mitologia · 6 min czytania
Wiła Majka wianek
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
To była typowa wieś na rubieżach: dziura zabita dechami, miejsce, w którym diabeł mówi dobranoc. Kilkanaście chat krytych strzechą, karczma, mały kościółek, jedna wspólna studnia, obory i kurniki. Wokół pola i łąki, dalej – las i mokradła. Zapomniane przez Boga miejsce, nawet ksiądz przyjeżdżał tu furmanką z sąsiedniej wsi tylko raz w niedzielę, aby wysłuchać spowiedzi i odprawić nabożeństwo. Życie było ciężkie – od rana do nocy przy robocie. Kury piały skoro świt, trzeba było wstać nakarmić krowy, świnie i drób. Pól pilnować by chwastami nie zarosły, by dziki nie zryły. Strzec drobiu przed lisami i kunami, a bydła przed wilkami. Przy wypasie na łąkach patrzeć, by w bagno nie wlazły. Znój, brud i ubóstwo. Mało kto tu czytać i pisać umiał. Lud żył po staremu, wiedzą przekazywaną ustnie od pokoleń – z dziada pradziada. Odpoczywało się wieczorem po chatach, lub w karczmie. „Pod czarną olchą” spotykali się drwale, rolnicy i bartnik, by raczyć się trunkami własnego wyrobu. Na poddaszu zezowata Olga, córka gospodarza, oferowała swoje wdzięki za talara. Ksiądz o tym nie wiedział, bo po co miałby się złościć… Młodzież dzieciństwa nie miała lekkiego – przy robocie od małego. Tak tu się żyło. Dzieci strzelały z proc do ptactwa, starsi tyrali w dzień, pili wieczorem.
Majka była inna. Wyróżniała się pod każdym względem. Raz – urodą. Dwa – zachowaniem. Osiemnastu wiosen jeszcze nie miała, a już wyrosła na taką piękność, że wszyscy na nią patrzyli jak na obrazek. Chłopi z sąsiednich wsi za nią przyjeżdżali furmankami – ale wszystkich miała za nic. Czy to jej była wina, że kto spojrzał raz w te oczy – przepadał? Zielonooka brunetka o bladej cerze, szczupła, w zwiewnej sukience, pasowała do tego miejsca niczym róża do gnojowiska. Do roboty się nie nadawała, za co nieraz baty zebrała, bo rodzice surowi byli. Włóczyła się po łąkach i lesie, wianki wiła, piosenki nuciła. Widział to kto! Jaki to pożytek z piosenek? A krowy kto wydoi? Gnój kto wyrzuci? Kartofli kto ukopie?...
To był zły dzień. Wpierw matula Majkę obiła za to, że ta nie chciała iść krów doić. Potem przyczepił się do niej Marcin, ubzdurał sobie, że razem będą. Majka wielokrotnie delikatnie dawała mu do zrozumienia, że nic z tego nie będzie, ale nie skutkowało. Tego dnia jednak, po kijach od matuli, jakiś bies w nią wstąpił, i gdy Marcin zaczął jej opowiadać, jak to im będzie razem dobrze, jak to będą świnie chodować, wybuchnęła mu śmiechem w twarz. Na początku śmiała się mimowolnie, ale potem, widząc, że chłop nie chce się odczepić – złośliwie. Mężczyzna spurpurowiał na twarzy, zacisnął pięści i bez słowa odszedł.