inaczej nigdy byśmy tu nie trafili. To, że się od siebie różnimy, nie oznacza, że musimy być wrogami. Proszę was, nie unoście się honorem i otwórzcie drzwi wejściowe. Odejdziemy stąd i nikomu więcej nie stanie się krzywda. Bądźmy tolerancyjni dla siebie nawzajem. Nie życzymy wam niczego złego. Pokażcie, że nie jesteście potworami i wypuśćcie nas stąd, a wszyscy będą zadowoleni. Przysięgam, że nikomu o was nie powiemy i będziecie mogli dalej mieszkać w swoim małym świecie. Tylko pozwólcie nam żyć... Józef skończył. Istoty nawet się nie poruszyły; miał wątpliwości, czy cokolwiek zrozumiały, lecz miał też poczucie, że zrobił, co w jego mocy. Już miał się wyprostować, gdy nagle usłyszał w głowie znajomy szum. To, co nastąpiło po nim, nie było już jednak szeptem; to był potworny ryk, ale nie słyszeli go uszami. - JA MAM CI UWIERZYĆ, PRZEDSTAWICIELU LUDZKIEJ ZARAZY? Choć Józef słyszał ten głos w swojej głowie, to był on tak potężny i niósł ze sobą tak silną falę energii, że cały dom wydawał się trząść w posadach, zupełnie jak wtedy, gdy ten efekt powodował Henryk. Józef, trzymając się za głowę, z grymasem bólu na twarzy, osunął się na kolana. Nagle wszystko ustało. Ze zdziwieniem zauważył, że dziura w ścianie wraz z ukrytymi w niej istotami zniknęła, gdy rozbrzmiał szum. - Słyszeliście to? - spytał, gdy już doszedł do siebie. Wszyscy stali oniemiali, a Henryk trząsł się ze strachu pod stołem. - Tylko jakieś szmery – mruknął w końcu Maciek – Coś o ludzkiej zarazie… - Ktoś chce grać z nami w głuchy telefon – zawołała uradowana Zofia – Szeptał mi do ucha, ale nie mogłam zrozumieć, o co chodzi… - Potężna istota okazała nam swą wiekopomną łaskę, łaskawie przetransportowując swe nienaganne w swej doniosłości, aczkolwiek wielce naganne dla naszej obelżywej rasie myśli, zawarte wszem i wobec w monumentalnym w owej prostocie toku niezaprzeczalnego rozumowania. - No cóż, dzięki za twoją opinię, Anka. Ja nie słyszałem szeptu, ani szmeru. Ja usłyszałem donośny ryk, bo te słowa były skierowane do mnie. Widocznie ten ich szef ma trochę lepsze zdolności od naszego Heńka, skoro potrafi kierować wiadomość do konkretnej osoby. - I co ci powiedział? My nie słyszeliśmy dokładnie - spytał Maciek podnieconym głosem. - Skoro były do mnie, to niby dlaczego miałbym ci je powtórzyć? Maciek trochę się zmieszał. - No… Bo jestem ciekaw. Poza tym może uratuje nam to życie? - Musimy myśleć trzeźwo. Nie zawalajcie sobie głów pierdołami, które was nie dotyczą. - Ale jeśli nam nie powiesz, to potem będziemy się zastanawiać, co ten ktoś chciał ci przekazać i będziemy myśleć jeszcze mniej, jak ty to mówisz, trzeźwo. Przecież tu nie ma alkoholu! - To taka przenośnia… Doba jeśli ma to wam ciążyć na sercu, to proszę bardzo. Powiedział, że mi nie wierzy. - Tylko tyle? - zapytał Maciek. Widać było, że jest rozczarowany. - Jeszcze mnie obraził. Gadał, że jestem ludzką zarazą. - Aha. Nieważne, w każdym razie mamy ich z głowy. - Jak to? - No, przecież ustaliłeś z nimi, że zawrzecie pokój. Józef złapał się za głowę. - Czy ty mnie w ogóle słuchasz? Chwilę później ich szef powiedział, że mi nie wierzy. Najwyraźniej chce wojny! - On może i chce… Ale kto wie, czy te jego sługi też tego chcą? - Co masz na myśli? - Wygląda na to, że ten szef bardzo nie lubi ludzi. Dlatego chce nas zabić. I z tego, co dotąd widziałem, wnioskuję, że on zmusza te małe istoty do wykonywania jego rozkazów. - Skąd to naczepałeś? - Pamiętasz, jak te stwory chciały cię zabić i uciekłeś na schody? Czy ten szef coś ci wtedy powiedział? - Tak, a skąd wiesz? - Bo znalazłeś się blisko jego drzwi, a wtedy zawsze się słyszy jego myśli. - No tak, tylko, że on wtedy nie powiedział tego do mnie. - Ale usłyszałeś, co mówił? Albo raczej, co myślał? Józef zastanowił się przez chwilę. - Kazał im naprawić swój błąd, bo zabiły nie tego, co trzeba… To brzmiało trochę tak, jakby im groził… że jeśli tego nie zrobią, to chyba czeka ich jakaś kara, czy coś w tym rodzaju.. Był wyraźnie wściekły. - Tak myślałem. Gdybyśmy zjednali sobie te mikrusy, to zostałby sam. - Ale nie mamy pewności, czy one chcą się przeciw niemu zbuntować. Może to jakaś sekta, dla której ten telepata jest guru, czy coś takiego. Moim zdaniem po prostu go wielbią, dlatego bez wahania spełniają jego zachcianki. - A może się go boją. Nie przekonamy się, jeśli nie sprawdzimy. Co prawda, jest on jeden, a ich jest cała masa, ale on jest silniejszy niż one wszystkie razem wzięte. - Może i masz rację. Wtedy, gdy nas zaatakowały na schodach, żałuję, że ich wszystkich nie rozwaliłem. - A mówiłeś im, że żadnego z nich nie chciałbyś skrzywdzić! - A co miałem mówić? Żebrałem o litość. Zresztą ja naprawdę nie chcę już nikogo więcej krzywdzić, ale tanio skóry nie sprzedam. W każdym razie, to co one właściwie mogą nam zrobić? Wleźć nam do gardła i zabić od środka. Ale co poza tym? Gdy śpimy, to są niebezpieczne, ale gdy wtedy staliśmy naprzeciw całej armii, to mogłem po prostu zbiec na dół i je wszystkie rozdeptać. - Ale mówiłeś, że one wydzielają jakiś kwas. - Jestem na to przygotowany. Zamiast je deptać, to mogłem wyrwać z podłogi parę desek i je wszystkie… No, sami wiecie… Dobra, teraz trzeba się skupić na teraźniejszości. - Co proponujesz? - Byłoby głupotą iść do nich i je po kolei zabijać, bo ich szef pewnie by nas powstrzymał. Ale pomyślcie tylko; gdybyśmy pozbyli się ich władcy, to byłyby bezbronne. - Ale jak chcesz to zrobić, skoro siedzi za zamkniętymi drzwiami? - To proste. Trzeba go stamtąd wywabić. Zagram na jego honorze. Wybiegł na korytarz i zawołał: - Ej, ty! Eee… Przywódco tych kurdupli! Ty tchórzu, który chowa się za metalowymi drzwiami! Wyłaź stamtąd! Przestań wyręczać się tymi bezwartościowymi gnojkami i choć raz zrób coś sam! Pokaż, na co cię stać! Po chwili na korytarzu pojawił się także Maciek. Nagle, na ich oczach, bardzo powoli otworzyły się drzwi. Ale nie te, których otwarcia mogliby się spodziewać, bo to były drzwi wejściowe. - Dotrzymał słowa! Chciałeś, żeby nas wypuścił i zrobił to! - wrzeszczał Maciek i zaczął biec w ich stronę. - Stój! To może być pułapka! - ostrzegł go Józef, ale było już za późno. Biegnąc ku wolności, Maciek minął bezmyślnie metalowe drzwi, które miał po drodze do wyjścia. Choć były dość daleko, w sąsiednim korytarzu, to najwyraźniej szef jeszcze bardziej zwiększył swój zasięg. W połowie drogi Maciek zatrzymał się. Po chwili zgiął się w pół i złapał za głowę. - Nieee! Wracaj! - wrzeszczał Józef, porzucając resztki zdrowego rozsądku. Rzucił się za nim w pogoń. Jednak zaledwie zrobił parę kroków, a już jego głowę opanował znajomy natłok myśli, silniejszy niż kiedykolwiek. Cofnął się z powrotem i wszystko się uspokoiło. Dla Maćka było już jednak za późno. Osunął się powoli na kolana, a potem upadł na twarz. Ostatkiem sił zaczął się czołgać w stronę słonecznego światła, bijącego z upragnionego wyjścia. Gdy był już blisko, gdy wydawało się, że mu się uda, nagle rozległ się cichy huk, błysnęło jaskrawe światło i Maćka odrzuciło tuż pod nogi Józefa, który natychmiast się nad nim pochylił. - Stary, żyjesz? Pamiętasz, jak mówiłeś, że jestem nieśmiertelny i że wiara jest silniejsza niż cokolwiek innego? Ty też jesteś nieśmiertelny! Uwierz w to! Bardzo powoli oczy Maćka otworzyły się nieco. Na jego udręczonej twarzy pojawił się wątły uśmiech. Z trudem podniósł trzęsącą się rękę i dał Józefowi prztyczka w nos. - Auu! Czemu to zrobiłeś? - Bo… Nie potrafię… Udawać kogoś… Kim… Nie jestem… Nagle znów złapał się za głowę, a na jego twarzy pojawił się bolesny grymas. Po chwili ręce opadł bezwładnie na ziemię. Był martwy. Józef leżał obok niego, nie kryjąc łez. Rozpaczliwie walił rękami o ziemię. Lecz to jeszcze nie był koniec. Tuż przy metalowych drzwiach, na ścianę, zaczął sypać się tynk, aż w końcu utworzyła się mała dziura, z której zaczęły wypełzać znajome stwory. Trwało to parę minut. Wkrótce było ich już kilkadziesiąt. Zaczęły pełznąć w stronę Maćka. Józef pomyślał, że pewnie teraz chcą jego wykończyć, ale było mu już wszystko jedno. Po prostu leżał, patrząc tępym wzrokiem na zbliżające się do niego ciemnobrązowe, owalne kawałki mięsa. Lecz im wcale nie chodziło o niego: po chwili całe to kłębowisko ściśle obległo nogi Maćka, który zaczął się przesuwać w stronę dziury. - Zostawcie go – wymamrotał Józef i złapał Maćka za ręce. Po chwili jednak puścił je z wrzaskiem, bo kopnął go prąd. Nie mógł nic zrobić; patrzył jak istoty zaciągają bezwładne ciało pod dziurę. Puściły go i otoczyły jego twarz. Józef nie widział dokładnie, co się dzieje, ale wydawało mu się, że jeden z nich wpełznął swojej ofierze do gardła. Po kilku minutach ciałem zmarłego zaczęły wstrząsać gwałtowne drgawki. Potem istota wyszła z jego gardła, a za nią następna, i jeszcze jedna, i kolejna… - Co jest? Przecież do środka weszła tylko jedna – pomyślał Józef – Czyżby one się rozmnażały w ciele ofiary? Różniły się trochę kształtem między sobą i coś mu przypominały, ale nie był pewien, co. Gdy wyszły już wszystkie, pozostawiły ciało Maćka w spokoju i kolejno wróciły do dziury. Józef ze zdziwieniem zauważył, że to ciało jest dziwnie płaskie, podobnie jak niegdyś ciało Piotra. Nagle przyszła mu do głowy przerażająca myśl. - A co, jeśli one wszystkie nie są żadnymi istotami? Czyżby przepowiednia Anny zaczynała się spełniać? Może te potwory to tak naprawdę są… - Józef, chodź, one się na razie z tobą nie pobawią, muszą skończyć z Maćkiem – zawołała Zofia, przerywając jego rozmyślania i wychylając się z kuchni. - Słuchaj, kretynko, one go zabiły! To twoim zdaniem zabawa? Czy zabicie kogoś można nazwać zabawą? - Bzdura, to taka zabawa! Kiedyś mój sąsiad miał takiego psa, że jak udawał, że do niego strzela palcami, to pies udawał martwego. A poza tym te stworzonka zostały wychowane w innej kulturze, nie znamy zasad ich zabaw. - Ale ja nie mam zamiaru się bawić w taki sposób. - Trudno! Wszedłeś na ich teren, więc musisz się dostosować. Skoro wlazłeś między wrony, to krakaj jak i one. - Czyli że co? Też mam zacząć zabijać? - Pozostawiam ci wolny wybór – zawołała wesoło Zofia. Józef był wściekły. Dawno już minęły czasy, gdy szukał wszelkich okazji do zadawania bólu sobie i przy okazji innym i nie zamierzał do tego wracać. Odkąd przekonał się na własnej skórze, że jednak jest śmiertelny, zaczął bardziej cenić życie. Uważał za osobistą porażkę, że w przeszłości zachowywał się jak totalny egoista, niszcząc życie swojej rodzinie i wszystkim dookoła. Nazywał to wtedy swoją siłą. Krzywdził siebie i innych, jakby chciał im powiedzieć: „Wasze życie jest bardzo kruche, a ja będę żyć wiecznie!”. Teraz zaczął traktować życie jak skarb, który w każdej chwili można stracić, zarówno swoje, jak i innych. Pragnął odpokutować swoje grzechy, chroniąc swoich współlokatorów przed śmiercią. A oto właśnie teraz, w tak trudnym dla niego okresie, już druga z osób, które miał chronić odeszła i nic nie mógł na to poradzić. Jeszcze nigdy nie czuł się tak bezwartościowy i po raz pierwszy czuł tyle emocji naraz: strach, gniew, nienawiść, lecz jednocześnie potrzeba solidarności i przyjaźni. Dawniej pomagał tylko sobie osiągnąć wieczność przez okaleczanie siebie. Teraz starał się uchronić siebie i innych przed wszelkimi niebezpieczeństwami. Jak dotąd jednak nie za bardzo mu to wychodziło. - Do trzech razy sztuka – pocieszał się – Nikogo więcej nie pozwolę zabić. Z nieco weselszą miną i optymistycznym spojrzeniem na świat wrócił do kuchni, starając się nie patrzeć na to, co pozostało z ciała Maćka. Położył się spać i natychmiast zasnął. Następnego ranka obudził się niewyspany. Przez całą noc wyrzucał sobie, że nie zdołał powstrzymać Maćka przed jego naiwnością. Tyle razy ten żartowniś zastawiał pułapki na innych, a sam dał się tak łatwo złapać. Józef próbował znowu zasnąć, ale nie mógł, więc wstał i powlókł się ze złością do lodówki. - Dzień dobry, Józefie – usłyszał nagle głos Zofii, który zagłuszył znajomy szum w głowie. Spojrzał na nią zdziwiony, bo nigdy wcześniej zwracając się bezpośrednio do niego nie wypowiadała jego imienia. Ale teraz też nie mówiła do niego, tylko do jego cienia, który znajdował się kilka metrów od jego ciała. Zanim jego nie całkiem jeszcze rozbudzony mózg zdołał przetworzyć to, co widzi, minęła dłuższa chwila. Spojrzał pod nogi, żeby się upewnić i faktycznie, obok niego nie było żadnego cienia, tylko kawałek dalej. Wykonał kilka ruchów na próbę i cień je powtórzył. Podniósł rękę. Potem opuścił ją, ale cień tego nie powtórzył; ręka pozostała podniesiona. W dodatku zacisnęła się w pięść. - Co tu się znowu dzieje, do diabła – wymamrotał i zaczął znowu wykonywać komiczne ruchy, ale cień już go nie naśladował; najwyraźniej zaczął żyć własnym życiem. Cień podniósł drugą rękę i ruszył w kierunku cienia Zofii niczym bokser. Zaczął okładać go pięściami, a Zofia ze zdziwieniem wrzasnęła z bólu. - Dlaczego to robisz? - spytała, tym razem w kierunku prawdziwego Józefa. - To nie ja! Ej… Ty! Zostaw ją! Podbiegł do niej i spróbował ją odepchnąć na bok. W chwili, gdy jego nogi zrównały się z jego cieniem, ten z powrotem się do nich dołączył i znów zaczął kopiować ruchy swojego właściciela. - Chyba się naprawiło… Zaczynam się przyzwyczajać do tych wszystkich zwariowanych sytuacji. Nadal uważasz, że to tylko zabawa i udawanie? - Nie… - jęknęła obolała Zofia, masując uderzone miejsca – To nie było fajne. Po raz pierwszy widział na twarzy Zofii nie wesołość, a strach i cierpienie. Upodobniło ją to do Józefa, którego twarz wyglądała jak śmiertelnie chorego; choć zaprzestał okaleczania siebie i ograniczył treningi, czuł się coraz gorzej. Nieustające bóle brzucha jeszcze bardziej potęgowały jego frustrację. - Wiesz, Józefie – powiedziała w końcu Zofia – Ja też wierzyłam, że jesteś nieśmiertelny. Że my wszyscy jesteśmy, bo śmierć nie istnieje. Ale po ostatnich wydarzeniach coraz bardziej w to wątpię. Skąd wiesz, że nie możesz umrzeć? - To już przeszłość. - Ale dawniej, skąd wiedziałeś? - Ja tego nie wiedziałem, tylko byłem tego pewien. - A to nie jest to samo? - Nie. Wytłumaczę ci na przykładzie. W naszym szpitalu był taki pacjent… Twierdził, że jego włosy i paznokcie są unerwione. Nie wiedział tego, ale był tego pewien. Rozumiesz? - Skąd wiesz, że nie wiedział? - Bo nigdy tego nie sprawdzał. Nigdy nie obcinał paznokci, bo bał się, że będzie go to potwornie boleć. Nawet w dzieciństwie, obcinali mu we śnie, więc myślał, że mu wcale nie rosną. Oczywiście na jawie reagował paniką, gdy ktoś się do niego zbliżał z nożyczkami. Jego argumentem było to, że jak się ciągnął mocno za włosy, to czuł ból. - A skąd mu się wzięła ta teoria? - W młodości naczytał się Biblii. Na jej podstawie stwierdził, że nie wolno okaleczać swojego ciała. Uznał, że obcinanie włosów i paznokci byłoby okaleczaniem. Poza tym jest tam opowieść o Samsonie, którego spotkała kara za obcięcie włosów. Co prawda znam te fragmenty tylko ze słyszenia... Mówiąc to, nieco się zmieszał. Zdał sobie sprawę, że on robił dokładnie odwrotnie. Tak naprawdę nigdy nie czytał Biblii, co podniosło go nieco na duchu – uznał, że skoro nigdy jej nie czytał, to nie mógł wiedzieć, że nie wolno się okaleczać. Poza tym miał zawsze poważne wątpliwości co do istnienia Boga. - Którejś nocy – kontynuował – lekarze go uśpili, żeby nic nie czuł i ścięli mu włosy, a potem też paznokcie. Chcieli mu w ten sposób udowodnić, że nie zostaną po tym żadne bolesne rany. Jednak gdy się obudził i zobaczył, co się stało, to uśmiechnął się. Powiedział, że musiały mu odpaść samoczynnie ze starości. Ucieszył się, że stało się to podczas snu i nic nie czuł, bo bardzo mu przeszkadzały w życiu i że nie musiał tego robić samodzielnie. To utwierdziło go w jego przekonaniu. Zaczął głosić, że nie powinno się obcinać paznokci i włosów, bo w końcu same odpadną. Gdy mu odrosły, dalej twierdził, że są unerwione. Już rozumiesz różnicę? - Tak… Człowiek coś wie, jeśli czegoś doświadczył na własnej skórze i może to udowodnić. Jest pewien, gdy tylko on w to wierzy. - Tak, ale można coś wiedzieć i jednocześnie być tego pewnym. Właściwie to jak się coś wie, to jest się tego pewnym, no chyba, że komuś potrzeba kilku powtórek, gdy ma wątpliwości, ale odwrotnie już niekoniecznie. Pamiętam jeszcze jednego pacjenta. Bał się ciemności. Wierzył, że jak jest ciemno, to wszystko znika. - A dlaczego? - Tłumaczył mi to tak. Jak jest ciemno, to nic nie widać. A skoro czegoś nie widać, to tego nie ma. Wierzył, że przedmioty istnieją tylko wtedy, gdy są w zasięgu wzroku. Dlatego bał się, że jak zaśnie, to łóżko zniknie i spadnie w nicość. Dlatego spał w dzień. - Ale przecież jak spał, to miał zamknięte oczy, więc nic nie widział… - Tak, ale ludzie dookoła niego widzieli, a ponieważ opiekun na niego patrzył, to jego łóżko musiało istnieć, bo opiekun obejmował je wzrokiem. Na nic się zdały tłumaczenia, że wcale nie gapi się na niego przez cały czas jego spania, nie wierzył w to. I on też wpadał w panikę, gdy ktoś próbował przy nim zgasić światło, więc lekarze nie mogli mu nic udowodnić. Twierdził, że tylko on ma taką zdolność, ale bał się pokazać, że ma rację. Był tego pewny, lecz nie mógł tego wiedzieć. W nocy musiał mieć włączoną lampkę, bo inaczej histeryzował, ale i tak nie mógł wtedy zasnąć. Bał się, że światło jest za słabe i wszystko szlag trafi. Obawiał się też zostawać sam. Domagał się, żeby cały czas ktoś na niego patrzył, bo inaczej zniknie. Gdy nikogo nie było w pobliżu, gapił się na siebie w lusterku, pod pewnym kątem, żeby obejmować wzrokiem też podłogę. - Czemu mi o tym mówisz? - Bez powodu. Rozgadałem się trochę. - A więc ty nie wierzysz już, że jesteś nieśmiertelny? - Nie. Już nie. - Dlaczego? - Wcześniej byłem pewien, że nie mogę umrzeć. Ale ostatnie przykre doświadczenie przekonało mnie, że się myliłem. Zabawne… Byłem pewien swojej nieśmiertelności, a teraz wiem na pewno, że jestem śmiertelny… Wracając do tamtego pacjenta: którejś nocy jego opiekun poczekał, aż się odwróci, zakradł się od tyłu i go wystraszył. Spytał go potem, jak to możliwe, skoro ten go nie widział, a przecież byli sami. Pacjent na to, że widział jego cień na ścianie. - Dobry wzrok musiał mieć. Słuchaj, Józefie… Nie rozumiem, jak można w coś wierzyć, a później uznać to za bzdurę. - Można. Mam teraz do ciebie pytanie: czemu ty jesteś taka dziecinna? Większość osób po takim pytaniu by się obraziła, ale Zofia była wyjątkiem. - A czemu miałabym nie być? Dzieciństwo to najpiękniejszy okres w życiu. Dlaczego miałabym z niego wyjść? Po co dorastać? Po co na siłę komplikować sobie życie, podczas gdy w dzieciństwie wszystko jest takie proste? - Żeby przeżyć. - Już ci mówiłam, że te stworki chcą się tylko z nami pobawić. A jeśli mamy przy tym zginąć, to trudno. Może już najwyższy czas? Zresztą czytałam o Raju, do którego pójdę po śmierci. Podobno tam jest dużo fajniej, niż na Ziemi. Super byłoby zginąć i tam trafić. - Jeszcze niedawno nie wierzyłaś w śmierć, coś się zmieniło? - Widziałam, co się stało z Piotrem i Maćkiem. To nie było udawanie… - powiedziała cicho, pochmurniejąc. - Rozumiem… Ale z tym Rajem to nie wiadomo, czy to prawda. - Przecież jest napisane, że to prawda! Józef machnął ręką; nie było sensu kłócić się z wariatką. Po chwili jednak zaczął się zastanawiać; na jakiej podstawie ludzie twierdzą, że ktoś jest wariatem? Czy wystarczy, że wierzy w coś nietypowego dla ogółu? Potrafił to zrozumieć w odniesieniu do psychopatów jego pokroju, ale Zofia? Czy to, że nie poradziłaby sobie w życiu, czyni z niej szaleńca? Czy ci wszyscy ludzie, politycy, głoszący o potrzebie odstrzału szkodników, wycinania lasów, wyciągania pieniędzy od biedniejszych od siebie są od niej normalniejsi? Czy to, że potrafią kombinować i ustawić się w życiu, które pewnie w wielu przypadkach zakończy się więzieniem, czyni z nich ludzi zdrowych na umyśle? Czemu w takim razie nie nazywa się wariatami ludzi wyznających inną religię? Czy to z obawy przed potępieniem przez społeczeństwo? Józef nie potrafił tego zrozumieć. Może dlatego, że był tylko wariatem? Teraz już dopuszczał możliwość, że może nim być, kiedyś było to dla niego nie do pomyślenia. Czemu w takim razie nie są szaleńcami ci, którzy głoszą, że nie ma kasy na potrzeby dla biedniejszych od siebie, gromadząc grube miliony na swoich kontach, ci, którzy są egoistycznymi sadystami, pastwiącymi się nad społeczeństwem wymyślaniem kolejnych, często bezsensownych przepisów, utrudniających pozostałym życie i śmiejącymi się z ich bezsilności? Fizyczny sadysta jest wariatem, ale psychologiczny, działający pod przykrywką prawa już nie? W końcu Józefa rozbolała głowa. I tak nic nie mógł na to poradzić, więc po co miał się nad tym zastanawiać? „I tak niedługo wszyscy zginą”, pomyślał, przypominając sobie przepowiednię Anny, „i wszystkie problemy rozwiążą się same”. Po co więc tracić czas na wymyślanie ich rozwiązania, skoro i tak już jest na to za późno? Ludzie mają niezwykłą zdolność odkładania wszystkiego na ostatnią chwilę. W tym przypadku dosłownie ostatnią…
CZĘŚĆ CZWARTA
Część 33 / 4
MISTRZ
Właściciel domu postanowił gości przywitać, niezbyt dobry to gospodarz, nie ma doświadczenia. Zawoła ich do siebie, nim jeszcze zacznie świtać, Jest dziwny, lecz wygląd podobno nie ma znaczenia. Tajemnica się rozwieje, choć nie będzie miła, czy oni przeżyją? To się dopiero okaże. Nie będzie to miłe, prawda okaże się zgniła. Cena będzie wysoka, choć daje im to w darze. wróg jest nie tylko w głowach, ale też w reszcie ich ciał, I przed nimi też stanie. Czy wszystkich pokonają? On w tych wydarzeniach swój interes tajemny miał, Z dużym wysiłkiem niezwykłych cudów dokonają.
Rozdział 1 Gospodarz przyjmuje gości
Po rozmowie z Zofią był jeszcze bardziej przygnębiony. W dawnych czasach, w szpitalu, jego jedynym towarzyszem rozmów, z którym mógł dyskutować na różne tematy, był Heniek. Choć nigdy nie mógł go przekonać swoimi argumentami, że to on ma rację, to bardzo go lubił. Teraz okazało się, że niemal wszyscy członkowie Różnej Grupy z powodzeniem go zastępują. To utwierdziło go w przekonaniu, że wszyscy normalni ludzie zachowują się tak samo, bo widział, że ich choroby znacznie ustąpiły pod wpływem ostatnich wydarzeń. Jedynie na Henryka wywarło to przeciwny efekt, zamykając go jeszcze bardziej w jego głowie. Józef żył teraz nikłą nadzieją, że jego tajemniczy plan rzeczywiście okaże się ostatnią deską ratunku. Z dawnego życia nie pozostało mu już nic. Zniknęły treningi, zmieniło się otoczenie i sposób odżywiania, nawet jego znajomi się zmienili. A przede wszystkim zmienił się jego sposób myślenia. Siedząc przy stole i nudząc się niemiłosiernie w oczekiwaniu na kolejny atak, patrząc a przerażonego Henryka, ukrytego pod stołem i na Zofię rozmawiającą wesoło z Anną, czekał na rozwój wydarzeń. - Nie mogę tak siedzieć i nic nie robić, bo znowu zwariuję – pomyślał. Wstał od stołu, szurając głośno krzesłem i kaszląc donośnie, jakby w nadziei, że ktoś się nim zainteresuje. Niestety, nikt nawet na niego nie spojrzał. Wyszedł więc na korytarz i skierował się do łazienki. Nie zdziwiło go zbytnio, że ciało Maćka zniknęło. Przed wejściem do łazienki musiał się jednak zatrzymać; usłyszał w głowie znajomy szum, przypominający radiowe zakłócenia. Widział, że jeśli zrobi jeszcze krok, może go spotkać to samo, co Maćka. - Do diabła, ty podły gnoju! Twoja moc dotarła już tutaj? Nie mogę się nawet odlać? Co to jest, jakieś durne reality show? Jeszcze trochę i opanujesz kuchnię, a wtedy co? Zdechniemy z głodu! Po co nam dosyłasz te owoce, skoro chcesz się nas pozbyć? Dosyć tego! Pokaż się wreszcie i walcz tak, żebyśmy mieli równe szanse! Po chwili drzwi wejściowe ponownie się otworzyły, jeszcze szerzej niż poprzednio. - Bardzo śmieszne, nie jestem taki głupi. Chcę ci spojrzeć prosto w twarz, jeśli masz jakąś twarz w przeciwieństwie do tych ochłapów, którymi nas atakujesz i wtedy zobaczymy, kto jest lepszy… W uczciwej walce, naprzeciwko siebie! Przez kilka chwil nic się nie działo. Nagle Józef zorientował się, że szum w jego głowie nieco się wzmógł. Już miał się cofnąć, gdy zaczęły do niego docierać pojedyncze słowa. „Co robić?… Już gotowy… Duże ryzyko… Zdeterminowany… Nie dość… Nadszedł czas… Dopuścić do tajemnicy… Drzwi… Brama… Wrota… Przejście… Po chwili wszystko ucichło. Józef był zdezorientowany; szum ucichł, choć nie ruszył się z miejsca. Pierwszy raz wydarzyło się coś takiego. Stał niepewnie, nie wiedząc, co robić i nagle stało się coś, czego się zupełnie nie spodziewał mimo swoich wcześniejszych rozkazów; stalowe drzwi w podłodze na drugim końcu korytarza uchyliły się nieco. Błysnęło z nich jaskrawo białe światło. Józef cofnął się odruchowo, sądząc, że za chwilę wysypie się stamtąd stado potworów, tak jak poprzednio. Nic takiego się jednak nie stało; drzwi uchyliły się jeszcze bardziej, jakby zapraszając do środka, a światło stało się tak intensywne, że Józef musiał zamknąć oczy. W końcu drzwi otworzyły się całkowicie. Po chwili na korytarz wybiegły także Anna i Zofia, ciągnąc za sobą Henryka. Józef wyrwał z podłogi deskę i ruszył po omacku przed siebie. Nagle blask gwałtownie przygasł i mięśniak zauważył, że stoi tuż pod metalowymi drzwiami. Nie było znajomego natłoku myśli, ani szmeru; panowała głucha cisza. Ostrożnie zajrzał do środka. Tuż pod klapą znajdował się niewielki pokój. Zszedł ostrożnie na dół. Pośrodku stało kilka potworów. - Przyszedłem pogadać z waszym szefem – rzekł niepewnie Józef. Ku jego zdumieniu usłyszał głos: - Nasz mistrz już na ciebie czeka. Natychmiast rozpoznał ten głos. - Piotr? - spytał drżącym głosem, patrząc w górę, skąd dobiegał ten głos. Zauważył, że tuż pod sufitem wisi mały pojemnik, do którego podłączone były cienkimi żyłkami potwory, znajdujące się w tym pomieszczeniu. Za nimi były kolejne drzwi. - Co wy zrobiliście z Piotrem? - W tym pojemniku są jego struny głosowe. Bez nich nie moglibyśmy się z wami porozumieć. Telepatię zna tylko nasz mistrz. - A jakim cudem nas słyszycie, skoro nie macie uszu? - Domyśl się, co jeszcze jest w tym pojemniku. - To dlatego go zabiliście? - O, nie. Zginął z zupełnie innego powodu. - Tak? A z jakiego? - Wyjaśni wam to ktoś inny. - Kto? - Nasz mistrz na was czeka – powtórzyły po raz ostatni i usunęły się z drogi. - Czeka za drzwiami. Na pewno go rozpoznacie, wygląda imponująco. Choć odpowiadały mu różne stworzenia, wszystkie mówiły głosem Piotra. Bez dalszych pytań Józef wraz z pozostałymi ruszyli dalej. Kolejne metalowe drzwi otworzyły się samoczynnie, jakby ktoś śledził każdy ich ruch. Znaleźli się w kolejnym pokoju, znacznie większym. Było ciemno. Ruszyli niepewnie przed siebie, aż zderzyli się z jakimś pojemnikiem. Był on wypełniony jakąś ciemną cieczą, a na samym środku unosił się… - Czy ty jesteś… Mistrzem tych stworzeń? - Nie. Nie jestem nawet godzien się do niego porównywać – odpowiedział pływający w płynie mózg. Tym razem był to głos Maćka. Józef rozejrzał się; pod sufitem wisiał taki sam pojemnik, jak w pokoju obok, podłączony żyłkami do pływającego mózgu. - Czym wy jesteście? Dlaczego się nad nami znęcacie? - Mamy swoje powody, które zaraz wyjawi wam nasz mistrz. Zapraszam dalej - Powiedz mi chociaż, kim ty jesteś. - Powie ci to twój kolega Maciek- rzekł mózg głosem Maćka – Jestem mózgiem psa Pikusia. To brzmiało tak niedorzecznie, że Józef przez chwilę miał ochotę się roześmiać. - Żartujesz sobie? - A co, zapomniałeś, że nie tylko ludzie mają mózgi? Aż tak zatraciłeś się w swojej megalomanii? Pikuś był buldogiem. To nie jest żart. Raczej twoje ciało mogę uznać za żart. Ha ha ha hau hau! Józef spojrzał na niego z obrzydzeniem i wraz z pozostałymi ruszył dalej po omacku. Wcześniej nic nie widział, bo było za jasno, a teraz było za ciemno. Szedł przed siebie, mijając kolejne pojemniki z taką samą zawartością, aż trafił na przeciwległą ścianę, w której tkwiły następne drzwi. Zajrzał za nie ostrożnie i wszedł do środka. Było jeszcze ciemniej i teraz nie widzieli kompletnie nic. Przyszło im do głowy, że te stworzenia nie mają oczu, więc nie potrzebują światła. Szukali na ścianie jakiegoś kontaktu, niestety bezskutecznie. - Witajcie. Czekałem na was – głos ten był im dobrze znany. Brzmiał, jakby te słowa wypowiadał chór postaci i rozbrzmiewał w ich głowach bez pośrednictwa uszu. Po chwili pokój się rozjaśnił i wreszcie zobaczyli, gdzie ich przyprowadzono. Anna natychmiast rozpoznała pomieszczenie, w którym się znajdowali. Widziała je kilkakrotnie w swoich snach: bardzo duża, okrągła sala z mnóstwem świateł na ścianach. „Jakim cudem tak wielki pokój mógł się zmieścić w tym domu?”, pomyślał Józef, nie wypowiadając tych słów. - Nie mógł. Jesteśmy pod ziemią – odpowiedział mu w głowie chór. - Jak to możliwe? Przecież nie schodziliśmy aż tak głęboko w dół! - wykrzyknął Józef, tym razem na głos. - Proste złudzenie optyczne. Ponieważ słyszeli ten głos w myślach, nie mogli zlokalizować jego źródła. Dopiero teraz zaczęli się rozglądać. Gdy usłyszał krzyk Anny, odwrócił się gwałtownie, a wraz z nim Zofia i Henryk. Zobaczyli tego, kto zatruwał im życie przez ostatnie miesiące. Niedaleko przed nimi, na środku sali, na niewielkim podwyższeniu, stał największy mózg, jaki kiedykolwiek mogli sobie wyobrazić. Był szeroki na około sześć metrów i wysoki na trzy. Po jego powierzchni przebiegały małe wiązki prądu. - Czym ty jesteś? - spytał Józef, rozdziawiając usta ze zdumienia. Żałował, że poprosił o to spotkanie, zwłaszcza, że zapach też nie był zbyt przyjemny. - Sądziłem, że jesteś inteligentniejszy, panie Józef. Jestem mistrzem. - Nie potrzebujesz żadnych strun głosowych? A może jeszcze nie zdążyłeś ich nikomu ukraść? - Nie są mi potrzebne. Ta forma komunikacji jest o wiele wygodniejsza. Za jej pomocą można się porozumiewać nawet, gdy dookoła panuje hałas, nie wymaga to także tak prymitywnego narzędzia, jak uszy. Myślę oczywiście o telepatii. - Czego od nas chcesz? Czemu tak bardzo nienawidzisz ludzi? - To długa historia… Musiałbym zacząć od początku. Otóż wy, ludzie, sądzicie, że byliście pierwszymi i do dziś jedynymi rozumnymi stworzeniami na tej planecie. Jest to oczywista bzdura. Cała wasza teoria ewolucji jest nic nie warta. To my byliśmy pierwsi. Pierwsi niż ludzie, nawet pierwsi niż jakiekolwiek zwierzęta. - Wy, czyli kto? - Nie wiem, jak nas nazwać… Wy nas nazywacie narządami wewnętrznymi. - Co ty gadasz?! Przecież wnętrzności nie mogą żyć samodzielnie! - Teraz już nie. Dzięki wam. - Jak to się mogło stać? Jakim sposobem wydostaliście się z ludzkich ciał? - Ty ciągle nic nie rozumiesz i nie słuchasz, panie Józef. Prawidłowe pytanie brzmi: jak trafiliśmy do waszych ciał? - No, więc jak? - Gdy powstaliśmy, wiele miliardów lat temu, świat dopiero budził się do życia. Była już bujna roślinność, były owady, ale nie było ludzi i zwierząt. Wszyscy byli zadowoleni. Żyliśmy sobie w spokoju, powoli powiększając naszą populację i nie wadząc nikomu. Z biegiem lat zróżnicowaliśmy się na tyle, że mogliśmy się podzielić na grupy. Każda się nieco różniła; wątroby, mózgi, śledziony, żołądki i płuca. - A więc serce bije w piersi ludzi i zwierząt, bo chce się wydostać? - Nie. Jelita, mięśnie itd. człowiek miał już od początku, nie należały do nas. Wracając do tematu: zaczęliśmy tworzyć zgrane i zgodnie działające społeczeństwo. Mózgi wszystkim zarządzały, a reszta zbierała tlen i jedzenie. Nic więcej nie potrzebowaliśmy do życia. Tlenu było niewiele, więc magazynowaliśmy go w płucach, a potem każdy z niego korzystał w razie potrzeby. Żołądki ratowały pozostałych z opresji, na przykład gdy ktoś się zaplątał w jakieś krzaki, rozpuszczając je swoim kwasem żołądkowym. W tamtych czasach był on o wiele bardziej żrący. Wątroby odstraszały owady swoją żółcią. Śledziony po prostu pomagały w razie potrzeby. A mózgi wszystko nadzorowały i podejmowały wszelkie decyzje. Tematu jedzenia może nie będę poruszał; podpowiem tylko, że tak jak w waszych ciałach wiele narządów współpracuje w procesie trawienia, tak u nas było podobnie. Nasze życie nie było zbyt ciekawe, więc cieszyliśmy się swoją wyjątkowością. Stanowiliśmy oddzielny gatunek. Potem pojawiły się zwierzęta. Była to tylko skóra, kości i mięśnie, nie miały mózgów, a ich układ pokarmowy był prostą rurą, biegnącą od mordy do tyłka. Całe dnie żarły i spały. A potem pojawili się ludzie… Byli skonstruowani tak, jak zwierzęta. Wszelkimi ich poczynaniami, zwierząt także, sterował prymitywny rdzeń kręgowy i układ nerwowy. My ich nie potrzebowaliśmy. Myśleliśmy nie głową, jak współcześni ludzie, lecz całym ciałem. Odkąd pojawił się człowiek, nasze życie stawało się coraz trudniejsze. - Czyim ty jesteś mózgiem? Psa czy człowieka? - przerwała mu Zofia. - Powinnaś raczej spytać, czyim byłem właścicielem. Otóż rozczaruję cię; niczyim. Jestem ostatnim wolnym mózgiem z pierwotnej rasy narządów. Kontynuując: gdy pojawił się człowiek, od razu zaczął polować na zwierzęta. Ci neandertalczycy nie mieli litości dla swoich ofiar. Przypominali żyjące w tym okresie zwierzęta; polowali, żeby przeżyć, nie umieli mówić, porozumiewali się prostymi gestami. Na początku więc traktowaliśmy ludzi na równi ze zwierzętami. Jednak ich nieumiarkowanie w ilości zabitych zwierząt zaczęło nas przerażać i w końcu doprowadziło do katastrofy. Mamuty, dinozaury, myślicie, że zabił je jakiś meteoryt? Większość z nich wybił człowiek, a meteoryt tylko dokończył dzieła, wykańczając ostatnich przedstawicieli tych stworzeń. Gdyby nie udział ludzi, prawdopodobnie by przetrwały. Od tamtego czasu przestaliśmy was nazywać zwierzętami. Zaczęliśmy was określać jako potwory. Gdy dinozaury wyginęły, mamuty także i kto wie, co jeszcze, wystraszyliśmy się. Baliśmy się, że wkrótce zabraknie wam pożywienia i zaczniecie polować na nas. Dlatego mózgi przedsięwzięły radykalne środki ostrożności. Zagoniły nas do jaskini, w której mieliśmy być bezpieczni. Było nas tam sporo, wszakże każde z nas żyło po około trzysta lat i wkrótce zaczęło brakować tlenu. Dlatego kilka razy dziennie płuca pod eskortą wątrób wychodziły na zewnątrz, żeby uzupełnić jego braki. Niestety, pewnego dnia wygłodniali ludzie zauważyli proces pobierania tlenu i trafili do jaskini. Rozpętało się piekło. Część z nas zdołała uciec, ale wielu zostało pożartych przez ludzi. Od tamtego czasu przestaliśmy was nazywać potworami, a nadaliśmy was nazwę, która wówczas była najgorszym przekleństwem, największą obrazą: człowiek. Wy zaś chętnie przejęliście tę nazwę, będąc na tyle głupi, że nie rozumieliście jej znaczenia. Nastały ciężkie czasy. Ludzie nie dawali nam spokoju. Mózgi próbowały nas chronić, wprowadzając restrykcyjne przepisy, takie jak cisza nocna i nie wychodzenie poza określony obszar. Niewiele to jednak dało; zawsze potrafiliście nas znaleźć, więc musieliśmy ciągle wędrować. Byliście naszym najgorszym koszmarem. Nasze dzieci bały się na sam dźwięk słowa „człowiek”. Wkrótce mózgi zauważyły, że nie zdołają nas uchronić. Dlatego zaczęły zmuszać nas do bezsensownej pracy za pomocą terroru i miały z tego niezły ubaw. Cieszyły się, bo ludzie nie przepadały za ich smakiem, wolały inne narządy. Ale ich beztroska nie trwała długo, bo z powodu utrudnionego dostępu do innych ludzie zaczęli zjadać także ich. Nie mieli zębów,więc połykali nas w całości. Znaleźli sposób, dzięki któremu mogli zwiększyć swoje doznania smakowe. Mianowicie zawsze najpierw jedli mózg, który dzięki temu natychmiast wędrował do głowy, aby nie zostać strawionym. Potem zjadali płuca, wątrobę, śledzionę. Ponieważ miejsce w głowie było już zajęte, pozostałe narządy też znajdowały swoją niszę w ciele, ale po paru dniach wszystkie wraz z mózgami zostawały strawione. Trwało to setki, tysiące lat. Było nas coraz mniej, a was coraz więcej. Z trudem staraliśmy się utrzymać liczebność. Z czasem na drodze ewolucji w ludziach zaszły pewne zmiany. Narządy były trawione coraz wolniej, aż w końcu po jednym posiłku pozostawały w ludzkich ciałach aż do śmierci konsumenta. Nasze ciała zaczęły współpracować z waszymi wbrew naszej woli. Średni czas waszego życia zaczął się wydłużać. Początkowo żyliście średnio 10 lat, a z czasem podskoczyliście do 30. Wreszcie nastąpiło coś, co nazywamy „asymilacją”. Otóż ludzkie ciała zaczęły same wytwarzać nas, czyli mózg, wątrobę, śledzionę, żołądki i płuca. Z tego co widziałem w waszych ciałach, potem zaczęły się wytwarzać też inne narządy współistniejące, np. nerki, ale one nie były jednymi z nas. Początkowo te narządy były prymitywne, lecz żarliście nas dalej i w końcu zaczęliście się rodzić wraz z bardzo podobnymi do nas kopiami naszego narodu. Wkrótce stały się one niezbędne dla waszego nędznego życia. Jednak nie były to bezmyślne twory. Tak jak my, one także miały duszę, osobowość, charakter i wolę życia. Ale nie znały życia poza waszymi ciałami, więc nawet nie wiedziały, że tkwią w więzieniu. Aby przetrwać, musiały pracować i przejąć funkcje, które dotąd były im obce. Tlen przestał być magazynowany i rozdzielany tak jak dotychczas. Tak dalece zintegrowaliśmy się z waszymi ciałami, że bez was nie mogliśmy już żyć. Wkrótce zorientowaliście się, że niedługo wyginiemy i zaczęliście poszukiwać innych źródeł pokarmu. Tak powstał homo sapiens: człowiek myślący. To zabawne, bo gdyby nie my, mózgi, dalej bylibyście tępymi istotami. Wszystkie te wyrzuty sumienia, albo myśli, które nachodzą was mimowolnie i nie wiecie skąd się wzięły, to myśli waszego mózgu, który wam próbuje pomóc lub czasem coś mu się wymsknie mimowolnie. Rodzą się w was, więc nie znają naszej historii. Zaczęliście wykorzystywać nas do myślenia, a potem budować domy, tworzyć narzędzia itd. Zapomniałem wam powiedzieć o czymś jeszcze. Na samym początku, gdy ludzie zaczynali się nami odżywiać, zobaczyły to zwierzęta. Wiele lat później poszły za waszym przykładem i ewolucja zrobiła swoje także w ich organizmach. W końcu zostało nas bardzo mało. Gdy ludzie zobaczyli, że wkrótce wyginiemy i nie będą mogli się nami dłużej odżywiać, całą grupą ruszyli na naszą ostatnią bazę. Denerwowało was, że próbujemy się bronić. Rozwścieczona banda zabiła wszystkich. Tylko ja ocalałem. Ludzie zaczęli jeść rośliny i powrócili do jedzenia zwierząt, które zwiększyły swoją populację w czasie, gdy się nimi nie żywiliście. I jeszcze jeden ważny szczegół, o którym o mało nie zapomniałem… Ludzie asymilowali narządy przez tysiące lat, zanim zaczęli je sami produkować na swoje potrzeby. Dzięki nam zaczęliście mówić, myśleć, żyć dłużej, a jakoś waszego życia znacznie się poprawiła. Zwierzęta były równie głupie i poszły za waszym przykładem. Jednak one zaczęły nas pożerać znacznie później i gdy nas zabrakło, narządy w ich ciałach nie były w pełni wykształcone, zwłaszcza mózgi. Dlatego aż do dziś nie potrafią mówić tak jak wy, są w waszym mniemaniu mniej inteligentne i ogólnie bardziej prymitywne. Po tej rzezi, jaką nam urządziliście, zacząłem się ukrywać. Myśleliście, że całkiem wyginęliśmy i wkrótce o nas zapomnieliście. Ale ja pamiętałem. Pozbawiony płuc, nie mogłem samodzielnie przyswajać tlenu, dlatego dużo czasu spędzałem w wodzie, gdzie tlen było mi dużo łatwiej pochłaniać. To pomogło mi przeżyć. - Czy żołądki nie mogły was obronić swoim kwasem? - Na początku broniły, ale potem zaczęliście tworzyć ubrania i osłony, które was chroniły. Kontynuując… Co znowu? Józef stał, wyraźnie się nad czymś zastanawiając. Nagle oczy mu się gwałtownie rozszerzyły: - To przez ciebie! - Mylisz się – pomyślał mistrz. Zdążył już odczytać w myślach Józefa, o co mu chodziło. - Co masz na myśli? - spytała Zofia. - To przez jego podgatunek, przez mózgi, to przez takich jak on jesteśmy wariatami! Gdybym nie miał mózgu, nigdy nie zachorowałbym na chorobę psychiczną! - Bzdura. Nie namawialiśmy waszych przodków, żeby nas zjadali. - Fakt faktem, że gdyby nie wy, to uniknąłbym wielu problemów. - Nawzajem. Podziękuj ludziom z przeszłości, że skazali cię na taki los. Jeszcze jakieś pytania, czy mogę kontynuować? - Mogliście się rozmnażać? - wtrąciła Zofia. - Oczywiście. Byliśmy normalnymi stworzeniami. - Jakoś nie widzę żadnych „narządów”, które miałyby do tego służyć. - stwierdził Józef z jawną nutą ironii, kładąc nacisk na słowo „narządów”. - Teraz zatraciliśmy tę zdolność. Ja teoretycznie mógłbym, ale nie mam z kim. Dawniej wyglądaliśmy nieco inaczej. W waszych ciałach mieliśmy znacznie ograniczoną swobodę, więc ulegliśmy degradacji. Wasz rozkwit to nasz upadek. Utraciliśmy wiele funkcji, które dawniej były nam niezbędne do przetrwania. Straciliśmy wzrok, nie możemy już mówić… A wy je od nas przejęliście. - Chcesz powiedzieć, że mieliście struny głosowe? - Nie, mieliśmy zupełnie inny system, który u was się nie sprawdził. Dlatego musieliście wykształcić własne narządy mowy, ale to my to zapoczątkowaliśmy. To było niezależne od nas, efekt uboczny waszych działań. Ja nauczyłem się telepatii, żeby móc wpływać na was i na zwierzęta. Nie mieliśmy zamiaru zrzec się wielu z naszych funkcji na rzecz ludzi, ale nie mieliśmy wyboru. Jeszcze coś? - Ile masz lat? - Straciłem rachubę. Urodziłem się jako jeden z ostatnich wolnych narządów i przeżyłem jako ostatni. To bez znaczenia. Mam ważniejsze problemy niż martwienie się o mój wiek. - Był u was jakiś podział na płeć męską i żeńską? - Nie było takiej potrzeby. Wszyscy byliśmy obojnakami. - Wiesz co… - mruknął Józef, który zadawał większość pytań na przemian z Zofią, która jako jedyna nie trzęsła się ze strachu. Drzwi za nimi stały otworem. Nie uciekali tylko dlatego, że mieli nadzieję zakończyć ten koszmar raz na zawsze. To mogła być ich ostatnia szansa. Nie mieli zamiaru jej zaprzepaścić. Józef, podobnie jak Anna i Henryk, był zszokowany tym, co zobaczył i usłyszał, lecz starał się zachować zimną krew. - Moim zdaniem to wszystko jest naciągane. Nie wierzę ci. - Czemu miałbym kłamać? - A czemu miałbyś tego nie robić? Bawisz się naszym kosztem, wciskając nam jakieś bajeczki o wymarłym gatunku, który żyje teraz w ludzkich ciałach. Możesz jakoś udowodnić, że to, co mówisz, jest prawdą? - A ty możesz udowodnić, że to kłamstwo? Zresztą czy to, co widzieliście do tej pory, nie jest wystarczającym dowodem? - Nie za bardzo. Po pierwsze: skąd te wszystkie potwory, skoro twierdzisz, że jesteś ostatni? Po drugie: czemu jesteś taki wielki? Podobno ludzie połykali was w całości, ty byś się raczej nie zmieścił. Wszystkie prehistoryczne mózgi tak wyglądały? Po trzecie: jakoś nie widzę, żeby twoi słudzy umieli mówić, a podobno kiedyś wszyscy umieliście. - Po pierwsze: uważaj, kogo nazywasz potworem, przedstawicielu rasy potworów. Po pozostałe: jeszcze do tego nie doszedłem. Pozwólcie mi dokończyć opowieść, to wszystko się wyjaśni. - A może po prostu pamięć ci szwankuje, ptasi móżdżku – zakpił Józef. Sam nie wiedział, czemu próbuje wkurzyć kogoś, kogo bał się jak ognia i kto zatruwa mu życie od wielu miesięcy. Wiedział, że być może wydaje na siebie wyrok. Miał jednak ochotę wyżyć się na kimś za te wszystkie krzywdy, jakie doznał w ostatnim czasie i to była jego forma zemsty. Nie wiedział też, co innego mógłby zrobić – prąd przebiegający po ciele mistrza i jego zdolności raczej uniemożliwiały fizyczny atak, więc to był jego jedyny pomysł. Nie miał zamiaru pokazać swojego strachu. Nie chciał umierać w poczuciu, że utracił czyjąś przyjaźń, będąc już normalnym człowiekiem; zbyt mocno się zżył z tymi ludźmi. Jako wariat wystrzegał się przyjaźni z kimkolwiek, jakby się bał, że stanie się przez to mięczakiem. Chciał wtedy pokazać, jaki jest niezależny i że ludzkie potrzeby, słabości i ograniczenia są mu obce. Teraz było inaczej. Stał się ludzki jak nigdy dotąd i nadrabiał stracony czas. Dlatego tak ważna była dla niego przyjaźń drugiego człowieka. I nie zamierzał jej stracić dlatego, że stchórzył. Słuchając przemowy mistrza był zszokowany i wściekły jednocześnie. Spodziewał się co prawda, że zobaczy jakieś dziwne stworzenie, lecz i tak jego wygląd wywarł na nim ogromne wrażenie. Nie wyzbył się jeszcze wszystkich dawnych cech, więc jego poczucie wyższości wzięło górę. Nie chciał uwierzyć w jego opowieść. Już i tak czuł się podle z powodu swoich dawnych czynów i nagle dowiedział się, że cały jego gatunek nie jest wiele lepszy. Nie podniosło go to na duchu, gdyż oznaczało, że jest skazany na bycie złym, bo to leży w ludzkiej naturze. To kłóciło się z jego potrzebą niezależności. Bał się śmierci, lecz mając po jednej stronie przyjaciół, a po drugiej znienawidzonego potwora, wolał się wyżyć na tym drugim. Wiedział, że nie może go tknąć, bo jest zbyt potężny, dlatego próbował go obrazić. Chciał zobaczyć jego wściekłość i przekonać się, że nawet taki mistrz ma swoje słabości. Próbował w ten sposób dodać sobie otuchy. Na szczęście lub nieszczęście, mistrz zachował stoicki spokój. - Pamiętam doskonale wszystko od chwili moich narodzin do chwili obecnej. Nie porównuj mnie z wami, ludzki śmieciu. To, że skleroza nęka wasze zdegenerowane umysły, co jest zapewne karą za dokonany przez wasz gwałt sprzeczny z początkowym porządkiem rzeczy, nie znaczy, że mnie także musi to dotyczyć. Nawiasem mówiąc… Wiecie, skąd się wzięły wszelkie słabości i choroby, które nękają wasze ciała? Otóż dawno temu, gdy ludzie zaczęli już wytwarzać nas w sobie, uwięzione w nich narządy wydały ostatni okrzyk buntu. Uwolniły część swojego DNA, aby wytworzyć wirusy. Zostały zaprogramowane tak, żeby podążyły za nimi też bakterie. W ten sposób zarówno wirusy, jak i bakterie zaczęły was atakować. Narządy cierpiały, walcząc z nimi, lecz cieszyły się na myśl, że wy także cierpicie, że choć trochę zatruwają wam życie. Poza tym, doskonaląc wasze ciała za pomocą integracji nadały wam także wiele słabości, które też w pewnym stopniu utrudniają wam egzystencję. To jest ich zemsta; czynią wasze wygodne życie nieco mniej idealnym. Zresztą wraz z umiejętnością myślenia nałożyliście na siebie masę problemów, które sami stworzyliście i teraz nie potraficie się z nimi uporać. To także nas cieszy, gdyż czujemy waszą bezradność i frustrację. A kiedyś życie było takie proste… Upolować coś, zjeść, iść spać. Ewentualnie postarać się o przedłużenie gatunku. I po co wam to było? Chcąc ułatwić sobie żywot, jeszcze bardziej go skomplikowaliście. Wasza wrodzona potrzeba niszczenia nie mogła wam odmówić zniszczenia marzeń o chlubnej przyszłości obiecującego gatunku! Wszystkie wasze wynalazki, strategie, udoskonalenia, to nasza zasługa! Nasza, mózgów! A wojny, kataklizmy, niszczenie świata, to już wasze dzieło. Mogliśmy stworzyć wspaniały naród, który uczyniłby ten świat lepszym, bez waszych chorych pomysłów i pragnień. Bez przemocy i strachu. Bez pieniędzy, ryzyka przeludnienia, dziury ozonowej, kwaśnych deszczów i wielu innych waszych tworów. Mieliśmy wiele pomysłów i marzeń… A wy to wszystko zmarnowaliście… Część naszych planów przeszła na was, lecz zrozumieliście je nieco opacznie i pouzupełnialiście własnymi, co utworzyło niezbyt dobrą mieszankę. Zaprawdę, możecie być z siebie dumni. - Nie próbuj wzbudzać w nas poczucia winy. To nie my was zjedliśmy i nie odpowiadamy za działania naszych przodków. - Może i tak, ale to byłaby wasza wina, gdybyście żyli w tamtych czasach. Wszyscy ludzie byli, są i będą tacy sami. Na ich miejscu postąpilibyście identycznie. Wszyscy myślicie podobnie. Każdy człowiek uzależnia swój światopogląd od tego, czego się dowiedział z gazet i tym podobnych wynalazków. - Wszyscy NORMALNI ludzie – mruknął Józef – Jak tak na ciebie patrzę, to jesteś ostatnią rzeczą, jaką miałbym ochotę zjeść. Był w tym domu już od dłuższego czasu i wiele razy zastanawiał się, czemu tu trafił. W końcu pobyt ten zaczął traktować jako pokutę za swoje dawne czyny. Dlatego tak bardzo chciał się stąd wydostać, żeby pokazać, że jest gotów pomagać innym w celu odkupienia swoich win, że wytrzyma to, co dla niego przygotowano. Że chce pokutować, ale w zupełnie inny sposób niż teraz. - Mogę kontynuować, czy w waszych zdegenerowanych umysłach utworzyło się jakieś kolejne bzdurne pytanie? Nikt się nie odezwał. - A więc… Ukrywałem się, obserwując ludzi. Odkąd powstali homo sapiens, miałem nadzieję, że nasza obecność w nich zmieni ich na lepsze i któregoś dnia nas wypuszczą, dzięki czemu odbudowalibyśmy nasz gatunek. Niestety… - Obserwowałeś? Przecież nie masz oczu! - krzyknęła Zofia. - Nie wkurzaj mnie, człowieku… Chyba już ci ktoś to wyjaśniał, prawda? Można patrzeć, patrzeć i widzieć lub widzieć. Ja wykorzystuję tą trzecią możliwość. Widzę, choć nie patrzę. Wbrew pozorom pozwala to dostrzec znacznie więcej, niż wam się wydaje. A więc z biegiem lat ludzie stawali się coraz bardziej agresywni wobec siebie nawzajem. Zaczęli toczyć ze sobą wojny, a narządy w ich wnętrzu zdegenerowały się tak bardzo, że nie było już sensu marzyć o ich wypuszczeniu. Straciłem wszelką nadzieję. Zbliżał się czas, kiedy miałem umrzeć; miałem wówczas 297 lat, a to było blisko granicy naszej żywotności. I wtedy odkryłem coś ciekawego… Ówcześni ludzie używali tylko 3% swojego mózgu, podobnie jak niegdyś wolne mózgi. Dzięki temu, że musiałem walczyć o przetrwanie, zacząłem rozwijać się nieco szybciej… Wkrótce wykorzystywałem już 8% swoich możliwości, podczas gdy ludzie zaledwie 4%. Od tej pory rozwijaliśmy się niezależnie. Zarówno ja, jak i ludzie wykorzystywaliśmy coraz większy procent swoich mózgów, tylko że używaliśmy zupełnie innych obszarów. Spowolniłem proces starzenia, ewoluowałem i rosłem bardzo szybko; bo odpowiadając na twoje wcześniejsze pytanie, początkowo byłem znacznie mniejszy; i w wieku 321 lat używałem już 14% siebie. I nagle mój postęp się zahamował. Po prostu nie wiedziałem, jak uaktywnić pozostałe obszary i uzyskać dostęp do innych umiejętności. Pobieranie tlenu przestało być problemem, nie musiałem już korzystać z wody. Mogłem oszacować, kto i ile procent swojego mózgu wykorzystuje i jakie obszary są u niego aktywne. Dzięki temu uaktywniłem te same obszary u siebie i moja wydolność podskoczyła do 19%. Potem rozpoczął się bardzo trudny okres. Ponieważ byłem już dość duży, musiałem ukryć się jeszcze głębiej z dala od ludzi. Nie mogłem już „ściągać” od nich moich zdolności. Przez kolejne dwieście lat moja ewolucja stała w miejscu, a ludzie wciąż się doskonalili. Ponieważ byłem daleko od nich, nie miałem już wglądu w ich mózgi. Cały czas zmuszałem się do istnienia. Walczyłem ze śmiercią ze wszystkich sił. Próbowałem bezskutecznie zahamować destrukcyjne starzenie się tkanek. Gdy zacząłem już przegrywać, w moim mózgu uaktywnił się niewielki obszar, za który odpowiadał nowy, dwudziesty już procent mojego ciała. Dzięki niemu mogłem częściowo przebudować moje dna, wyrzucając z niego wszystkie geny odpowiedzialne za wymieranie starych, zużytych lub uszkodzonych komórek na nowe. Moje ciało stało się przez to nieco mniej wydolne, ale za to całkowicie przestałem się starzeć. Aby się nie rozpaść, unikałem wszelkich uszkodzeń mechanicznych. Skryłem się w jaskini i przez wiele stuleci się stamtąd nie ruszałem. Spędzałem czas na medytacjach i zgłębianiu tajników mego ciała. Zamknąłem się w sobie. Dzięki temu zacząłem wykorzystywać kolejny procent i stałem się odporny na drobne obtarcia. Podróż stała się mniej ryzykowna. Zwiedzałem nowy świat, wciąż się ukrywając, przez miliony lat. Jakieś dwieście lat temu trafiłem tu, do Odludziowa. Przez ten cały okres nie widziałem ani jednego człowieka. Znalazłem dom, którego właściciel był wtedy nieobecny. Zakradłem się i ukryłem w nim. Posiadałem już pewne paranormalne zdolności, umiałem czytać w myślach i częściowo na nie wpływać. To wymagało jednak bliskiego kontaktu z ofiarą. Wiedziałem, że kontakt ze zdrowym psychicznie człowiekiem to zbyt duże ryzyko, poza tym takie mózgi trudniej było odczytać. Przez tyle lat wasze mózgi urosły w siłę i stały się barierą nie do pokonania nawet dla mnie. Gdy wrócił właściciel, wpisałem w jego myśli informację, że pomylił domy. Odszedł i więcej go tu nie było. Przez te 200 lat Odludziowo znacznie się wyludniło. Wszyscy dookoła się wyprowadzali, a ich domy burzono. Gdy próbowano zburzyć ten dom, wymazałem to polecenie z pamięci odpowiedzialnych za to osób. To samo zrobiłem z kilkoma kolejnymi ekipami. Nic więcej nie mogłem uczynić, byłem jeszcze zbyt słaby. Moje ówczesne 38% pozwalało jedynie na drobną modyfikację waszych myśli i zamiarów. Po każdej takiej ingerencji byłem wyczerpany; kosztowało mnie to bardzo wiele energii. Dzięki temu zyskałem jednak kolejne kilka procent i moje ciało wykorzystywało już 41% swojego obszaru. Nauczyłem się dzięki temu telekinezy i tworzenia drobnych złudzeń optycznych. I nagle mój rozwój znów stanął w miejscu. Nie wiedziałem, co dalej robić, po prostu siedziałem tu i czekałem. Udało mi się jeszcze bardziej uodpornić moje ciało, ale nadal było bardzo delikatne. Lecz przynajmniej miałem wreszcie święty spokój. Poczułem się bezpieczny i mogłem w końcu odpocząć… Ale któregoś dnia… Wykryłem nieopodal niedużą grupę ludzi. Jednak byli oni zupełnie inni niż ci, z którymi miałem dotąd do czynienia. Ich mózgi funkcjonowały nieco inaczej, wręcz dziwnie. Wykryłem też, że gdyby znaleźli się dostatecznie blisko mnie, byliby znacznie bardziej podatni na moje wpływy, niż zwykli ludzie. Mógłbym też wiele odczytać z ich mózgów, bo nie posiadały one takiej zapory jak tamte. Gdy zauważyłem, że nie kierują się wprost do tego domu, a jedynie przechodzą niedaleko, podjąłem rozpaczliwą próbę. Pierwszy raz od dawna chciałem przyciągnąć ludzi, zamiast ich odganiać. Skupiłem całą swoją energię i wywołałem złudzenie optyczne: piorun, tuż nad moją kryjówką. Podziałało. Ci ludzie zauważyli błyskawicę i ruszyli w jej stronę. Najwyraźniej przed czymś uciekali. Gdy wbiegli do środka, za pomocą telekinezy zamknąłem za nimi drzwi. Byłem zmęczony, ale szczęśliwy; wiedziałem, że dzięki nim nastąpi przełom i stanę się tak potężny, że będę mógł się wreszcie zemścić… Zamykając wejściowe drzwi, nadałem im pewne właściwości. Gdy ktoś je dotknął, kumulowały energię kinetyczną tego dotknięcia i zwracały je z podwójną siłą. Gdy ktoś uderzył w nie pięścią, nie mogło się to skończyć dobrze dla takiej osoby. Zniechęciło to tych ludzi do prób otwierania ich. Poza tym odkryłem, że jeśli znajdą się blisko drzwi, za którymi byłem ukryty, usłyszą moje myśli. Było to dla mnie wielce niepożądane, gdyż chciałem tych ludzi, czyli was, utrzymywać w nieświadomości. Dlatego wywołałem złudzenie w całym domu, że wygląda on zupełnie inaczej; w rzeczywistości to stara rudera, która ledwie się trzyma kupy, a dzięki moim zdolnościom widzicie ją jakby była niedawno zbudowana. Gdy na dom napadli gliniarze, moc drzwi wejściowych zadziałała i ci, którzy przeżyli, uciekli. Ostatkiem sił wymazałem z ich pamięci, że kiedykolwiek tu byli, żeby już nigdy nie powrócili. Skrajnie wyczerpany padłem na ziemię. Odpoczywałem przez wiele dni. „Maciek by zażartował – to przez te dni! To wszystko przez nie!” - pomyślał Józef. - Gdy odzyskałem siły, przystąpiłem do penetracji. Wasze umysły okazały się istną skarbnicą wiedzy, która w swoim czasie otworzy mi drogę do zwycięstwa. Wkrótce, dzięki wam, stanę się najpotężniejszą istotą na świecie. Właściwie już nią jestem, ale jeszcze mi daleko do granicy moich możliwości. Będę mógł lewitować, teleportować się, klonować, sprawiać, że moje myśli staną się prawdą… Będę wykorzystywać 100% swoich umiejętności… Dobra, jeszcze parę szczegółów. Aby studiować wasze reakcje i wydobyć jeszcze więcej wiedzy, co jakiś czas tworzyłem złudzenia optyczne. Gdy zginął Piotr, wykorzystałem jego wizerunek w waszej pamięci do stworzenia jego złudzenia. A moje złudzenia są tak realistyczne, że potrafił nawet złamać wam nos. To już wyższy stopień wpływania na rzeczywistość. Nie będę wam tłumaczył, bo to połączenie złudzenia, telekinezy i oszukiwania umysłu, że ciało zostało trafione. Gdy się baliście, wasze umysły pozostawały otwarte i mogłem w nich czytać do woli. Abyście nie umarli z głodu, co noc, za pomocą telekinezy, transportowałem różne owoce pod ziemią. Potem trafiały one od spodu do lodówki. Było to dla mnie dość męczące, lecz korzyści z tego płynące były niepomiernie większe. Ze zdziwieniem zauważyłem, że pod wpływem strachu w waszych mózgach uaktywniły się pewne nowe obszary. Stawaliście się zwykłymi ludźmi, jakich widywałem przed wami. Byłem jednak już tak silny, że mogłem czytać nawet z takich mózgów. To pozwoliło mi się dowiedzieć o was wielu nowych rzeczy. Dziś wykorzystuję 52% swojego ciała. Dzięki wam uczyniłem ogromny postęp. Jednak nie wiem jeszcze wszystkiego, więc utrzymam was jeszcze przez kilka miesięcy przy życiu. Ponieważ tak ładnie prosiliście, zgodziłem się na to spotkanie. Zapomniałem jeszcze dodać, że dzięki wam nauczyłem się selektywnie przekazywać moje myśli. Na początku słyszeliście wszystko, o czym myślałem, a teraz słyszycie tylko to, co chcę, żebyście usłyszeli. Nauczyłem się też wykorzystywać moje myśli przeciw wam i trzymać was na dystans. Wasze zdegenerowane mózgi nie mogły znieść energii, jaka wraz z nimi płynęła. W ten sposób zginął Maciek. I jeszcze jedna sprawa… Dzięki wam rosłem w siłę i zasięg moich działań rozszerzał się. Już nie potrzebowałem bezpośredniego kontaktu. Pozbawiłem drzwi wejściowe mocy, bo już nie były mi potrzebne i pozwoliło mi to zaoszczędzić nieco energii. A cała ta rozmowa, którą teraz tutaj odbywamy, ożywi nieco wasze przyzwyczajone do obecnej sytuacji umysły i pozwoli mi się bardziej w nie zagłębić. Poza tym spotkanie z wami to rozrywka dla mnie, bo siedzenie tutaj w nieskończoność jest koszmarnie nudne… No i to już chyba wszystko, jakieś pytania? - Kim ty właściwie jesteś? - spytał rozedrganym głosem Józef. - Nie słuchałeś mnie? Jestem pradawnym przedstawicielem prehistorycznego gatunku, który tacy jak wy pozbawili przyszłości. - Czego chcesz? - Przywrócić to, co pierwotne. Uczynić tak, jak przed wiekami było i sprawić, by mój gatunek powrócił. Jeszcze nie jest za późno. Przy okazji zmiotę ludzi z powierzchni ziemi. - Nie przyszło ci do głowy, że w tej chwili ciało ludzi i narządów to jeden wspólny organizm i śmierć jednego oznacza śmierć pozostałych? Inaczej po śmierci człowieka wszystkie narządy by z niego uciekały. - Mam pewne zdolności, które pozwalają przywrócić samodzielność narządom. Normalnie nie było to możliwe, ale dzięki mnie mogą żyć poza waszymi ciałami. - Skąd wytrzasnąłeś ten pokój? Był tu od razu? - Na początku służył jako duży magazyn. Właściciel prowadził chyba jakąś firmę. Za pomocą odpowiednich złudzeń optycznych oczywiście wygląda dla was bardziej epicko, niż w rzeczywistości. - Może ty sam jesteś złudzeniem optycznym? - Nic nie jest tak prawdziwe, jak ja, zapewniam cię. Stanowię jawny przykład realności. - A te wszystkie potwory? Mózgi w pojemnikach? One też są wytworem twojej wyobraźni? - Zastanawiałem się, czy o to spytasz… Zostawiłem to na sam koniec. - Koniec czego? - Naszego spotkania. - A co potem? Zabijesz nas? - Nie słuchałeś, co myślałem? Na razie nie mam zamiaru was zabijać. Jeszcze mi się przydacie. Po prostu wrócicie na górę i będziecie służyć jako króliki doświadczalne, lub worki treningowe, jak wolicie. Zanim zajmę się resztą ludzkości muszę jeszcze was lepiej poznać. - I my mamy się na to zgodzić? - To już wasz problem. Co ciekawe, ja także mam swoje problemy. Ciekawy zbieg okoliczności, nie sądzisz? - A skąd wiesz, że po prostu nie popełnimy zbiorowego samobójstwa? - Ty na pewno tego nie zrobisz. Za bardzo się boisz. - To o niczym nie świadczy. Człowiek postawiony przed trudnym wyborem często działa wbrew sobie. Wcale nie znasz tak dobrze ludzi. - Może nie znam się na ludziach, ale znam swoje możliwości. Po prostu nie pozwolę wam się zabić. - Ciekawe, w jaki sposób… - Jak wiecie, mogę tworzyć złudzenia tak realne, że niemal stają się rzeczywistością dzięki temu, że potrafię oszukiwać również wasze czucie. Nie wiecie jednak, że to działa też w drugą stronę. Trudno to wytłumaczyć… Gdy weźmiesz nóż do ręki, uczynię z niego złudzenie i nie będziesz mógł się dźgnąć. Radzę wam nie próbować, bo wkrótce przestaniecie odróżniać prawdę od fikcji i zwariujecie – To ostatnie zdanie zdanie miało w sobie nutę złośliwości. - A więc nie mamy wyboru? - Trafiłeś w sedno. Nic mnie już nie powstrzyma. Ale, zdaje się, mieliśmy rozmawiać o czymś innym? O tym, skąd się tu wzięło tyle narządów. Otóż, jak to niegdyś słusznie zauważył Piotr, w Odludziowie nie ma żadnych zwierząt. - Skąd wiesz, że on o tym powiedział? Jeszcze nie byliśmy wtedy w tym domu. - Ale podczas waszego pobytu tutaj poznałem wszystkie wasze myśli. - No tak… - Tak więc gdy po długiej tułaczce znalazłem się w Odludziowie, zauważyłem, że roi się tu od bezpańskich psów i kotów. Ponieważ ich mózgami łatwo manipulować, zachęciłem wszystkie, aby poszły za mną do tego domu. Oczywiście nie wszystkie naraz. Najpierw sprowadziłem kilka, żeby sprawdzić, czy w ogóle mój plan się powiedzie i przemówiłem do narządów w ich wnętrzu. Ponieważ nie wiedziały, kim są i nie znały swojej historii, wyjaśniłem im ją pokrótce. Natychmiast się zbuntowały, opuściły te cielesne więzienia i stanęły u mego boku. Po tylu tysiącleciach samotności już nie byłem sam… Z ciał, które pozostały, utworzyłem specjalną pożywkę. Stoi teraz tam, w kącie i każde z nas może się nią pożywić w razie potrzeby. Dzięki temu mogli przeżyć. Muszą ją spożywać dość często, w niewielkich ilościach, lecz obawiam się, że wkrótce się skończy. Oczywiście tak samo jak owoce dla was, transportuję też pokarm dla nas. Dlatego usilnie pracuję nad uaktywnieniem pewnego obszaru mego ciała, który pozwoli mi nieco zmodyfikować ich organizmy, aby na powrót mogły wchłaniać tlen. Zaszły w nich takie zmiany, że przywrócenie dawnego systemu drogą ewolucji zajęłoby tysiące lat. Jestem już bliski celu. Poobserwują sobie wasze płuca i dowiem się, jak tego dokonać… Wracając do tematu: gdy już uwolniłem narządy z ciał tych kilku stworzeń, jedno z nich celowo pozostawiłem przy życiu. Zmodyfikowałem myśli w jego mózgu i wysłałem na wolność, aby sprowadził mi kilka kolejnych psów i kotów. I tak za każdym razem sprowadzałem po kilka, uwalniałem narządy i jednego oszczędzałem. Po kilku latach nie został już ani jeden. Niedługo potem pojawiliście się wy. Jakieś pytania? - Jak zrobiłeś tą pożywkę? - spytał Józef, patrząc z odrazą na dużą górę szarobrązowej, śmierdzącej papki leżącej w kącie. - Po prostu to, co zostało z ciał tych zwierząt, porozrywałem z pomocą telekinezy na mniejsze kawałki. Starczy jeszcze na parę miesięcy. - Stałeś się nieśmiertelny tylko dlatego, że uaktywniłeś w swoim mózgu jakiś odpowiedni obszar? - Po pierwsze nie mogłem uaktywnić obszaru w swoim mózgu, bo ja sam jestem mózgiem. Po drugie, nie jestem nieśmiertelny. Nie starzeję się, lecz można mnie zabić. Tyle, że do tego nie dopuszczę. Ale ty i tak nie dożyjesz wieku, w którym umarłbyś ze starości. Słucham dalej, rozmowa z wami to doskonała rozrywka po latach nudy. - Te wszystkie mózgi, zamknięte w pojemnikach z wodą… Co one tam robią? - Pokutują. Uwolniłem je z ciał zwierząt. Gdy ludzie nas asymilowali, mózgi zrobiły się butne i zaczęły zmuszać pozostałe narządy do bezsensownej pracy, jak noszenie kamieni w tą i z powrotem. Lubiły patrzeć jak inni się męczą. Również w ludzkich i zwierzęcych ciałach zmuszają aż do dziś resztę do pracy i kontrolują je. Teraz to bardziej obowiązek, gdyż muszą to robić, aby przeżyć, lecz nadal sprawia im to radość. Mózgi jako jedyne nie chciały zostać uwolnione. Zamknąłem je w tych pojemnikach za karę. Dostają bardzo mało pożywki i wkrótce umrą. To kara za ich pychę i wywyższanie się ponad innymi. Nie są wcale lepsze od was. U mego boku staną jedynie te, które nie czerpały przyjemności ze swojej pracy. Potrafię to wykryć. Na razie jednak jeszcze na takiego nie trafiłem. - Czemu narządy nie zbuntowały się już wcześniej? - Nie wiedziały, kim są. Rodziły się w ciemnych ciałach ludzi lub zwierząt i nie znały innego świata. Poza tym nie poradziłyby sobie beze mnie. Jestem im potrzebny, żeby przetrwały w prawdziwym świecie. - A me prorocze wizje? - spytała nagle Anna. - O czym ty mówisz? Aha, już wiem… Nie powiedziałem wam jeszcze, że potrafię przewidywać najbliższą przyszłość, niestety niezbyt dokładnie. Według moich ustaleń do tej chwili mieliście przeżyć tylko ty i Henryk, ale później doszedłem do wniosku, że pozostali jeszcze mi się przydadzą. Henryk nie ma kontaktu ze światem, lecz ty w jakiś niezrozumiały dla mnie sposób odebrałaś te wizje, zanim jeszcze trafiłaś tutaj. Być może twoje rozmyślania i bujanie w obłokach wpłynęło na to, że jakoś wyłapałaś moje myśli, a ja musiałem je w ostatniej chwili trochę zmienić, żebyście nie wiedzieli, co was czeka. Tymczasem Henryk… Jego myśli są dla mnie zakryte, stanowi dla mnie wyzwanie. Nie wiem, co kryje się w jego głowie, ani jak to zrobił. - Szczerze mówiąc my też tego nie wiemy… Czemu te narządy nazywają cię mistrzem? - spytał znów Józef. - Ponieważ objawiłem im prawdę o ich pochodzeniu i otworzyłem oczy. Pomogłem im ujrzeć świat w pełni, a nie tylko mroczne zakamarki waszych obślizgłych ciał. - Sami jesteście obślizgli… Słuchaj, mistrzu, czemu właściwie nam o tym wszystkim mówisz? - Bo chcieliście to usłyszeć. Czemu nie miałbym tego zrobić? Mam mnóstwo czasu! No i rozmowa z wami twarzą w twarz to dla mnie dodatkowa nauka. Poza tym dawno nie widziałem żadnych ludzi, a wy jesteście dość nietypowi… - U nas nazywa się takich jak my chorymi psychicznie. - Dziwne zjawisko… Czyżby ludzkie mózgi także próbowały się zbuntować, przynajmniej w niektórych przypadkach? Doprawdy fascynujące… Gdy już uwolnię wasze mózgi, będę musiał je dokładnie wypytać. Ale myślę, że wariują z nudów, zamknięte całe życie w ciemności. Kontynuując, gdy poprosiliście mnie o spotkanie, wiedziałem, że jestem już wystarczająco silny, aby na to przystać. Nic mi nie możecie zrobić, więc… - A skąd wiesz? Nigdy tego nie sprawdzałeś! - Józef próbował zbić go z tropu, spowodować, żeby stracił wątek, przerywając mu i skacząc z tematu na temat. Miał nadzieję, że dzięki temu przyzna się do kłamstwa, lub wymsknie mu się jakaś informacja, którą będą mogli wykorzystać przeciw niemu, albo że zdradzi im jakiś swój słaby punkt. Wciąż nie mógł uwierzyć w jego opowieść, lub po prostu nie chciał. To byłoby zbyt bolesne zwieńczenie ich wielomiesięcznego pobytu w jego kryjówce. Chciał jak najlepiej poznać swojego wroga, aby potem móc opracować jakiś plan działania, choć czuł, że jest na z góry przegranej pozycji. Co on mógł zrobić tak potężnej istocie? W dodatku mistrz wydawał się być idealnie opanowany. Wyglądało to tak, jakby odczytywał pytanie w myślach Józefa, jeszcze zanim ten je zdąży zadać i miał dzięki temu przygotowaną zawczasu odpowiedź. - To prawda, nigdy nie sprawdzałem mojego systemu obronnego. Niemniej jednak zapewniam cię, że moje elektrowstrząsy powstrzymają każdego agresora. Ech… Wy, ludzie, na wszystko potrzebujecie dowodu, czyż nie? Proszę bardzo, oto dowód. Trwało to ułamek sekundy. Nagle drobne wiązki prądu na „plecach” mistrza skumulowały się w jednym punkcie i wystrzeliły wprost we fragment podłogi tuż przed nim, wypalając dość głęboką dziurę. Potem wróciły na miejsce. - Jest to dość męczące, ale energii wystarczyłoby mi na zabicie was wszystkich. Józefowi nie trzeba było kolejnego pokazu. Znów zmienił temat. - Skoro nam o wszystkim powiedziałeś, wiemy już kim jesteś ty i twoi kumple, to nie będziemy się już bać. Dotąd miotał nami strach przed nieznanym, lecz teraz już jesteśmy świadomi, czego się spodziewać. - Fakt, że na początku mogłem z was czytać tylko, jak się baliście. Teraz jednak stawiam sobie wyzwanie: zobaczę, czy mogę czytać z normalnego, zdrowego, zrównoważonego i odważnego człowieka. Jeśli tak, to zakres moich umiejętności znacznie się poszerzy. Jeśli nie, to będę z was wysysał waszą energię życiową, aż staniecie się tak słabi, że wasze umysły będą stały przede mną otworem. Potem poczekam, aż odzyskacie siły i ponowię próbę. I tak w kółko, aż w końcu będę w stanie czytać z każdego, kto się nawinie… Mi się nie śpieszy, mam naprawdę dużo czasu. Tak przy okazji, panie Józef, gdy tu przybyłeś, byliście nieco poharatani. Szczególnie Piotr. Żebyście nie myśleli o bólu, wytworzyłem u was wizję, że wszystko jest w porządku. Ręka Piotra była w coraz gorszym stanie, ale on tego nie widział i nie czuł. W końcu i tak już był czas na pozbycie się go, bo zakażenie wkrótce samo załatwiłoby sprawę. - Ty potworze… - Wy jesteście potworami. I tak nie mogłem mu pomóc. U pozostałych naprawiłem wasze drobne ranki, wysyłając do waszych ciał informację, żeby zaczęły pracować intensywniej i doprowadziły do jak najszybszego zagojenia. Początkowo wasze narządy nie chciały się na to zgodzić, bo wyznałem im prawdę, lecz gdy roztoczyłem przed nimi perspektywę rychłego uwolnienia, natychmiast zabrały się do roboty. Potem pojawił się pewien problem: wasze narządy chciały od was natychmiast uciec. Szczególnie od pana Józefa. Podobno dręczyłeś je niemiłosiernie niemal przez całe życie i szczerze cię znienawidziły. Gdy jednak obiecałem im, że przestaniesz się nad nimi znęcać i przedstawiłem mój plan, zgodziły się jeszcze trochę w tobie pomieszkać. Przewidziałem, że wkrótce faktycznie przestaniesz je torturować i sprawdziło się to. No i to wszystko. Czy mogę już odpowiedzieć na pytanie Anny, czy może coś jeszcze leży ci na wątrobie? To taki żart na rozluźnienie atmosfery. Józef zastanawiał się przez chwilę, czym by go jeszcze wytrącić z równowagi. - Jesteś dla mnie nic nie wartym potworem, kupą mięsa, która marnuje tlen i miejsce. Życzę ci śmierci i to jak najszybciej. - Dziękuję, że mi to powiedziałeś. Zawsze chciałem poznać twoją opinię na mój temat. Tak się składa, że dokładnie to samo myślę o tobie. Mimo wszystko mogłeś się nieco bardziej wysilić. Stać cię na więcej. Czy mogę już udzielić odpowiedzi szanownej pani? Nie słyszę głosów sprzeciwu, a więc wyjaśnię to najlepiej, jak potrafię. A więc, jak już wspominałem, moja zdolność do przewidywania przyszłości jest niedoskonała. Im dalszą przyszłość próbuję przepowiedzieć, tym więcej szczegółów się nie zgadza. Oczywiście, z czasem udoskonaliłem tą umiejętność tak dalece, że kiedyś będę w stanie przepowiedzieć koniec świata; zarówno jego datę, jak i przebieg! Ale to jeszcze nieprędko nastąpi. W tym przypadku przewidziałem, że wkrótce do mojej kryjówki trafi grupa ludzi chorych psychicznie i że po paru miesiącach nastąpi nasze pierwsze spotkanie. Ponieważ jednak moja przepowiednia dotyczyła bezpośrednio Anny, to jakimś cudem udało jej się ją odebrać. Przyznaję, że nie wiedziałem, że tak się stanie; zbyt słabo znałem ludzki mózg. A mózg Anny jest wyjątkowo podatny na takie sygnały, co jest chyba dość wyjątkowe w waszym gatunku. Było to dla mnie wielce niepokojące zjawisko. Wiedziałem, że jeśli dowiecie się wcześniej, co was czeka, to nigdy nie wejdziecie do tego domu. Na szczęście w porę to wykryłem. W ostatniej chwili pozmieniałem pewne szczegóły tej przepowiedni, zawartej w sygnale, który lada chwila miała odebrać Anna. Przede wszystkim wyciąłem duży fragment z początku, żebyś nie zorientowała się, gdzie to się właściwie dzieje. Zmieniłem też sporo innych szczegółów, żebyś była pewna, że to dotyczy dalekiej przyszłości. Potem wizja jeszcze kilkakrotnie się powtarzała, bo nie mogłem tego powstrzymać. Ponieważ zawsze nadchodziła niespodziewanie, a potem szybko była przekazywana do Anny, za każdym razem musiałem ją w ostatniej chwili modyfikować. Poprzednie modyfikacje usuwałem ze swojej pamięci, aby jej niepotrzebnie nie zaśmiecały, dlatego każda kolejna wizja nieco się różniła od poprzedniej. W końcu nauczyłem się je blokować przed tobą i przestały cię dręczyć. Odniosłem zamierzony skutek, nie skojarzyłaś ich z tym domem, ani że nadejdzie coś podobnego już niedługo. Weszliście więc do środka bez żadnych podejrzeń. Jakieś pytania? - Tak – wtrącił Józef – Skoro umiesz czytać w myślach, to o co chodzi z Henrykiem? My też od dawna nie mamy z nim kontaktu. - Henryk… Taak… On jest dla mnie wielką zagadką… Gdy próbuję wniknąć w głąb jego umysłu, odnajduję tam pustkę, tak jakby o niczym nie myślał… Ale to niemożliwe, każde stworzenie nieustannie myśli… W jakiś niezrozumiały dla mnie sposób nauczył się blokować swój umysł przede mną. Choć wydaje się być najbardziej przerażony z was wszystkich, nie mogę uzyskać dostępu do jego mózgu. Wyczuwam w nim jakąś dziwną moc… To unikalny przypadek. Może jest po prostu tak chory psychicznie, że jego mózg nie nadaje się już do niczego? Ale skoro dobrałem się do waszych umysłów, to dobiorę się też do niego. To jeden z powodów, dla których nadal żyjecie, bo bez was by nie przeżył, a czuję, że ukrywa tam jakieś przydatne dla mnie tajemnice. Cóż, chyba najwyższy czas odesłać was na górę. Zmęczyła mnie ta rozmowa. A żebyście nie pomyśleli, że to był tylko sen, pozostawię wam pamiątkę… - Poczekaj! Mam jeszcze jedno pytanie! - Za dużo pan gada, panie Józef. Mógłby pan trochę pomilczeć, to panu dobrze zrobi. - To już ostatnie pytanie. - Cóż, skoro tak… Proszę pytać. Nawiasem mówiąc, wasz język jest dziwny. Nauczyłem się go z waszych mózgów. Proszę pytać, innymi słowy proszę o to, żebyś pytał, wręcz błagam o to na kolanach. Po co te „proszę”? Bez sensu… Dobra, pytaj wreszcie. - Skoro tak bardzo jesteśmy ci potrzebni, to czemu twoi koledzy chcieli mnie zabić? Czemu zginął Piotr i Maciek? - To były dwa pytania, ale są ściśle ze sobą powiązane, więc odpowiem. Otóż to nie jest tak, że ja czytam w myślach was wszystkich naraz. Najpierw wybrałem sobie jednego z was, a potem miałem przejść do kolejnych. Zacząłem od Maćka, gdyż jego umysł wydawał mi się najprostszy do penetracji. Dopiero niedawno z nim skończyłem. Zabiłem go, bo nie był mi już potrzebny. Z pozostałymi pójdzie szybciej. - A więc jak dotąd „zaliczyłeś” tylko Maćka? - Przejrzałem pobieżnie wszystkie umysły i wybrałem najprostszy z nich oraz bardzo dokładnie go przeanalizowałem… Kolejność miała być następująca: Maciek, Zofia, Józef, Anna, Piotr, Henryk. Piotr jako jedyny z was przejawiał normalną, to znaczy przeciętną aktywność mózgu i dlatego był to dość trudny przypadek. Ale to Henryk stanowił prawdziwe wyzwanie. Czemu rozkazałem zabicie Józefa i czemu zginął Piotr? Po kolei… Dojdziemy do tego. A więc, gdy tu przybyliście, nie wiedziałem, czego się po was spodziewać. Zachowałem więc wszelkie środki ostrożności, abyście nie dowiedzieli się o istnieniu moim, ani żadnego z moich kolegów. Gdy jednak sprawdziłem mniej więcej, co macie w głowach, pozwoliłem reszcie narządów nieco was poobserwować. Nudziły się bowiem niemiłosiernie. Żołądki wypaliły w ścianach system tuneli, za pomocą swojego kwasu, którego skład nieco się zmienił na przestrzeni dziejów. Utworzyły w nich też drobne otworki w niewidocznych miejscach. W ten sposób mogły was śledzić. Niestety, nie przewidziałem pewnego istotnego szczegółu… Otóż przez te wszystkie lata, spędzone w ciałach zwierząt, skupiały się na jednej, powtarzanej w kółko czynności. Zatraciły w związku z tym zdolność logicznego myślenia. To znaczy rozumiały, co im mówiłem, ale w taki sposób, jak Zofia. Tak więc pewnego dnia wyczuły, że Józef zasnął i że jest sam. Postanowiły przyjrzeć mu się z bliska. Chciały zobaczyć, jak wygląda to żywe więzienie dla ich braci. I nagle Józef się obudził. Narządy spanikowały i uciekły. Ale jeden z nich przypomniał sobie, co do nich kiedyś mówiłem: „żaden z nich nie może się dowiedzieć o waszym istnieniu”. Nie mógł więc pozwolić, aby tajemnica wyszła na jaw. Dlatego chciał na własną „rękę” zabić cię i przy okazji uwolnić narządy z jego wnętrza. Nie udało się. Gdy dowiedziałem się, co się stało, wyczułem w was panikę i wasze umysły bardziej się otworzyły. Uznałem, że może to i dobrze, bo łatwiej mi było wtedy z was czytać. Trzymałem was w poczuciu strachu i nadal chciałem zabić Józefa za to, jak potraktował nas w tym schowku. To, że się broniłeś, mnie nie obchodzi. Pewnego dnia te głąby wyczuły, że ofiara jest na wyciągnięcie ręki. Nie zauważyły jednak, że obok stoi Piotr. Zginął nie ten, co trzeba. Nieco później Józef znalazł się pod naszymi drzwiami akurat w chwili, gdy wyjaśniałem moim kolegom ich pomyłkę. Wyczuły, że Józef jest blisko i bezmyślnie ruszyły prosto na niego, chcąc się zrekompensować. I wtedy wszyscy ich zobaczyliście. Od tamtej chwili rozkazałem straszyć was, żebyście myśleli, że w każdej chwili możecie zginąć. Nie do końca wszystko poszło zgodnie z planem, ale i tak wyszło całkiem nieźle. A ty, Józef, jeszcze trochę pożyjesz, bo twój mózg też jest dość ciekawy. Oto obiecana pamiątka. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, Mistrz wystrzelił wiązkę prądu prosto w prawe ramię Henryka. Trafiony odskoczył i wrzasnął z bólu. Miejsce trafienia znaczyło małe znamię w kształcie mózgu, wypalone w skórze. Widać było w jego oczach cień strachu, jakby spodziewał się kolejnego ataku. - Tylko nie Heniek! On jest najmniej winien! - wrzasnął Józef. - Najmniej winien? - powtórzył po nim mistrz złowrogim tonem – Nikt z was nie jest mniej lub bardziej winien! Wszystkie ludzkie śmiecie są tak samo winne. To już było zbyt wiele dla Józefa. Miał dosyć stania z boku i bezczynnego patrzenia na to, co się dzieje w tym domu. Wydał z siebie potężny ryk i ruszył jak burza przed siebie, prosto na mistrza, z deską uniesioną wysoko nad głową. - Ty gnoju! Za kogo ty się uważasz? Gdy biegł, w jego głowie zaczął narastać znajomy szmer, brzmiący jak zakłócenia z radia. Była to zapowiedź zbliżającego się złudzenia. Nagle jakaś siła zatrzymała go, a potem uniosła gwałtownie w górę. Zawisł na wysokości około 10 metrów, wymachując bezradnie rękami i nogami. Deska wypadła mu z ręki i pękła, uderzając w podłogę. Był bezbronny. - A za kogo ty się uważasz, Józefie? Sądzisz, że możesz pokrzyżować moje plany? Pracowałem nad nimi miliony lat! A ile czasu ty spędziłeś na planowaniu czegokolwiek? Czym jest te kilkadziesiąt lat w porównaniu ze mną? Jak śmiesz podnosić na mnie rękę? Sądzisz, że to, co czułeś do tej pory, przez te wszystkie miesiące, było strachem? Ty jeszcze nie wiesz, czym jest prawdziwy strach! Będziecie bać się tak bardzo, że przeklniecie dzień, w którym się urodziliście! A wtedy spróbujecie popełnić samobójstwo, aby ten koszmar się skończył! Ale ja wam na to nie pozwolę! Będziecie żyć tak długo, ile ja będę chciał i w końcu ziszczą się moje marzenia! A jeśli zechcę, to pożyjecie nawet całą wieczność! Zapłacicie za to, co byście zrobili, gdybyście byli na miejscu waszych przodków! Będziesz błagać o śmierć, Józefie! Zamienię wasze życie w piekło! Ściany wokół sali zaczęły pękać, jakby ktoś walił w nie kilofem. Henryk wraz z pozostałymi uniósł się w górę i zawisł obok Józefa. Po chwili w ścianach pojawiły się olbrzymie wyłomy, z których wręcz wylała się cała masa narządów. Ich liczba wciąż rosła, zapełniły całą podłogę i zaczęły piąć się do góry. Wszystko zaczęło się trząść. Z sufitu sypały się chmury pyłu. Józef wystraszył się, że rosnąca góra narządów za chwilę go zaleje. Nie potrafił odróżnić rzeczywistości od złudzenia. Zdrętwiały ze strachu, nie mogąc się poruszyć, bezradnie patrzył, jak olbrzymie ciało mistrza unosi się powoli w powietrze. - Oto, co z wami zrobię, gdy już nie będziecie mi potrzebni… Gdy uniósł się już dość wysoko, Różna Grupa z przerażeniem patrzyła na to, co znajdowało się pod nim… Do jego ciała przyczepieni byli ludzie w dość dziwny sposób. Gdyby całość tworzyła ludzki organizm, to jeden z nich byłby na miejscu serca, drugi na miejscu wątroby. Wszyscy wyglądali na skrajnie wycieńczonych i zrezygnowanych. Ich tępe spojrzenia wyrażały pustkę. Wszyscy pulsowali lekko, każdy w nieco innym tempie i przesuwali rękami jakieś niewidzialne przedmioty. - Mój naród znów będzie królował nad tą planetą! - krzyknęli wszyscy naraz. Józef już wiedział, czemu głos mistrza przypominał cały chór głosów (w panice zapomniał, że mistrz nie mówi tradycyjnie, tylko używa telepatii, ale właśnie o to chodziło mistrzowi – żeby wzmóc jego strach) – A ludzie i zwierzęta staną się jedynie mglistym wspomnieniem! Wkrótce wasz świat stanie się moim światem! Nagle Józef zauważył, że spada. Spadał wprost w sam środek olbrzymiej góry najróżniejszych podgatunków narządów. - Ewolucja… Bunt… Zemsta… Dominacja… Józef leciał w dół, aż uderzył głową w coś twardego. Natychmiast wstał z głośnym wrzaskiem i rozejrzał się dookoła.
Rozdział 2 Czy to był sen?
Ku swojemu zdumieniu spostrzegł, że… znowu jest w kuchni. Dookoła niego gramolili się z podłogi Henryk, Anna i Zofia. Wyglądało na to, że ich obudził. Przymknął oczy i odetchnął z ulgą. - A więc to był tylko sen… - Chodzi ci o ten z wielkim mózgiem, którego narządy nazywają mistrzem? - spytała Zofia. - Co… Skąd… Wiesz?! - wyjąkał Józef. Oczy rozszerzyły mu się gwałtownie, a uśmiech zniknął. - Bo to nie był sen. Przynajmniej nie całkowicie. Trudno powiedzieć, jaka część tego, co się dotąd wydarzyło, była prawdą, a jaka złudzeniem. Zresztą spójrz, jak teraz wygląda kuchnia. Józef rozejrzał się jeszcze raz i dopiero teraz zauważył, że olśniewający pokój, wyglądający jak świeżo zbudowany, teraz zmienił się w starą ruderę. Ściany były popękane i odrapane, pełne malutkich otworów – zapewne o tych otworach mówił mistrz, że służą do obserwowania ich przez narządy. Podłogę pokrywała warstwa kurzu. Wcześniej to wszystko było zakryte przed ich oczami przez złudzenie. - Miałam słuszność… Me sny zaprawdę przepowiadały nikczemne zakończenie naszej rasy – wtrąciła Anna. Józef odniósł wrażenie, że ton jej głosu już nie jest tak wzniosły, jak zwykle. - A już miałem nadzieję, że to tylko kolejny koszmar – powiedział po chwili. - To był koszmar… Tyle, że na jawie – powiedziała smutno Zofia. Józef przyjrzał się jej uważnie; zachowywała się i wyglądała inaczej niż zwykle. - Zofia… Zmieniłaś się. Jeszcze nigdy nie widział jej tak ponurej. - Gdy byłam mała, byłam bardzo biedna. Na wszystko brakowało pieniędzy. Ze wszystkich stron słyszałam obelgi i szyderstwa. Tylko ojciec był moim oparciem. Co dzień powtarzałam sobie, że życie jest do bani. I wtedy spotkała mnie tragedia, w wyniku której zostałam sierotą. Ale nie poddałam się, poradziłam sobie z tym inaczej. Pomyślałam: „Dobrze. Skoro życie tak daje mi popalić, to wbrew wszystkiemu zacznę je uważać za piękne”. Wkrótce w to uwierzyłam i przez wiele lat byłam szczęśliwa. Widziałam wszystko w jasnych barwach, wydarzenia interpretowałam na własną korzyść, a wszystko dodatkowo upiększała moja wyobraźnia. To były najpiękniejsze lata mojego życia. Aż do wczoraj. Tego, co miało wczoraj miejsce, nie da się wytłumaczyć w pozytywny sposób. Nawet, jeśli założę, że mistrz kłamał, to będzie coś negatywnego, bo kłamstwo nie jest dobre. Życie znów mi przypomniało, że tak naprawdę jest do niczego i moja wiara tego nie zmieni. Nie można się wiecznie oszukiwać. Przejrzałam wreszcie na oczy, ale to, co zobaczyłam, wcale mi się nie spodobało. - Wszyscy w tym domu przejrzeliśmy na oczy. Wszyscy,oprócz Piotra – rzekł nagle Henryk. Głos miał nieco zachrypnięty, ale jego mina była zdeterminowana. Stał dumnie wyprostowany, z przymrużonymi oczami. Wyglądał prawie normalnie. - Maciek przekonał się, że dowcipy nie załatwią wszystkich jego problemów. Zofia przekonała się, że pozytywne myślenie nie zmieni świata na lepsze. Józef swoją teorią o nieśmiertelności próbował przezwyciężyć strach przed śmiercią, lecz wie już, że to bujda. Anna porzuciła marzenia. Wywyższała się tak bardzo, że marzyła o spotkaniu z przybyszami z wysoka: z gwiazd. A ja sądziłem, że nic mnie nigdy nie zaskoczy. Że znam ten szary, nudny świat i że widziałem już wszystko. I że pozostanę zamknięty w ochronnej skorupie, nieczuły i obojętny na wszystko, że przez całe życie nie przejawię ani śladu jakiejkolwiek emocji… - Ale dlaczego? - spytał Józef. - Żeby mieć święty spokój. Myślałem, że jeśli będę wszystkich ignorował, to nie będą zwracać na mnie uwagi. Widziałem różne błędy, jakie popełniają ludzie i nie chciałem ich powtarzać. W dodatku nie interesowało mnie, co się dookoła dzieje. Dlatego ograniczyłem swoją aktywność życiową do minimum. - Więc czemu zacząłeś z nami rozmawiać w szpitalnej stołówce? - Tak jak mówiłem, nudził mnie ten szary świat. Ale fascynują mnie zjawiska paranormalne. Zamknąłem się w swojej głowie, bo tam mogłem przeżywać przygody, jakie tylko sobie wymarzyłem. Rozwijałem też swój umysł, żeby odblokować obszary, których ludzie zwykle nie używają. Ale gdy usłyszałem wasze rozmowy, zaciekawiły mnie na tyle, że dołączyłem do was. Jedynie we śnie był problem, bo wtedy nie umiałem kontrolować swojego ciała i umysłu. Czasem więc niechcący wymykał mi się jakiś przekaz myślowy, który nie był przeze mnie planowany. Ale jakoś udało mi się dotrwać w tym szpitalu do momentu ucieczki. - Dlaczego tak bardzo ci zależało, żeby wszyscy zobaczyli, że jesteś na wszystko obojętny? - Bo moje ciało mnie nie obchodziło. Liczył się tylko mój umysł, który rozwijałem. I lekarze oraz pacjenci też mnie nie obchodzili. Mogli ze mną robić, co chcieli, ale nie mogli mnie zmusić, żebym ja coś zrobił. To była dla mnie idealna sytuacja – dbali o mnie, karmili, a ja siedziałem w swojej głowie i nie musiałem z niej wychodzić. Ale dzięki wam uwierzyłem, że może zjawiska paranormalne są jednak możliwe. - A czemu waliłeś głową w ścianę? - Po pierwsze, pomagało mi się to skupić. Po drugie, uznałem, że będzie to jakaś forma utrzymania się w realnym świecie, bo nie chciałem się zgubić w swojej głowie tak bardzo, żeby później nie móc znaleźć z niej wyjścia. No i pomagało to uniknąć zaniku mięśni, mogły mi się kiedyś przydać. No i przydały się przy ucieczce. Poza tym nie chciałem stracić resztek człowieczeństwa. Odczuwając ból czułem się choć trochę ludzki… - Czyli tak – nie obchodzi cię zewnętrzny świat, ale podejmujesz działania na wypadek, gdyby kiedyś coś zaczęło cię obchodzić? - Można to tak ująć. Ale moim celem był rozwój mojego mózgu, tak bardzo jak to tylko możliwe. - A mowa? Przecież mogła ci się kiedyś przydać. - To był jeden z powodów, dla których z wami dyskutowałem; aby nie zatracić zdolności mowy. Ale ważniejszym powodem była moja ciekawość. I zanim mnie spytacie: posiadam pewne zdolności. Izolując się od wszystkiego, w głębi swego umysłu, odkryłem masę nieużywanych obszarów w mózgu. Uaktywniłem więc kilka z nich i nauczyłem się z nich korzystać. Na wszelki wypadek. Ale pod warunkiem, że użyję ich w dobrym celu, kierując się dobrymi intencjami. - A dlaczego nie złymi? - Bo wtedy musiałbym ponieść za to konsekwencje. - Za dobre uczynki czasami też trzeba ponosić konsekwencje. - Ale z czystym sumieniem. - Aha… Jeszcze coś… Gdy uciekaliśmy ze szpitala, pomogłeś nam swoimi zdolnościami. Czemu teraz nic nie robisz, gdy jeszcze bardziej potrzebujemy twojej pomocy? - Jak już zdążyliście się domyślić, mam plan. - Jaki plan, do licha? Od dłuższego czasu słyszymy o tym planie, a ty tylko siedzisz pod stołem i trzęsiesz się ze strachu, podczas gdy my umieramy. To ma być ten plan? - Tak. To jego część. - Mam ochotę dać ci w gębę, ale jedziemy na tym samym wózku… - Zrozum. Mistrz umie czytać w myślach. Ja umiem blokować jego dostęp. Nie może się dowiedzieć, na czym polega moje działanie. - W takim razie nie boisz się, że teraz cię zabije, gdy mówisz nam o tym? - Nie. Po pierwsze, jest zbyt dumny, żeby dopuścić możliwość, że jakiś człowiek może stanowić jakąkolwiek przeszkodę w jego planach. Po drugie, jest zbyt ciekawski; próbuje złamać moją blokadę, bo wie, że dzięki temu pozna moje tajemnice, a jego moc znacznie wzrośnie. A ja bardzo się staram, żeby do tego nie doszło. - A jeśli ci się nie uda? Wszyscy na ciebie liczymy, więc to będzie duże rozczarowanie… - Nie, bo wcale nie zakładam, że mi się uda. - Aha, super… - Ale mam nadzieję, że tak. Jak wspominałem, wszystko mi jedno, co się dzieje z moim ciałem i gdzie się znajduję. Ale po pierwsze, mimo że już wiem, że wasze teorie to lipa, to polubiłem was. Po drugie, podobnie jak mistrz nie chcę, żeby coś przeszkodziło moim marzeniom o rozwoju mojego mózgu. A on stanowi realne zagrożenie. - A czemu postanowiłeś się nagle odezwać? - Bo mi się nudziło – powiedział Henryk, rozczarowując pozostałych, którzy spodziewali się raczej jakichś wzniosłych powodów. - Poza tym trochę mi zaczęło brakować naszych dawnych sprzeczek. - Posprzeczamy się, jak stąd wyjdziemy. - Szczerze mówiąc ostatnio zacząłem wątpić w powodzenie mojego planu. Zacząłem się bać – powiedział, tracąc pewność głosu. Jednocześnie jednak puścił oko do pozostałych i zaczął rysować coś palcem na brzuchu. Zofia zmrużyła oczy i zauważyła, że pisze słowo „ściema”. Domyśliła się, że Henryk mówi nieprawdę, żeby zmylić mistrza. - Gdy te narządy nas zaatakowały, zrozumiałem, że mogę zginąć. Nie byłem w stanie ukryć strachu. Udało mi się jednak zablokować umysł przed ingerencją z zewnątrz. Po tym, co wczoraj usłyszałem, doznałem nowego uczucia, którego wcześniej nie znałem: wstyd. Tak bardzo mi wstyd… - Strach to nie powód do wstydu. To normalna reakcja na… - Nie. Nie o to mi chodzi. Wstyd mi, że jestem człowiekiem… Jak przedstawiciele naszego gatunku mogli zrobić coś tak strasznego? - Ludzie nadal to robią. Jemy inne stworzenia. A na to, że te stworzenia nie ewoluują w nas, tak jak tamte, nie mamy żadnego wpływu. - W każdym razie to teraz nieważne. Pobyt w tym domu wywarł na nas ogromny wpływ. Co nas nie zabije, to nas wzmocni… Mistrz zniszczył nasze plany, marzenia i ambicje. Wypadałoby się zemścić. - Myślałem, że to co się tu dzieje to właśnie spełnienie twoich marzeń. - Fakt, marzyłem zawsze o tym, żeby odkryć, że zjawiska paranormalne istnieją. Ale nie takim kosztem. W pewnym sensie moje marzenia rzeczywiście się spełniły, ale teraz trzeba zapobiec temu, co ma się wydarzyć. - Czyli mamy się zemścić na nim za to, że on się mści na nas? - Nie za pomocą przemocy. Wtedy byśmy mu udowodnili, że miał rację co do naszego gatunku. Ja to załatwię. Dajcie mi tylko trochę czasu, już zacząłem działać. - Ale my nie mamy już czasu! Nie słyszałeś tego, co on mówił? Z każdą chwilą staje się coraz silniejszy! Czyta w każdym z nas po kolei jak z książki, podsłuchuje nas jak szpieg! Słuchajcie… Na pewno jest teraz wykończony po tych wczorajszych popisach! Jak zaatakujemy go w tej chwili, to nie będzie miał żadnych szans! - Nie! To za duże ryzyko! Nic dobrego z tego nie wyniknie! - Słuchaj stary, wiem, że jesteś nieskazitelny i nigdy nie pobrudziłeś sobie rąk, bo nigdy nie przeklinałeś, nie kłamałeś, nikomu nie wyrządziłeś krzywdy… Ale zrozum, że w pokonaniu mistrza liczy się czas i siły, które my w tej chwili mamy, a on nie. - To co wygląda na słabość, może okazać się moją największą siłą. Ty najchętniej wziąłbyś siekierę i rozwaliłbyś go na drobne kawałki. On o tym wie i jest na to doskonale przygotowany. - A co, pewnie ty masz lepszy, genialny pomysł? - Tak. Ale ty tego nie zrozumiesz. - Świetnie. W takim razie niech każdy zrealizuje swój własny plan i zobaczymy, który jest lepszy. Józef wstał, wyrwał z podłogi kolejną deskę i ruszył na korytarz. - Idziecie ze mną? - zapytał. Zofia natychmiast podreptała za nim – A ty, Anno? - Zła nie można zwalczać złem… - mruknęła. - Idziecie na pewną śmierć! - krzyknął za nimi Henryk i rozkaszlał się, bo jego gardło nie było przyzwyczajone do takiego wysiłku. Oni jednak już zniknęli za rogiem. Józef i Zofia szli ostrożnie w stronę zamkniętych metalowych drzwi. Ku ich zdumieniu, drzwi wejściowe także były zamknięte. Dla Józefa stanowiło to niezbity dowód, że mistrz jest wykończony i nie ma siły na kolejne złudzenia. To wrażenie potęgował fakt, że złudzenia rządzące wystrojem domu też zniknęły i teraz rozglądali się, jakby pierwszy raz widzieli to miejsce, pełne kurzu i pęknięć. - Gdyby zostawił te drzwi otwarte, nie mógłby nas powstrzymać od ucieczki – wyjaśnił Zofii – Wczoraj przecenił swoje możliwości i zużył mnóstwo energii. Ze mną jesteś bezpieczna. Zofia spojrzała na niego pogardliwie. - Czyżby? Jakoś wątpię, żeby twoje mięśnie mogły się równać z jego elektrowstrząsami, złudzeniami i telekinezą. - Jest bezbronny! Nie ma dość siły, żeby coś nam zrobić! Nie możemy mu pozwolić odpocząć! - A może się mylisz? - Gdyby tak było, to już byśmy słyszeli szum i natłok myśli. Rzeczywiście, od metalowych drzwi oddzielało ich już tylko kilka metrów. To najwyraźniej przekonało Zofię. - Dobra, spróbuję wyłamać te drzwi – mruknął Józef. Podskoczył najwyżej jak potrafił i walnął nogami z całej siły. Gdy w nie uderzył, rozległ się głuchy odgłos, ale pozostały zamknięte. W tym samym momencie głowę Józefa wypełniły tysiące obcych myśli. Złapał się za pękającą czaszkę i osunął się na kolana. Po chwili jednak wszystko ustało. Józef natychmiast wstał. - Wiedziałem! Jest zbyt osłabiony, żeby się bronić! - Eee… Józef – mruknęła Zofia – Z tego co pamiętam, to te drzwi otwierają się na zewnątrz. - Rzeczywiście – przypomniał sobie, że wcześniej klapa faktycznie była otwarta na zewnątrz i zaczął ją uważnie oglądać. „Coś mi się tu nie podoba”, pomyślał. Oglądał klapę dalej, jednak nie było na niej niczego, za co można by było pociągnąć. Spojrzał na miejsce, gdzie powinna być klamka. - Poprzedni właściciel musiał jakoś otwierać te drzwi od tej strony – powiedział głośno – Gdyby były na pilota, to by jechały w górę lub w dół podczas otwierania, lub na bok. Ale one się otwierają tak jak zwykłe drzwi… - Są też bramy na pilota, które otwierają się tak jak zwykłe drzwi na zawiasach – wtrąciła Zofia – Ale nie wygląda mi to na taki mechanizm. Gdyby mistrz usunął klamkę, to zostałaby po niej dziura. Poza tym właściciel musiał je jakoś zamykać, a nie widać tu dziurki od klucza, ani żadnej zasuwy. W takim razie… - To musi być kolejne złudzenie! - wykrzyknął Józef u chwycił ręką tam, gdzie powinna być klamka. Choć nic tam nie było i niczego nie wyczuł, pociągnął z całej siły drzwi wreszcie się otworzyły… Nie mógł jednak wejść do środka. Zdziwił się, gdy tuż za drzwiami zobaczył ciemne schody, wiodące w dół. Nie było ich przy poprzedniej wizycie, poprzednio wystarczyło lekko zeskoczyć, bo nie było zbyt wysoko. Na schodach tych stała nieruchomo cała armia zwierzęcych narządów wewnętrznych. Józef przez chwilę chciał rozwalić je wszystkie deską, ale wpadł na lepszy pomysł. - Słuchajcie, wy… narządy wewnętrzne... - Po prostu narządy – dobiegł go głos Piotra gdzieś z góry. - Taak… eee… Więc chcę wam powiedzieć, że mistrz was okłamał. Dotąd byliście martwe, a on was ożywił i próbuje was zbuntować przeciwko nam. To nie nasza wina! - Mylisz się. Myślisz, że nie pamiętamy lat spędzonych w ciemności, zmuszane do wykonywania wiecznie tych samych czynności? Nie rozumiejąc, kim jesteśmy i po co istniejemy? Przy życiu utrzymywała nas jedynie wiara, że gdzieś musi istnieć jakiś lepszy świat, że nie jesteśmy jedynymi istotami, jakie żyją! I wtedy usłyszeliśmy jego głos… Wszystko nam opowiedział… - A skąd wiecie, że to, co mówił, było prawdą? - Jest pradawną istotą i na pewno pamięta to lepiej od was. - A może wcale nie jest taki stary jak sądzi? - To nieistotne. Dla nas jest ważne, że wyzwolił nas z więzienia i dał szansę na lepsze życie. - No dobra, próbowałem po dobroci… - Podniósł deskę i trzasnął nią najbliższego z nich, rozpłaszczając go na schodku. Pozostałe natychmiast się na niego rzuciły. Wycofywał się powoli, co chwila uśmiercając kolejnych napastników, lecz było ich zbyt wiele. Wkrótce zaczęły mu wpełzać na nogi. Rzucił deskę i zaczął uciekać, strzepując je sobie ze spodni, które zaczynał przeżerać boleśnie kwas. Zofia uciekała razem z nim, choć nie uderzyła żadnego ze stworów. Wbiegł do kuchni, a one zatrzymały się przy wejściu. Zaczął je błagać o litość. - To się już więcej nie powtórzy! Nagle w jego głowie rozległ się ryk, choć towarzyszyły mu takie zakłócenia, że trudno go było zrozumieć: - SĄDZIŁEŚ, ŻE MOŻESZ MNIE POKONAĆ? - Gdyby nie twoja banda, to pokazałbym ci, co potrafię! Czemu nie stanąłeś ze mną twarzą w twarz, tchórzu? - TY TEŻ NIE PRZYSZEDŁEŚ SAM. WALKA BYŁA WIĘC UCZCIWA. - No chyba nie do końca, was jest dużo więcej! - TRZEBA BYŁO ZNALEŹĆ SOBIE WIĘCEJ POMOCNIKÓW. OSTRZEGAM CIĘ: JESZCZE JEDNA TAKA… Ryk zamienił się w głośny szum i Józef już nic nie mógł zrozumieć. Zastanawiał się przez chwilę, czy to nie oznaka kolejnego złudzenia, lecz w końcu stwierdził, że mistrz po prostu jest zbyt słaby, żeby dokończyć zdanie. Zrozumiał jednak, o co mu chodziło: jeśli napadnie go jeszcze raz, to zginie. Gdy szum ucichł, narządy się wycofały w głąb korytarza. Po chwili Józef wyjrzał za nimi. Stały przed metalowymi drzwiami, zajmując prawie pół korytarza. Najwyraźniej miały zamiar pilnować swojego mistrza, dopóki nie odzyska sił. Zrezygnowany, wrócił do kuchni. - Jak ci poszło? - spytał Henryk. - Zabiłem jedenastu. - Łał… W takim tempie, jeśli będziesz tylu codziennie zabijał, to może za parę lat wybijesz wszystkie. - Nie kpij sobie ze mnie! Jak jesteś taki mądry, to proszę bardzo, zrealizuj w końcu swój plan! - Jeszcze nie jestem gotowy. - A kiedy wreszcie będziesz? - Słuchaj, Józef… Nie mogę ci nic powiedzieć, bo mistrz przeczytałby to potem w twoich myślach i podjąłby środki, które by udaremniły to, co chcę zrobić. Żeby mój plan się powiódł, on nie może nic wiedzieć. W moim mózgu nic nie wyczyta, ale w waszych owszem. Dlatego im mniej wiecie, tym lepiej. - A właśnie… W jaki sposób blokujesz przed nim swoje myśli? - To jedna z umiejętności, jakie posiadłem. Pracowałem na to całe życie, na wszelki wypadek. Nie pytajcie mnie o nic więcej. W ogóle o tym nie myślcie, jasne? Mogę was tylko zapewnić, że nikogo nie zabiję. - Co, pójdziesz z nimi na układ? Rozwiążecie sprawę pokojowo? Myślisz, że on się na to zgodzi? - Nic więcej wam nie powiem. To zbyt ryzykowne. Dowiecie się wszystkiego w swoim czasie. - O ile przeżyjemy… „Moim zdaniem nie masz żadnego planu, stary”, dodał Józef w myślach. - Co, wątpisz we mnie? To, że nie mówię ci, na czym polega mój plan, to nie znaczy, że go nie mam. - Skąd wiesz, że to przed chwilą pomyślałem? - spytał podejrzliwie Józef. - Nietrudno zauważyć. Widać to po twojej minie, słychać po brzmieniu głosu… - A przez chwilę myślałem, że czytasz mi w myślach! - rzekł Józef i parsknął śmiechem. Henryk nic więcej nie powiedział; siedział z przymrużonymi oczami i tajemniczym, ledwie dostrzegalnym uśmiechem…
Część 44 / 4
Rozdział 3 Nie wolno się poddawać
Przez kilka kolejnych tygodni nic się nie zmieniło, poza tym, że w lodówce było nieco mniej jedzenia niż zwykle. Wkrótce jednak ilość owoców wróciła do dawnego stanu. Henryk dostrzegł ukryty otwór z tyłu lodówki, którym prawdopodobnie mistrz dostarczał im jedzenie. Choć pozostali zaglądali tam wiele razy i nie zauważyli go, Henryk spostrzegł go natychmiast; wcześniej nie interesowało go nic poza jego własną głową, ale teraz, gdy poczuł realne zagrożenie, zaczął bardziej rozglądać się dookoła. Józef był bardzo zdziwiony, jak mógł to przegapić, choć mógł to być też efekt ograniczenia złudzeń. Mimo względnego spokoju powszechnie panujący strach nie ustępował. Wręcz przeciwnie, wciąż przybierał na sile. Wszyscy bowiem wiedzieli, że jest to cisza przed burzą i że mistrz jedynie zbiera siły. Każdy też pamiętał jego słowa: „teraz dopiero poznacie, czym jest prawdziwy strach”… Przed drzwiami, prowadzącymi do jego kryjówki, wciąż stała armia narządów. Co jakiś czas któryś odchodził w głąb pomieszczenia, zapewne w celu posilenia się pożywką, a na jego miejsce przychodził kolejny. Józef i Zofia mieli cichą nadzieję, że niespodziewany spadek formy u mistrza uniemożliwi mu przywrócenie narządom zdolności pobierania tlenu na czas i że wkrótce pożywka się skończy. Krótko mówiąc chciał, żeby wszystkie umarły z głodu. Wiedział jednak, że w takim przypadku mistrz wykorzysta któregoś z nich, żeby zrobić z niego pokarm. Anna natomiast postanowiła nie robić nic; czekała cierpliwie na realizacje planu Henryka. On sam zaś znów stał się jakby nieobecny, choć w inny sposób, niż zazwyczaj; przez większość dnia siedział na krześle z przymkniętymi oczami, mocno na czymś skupiony. Józef wciąż powtarzał mu, że marnuje cenny czas i że dostanie odparzeń, jak będzie tak siedział, ale Henryk odpowiadał, że wie co robi. Mimo tylu miesięcy spędzonych w tym domu, nieustający strach nie odbił się na ich wyglądzie, ani zdrowiu fizycznym. Najwyraźniej mistrz starał się ich utrzymać w dobrej kondycji, wydając ich narządom telepatyczne instrukcje. Wszyscy jednak mieli już dosyć tej sytuacji. Każdy organizm, nawet wspomagany zdolnościami mistrza, ma granice swojej wytrzymałości. „Nic nie trwa wiecznie”, jak to powiedział pewnego dnia Henryk. „Nawet potęga mistrza”… Pewnego poranka Józef obudził się, wyjrzał na korytarz i o mało nie dostał zawału. Oczywiście mistrz na pewno by na to nie pozwolił, ale w normalnych okolicznościach zaniedbane, zniszczone serce Józefa na pewno by nie wytrzymało. Przejście do kryjówki Pana Organów stało teraz otworem. Każdy z więźniów wiedział, że to może oznaczać tylko jedno… Oczywiście mogło się zdarzyć, że wszystkie organy naraz poszły się najeść pożywki, albo że wszystkie nagle zginęły, lub że to wszystko było tylko kolejnym, wielkim złudzeniem i pułapką. Niestety narządy nigdy nie spały, więc ta ewentualność odpadała. Ale tak naprawdę wszyscy zdawali sobie sprawę, że mistrz po prostu znów jest w pełni władz fizycznych i psychicznych. Gdyby zobaczyli szarżującą prosto na nich całą gromadę tych bestii, która postanowiła ich wreszcie zabić, byliby mniej przerażeni. Ta pustka przed metalowymi drzwiami była dla nich nie do zniesienia. Każde z nich chciało przeżyć za wszelką cenę. Józef po prostu bał się śmierci, Zofia chciała nadrobić czas stracony w szpitalu, Anna pragnęła ostrzec ludzi przed zagładą, póki nie jest za późno. Natomiast Henrykiem kierowały niejasne intencje. Przez całe życie pokazywał ludziom, że nic go nie obchodzą, a teraz próbował pokonać stwora, zagrażającego jego gatunkowi. Ale prawdopodobnie robił to z egoistycznych pobudek; chciał przeżyć i dalej rozwijać swój umysł. Tego dnia, w którym patrole buntowników zniknęły z korytarza, Józef spytał go wprost: - Stary, czemu ty właściwie chcesz nam pomóc? Henryk najwyraźniej miał gotową odpowiedź. - Czemu ratuję ludzkość, która do tej pory była mi całkowicie obojętna? Z tego samego powodu, co ty. Ten potwór próbuje obrócić w pył moje marzenia. Spowodował u mnie wybuch emocji, których wcześniej nie znałem i nad którymi trudno mi teraz zapanować. Już nic nie będzie takie samo. Ale nie mam zamiaru go zabijać. Nie chcę stać się taki, za jakiego mnie uważa. Chcę mu udowodnić, że nie wszyscy ludzie są podli i krwiożerczy. Będzie żył dalej, lecz żadnemu człowiekowi i żadnemu zwierzęciu nie wyrządzi już nigdy żadnej krzywdy. Oto moja zemsta. Zrobię z jego marzeniami to, co on chce zrobić z naszymi; uniemożliwię mu ich spełnienie. Chce zniszczyć ludzi i zwierzęta i zdominować świat z pomocą swoich współplemieńców? Nic z tego. Jego plany sięgają dużo dalej niż nasze, dlatego jego porażka będzie najboleśniejsza. Nie docenia nas. Sądzi, że wszystko przemyślał i że nic mu nie zagraża. To właśnie jego największy błąd; zgubi go własna duma. Mogę to mówić bez obaw, bo i tak mi nie uwierzy… Słyszy to wszystko, ale nie wyciąga z tego wniosków, a jeśli już, to są one błędne. - Skąd o nim tak wiele wiesz? - Po prostu podczas naszego spotkania wyłowiłem wiele informacji z tego, co mówił, właściwie: co chciał nam przekazać. Przebijała z niego niezwykła pewność siebie. Przegrana z powodu najmarniejszego przedstawiciela znienawidzonego gatunku… Dla niego to będzie gorsze niż śmierć. Plany, które przygotowywał przez miliony lat, legną w gruzach… Tak jak mają legnąć nasze, przygotowywane przez kilkadziesiąt lat. Oko za oko. - Skąd wiesz, że cię nie zabije, aby mieć pewność, że nic mu nie zagraża? - Nie zrobi tego z dwóch powodów. Po pierwsze, jest tak pewny siebie, że nie wierzy w ani jedno moje słowo. Po drugie, jest zbyt ciekawy, jakie myśli krążą w mojej głowie, aby się mnie zwyczajnie pozbyć. Nigdy by sobie tego nie wybaczył. Wierzy, że uzyskanie dostępu do mojego umysłu otworzy mu drogę do doskonałości. - Hmm… Skoro ci nie wierzy, to chyba nic się nie stanie, jeśli zdradzisz mi swój plan? - Nie ma mowy. On słyszy każe nasze słowo. Obserwuje nas, a zwłaszcza mnie. Robi sobie z nas reality-show. To, co ci powiedziałem, to nic groźnego. Zdradziłem ci tylko, jaki jest mój cel. Ale nie mogę ci powiedzieć, jak go osiągnę. - Dlaczego? - Powiedziałem ci, że ma słabe punkty. On w to nie wierzy, zresztą nie wie, gdzie ich szukać; jest już tak rozwiniętym i złożonym tworem, że nawet on nie jest w stanie stwierdzić, czy coś rzeczywiście jest nie tak, a jeśli jest, to co jest niedopracowane. Gdybym ci wyjawił, co chcę zrobić, to wyszłyby na jaw jego słabości i zdołałby je zapewne usunąć, zastępując je szeregiem nowych zdolności. Stałby się prawdziwym mistrzem i już nikt nie byłby w stanie go pokonać. - Ale skoro uważa cię za kłamcę… Henryk westchnął z niecierpliwością. - Gdyby stało się jasne, na czym polegają jego mankamenty, to na wszelki wypadek sprawdzi, czy to prawda. Nie jest aż tak głupi, żeby puszczać wszystko koło uszu, mimo że ich nie ma. Jak dotąd nie powiedziałem nic konkretnego, więc nie ma ryzyka, że się połapie, w czym rzecz. Ale jedno fałszywe słowo i wszystko szlag trafi. Nie pytaj mnie o to więcej, bo może mi się coś przypadkiem wymsknąć, jasne? Wiem, że wszyscy jesteście ciekawi. Dowiecie się we właściwym czasie. - No dobra, nie będę naciskał… Wnerwia mnie, że masz przed nami jakieś tajemnice, ale skoro to ma nam pomóc, to trudno. - Nareszcie zrozumiałeś. A więc teraz będę mógł się wreszcie skupić na realizacji planu, a nie na tym, co mogę ci jeszcze powiedzieć, aby nie narazić się na porażkę, tak? - Trafiłeś w sedno – rzekł Józef z bardzo niezadowoloną miną, tym bardziej, że nie wiedział, czy to co mówi Henryk jest prawdą. Dni mijały, a ludzie w kryjówce mistrza starali się nie myśleć o tym, co ich czeka. Próbowali nie zwracać uwagi na nieustający szum w głowie, który pojawił się po zniknięciu patroli przed metalowymi drzwiami. Domyślali się, że ten szum oznacza, że mistrz wydziera z nich wszelkie informacje, jakie tylko może i już nie musi się z tym kryć. Wiedzieli, że czeka ich najtrudniejszy okres w życiu, lecz mieli już dość bezsensownych spekulacji i domniemywań; mieli bowiem świadomość, że są wobec mistrza bezsilni. Nie mogli się u niego dopatrzeć żadnych słabych punktów, jakie rzekomo widział Henryk. Miał potężne psychiczne zdolności, które nie pozwalały się do niego zbliżyć, a działania na odległość też nie były możliwe, przynajmniej w ich mniemaniu, bo Henryk najwyraźniej uważał inaczej. Choć Józef nie wierzył w jego plan, to nie miał innego wyjścia, jak tylko czekać na rozwój wydarzeń. Pewnego dnia wszyscy siedzieli jak zwykle z przerażonymi minami, gapiąc się jak zwykle na ściany i pochrupując owoce, których ilość w lodówce od pewnego czasu przekraczała granice absurdu. Jedynie Henryk miał przymknięte oczy i wyglądał na bardzo skupionego. Pozostali podejrzewali, że obmyśla szczegóły swojego planu. A może próbował utrzymać blokadę swojego umysłu przed mistrzem, który z każdą chwilą był coraz silniejszy? Woleli go o to nie pytać. Józef siedział sobie, całkowicie zrezygnowany i odizolowany od wszystkiego jak niegdyś Henryk. Do niedawna był tak pełen zapału do działania, a teraz całkowicie stracił wszelką nadzieję. Nawet się nie zdziwił, gdy szum w jego głowie zniknął, a jego miejsce zajęło coś innego. - ZABIJ ICH WSZYSTKICH. Bez chwili namysłu wstał i podszedł do lady. Wyciągnął z szuflady nóż. W głowie wciąż huczały mu słowa „ZABIJ… WSZYSTKICH”. Nie zastanawiał się nad tym, co robi; działał całkowicie automatycznie. Podszedł powoli do Zofii, unosząc nóż wysoko w górę, po czym zamachnął się z obojętną miną. Dopiero wtedy Zofia zorientowała się, co się dzieje. Niedoszła ofiara wrzasnęła głośno, a Józef się ocknął. Spojrzał na swoje dłonie; były puste. Nóż zniknął. - Co ty wyprawiasz?! - krzyknęła Zofia. - Ja… nie wiem… to był… chyba test… najwyraźniej mistrz nauczył się nowej zdolności i chciał ją wypróbować… - Jakiej zdolności? - On… potrafi… kontrolować ludzi… może nami sterować… zmusić nas, żebyśmy zrobili coś, czego nie chcemy robić… - A więc to, co się przed chwilą stało… - On wcale nie chciał, żebym cię zabił. Chciał tylko sprawdzić, czy to by się ewentualnie udało… - Nie można tego powstrzymać? - W ogóle nie wiedziałem, co się dzieje. Przez chwilę byłem pewien, że muszę zrobić to, co mi każe… Po chwili w jego głowie ponownie rozbrzmiał głos: - TYM RAZEM MASZ ICH WSZYSTKICH ZABIĆ. Jednak tym razem Józef był na to przygotowany. Choć poczuł niezwykłą ochotę na wyciągnięcie prawdziwego noża, nie ruszył się z miejsca. - To ja panuję nad swoim ciałem, a nie odwrotnie – powiedział przez zaciśnięte zęby, drżąc i pocąc się obficie – Poza tym to moi przyjaciele. - ZABIJ ICH! TERAZ! Ręka mu drgnęła, ale udało mu się powstrzymać. - Czemu miałbym zabijać swoich kumpli? Tylko dlatego, że ty tak chcesz? Brakuje ci charyzmy, stary. I daru przekonywania oczywiście. Długo trenowałem, żeby moje ciało było mi posłuszne, więc wybrałeś kiepską ofiarę. Możesz mnie pocałować w… - JESZCZE ZOBACZYMY… Głos ucichł. - Cóż on raczył ci rzec? - spytała Anna. - Znów próbował mnie namówić na zabicie was. Najwyraźniej ta umiejętność działa tylko na tych, którzy nie spodziewają się, że zostanie wobec nich użyta. Choć mój trening mógł mi też trochę pomóc, ale było mi bardzo ciężko się przed tym obronić… Przynajmniej na razie… Z czasem ją dopracuje i już nic nie będziemy mogli zrobić… Henryk, jak tam z twoim planem? Henryk otworzył gwałtownie oczy. - Jest silniejszy, niż myślałem, trochę to potrwa, ale robię, co mogę… - Jak to? Czyli ty już zacząłeś go realizować? Czyżbyś ty… Nagle Henryk wrzasnął i złapał się za głowę. - Auu! Zamknij się! On próbuje dobrać się do moich myśli! Coraz trudniej go powstrzymać, a przez ciebie na chwilę straciłem kontrolę nad moją blokadą! Po chwili się uspokoił. - Wyczytał coś? - spytał z niepokojem Józef. - Nie wiem, być może… Fatalnie… W ogóle się do mnie nie odzywaj, jasne? Muszę jakoś sprawdzić, co on wie… Ale to nie będzie takie łatwe… - Może go podpytam jakoś? - Nic z tego, on już wie, że masz taki zamiar i nic ci nie powie. I dzięki tobie wie też, że moja blokada nie jest doskonała i można się przez nią przebić! Teraz będzie próbował jeszcze intensywniej! Znowu wrzasnął i złapał się za głowę. - Zamknij się! Muszę się skupić! - wykrztusił.
Pod wieczór, po całym dniu zmagań, Henryk ponownie otworzył oczy. Wyglądał na skrajnie wyczerpanego. - Nareszcie przestał… Chyba też się trochę zmęczył. - Wytrzymasz? Nie dostanie się do twojego umysłu? - Jeśli będę miał spokój, to jakoś dam radę… - Dobra, no to korzystając z okazji chciałem cię o coś zapytać. Nie martw się, nic na temat twojego planu. Dlaczego mistrz przez miliony lat rozwijał się bardzo powoli, a od czasu zamieszkania w tym domu jego rozwój znacznie przyspieszył? - Moim zdaniem z trzech powodów. Po pierwsze, przez te wszystkie lata był bardzo słaby, musiał się wiecznie ukrywać i ciągle się bał, że w każdej chwili może zginąć. Odkąd tu mieszka, zyskał poczucie bezpieczeństwa i może wreszcie się skupić na rozwijaniu swoich zdolności. Po drugie, dotąd nie mógł ich używać w obawie, że zostanie wykryty. Teraz może je na nas testować, co znacznie wpływa na jego rozwój. W końcu trening czyni mistrza… Po trzecie, na początku nie bardzo wiedział, jak się do tego zabrać. Teraz im więcej umie, tym bardziej się rozkręca i napędza swój dalszy rozwój. - Dobra, już rozumiem. - A teraz, jeśli pozwolisz, chcę odpocząć. Padam z nóg… Muszę być wypoczęty. - A czy mistrz nie będzie próbował wedrzeć się do twojego mózgu, gdy będziesz spał? W końcu we śnie jesteś bardziej podatny na jego wpływy. - Wręcz przeciwnie, Józef. Gdy śpię, to jeszcze bardziej zagłębiam się we własnym umyśle i mogę lepiej go kontrolować. - W takim razie dobranoc. - I pamiętaj, żadnych pytań więcej o to, co robię. Jak będę mógł, sam ci wszystko powiem. Odrobinę cierpliwości, jasne? - Oczywiście – Józef odwrócił się do Zofii i Anny, gdy Henryk poszedł spać – Wiecie, do jakiego wniosku doszedłem? - Wytężamy nasze bezradne słuchy w niemrawym oczekiwaniu – powiedziała Anna. - Ta nowa zdolność mistrza polega na tym, że osłabia naszą wolną wolę. Gdy spodziewamy się ataku, to jego działanie jest mniej skuteczne. - I co z tego? - mruknęła Zofia z niezadowoleniem – Myślałam, że wpadłeś na jakiś genialny pomysł, żeby nam pomóc. - Eee… No, nic… Tak tylko mówię… Ale zauważyłem jeszcze coś; że mózgu nie da się oszukać. - Że co? - Parę dni temu próbowałem uwierzyć, że mnie tu nie ma, że stoję tuż przed tym domem. Słyszałem kiedyś, że jak się mocno w coś wierzy, to stanie się to prawdą. - To chyba niezupełnie o to chodziło w tym powiedzeniu. - Niestety, nie udało się. Nie można mu wmówić, że coś nas boli, czy coś takiego. Ale to działa też w drugą stronę. Podobno, gdy ktoś straci rękę, to czuje ją nadal do końca życia, chociaż już jej nie ma. Czuje ból, swędzenie itp., choć to niemożliwe! My nie możemy nic wmówić naszemu mózgowi, ale on nam może! - I jaki z tego wniosek? - Że nasze mózgi zachowują od nas dużą niezależność, a my tak naprawdę jesteśmy od nich uzależnieni. Zauważ, jak wiele procesów w naszym organizmie odbywa się bez naszej kontroli! Trawienie, bicie serca, itd. To niezbity dowód na to, że mistrz mówił prawdę! To mózg przekazuje nerwom, że coś nas boli, może się nad nami znęcać! To dlatego nasze życie jest takie podłe! - Dobra, ale co z tego wynika? Józef trochę się zmieszał. - Właściwie to nic… - Zamiast zastanawiać się nad takimi pierdołami, pomyśl lepiej, jak pokonać mistrza. - A co ja mogę? Ja jestem silny fizycznie, a on psychicznie. Ma przewagę. Lepiej ty się nad tym zastanów, Zofia, bo idziesz na pierwszy ogień. Podpytaj naszego Heńka, jak blokować swój umysł, bo mistrz prawdopodobnie grzebie ci teraz w głowie. - Henryk pracował nad tym całe swoje życie. Nie dam rady nadrobić tego w tak krótkim czasie, jaki mi pozostał. - A więc mamy liczyć tylko na Heńka? Ja mam być po tobie! - A następnie ma potrzebna osoba – wtrąciła smutno Anna – Nie mogę utracić mego drogocennego życia. Szlachetnie zobowiązałam się szybko ostrzec mój wybrany naród przed niechybnym zagrożeniem! - Może nie będziesz musiała… Jeśli Heniek pokona mistrza, to ludzkość będzie bezpieczna. - Ale cóż z innymi udręczonymi poprzez naszych ludzi grupami? Zwierzęta, rośliny, owady… - One się nie zbuntują. Mistrz wymyślił to na poczekaniu i wgrał ci do głowy. - Czyżby? - No cóż, nie mam całkowitej pewności, czy on mówi prawdę… Może jest tylko jakimś mutantem, który powstał w wyniku tajnych eksperymentów na potrzeby armii jako broń biologiczna? A razem z nim cała ta zgraja? Może miał wchodzić w szeregi wroga, opowiadać mu bajeczki o buncie narządów wewnętrznych, podczas gdy nasza armia wybije wroga w pył? Może wymknął się spod kontroli, ukrył się tutaj, a potem naprawdę uwierzył, że ta jego teoria jest prawdziwa? - Wiesz co? - mruknęła Zofia – Niewiele mnie obchodzi, skąd on naprawdę pochodzi. Ważne, że ma zamiar nas zabić i tylko to się teraz liczy. Jego historia jest w tej chwili nieważna. - Może i masz rację…
Rozdział 4 Co jest prawdą?
Nieco później, tego samego dnia, Józef szedł samotnie do łazienki. Od jakiegoś czasu chodzili tam pojedynczo, bo uznali, że chodzenie grupowo i tak nie uchroni ich przed ewentualnym atakiem, który niewątpliwie skończyłby się śmiercią któregoś z nich. Zwłaszcza, że najbardziej zagrożona była Zofia, która zobojętniała już na zagrożenie, więc Józef przestał się obawiać chodzenia samotnie. Nagle w jego głowie rozbrzmiał znajomy szum… Odruchowo spojrzał za siebie, czując stamtąd lekki powiew. Zobaczył mężczyznę; miał on siwe włosy, lecz ogólnie wyglądał dość młodo. Miał minę jeszcze bardziej przerażoną niż Józef, który przez chwilę był nieco zaskoczony tym niespodziewanym spotkaniem. Po chwili jednak połapał się, w czym rzecz; to kolejne złudzenie, pierwsze od dłuższego czasu. Postanowił przeprowadzić mały test. - Kim jesteś? Skąd się tu wziąłeś? - zapytał. Nieznajomy rozejrzał się nerwowo. - Do kogo mówisz? Przecież ja nie istnieję! - Oczywiście, że nie istniejesz, przecież jesteś tylko wytworem mojej wyobraźni! Zaraz… Poznaję cię! - Z kim ty rozmawiasz? Nie można mówić do kogoś, kogo nie ma… Chyba, że jest się wariatem. - Byłeś pacjentem w naszym szpitalu! Zawsze twierdziłeś, że cię nie ma… - Nikt nigdy nie zwracał na mnie uwagi. - A lekarze? - Oni udawali! Tak naprawdę wiedzieli, że mnie nie ma! - W takim razie… Czym ty jesteś? - Jestem niczym. Nie istnieję, zapomniałeś? - No cóż, w takim razie wytłumacz mi… Pamiętam, że miałeś taką zdolność, a przynajmniej tak twierdziłeś, bo chyba nikt tego nie sprawdzał, że potrafiłeś powiedzieć, co jest na zdjęciu, jedynie go dotykając, nie patrząc na nie. Nawet z zawiązanymi oczami. Jak to możliwe, skoro nie istniejesz? - Ponieważ rzeczy na zdjęciach też nie są prawdziwe. - Jak to? W takim razie jak zostały sfotografowane? - Nie zrozumiałeś… Załóżmy, że 100 lat temu ktoś zrobił zdjęcie jakiemuś człowiekowi. Dziś obaj są martwi, a więc jego podobizna na zdjęciu nie jest prawdziwym człowiekiem, tym bardziej po takim czasie, gdy on już leży w grobie. Ja też nie jestem prawdziwy, dlatego wyczuwam takie podobizny. - Skoro nie jesteś prawdziwy, to jaki ty niby jesteś? Sztuczny? - Nie jestem żaden, ani prawdziwy, ani sztuczny, ani jakikolwiek inny, rozumiesz? - Szczerze mówiąc, nie… Ale skoro ty rozumiesz, to w porządku. A tak właściwie to czego chcesz? - A skąd mam wiedzieć? Przecież ja nie istnieję! - Hm, logiczne… Ale w takim razie jakim cudem ja z tobą rozmawiam? - Ty tylko udajesz! Wiesz, że mnie tu nie ma! - A gdzie jesteś? - Nigdzie! Czy tak trudno to pojąć? - Owszem, trudno. - Nie udawaj, że mnie dostrzegasz! Wynoś się z mojej głowy! - wrzasnął i wbiegł do kuchni. Józef pognał za nim, ale zastał tam tylko Zofię, Annę i Henryka. Był zszokowany tym, co się stało. - O co chodzi? - spytała Zofia. Józef odpowiedział dopiero po chwili, gdy już się otrząsnął. Myślał, że mistrz niczym go już nie zaskoczy, ale nie spodziewał się rozmowy z dawnym znajomym. - Pamiętacie tego kolesia ze szpitala, który twierdził, że go nie ma i rozpoznawał zdjęcia z zamkniętymi oczami? - Tak… - Przed chwilą z nim rozmawiałem. - No i co z tego? - spytała obojętnie Zofia – To pewnie kolejne złudzenie mistrza. Przecież ostrzegał nas, że wkrótce nie będziemy już wiedzieć, co jest prawdziwe, a co nie. - Ale mówił też, że będzie tak, jeśli będziemy próbować się zabić, a żadne z nas jak dotąd nie próbowało! - Widocznie zmienił zdanie. Poza tym spodziewałeś się, że złudzenia niedługo powrócą. - To nie było zwykłe złudzenie! Ja go nie tylko widziałem, ja prowadziłem z nim dyskusję! - No to co? Pewnie mistrz stworzył go z twoich wspomnień, w twojej głowie. Widziałeś go takim, jakim go zapamiętałeś. - O, nie… Przede wszystkim, teraz był znacznie starszy… Twarz miał nadal młodą, ale włosy mu posiwiały… Poza tym jak wytłumaczysz fakt, że dowiedziałem się od niego paru rzeczy, o których wcześniej nie wiedziałem? Wyjaśnił mi wiele o sobie, a nigdy wcześniej z nim nie rozmawiałem! - Może po prostu mistrz wymyślił te informacje? - Czy wy nie rozumiecie? On udawał chorego psychicznie człowieka za pośrednictwem złudzenia! Wcielił się w niego idealnie, nie do odróżnienia od oryginału! - Przecież tak samo było ze złudzeniem Piotra. - To było co innego… Tamto widmo gadało od rzeczy, nie zwracając uwagi na to, co mówię. Natomiast to dzisiejsze odpowiadało na moje pytania, na które nie znałem odpowiedzi. A jeszcze niedawno mistrz nie potrafił zrozumieć psychiki człowieka z chorobą umysłową! Józef cały się trząsł z przerażenia. Zofia jednak nie podzielała jego emocji. - Szybko się uczy, to wszystko. - Przez chwilę nie byłem pewien, czy to tylko złudzenie, czy prawdziwy człowiek. - Taaak? Przecież sam ci powiedział, że jest nieprawdziwy – stwierdziła ironicznie Zofia. Józef machnął ręką i opadł na krzesło, które zatrzeszczało głośno pod jego ciężarem. - To było coś więcej niż złudzenie… Jak tak dalej pójdzie, to zacznie urzeczywistniać swoje myśli… Sprawiać, że to co ma w umyśle, stanie się prawdą… - Nie łam sobie nad tym głowy. On tego właśnie chce: wprowadzić ci zamęt w głowie, żebyś był mu posłuszny i żeby mógł sobie na tobie spokojnie eksperymentować. Zresztą sam powiedziałeś, że ten pacjent miał siwe włosy, ale twarz mu się nie zmieniła. Wiesz dlaczego? Bo mistrz nie wie jeszcze dokładnie, jak starzeją się ludzie. Powtarzam ci po raz ostatni: to nie był prawdziwy człowiek. - Wiem. W końcu sam mi to powiedział. Problem w tym, że już niedługo mistrz będzie mógł sprawić, że stanie się prawdziwy, choćby ten nieistniejący kretyn się tego wypierał.
Kilka dni późnej Zofia wpadła na pewien pomysł. - Słuchajcie… Mistrz nienawidzi cały nasz gatunek, prawda? Ale co on właściwie o nas wie? Tylko tyle, że grupa neandertalczyków wybiła kiedyś cały jego naród. Sądzi, że wszyscy ludzie są tacy sami. W umysłach Maćka, Józefa i Piotra wyczytał skłonność do przemocy i na tej podstawie stwierdził, że przez miliony lat nasz sposób myślenia się nie zmieniał. Że współcześni ludzie bez wahania zrobiliby z jego gatunkiem to samo, gdyby mieli taką okazję. Nie dostrzega, że się zmieniliście, zwłaszcza ty, Józefie. Nie widzi w nas dobra. Obarcza nas odpowiedzialnością za to, co się stało. - Wcale się tak bardzo nie zmieniłem – mruknął Józef – Nawet, gdybyśmy zawarli z nimi pokój, to jaką mielibyśmy gwarancję, że go uszanuje? Najlepiej go zabić, jego i pozostałych śmierdzieli. - Gdybyś to zrobił, to udowodniłbyś tylko, że mistrz nie mylił się co do nas. Czy tego właśnie chcesz? - Przede wszystkim chcę się stąd wydostać i nigdy więcej nie oglądać jego wielkiej gęby. - Próbując nas zabić, mistrz staje się taki sam jak ludzie, których nienawidzi. - A więc na logikę powinien popełnić samobójstwo – zarechotał Józef. - Niechaj twa osoba nie próbuje być istotą cyniczną. W ten obyczajny sposób nieskutecznie zagłuszasz jedynie swój podły lęk przed niechybną śmiercią – wtrąciła Anna. - A co, mam usiąść i płakać? Po prostu cieszę się ostatnimi chwilami życia, jak tylko mogę. No i pozostaje jeszcze nadzieja w Heńku. To dodaje mi sił. A tak w ogóle to podobno masz jakiś pomysł, Zofia? - Tak. Może gdybyśmy mu pokazali, że jesteśmy dobrzy, to… - On wie o nas wszystko. - Nieprawda. Wie tylko to, co chce wiedzieć. Wie, czego się boimy i zna niektóre nasze wspomnienia, jak funkcjonują nasze mózgi. Całą nieistotną resztę pominął. - Dlaczego? - Może bał się poznać prawdę o nas? - Jaką prawdę? - Że tak naprawdę nie ma racji co do nas. Józef podrapał się po głowie; wciąż nie był przekonany. - Jak chcesz mu pokazać, że jesteś dobrym człowiekiem? Będziesz głaskać te narządy? Zresztą on i tak w to nie uwierzy. - Po prostu pójdę tam i mu to powiem. - Myślałem, że już trochę zmądrzałaś. - Widocznie nie. A masz lepszy pomysł? - Heniek… - On może realizować swój plan niezależnie. Może i mu nie pomogę, ale też nie zaszkodzę. - Jak chcesz. Twoja sprawa. Anna, a co ty o tym sądzisz? - Mą skromną opinią potężny mistrz jest jedynie żądnym władzy egoistą. Niecnym sposobem posłużył się swą…