Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 15 min czytania

Wilk

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

O człowieku-wilku, jak zwykłem go nazywać nie potrafię mówić. Nie jest tak dlatego, że pamięć o nim nieustępliwie zabierał czas i dziś niewiele zostało mu już do zabrania - tak odpowiadałem ludziom, gdy pytali mnie o ten dzień i noc, które spędziłem zagubiony w górach, wśród drzew i zwierząt. Powód był inny: groza i strach jakie mnie nawiedzały, kiedy tylko wspomnienia tych dni powracały. Obrazy, które stają mi wtedy przed oczyma i świadomość, że nie są one wytworem jakiejś upiornej części mojej podświadomości, lecz zapisem rzeczywistych wydarzeń, skutecznie blokują mój głos. Nie będę tracił sił, by przekonać czytających o autentyczności owych wydarzeń, nie to jest moją intencją. Słowa te spisuję, aby ustrzec czytających je przed podobnym losem. I aby nigdy, przenigdy, zgubiwszy się w lesie nie podchodzili do człowieka w kapturze. Błąd, który popełniłem najprawdopodobniej w niedługim czasie przypłacę życiem. On nigdy nie wybacza i nie zapomina. Nigdy nie przestaje ścigać. On. Człowiek-wilk.

W owym czasie, a był to sierpień, zdecydowanie zbyt dużo czasu spędziłem w pracy. Nie miałem wszakże dużego wyboru: praca w wakacje często oznaczała dla mnie być lub nie być w czasie następującego po wakacjach roku akademickiego. Grupa moich przyjaciół z roku postanowiła udać się w wyprawę w góry. Bóg jeden wie, dlaczego postanowili mną uzupełnić brak kompana. W każdym razie, czując, że chwila przerwy na pewno mi nie zaszkodzi, postanowiłem udać się z nimi w weekend. Przygotowałem plecak z prowiantem oraz inny sprzęt i o umówionej godzinie przyjechałem autobusem w umówione miejsce. Grupa czekała na mnie, zatem w chwile po przywitaniu ruszyliśmy do lasu. Samo spojrzenie na niego powodowało u mnie złe przeczucia, nieokreślony strach. Był on nieokreślony na tyle, że nie potrafiłem ubrać w słowa, co właściwie budzi moje obawy. Postanowiłem więc, że zachowam je dla siebie zamiast narażać się na wyśmianie przez grupę. Zresztą, gdy tylko weszliśmy między drzewa i zatopiliśmy się w głupiej rozmowie strach znikł. A przynajmniej już nie przytłaczał, bo wciąż czułem coś - obecność? Po prostu za dużo czasu spędzałem w dusznym pomieszczeniu, tak to sobie wtedy tłumaczyłem. Czekała nas długa droga i uznaliśmy, że nie będziemy zatrzymywać się przed południem. Zjedliśmy wtedy późne śniadanie, a ja wsłuchałem się w śpiew ptaków, prawie przy tym zasypiając. Ruszyliśmy w dalszą drogę, a mnie ogarniało coraz większe zmęczenie. Wędrówki nie ułatwiał szlak - a właściwie jego brak. Było to niemal jak brnięcie przez puszczę. Wreszcie pod wieczór zarządziliśmy kolejny postój. Na moje pytanie o odległość od naszego celu - szczytu - nie otrzymałem konkretnej odpowiedzi. Siedziałem na kłodzie żując kanapkę i zastanawiałem się, po co w ogóle gdzieś wychodziłem. Słońce zachodziło. Słyszałem, że towarzysze podróży coś mówią, ale nie zrozumiałem co. Zapach lasu otaczał mnie i czułem, że powoli sam staję się jego częścią. Ocknąłem się nagle na tej samej kłodzie. Wokół mnie nie było nikogo. Dzisiaj już nie wiem, czy to moja wina, że nie słyszałem jak odchodzą, czy ich, że nie zauważyli, iż odchodzą beze mnie. Szybka ocena sytuacji uświadomiła mi, że jest ona co najmniej beznadziejna: nie wiedziałem, gdzie jestem, szlak właściwie nie istniał, szarość przypominała, iż słońce już zaszło, a na dodatek zbierało się na deszcz. Ogarnęła mnie panika, nie wiedziałem co robić. Iść? Ale w którą stronę? Moim błogosławieństwem okazała się latarka, którą wziąłem ze sobą. Wąski pas światła ukazał otoczenie dookoła mnie. Wciąż jednak nie wiedziałem gdzie iść. Do paniki dołączył wyciszony wcześniej strach. Zacząłem się niemal dusić. Chwilę potem jednak usiadłam z powrotem i po serii uspokajających oddechów postanowiłem iść w kierunku, w którym, przynajmniej tak mi się zdawało, zmierzaliśmy razem. Zanim ruszyłem szarość zmieniła się w czerń, którą dodatkowo pogłębiały chmury. Nie mogłem zostać w miejscu: w najlepszym wypadku czekał tam na mnie deszcz, w najgorszym niedźwiedź. Szedłem i szedłem więc, przez pewien czas nie napotykając żywej duszy, za to z pewnością będąc pod czujną obserwacją sów i nietoperzy. Właściwie nie szedłem, a raczej brnąłem, bowiem jak już wspominałem, las był w stanie niemal pierwotnym. Mój oddech był coraz szybszy, lecz nie był to efekt zmęczenia. Panika wzmagała prace płuc. Zastanawiałem się, dlaczego nie ma tutaj żadnych znaków; właściwie nic tu nie ma, tylko drzewa i krzewy. Po pewnym czasie zatrzymałem się i rozejrzałem oświetlając latarką wąski pasek otaczającej mnie puszczy. Bałem się przyznać tego nawet przed sobą. Zabłądziłem. Byłem sam w ciemnym, nieznanym lesie. Na dodatek deszcz, który już dawno zapowiadały chmury zaczął padać. Byłem wówczas bliski płaczu. Nie wiedziałem kompletnie, co robić. Wówczas coś usłyszałem. Jakby łamaną gałązkę. Ktoś tu był? Tak. Ktoś przechodził niedaleko mnie, lecz wyraźnie nie zmierzał w moją stronę. Chciałem biec do niego, jednakże zatrzymałem się. To mógł być ktokolwiek, nawet niekoniecznie człowiek. Jednak mój zdrowy rozsądek chciał wówczas tyko znaleźć schronienie. Ruszyłem w kierunku, z którego dobiegały dźwięki, wiedząc, iż ich źródło nie mogło być daleko. I nie było. Stał do mnie tyłem, w kurtce do polowań i kapturze. Nie odwrócił się, gdy dosięgło go światło. - Hej, przepraszam, zabłądziłem, szukam pomocy. Zero odzewu. Mężczyzna ten, jak sądziłem po sylwetce, po prostu stał tyłem do mnie, nie uraczywszy mnie choćby znakiem, iż wie, że stoję za nim. Teraz mój zdrowy rozsądek zmienił priorytet. Jedyne o czym myślałem to ucieczka. Zacząłem się powoli wycofywać. I wtedy człowiek ten odwrócił się i poszedł bliżej. Znów znalazł się w świetle latarki. Był wysokiego wzrostu, o czarnych włosach i ciemnych oczach. Kilkudniowy zarost dopełniał obrazu człowieka dzikiego, pustelnika. - Chodź za mną, mieszkam niedaleko. Ruszył w kierunku, do którego zmierzał wcześniej. Co miałem zrobić... Poszedłem. Przez deszcz i noc widoczność była mocno ograniczona, toteż trzymałem się go na wyciągnięcie ręki. W ciągu całej naszej niedługiej podróży (po chwili przekonałem się, iż faktycznie nie mieszkał daleko) nie odezwał się ani razu. Nie miał też przy sobie latarki - mimo to zwinnie przedzierał się przez przeszkody, zupełnie jakby je widział. Jego domem okazała się średniej wielkości drewnienia chatka. Nie przyglądając się długo weszliśmy przez drzwi do środka. Wewnątrz panowała taka sama ciemność jak na zewnątrz; tylko wąski strumień z latarki przebijał się przez nią. Po chwili jednak pomieszczenie rozjaśnił ogień pochodzący z kominka, które naprędce rozpalił gospodarz. Szedł od ściany do ściany, rozpalając kolejne lampy naftowe. - Musisz mi wybaczyć, prąd tutaj nie dociera - powiedział do mnie, zdejmując kurtkę i zachęcając mnie do tego samego. Byłem cały przemoczony, toteż szybko skorzystałem z tej, niejakiej propozycji i (również zachęcony) usiadłem w fotelu, przesuwając go jeszcze bliżej ognia. Było mi okropnie zimno. Przez cały czas obserwowałem gospodarza, który wyciągnął z torby martwego królika. - Żyję z polowania - powiedział. - Zaraz podam coś do jedzenia. Faktycznie już chwilę później na stół położył coś, co wyglądało jak potrawka z królika. - Wybacz, ale nie jestem najlepszym kucharzem... Powiedz jeszcze raz, co się stało? Zasiedliśmy do stołu i zacząłem opowiadać o naszej…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%