Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 51 min czytania

Wingor i Zmienni (2)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Po obiedzie królowa poprosiła Hallen o towarzyszenie jej w drodze do komnaty. Idąc korytarzem, królowa zagadnęła: - Wingor ma plan, na który nigdy bym nie wyraziła zgody. Dlatego poprosił o mędrców. Jest elokwentny niczym jego ojciec, Dragan – niech Harmonia pozwoli mu spoczywać w spokoju. Chcę, żebyś była obecna przy naradzie, Hallen. Hallen zaskoczyła ta prośba, ale starała się nie dać tego po sobie poznać. - Jak sobie życzysz, moja królowo. - Tak właśnie sobie życzę. Wingor przy tobie nie będzie owijał w bawełnę, przejdzie szybko do sedna. Proszę cię, żebyś nie wygłaszała swoich argumentów, tylko szeptała mi do ucha. Będziesz siedzieć przy mojej lewicy. - To dla mnie zaszczyt. - A jeżeli nic nie zdziałamy – kontynuowała królowa, jakby w ogóle nie słyszała Hallen. – Będę miała dla ciebie zadanie. - Oczywiście. Każde twoje życzenie jest dla mnie rozkazem. - To wszystko, Hallen, teraz proszę, pozostaw mnie samą z moimi zmartwieniami. Hallen zatrzymała się i przyglądała oddalającej królowej, która minęła salutującą jej straż na zakręcie korytarza i zniknęła z widoku. Hallen odwróciła się na pięcie i ruszyła z powrotem w kierunku sali jadalnej. Tuż przed nią skręciła w prawy korytarz, wspięła po schodach i wyszła na obszerny taras z widokiem na uliczki Ergwenn. Żyły one teraz wypełnione ludźmi. Z wysokości drugiego piętra i odległości ćwierć ogniwa, gród wyglądał jak mrowisko. Często go tak określano. Wszyscy zabiegani. Kupcy krzyczeli, młoty biły złote monety, klowni tańczyli lub balansowali na nisko zawieszonych linach, kuglarze proponowali amulety i inne ozdoby, tu i ówdzie dekarze naprawiali dachy, a kominiarze czyścili kominy, kołodziej naprawiał zawieszenie wozu, a krawcy i szewcy oferowali ubrania i buty na zbliżającą się jesień. Jedynie piekarz nie musiał krzyczeć by zawsze mieć kolejkę za swoimi produktami, gdyż latami wyrobił sobie dobrą markę. Tu i ówdzie przebiegała dziczyzna, krowy i drób, której dni, a może nawet godziny były już policzone. Jednym słowem ów mrowisko żyło i funkcjonowało jak dobry i zdrowy, choć może nieco zbyt hałaśliwy organizm. Ale starczyło tylko obrócić głowę w prawo i natrafiało się na pusty, morski horyzont. W niewielkiej odległości od brzegu kotwiczyły kutry i inne statki, a w niewielkim basenie przy prawej blance, można było ujrzeć, wystający ponad mur, top głównego masztu, okrętu pod banderą „Dragan”. Statek, do którego należy ten maszt, trzy lata temu wziął udział w bitwie. Zwycięskiej bitwie. Dzięki niej, Hallen jest teraz w Ergwenn. Wingor stał, oparty o balustradę, której tralki miały kształt trudnych do opisania podłużnych wielokątów. Patrzył i chłonął widok. Domyślała się, że planował już, jak to będzie, gdy zostanie królem, ale coś go na razie powstrzymywało od tej decyzji. Matka, niejednokrotnie przypominała mu o jego przeznaczeniu, ale zwykł odpowiadać, że Ergwenn ma na razie wybitną królową, a i jeszcze nie przyszedł czas na zmiany. Hallen podeszła cicho i również oparła dłonie o balustradę. Zrobiła to jednak bardzo oszczędnie, tak by cały ciężar nadal spoczywał na nogach i żeby zachowała możliwie najbardziej wyprostowaną pozycję. Wingor dostrzegł to i uśmiechnął się ironicznie. - Matka twoja, królowa, obawia się, żeś wymyślił coś porywczego na jutro. Poszła migrenę leczyć do swoich komnat. - Uwierz mi, że ostanie w jednej komnacie – odpowiedział złośliwie. – Nie kazała ci przewidzieć, co też wymyśliłem? - Nie bądź złośliwy, Wingorze – żachnęła się urażona. – Aazoja martwi się o ciebie. Ja także. - Nie martw się. Nie mam zamiaru wywoływać wojny. Zależy mi bardziej na… analizie. Zaraz – zmiarkował się – czy ty przypadkiem nie zostałaś tu przysłana na przeszpiegi? - Jak możesz? - Wiele już mi pokazałaś, Hallen, ale nie wiem, czy chociaż jedno z tego wszystkiego było dobre. Czasami żałuję, że sprowadziłem cię tutaj, bo na razie, w morzu strat, zyskaliśmy tylko kilka przepięknych obrazów z twoją podobizną. Nie przeczę, że nie ukazują nawet w połowie ogromu twojej urody, ale całkowicie zapomniały o przebiegłej naturze. No cóż, może takie rzeczy są nieosiągalne dla najwspanialszych nawet w swej dziedzinie rzemieślników. Mój błąd, miałem na myśli artystów. - Przestań już, proszę – obróciła głowę. – Dobrze wiesz, czemu znalazłam się na statku Wurbala. - Tak, przewidziałaś mą śmierć i jego z resztą też. Ciekawe, czy przewidziałaś również to, że nie wierzę w przepowiednie. - Myśl, co chcesz, Wingorze. Wiedz, jednak, że zależy mi tylko na twojej pomyślności. Twoja matka już to wie. - Tak, świetnie omotałaś Aazoję. Któżby przypuszczał, że uroda pomaga również w zjednywaniu sobie kobiet? Hallen spojrzała na księcia przenikliwie. Najwyraźniej nadzieja na polubowne zakończenie rozmowy już ją opuściła. - Dość już usłyszałam. Przyszłam ci tylko powiedzieć, że na prośbę królowej, będę jutro obecna na naradzie. - Ty?! – wykrzyknął zaskoczony. – A po co niby? Nie należysz do mędrców ani do kościelnych. - Nie wiem, to decyzja królowej. I wyprzedzając twoje słowa, nie, nie mam zamiaru przewidywać, czemu jej na tym zależy. - Nie chciałem cię o to pytać. Hallen odwróciła się i ruszyła ku wyjściu z tarasu. Wingor odwrócił się i obserwował ją nim nie zniknęła w środku. Żebyś jeszcze nie była tak piękna, pomyślał z żalem.

Następnego dnia, czas między pierwszym, a drugim śniadaniem, Wingor poświęcił na układanie mowy. Wiedział, z doświadczenia, że takie ceregiele na wiele się nie przydają, ale przynajmniej chciał wierzyć, że dadzą mu szansę na skorzystanie, chociażby ze skrawków. Kazał przynieść sobie szaty odpowiednie w przepychu na takie debaty i ruszył do głównej sali, gdzie królowa zwykła przyjmować interesantów. Po pokonaniu kilku korytarzy i zejściu na niższe piętro, wszedł dumnie do sali. Pomieszczenie było dobrze naświetlone przez duże okna. Na wszelki wypadek pod sufitem wisiał duży żyrandol gotowy pomieścić dwa tuziny świec, co o poranku nie było potrzebne. Światło padało tak silnie, że od okien, pod niewielkim kątem zarysowywały się wyraźne jego refleksy. Królowa, siedząc na tronie w końcu pomieszczenia, który dodatkowo umieszczony został na trzystopniowym podwyższeniu, wraz Hallen, bratem Ombrym i mędrcami, dzierżącymi ozdobne, choć niezbyt wygodne krzesła, czekała na pojawienie się księcia. Gdy, zapowiedziany przez herolda Wingor wszedł przez duże, dwupłatowe drzwi, zdobione brązem i mosiądzem, omiótł czekających wzrokiem, następnie pokłonił się, oddając honor matce i rzekł: - Aazojo, matko, królowo Ergwen. - Wingorze, synu mój, księciu – odpowiedziała, dodając w myślach słowo „na razie”. Planowała, że o ile się uda, nakieruje rozmowę na ten, drażliwy dla Wingora temat. Być może odechce mu się wtedy tułaczek, niczym zwykły rycerz. Z resztą, szpiedzy na bieżąco donosili jej o sytuacji we wszystkich, wrogich i przyjaznych królestwach. Kilka dni temu, nawet, wrócił Bazard, który miał za zadanie sprawdzić, co dzieje się w Mutwill. Dowiedział się, że pod jego murami stoją wielkie katapulty, które nijak, w obecnej formie gdziekolwiek transportować. Jednak zapewnił, że sytuacja jest poważna i przysiągł sprawdzić ją dokładniej. Królowa pozwoliła mu na tydzień odpoczynku, po którym miał dotrzymać słowa. Ech, wywiad… kontrwywiad… Aazoja czuła się już zmęczona tymi obowiązkami, którymi chętnie przykułaby Wingora do pałacu królewskiego. - Matko, Hallen, bracie Ombry, mędrcy. Zacznę od informacji o wczorajszym wydarzeniu. - Wiemy o patrolu Zmiennych, synu – rzekła Aazoja. – Podzieliliśmy się tymi wiadomościami z audytorium. Czemu jestem pewien, że my to ty, matko i Hallen „Jasnowidząca”?, pomyślał złośliwie Wingor i zamilkł na kilka chwil. Podejrzewał, że jego przemówienie spali na łuczywie, ale śladem swego ojca, zachował kamienną twarz. Nie znalazł innego rozwiązania, jak przejść od razu do rzeczy. - Miesiąc mija, a my na szykany nie reagujemy. Winniśmy zbadać problem miast się w zamku wylegiwać. – Pociągnął wzrokiem po mędrcach, spojrzał na grubego duchownego, brata Ombrego, po czym nie zaszczycając choćby spojrzeniem Hallen, zwrócił się bezpośrednio do matki. – Wezmę jedną chorągiew i zbadam ten Chaos. Wtedy wrócę i zaproponuję taktykę odbicia zagrabionej przez Maghorta i Dernhorta warowni w Mutwill. - Ależ syn królewski nie może głowy nadstawiać na… - Hallen! – krzyknął Wingor, powstrzymując księżną zamorskiego kraju od słowotoku. Widząc dezaprobatę dla jej zachowania na twarzy Aazoii, postanowił zadziałać trochę ostrzej. – Dopiero brata twojego odesłałem do jego królestwa – Duradalu. Nie mów mi o nadstawianiu głowy! Wtedy dezaprobata Aazoii w mgnieniu oka przerzuciła się na księcia. - Wingorze! Tak nie uchodzi! Hallen przewidziała nasze zwycięstwo. Wdzięczny więc bądź jej miast krzyczeć! Syn królewski zacisnął zęby. Wiedział, że nie może przeciwstawić się matce przy takim audytorium. Nigdy też tego nie robił, gdy byli w węższym towarzystwie lub sam na sam. Jej nalegań o przejęcie od niej korony nigdy nie odrzucał, a odsuwał w czasie. Teraz zmuszony był dostosować się do jej zaleceń i zachować tak, jak etykieta nakazywała. - Wybacz mi, Hallen. – Na twarzy matki pojawił się nieco złośliwy uśmiech zadowolenia. Hallen z kolei spoważniała i nie okazywała po sobie, żadnych objaw triumfu. Wingor postanowił wykorzystać tę chwilę, przeskakując z powrotem na temat. – Czasem jestem zbyt porywczy, to prawda, jednak ciebie matko zaklinam o zgodę. Aazoja opuściła głowę w geście beznadziei. Podnosząc, po chwili wzrok, zauważyła, iż mędrzec Srebryn, chciałby zabrać głos. Okazał to lekkim pokłonem głowy, skierowanym ku niej. Srebryn miał już ponad sześćdziesiąt lat, lecz wciąż zachowywał pełne władze umysłowe i idealny stosunek do etykiety. Mawiano, że mądrość jego w siwej brodzie spoczywa i niedaleką ma drogę, by w ustach swe spełnienie odnaleźć. Prawdopodobnie tak było, bo czemuż by nie. Srebryn dodatkowo był człowiekiem szczerym do bólu i z natury, zupełnie pozbawiony poczucia humoru. - Udzielam ci głosu, Srebrynie – rzekła Aazoja. - Dziękuję ci Aazojo, królowo moja. – Srebryn spojrzał surowo na księcia, a książę na niego, dostrzegając kątem oka, że przygląda mu się również Hallen. Wingor oczekiwał najgorszego. Z jego mowy nic nie wyszło, nie wykorzystał żadnego przygotowanego argumentu i o mało nie obraził gościa, któremu nie powinien okazywać żadnej wrogości, niezależnie, z jakiego kraju by ten pochodził. Etykieta. – Mimo zapalczywości młodego księcia – podjął Srebryn, nie zrywając z nim kontaktu wzrokowego – sądzę, że należy wyrazić zgodę na wyprawę. Powietrze uszło z płuc Wingora. Nie wierzył własnym uszom. Na twarzy Hallen pojawiło się przerażenie. Aazoja pokręciła z niedowierzaniem głową, a wśród reszty mędrców rozpoczęła się szeptanina. Być może już mu rozum odjęło, pomyślał książę. Nie mogło to się stać w lepszym momencie. Srebryn uśmiechnął się nieznacznie. - Mniemam, iż kieruje tobą ciekawość, książę, czym jest owa zmienność. Czy nie po to wybierasz się do Mutwill? Nie było już czasu na owijanie w bawełnę. Wingor, za wszelką cenę, postanowił skorzystać z tej przewagi. - Tak – podniósł pięść – lecz wprzód powinnością mą jest zoczyć, jak odzyskać warownię, a inną zrozumieć, jaki Chaos ją wyrwał z naszych rąk. Nie planuję wszakże żadnych akcji dywersyjnych. - Zgadzam się z księciem, Srebrynie – zatrzeszczał siedzący obok niego Gerner, swym podobnym do dźwięku hebla głosem. – Trzeba nam pilnować ziem na naszym skrawku Landu. Srebryn skrzywił się. Wyraźnie nie oczekiwał poparcia z ust korzącego się sąsiada. Zawsześ mu folgował Gernerze – pochlebco!, pomyślał z odrazą. Jego odrazę spotęgował kolejny, gardłowy i niemal chłopięcy głos tłustego duchownego. - Będę się modlił by Harmonia sprzyjała tobie, książę – powiedział brat Ombry. Ten, z kolei, spotkał się z milczącą pogardą Hallen, która miała inne powody, by skrycie go znienawidzić. Przeklęty klecha, pomyślała. Ślesz go w sidła śmierci, bracie Ombry. Szczęściem, nie wypowiedziała tego na głos, bo, z pewnością, nawet Aazoja uznałaby, że takie nadszarpnięcie etykiety, może być ukarane jedynie anulowaniem danego jej azylu. Tymczasem, królowa miała cięższy orzech do zgryzienia. Musiała się przeciwstawić swojej radzie, by zyskać bezpieczeństwo syna. Musiała to zrobić, mimo, że ryzykowała jego nienawiścią. Jednocześnie, otwarcie poparłaby Hallen Jasnowidzącą, co zupełnie pogrzebałoby jej relacje matka – syn. Musiała podjąć decyzję, w której królowa i matka w jej wnętrzu miały odmienne zdania, a ona sama nie była do końca pewna, która jest którą. Czy królowa nie chce dopuścić do wyprawy, czy może matka? A może obie, ceniąc sobie zdanie syna i księcia, powinny podjąć decyzję wbrew zdrowemu rozsądkowi. Wszakże Wingor obiecywał nie dokonywać żadnych dywersji. Nie! On wspomniał jedynie, że nie ma ich w planach. Matka, czy królowa? Oto jest pytanie. Cisza przedłużała się. Wszyscy czekali na decyzję. Wszyscy, oprócz księcia, który nagle opadł na jedno kolano i opuścił głowę. - Każdą decyzję, którą podejmiesz, mamo, przyjmę z honorem. Aazoja poczuła, że łza spływa jej po policzku. Przypomniała sobie syna, jako dziecko, pląsającego między drzewkami ogrodu botanicznego i wymachującego mieczem. Potrafił szaleć tak całymi dniami, ale gdy tylko pojawiła się w pobliżu, zaraz przybiegał do niej, zawsze tytułując mamą. Nigdy matką, Aazoją, czy królową. Wtedy była jego mamą i nie mogła mu niczego odmówić. Gdy Wingor dorósł, zmieniły się również słowa, którymi się do niej zwracał. Aż do teraz. Prawdopodobnie nikt na sali nie zauważył tej nieznacznej zmiany w słowie, którym Wingor obudził w Aazoii o dziesięć lat młodszą kobietę. - Zostało mi się tylko modlić o ciebie, synu Dragana, pogromcy smoka. - Dzięki ci, matko – odpowiedział, po czym ukłonił się i opuścił salę. Patrzyła za nim długo, zawiedziona, iż jednak nieświadomie obudził w niej wspomnienia. Ostatnie jego słowo przywróciło ją do rzeczywistości. Wróciła twarda i silna królowa. Miejsce dla sentymentalnej matki, nieletniego chłopca rozmyło się w niebycie. Aazoja odwróciła się do Hallen. - Spojrzysz dla mnie w przyszłość, Hallen? – Mimo formy pytającej, było to bardziej stwierdzenie. Hallen zagryzła wargi, wyraźnie zaskoczona prośbą. Nie lubiła zbyt często korzystać ze swoich mocy i nie było to podyktowane egoizmem. Hallen nigdy nikomu nie wspominała, co się z nią dzieje podczas transu. Przepowiadanie przyszłości nie należało do przyjemnych doświadczeń, dlatego też starała się to ograniczać. Tym razem jednak, poprosiła ją o to królowa Ergwenn. - Spełnienie życzenia mojej królowej, jest mi obowiązkiem – odpowiedziała bez wahania w głosie. Wewnętrznego wahania nie okazała. * * * Zimno, zimno, zimno. Sługa stał na szczycie wieży z dzbanem gorącego piwa w jednym ręku i grubym, grzanym na przypiecku kocem w drugim. W ciągu ostatnich dwóch godzin piwo i koc stygły sześć razy, więc sześć razy zbiegał do kuchni na pierwszym poziomie by zamienić koce i piwo i sześć razy wracał na fasadę. Wiedział, że niedługo piwo znowu utraci swe ciepło i, że wraz z miodem i goździkami po raz siódmy wyląduje w dole za oknem kuchennym; że znowu będzie go czekała ta niewdzięczna bieganina. A przecież „sire” Maghort – jak kazał się nazywać – miał wrócić z samego rana, tymczasem zbliżało się południe, a jego jak nie było, tak nie było. No, nareszcie. Sługa zauważył lądującego Maghorta niemal w ostatniej chwili. Widok uskrzydlonego mężczyzny wzbudził w nim nieprzyjemny dreszcz. Mechanicznym ruchem wyciągnął ku niemu dzban z ciepłym jeszcze piwem. Maghort, opadłszy miękko na taras, obrzucił go szydzącym spojrzeniem strasznych, czerwonych oczu. - Widziałeś, kiedy, pokrako głupi, żeby człowiek skrzydłami dzban trzymał? A koc narzuć mi, aby szybko! Przestraszony zaczął przepraszać. Odstawił dzban na ziemię i narzucił koc na ramiona Maghorta. - Od brzasku do brzasku w powietrzu! – krzyknął, przyjmując jakby od niechcenia usługę. – Nie czuję skrzyd… ramion! Służący podniósł klapę w podłodze i wpuścił go do wieży. Maghort zanurzył się w półmrok, schodząc po kamiennych schodach. Z jego rąk poczęły opadać pióra, a oczy odzyskiwały nijaki, szarawy kolor. Uwłosienie czubka głowy przerzedzało się, mimo, iż reszta włosów sięgała mu do ramion. - Jak przestworza, sire Maghorcie? – usłyszał za sobą głos służącego, próbującego umilić mu czas rozmową. Maghort nie lubił, gdy służba się z pouchwalała. Odwrócił się przeto, by pokazać maluczkiemu, kto tu rządzi, gdy dostrzegł, że ten nadal trzyma w ręku dzban z gorącym piwem. Na szczycie wieży, jego nozdrza były jeszcze przewrażliwione od mikstury i nie mógł nawet myśleć o przełknięciu śmierdzącego chmielem świństwa, ale teraz mu przeszło. Przemiana najwyraźniej dobiegła końca. Chwycił dzban dłoni, która już nie przypominała skrzydła i wlał sobie połowę jego zawartości do gardła. Druga połowa wylądowała na kamiennych schodach. Ciepłe piwo rozgrzało mu wnętrze i wzmocniło, miód mile połechtał język, a goździki zakręciły w głowie. Zrobiło mu się tak dobrze, że postanowił odstąpić od zasady i odpowiedzieć kamerdynerowi. - Zimne i wietrzne zasady panują w przestworzach, sługo – zagrzmiał silnym barytonem. – Gdzie mój brat? - Pan Dernhort przesłuchuje Grandenara w lochu – odrzekł posłusznie. - Tak wczesnym rankiem?! Zaimponował mi!! Służący zgarbił się, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie wiedział, czy może. Stroił minę za miną, zostawiając Maghortowi inicjatywę. - No! Mówże, o co chodzi?! Skwaszona mina nabrała nieco głupiego wyrazu. - Już prawie… południe… sire. Maghorta zatkało. Czy ten idiota myślał, że nie rozeznaje się w porach dnia? Wątpił, żeby pozwolił sobie na taką bezczelność. W pewnym momencie dotarło do niego, gdzie tkwiła pomyłka tego prostodusznego wiercipięty i wybuchł gromkim śmiechem. - To żeś nie wiedział, jaki Dernhort miewa sen! – krzyknął rozbawiony niemal do łez, po czym wcisnął mu dzban w ręce i począł schodzić, ocierając oczy. Służący wyraźnie poczuł się swobodniej, bo od razu zagadnął. - Czy podróż się udała, sire? - Ciekawość jest iście paskudną przywarą, sługo! – stwierdził twardo, tym razem nie zatrzymując się, ani nawet nie zaszczycając go swoim spojrzeniem. – Może poskromisz ją, gdy ci przetrzepię gnaty. - Wybacz, sire! Ten krzyk trwogi wystarczająco połechtał jego potrzebę wzbudzania respektu. Wrednie uśmiechnięty, dodał pod nosem: - Mój brat pierwszy dowie się o nowinach z Ergwenn. Dwa piętra niżej, w holu, z dużymi schodami, Maghort odesłał sługę, a sam, przez wąskie drzwi i równie wąskie zejście udał się do lochów. Był zmęczony, ale również ogromnie ciekawy, co też Dernhort wymyślił, że nie mógł spać. Miał dziwne przeczucie, że wiążę się to z Grandenarem, twórcą Zieleni, i zarazem ogromnym tchórzem, drżącym na dźwięk najcichszego szmeru. Nie pomylił się. Sala, mieszcząca się na prawo od korytarza prowadzącego do lochów, nierównomiernie oświetlona blaskiem kilku pochodni, była długa i szeroka na jakieś dziesięć kroków. Ceglane ściany, łukami podtrzymywały strop, a dwa niewielkie świetliki dawały tyle światła, co nic. Zastał w niej Dernhorta, dwóch głupawych żołdaków Modka i Frasa, stojących twarzą do powieszonego na łańcuchach umocowanych w ścianie, Grandenara, z niezmiennym strachem wymalowanym na twarzy. - Witaj, Dernhorcie! – zawołał. – Witaj, o tak wczesnej porze! Co cię tu sprowadziło w porze snu? Dernhort, młodszy i z kompletem włosów, równie na czubku głowy, niewiele różnił się od Maghorta. Miał, co prawda łagodniejszą i bardziej naiwną twarz, był też nieco niższy, ale poza tym, był bardzo podobny. Być może wpłynął na to fakt, iż przez większość życia włóczyli się po świecie razem. Nawet ich ruchy, zachowania, były niemal identyczne. Obaj też byli strasznymi sukinsynami. - Wróciłeś, braciszku! – zawołał wdzięcznie Dernhort. Maghort ruszył przed siebie. Modko i Fras rozeszli się posłusznie. Maghort miał ich za oberwańców i idiotów. Wyglądali jak dwa kawałki ściętego drzewa. Wciąż wyprostowani, z głupawymi uśmiechami na twarzach. Nos Modka świecił od nadmiaru piwa, a Fras wciąż miał utytłane czymś wąsy, które nieścinane regularnie, opadały mu na usta. Nic jednak nie mógł poradzić na to, że jego brat ich lubił. A, że on bardzo kochał brata, nie chciał mu niczego zabraniać, więc tych kretynów, gdy tylko mógł, odsyłał gdziekolwiek, by nie mieć ich na widoku. Spojrzał na wiszącego na ścianie Grandenara. Ten siwy, z posklejanymi od brudu włosami, cień człowieka, jakimś cudem opanował sztukę przyrządzania Zieleni. Wyglądało na to, że podzielił się wszystkimi tajnikami z nimi, jednak coś sprawiało, że jego alchemik Wirchen, nie mógł przyrządzić mikstury samodzielnie, choć zarzekał się, że robił wszystko tak samo jak Grandenar. Teraz, wiszący na ścianie Grandenar wyglądał straszliwie, wychudzony, z zapadniętą twarzą i niezmiennym przerażeniem w oczach. Maghort przyglądał mu się uważnie. Widział już trupów lepiej wyglądających od niego. Wtedy to, Grandenar podniósł błagalnie wzrok i błysnął swymi emanującym zielenią oczami. Maghort wzdrygnął się. Nie podobał mu się ten wzrok. Pełne oczy wypełnione tym jednym, silnym kolorem. Gdy zobaczył je pierwszy raz, żołądek podszedł mu do gardła. Od tamtej pory zdążył się trochę przyzwyczaić. Wszak niewiele. - Co mi przeszło koło nosa? – zapytał. - A nic – rzucił beztrosko Dernhort. – Grandenar nie chce współpracować. A miałem plan, braciszku. Wstałem dziś wcześniej i zaświtało mi, że zrobię ci prezent i nim wrócisz, tajemnica Zieleni będzie wyjaśniona. I niby wszystko szło dobrze. Ale ten tu zagroził, że jeżeli mu przywalę, to już nigdy niczego się nie dowiem. – Wzruszył ramionami. – Nie wiem, jak to rozumieć, ale on jest taki... przekonujący. - Ech, nie martw się – odpowiedział, po czym wwiercił się złym wzrokiem w Grandenara. – Wyciągniemy to dzisiaj z niego, choćby z sercem i wątrobą. Nie można go bić? Też coś! - Litości… proszę… Bracia spojrzeli po sobie zaskoczeni. Modka i Frasa również zadziwiła ów cisza, która nastała po skomleniu Grandenara. Wreszcie Maghort i Dernhort wybuchli głośnym, obleśnym śmiechem. Był on tak szczery i wredny, że, chcąc nie chcąc, ogłupiali żołdacy zaraz się do niego przyłączyli. - Okazało się, że to ścierwo gadać potrafi! Haha! – krzyknął Dernhort. – Jak widać, do ciebie ma większy respekt, braciszku. W tym czasie, do lochu wszedł Wirchen. Jak zwykle, spokojny, nie dał porwać się radosnemu uniesieniu. Wirchen uważał się za człowieka nauki. Pragnął być powszechnie uznany za alchemika, jednak na razie jego sława nie wybiegła poza Mutwill, a wcześniej poza „Bandę poszukiwaczy Pierwszego Ogniwa” Maghorta i Dernhorta, którzy chcieli jego umiejętności zachować tylko dla siebie. Śmiejący się Modko spojrzał na alchemika i zamknął się w jednej chwili. Nie było dla nikogo zdziwieniem, że wojacy i chemicy nie lubili się. Wojacy uznawali chemików za darmozjadów, którzy tylko siedzieli w laboratoriach i przelewali mikstury z jednych ampuł do drugich, a chemicy, cóż… twierdzili, że jeżeli komuś nie zbywa na inteligencji, to zaciąga się w służbę miecza. - Wyśpiewa wszystko! Haha! – krzyknął Maghort. – Trzeba go tylko moresu nauczyć! Tylko czym tu to zrobić? Rozejrzawszy się po sali podszedł do wiszącego na haku pasa nabijanego ostrymi ćwiekami. Zęby zaświeciły mu się z zadowolenia. Do tej pory, słowa Grandenara, iż bicie go, zamknie mu usta na zawsze, zaczęły go już drażnić. Postanowił, że sam go nie uderzy. Zrobi to za pośrednictwem pasa. Pomachał pasem. - O! To w sam raz będzie! Wirchen nie przepadał za przemocą fizyczną. Jeżeli nawet taka istnieć musiała, to wolał jej nie oglądać. Przyszedł tu w konkretnym celu i nie zamierzał być świadkiem tortur. Do tej pory, Grandenarowi odpuszczano wszelkiego bicia, gdyż uważano go za opętanego. Teraz, jednak, gdy zdradził się, że mówi i myśli nie zgorzej od Modka i Frasa, braciszkowie zrozumieli, że można z niego będzie wyciągnąć wszystko, co wie, a nawet i więcej. Nie chciał się im sprzeciwiać, więc postanowił podejść od innej strony, używając podstępu. - Dobry koncept! – zawołał wychodząc przed dwóch skretyniałych żołdaków. – Krew jego jest mi nieodzowna. Wyciągnął ostentacyjnie nożyk i niewielką ampułkę z kieszeni. Takich samych używał do próbkowania Zieleni. Łatwo je było zamknąć potem mały korkiem. Zauważył błysk zadowolenia w oku Maghorta, więc postanowił nie tracić czasu. Jeżeli Maghort domyśli się, że chodziło tylko o uzyskanie składnika do analizy przed jego razami pasem pełnym ćwieków, będzie mógł wpaść w gniew. Już raz się tak zdarzyło, że kazał swoim wojakom trzymać go, by mógł patrzeć na tortury. Od tej pory, Wirchen, nie pragnął uniknąć niczego tak bardzo, jak drugiego razu. - Bierz z ramienia. Tylko tnij boleśnie – rozkazał Maghort, a Dernhort wspierał go poważną miną. – Niech gada, czemu nam Zieleń nie wychodzi bez jego udziału! Jeśli ty nic nie zdziałasz... – wyciągnął pas przed siebie i zakołysał nim złowrogo – przyjdzie kolej na mnie i wątpię, czy będziesz chciał to oglądać. Wirchen wyciągnął szczupłą i trochę żylastą rękę z nożem. Z niechęcią patrzył na coraz bardziej przerażającą minę Grandenara, który szarpnął się w okowach. Jego twarz bladła i wystąpił na nią pot. - Spokojnie, Grandenarze – szepnął, widząc, jak jego zielone oczy już prawie nienaturalnie wystawały z orbit. – Nie jestem sadystą. Lekkie nacięcie, kilka kropel. Parę sekund i będzie po wszystkim. I radzę ci, nie ukrywaj niczego przed Maghortem. Potrafi być strasznym okrutnikiem. Grandenar już niemal z siną twarzą, potrząsnął obłąkańczo głową. Wirchen mógłby przysiąc, że jego nos zmienił nieco kształt. - Nie rozumiesz… - jąkał bełkotliwie. – Eee… - Ostrze zbliżało się nieuchronnie do…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Wingor i Zmienni (2) — czytnik · opowiadania