Duchy · 29 min czytania
Wioska uczynna
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
WIOSKA UCZYNNA
Wioska uczynna liczyla ze sto domow. Miala jedna glowna droge, naturalnym wiec skutkiem jej polozenia byl podzial jej mieszkancow na poludniowych i polnocnych. Jej mieszkancy mieli ta zadziwiajaca ceche ze byli niezmiernie uczynni. Polnocni wzgledem poludnowych i na odwrot. A wobec ludzi z sasiednich wiosek zarowno polnocni jak i poludniowi przescigali sie w swej uczynnosci. Uczynnosc mieszkancow byla jednak dosc charakterystyczna. Klasycznym przykladem moze byc zaproszenie poludniowcow na obiad u polnocnych. Polnocny w takim przypadku faszeruje potrawy wszelkimi srodkami by wywolac niestrawnosci u poludniowca. Podaje je jednak w taki sposob aby ten z poludnia nie zorientowal sie ze jest podtruwany. Dobor srodkow tez jest wazny aby nie zadzialal on za szybko (Podczas pewnego grilowania na poludniu, polnocni dopiero po dwoch dniach odczuli jego dzialanie polegajacego na natychmiastowym wyrzyganiu tego co sie przed chwila zjadlo) tak by podtruwany nie nabral pewnosci kto mu zaszkodzil. Owa zyczliwosc i uczynnosc nie ograniczala sie tylko do wspolnego ucztowania przejawiala sie we wszystkich relacjach mieszkancow. Gdy poludniowiec pozyczal cos od tego z polnocy psul to tak sprytnie ze przestawalo dzialac w momencie uzycia tuz po zwrocie. Co sie zas tyczy przejezdnych, bo tak mieszkancy nazywali reszte swiata, ukladalo sie to w swoista sciezke zdrowia. Innym klasycznym tego przykladem byl zagubiony turysta, zapytal sie poludniowca o droge, ten choc bylo to w przeciwnym kierunku pokierowal go na wioske. Tam zatrzymal sie na chwile przy sklepie. Sprzedawczyni z polnocy powiedziala mu ze to w jeszcze innym kierunku i skierowala go na droge na bagna. W czasie zakupow inny poludniowiec grzebal sie przy oponie, skutkiem czego nie zdazyl wyjechac z wioski gdy zlapal gume i spotkal tego samego poludniowca, ktory nie pytajac o nic pospieszyl z pomoca. Lewarek ktrory przyniosl polamal sie w chwili gdy wyjmowali zapasowe kolo (pare dni temu uzywal go ktos z polnocy). Poludniowiec zarobil na zdezelowanym podnosniku i zostawil turyste z rada by popytal kogos w wiosce o pomoc. Zakonczylo sie tak ze do sasiedniej wioski szedl przez bagna, ale udalo mu sie wrocic nastepnego dnia tylko po to by ujrzec co zostalo z jego samochodu. A zostala z niego tylko karoseria. Tak tez powoli toczylo sie zycie w Uczynnej. Kazdy dzien wypelnialy im nowe pomysly i wyzwania. Ludzie z wiosek sasiednich, nauczeni wieloma przykladami udzielanej pomcy starali sie omijac wioske szerokim lukiem.
Wydarzenia ktorych bedziemy swiadkami mialy miejsce pod koniec lata.
Senior zbudzil sie, nie chcialo mu sie jeszcze wstawac. Przewrocil sie na drugi bok i przylgnal do seniorki. Sen z powiek spedzily mu jednak wydarzenia wczorajszego wieczora (nie dawaly mu tez zasnac). Wracajac z miasta ujrzal dym nad wioska. Im bardziej sie zblizal do wioski tym jego niepokoj wzrastal. Gdy wjechal na droge (tak mieszkancy nazywali ulice ich dzielaca) byl juz pewny ze dym unosi z jego podworka. Ogien strawil szope na szczescie nie dom, ale traktor i budynek do fundamentu. Budynek byl z drewna, palil sie wysmienicie. Senior dotarl do domu w momencie gdy nie warto juz bylo go gasic. Ludzie z wioski mieli bardzo spokojne podejscie do takich typu wypadkow. - Stary zobacz stdola nam sie spalila.- Powiedziala seniorka do seniora wchodzacego na podworko. - Widze matka. Zachodze w glowe jak to sie moglo stac. - Szykowala ja kolacje i poczulam i ze cos ja przypalilam. Ale patrze ze nie. Za okno ja patrze i tez dymu nie widac, dopiero kiedy ja na dwor wyszla to zobaczyla ze dach sie pali a ratunku z nikad, traktor zaskoczyc nie chcial to wynosilimy co w reke wpadlo. - Nie widziala kogo? - Nikogusienko. Pozary w wiosce zdarzaly sie ale rzadko, ostatni jak sobie senior przypominal byl tez na polnocy w zeszla zime, ale tam sie tylko dach spalil. Tutaj szkody sa o wiele wieksze i ten traktor co nie mogl odpalic. Jak to sie moglo stac? Sen nie przychodzil, senior wstal i poszedl na pogorzelisko. Chodzil tam do poludnia, w miedzyczasie prawie cala wioska przyszla zobaczyc co sie stalo i jakos pocieszyc seniora. Na obiad do seniora przyszedl Pietruch, sasiad i pomocnik wielu aktow pomocy niesionej tym z poludnia. - Widzial ja co sie stalo.- Powiedzial wchodzac do izby. Zasiadl za stolem naprzeciw seniora, w chwile potem pojawilo sie nakrycie. Pietruch nalozyl sobie i przezuwal w ciszy. - Widzial jak to sie stalo? Chwile ciszy przerywalo ciche pomlaskiwania biesiadnikow, gdy Pietroch w koncu przelknal odpowiezal. - Nie widzial, na zgliszczach nic nie znalazl? - Nic nie znalazl, z wioski ludzie tez nic nie podpowiedzieli. - To moze jeszcze przyjdzie obejrzec? -Moze.- Odparl zly ze swej niewiedzy senior. W izbie zapanowala cisza przerywana odglosami spozywanego posilku. Czuc w niej bylo napiecie, kazdemu z obecnych towarzyszyla swiadomosc tego, ze wypowiedziane nieopatrznie slowo moze byc iskra wywolujaca eksplozje. W ciszy zniknely talerze ze stolu w ciszy nabili fajki i dopiero gdy zapalili senior odparl. - Z miasta z zakupow ja wracalem i dym zobaczylem. - A zakupy jak? - Dobrze, wszystko w jednym miejscu kupilem, to sie nie nalatalem. Trzeba tu wtracic ze senior razem z Pietruchem szykowali juz od paru dni pomoc dla jednego poludniowaca. Raczac sie widokiem zubrow pasacych sie w strumyku wpadli na genialny w swej prostocie plan. Senior zalil sie krucho u nie go z finansami, ze traktor mu jeszcze ciazy a to stodole dla niego postawil. Pietruch byl w troche lepszym chumorze wiec wspominal ile to zabawy bylo przy pomocy w tej budowie. Jak to zajezdzili krajzege dla jednego poludniowca. Bale do bodowy dobierali tak aby musiala ona pracowac na najwyzszych obrotach. (wtedy senior mial powiedziec mimochodem ze scinki moze sobie zostawic na opal). Zubry z czasem opuszczaly strumien a senior jak markotny byl tak i pozostal. Czare jego goryczy przelewal fakt iz starszy junior chcial kupic qlada. Senior obiecal ze polowe mu dolozy, bo wiecej nie moze wiec ten poszedl dorobic do szklarza a ten wykorzystywal go do granic. Pietruch patrzyl w tym czasie na szklarnie gdzie dorabial junior i na slowo wykorzystal odparl, ze mozna ta sytuacje wykorzystac. Mozna bylo zakupic wiatrowke a junior moglby usuwac slady ich dzialan w postaci rozbitych szyb. - Idziemy ja dzis wyprobowac? - Zapytal Pietruch. - Korci mnie, ale posprzatac to wszystko trzeba. - Bez kontenera za wiele nie zdzialasz. Zamow na rano akurat wrocimy to ci pomoge. - Powiem, ze na ryby na noc ide i spotkamy sie nad rzeka. - To ja swojej powiem ze tez na ryby ide zeby ci zadne glupie pomysly do glowy nie przyszly a tymczasem ide. W tym samym czasie i podobnych okolicznosciach na poludniowej stronie szklarz rozmawial z Janem wschodnim. Jan Wschodni (wschodni bo na poludniu mieszkalo dwoch Jankow) byl tym stolarzem, ktoremu zajezdzona krajzege a wypowiedziane przez seniora slowa podsunely mu pewien pomysl. Warto zaznaczyc takze ze lubil strzelac z luku, traktujac to jako przyjemne i pozyteczne hobby. Za domem mial oczywiscie strzelnice. Ale czasami lubil przechadzac sie z nim po lesie, nikogo wiedz nie dziwil widok takiego Robin Hooda. - Strzelanie sie udalo? - Udalo sie. Wyszedl ja na grzyby w poludnie az doszedl na skraj lasu. NIkogo ja nawet nie spotkal. Zaczekalem chwile, odpalilem papierosa od strzaly i poszla.- Tu zrobil rozmazona mine, wspominajac sobie ten widok.- Niewinnie poszybowala po luku i wbila sie w samiuski srodek dachu. Najpierw myslalem, ze moze zgasla w locie bo wbila sie i nic. Juz mialem kolejna wypuscic ale patrze dymek sie pojawil to mnie ulga wziela. Popatrzyl troche i wrocil. - Bylem ja tam dzisiaj, zadnych sladow nie widzial. Ale ze traktor przy okazji ustrzeliles to jak dwie pieczenie na jednym ogniu. - Slyszal ja cos o tym. Najpierw to sie uradowal z takiej niespodzianki ale teraz to nie wiem czy ja nie przesadzil. - Nie zadreczaj sie, ubezpieczony napewno byl to sobie nowy kupi. Ja bym sie czym innym martwil. - Nawet jak mnie kto widzial, to pewnosci miec nie beda. A jak ten junior sie spiskuje? - To tylko szczeniak nie zrobi nic o czym bym nie wiedzial. - Tak to jest jak sie drewniana stodole strzecha kryje, jak sie raz do czegos zapali to predzej sie spali niz da sie powstrzymac.- Podsumowal Wschodni. Reszta ich dnia uplywala na smakowaniu zwyciestwa (wino wiktoria). A zycie w wiosce toczylo swym codziennym kolem. W jednym miejscu swietowano, gdzie indziej zamartwiano sie choroba kor, ktora skosila juz dwie sztuki a jeszcze gdzie indziej pakowano zamiast wedek wiatrowke. Slonce zmierzalo ku zachodowi gdy senior wychodzil z domu. Bijaca od zachodu luna wywolala u niego fale wspomnien wczorajszego wieczora. Pokrecil jednak tylko glowa i skierowal sie w strone rzeki. Przeszedl przez podworze a potem po polach do strumienia. Nad nim podnosila sie mgla. Wydalo mu sie przez chwile, ze mgla wylewa sie ze strumienia a czerwien zachodzacego slonca zmienila ja w zalewajaca lake kaluze krwi. Trwalo na tyle krotko ze ani sie nie zatrzymal ani lepiej temu przyjrzal, bo im bardziej sie przygladal to tym bardziej byla to zwykla mgla. Przed zmierzchem dotarl nad rzeke gdzie zastal juz Pietruche palacego ognisko. Wspolnie umyslili by naprawde isc nad rzeke, rozstawic wedki i dopiero w srodku nocy podejsc pod wioske i ostrzelac szklarnie, nastepnie wrocic nad rzeke i z rana jakby nic wrocic do domu. Czas mijal im na omawianiu szczegolow jak to podejda, ktoredy pojda co tam beda robic, ile to moze zajac. Jedynym slabym punktem ich planu byla mgla. Im blizej bylo do wyjscia tym bardziej stawali sie niecierpliwi im wiecej o tym mowili tym mniej byli pewni co dokladnie maja zrobic. Czy maja wybic pare szyb czy tylko jedna, trzymac sie tego projektu przez jakis czas czy pojsc dzisiaj na calosc. Bylo to dla nich doswiadczenie nowe, nigdy wczesniej nie wprowadzali poprawek tuz przed wykonaniem. Tym razem wpadli w swego rodzaju euforie nie pozwalajacej im spokojnie usiedziec w miejscu, skutkiem czego wyszli pol godziny przed czasem (w ostatnim momencie Pietruch przypomnial sobie ze ma proce wedkarska i zestaw stalowych kulek). Szli w milczeniu. Podczas wedrowki okazalo sie ze mgla sciele sie rownym dwumetrowym dywanem, co troche ulatwialo im zadanie. Wioska zdawala sie byc zatopiona w morzu mleka nad jej powierzcznie wystawaly tylko dachy latarnie i ciemne plamy koron drzew. Blask swiatla i ksiezyca nadawal wiosce zimnego charakteru jakby dachy zmienily sie w dryfujace gory lodowe. Senior czol potegujaca sie chec pomsty im blizej wioski tym bardziej stawala sie ona nieobliczalna. Czul, ze przestal panowac nad sytacja i fakt ten przerazal go. Jednak to ze bierze w tym udzial, strach i ciekawosc przed czyms nowym i nieznanym byla silniejsza by nie powiedziec ze dodala mu skrzydel. Niesiona telepatia mysl wypelnila takze Pietrucha. Obaj wyczowali obecnosc kogos trzeciego, kogos kto ich prowadzi, ochrania i motywuje. Zaczeli sie zachowywac jak w transie, nie zauwazyli tego ze porozumiewaja sie bez slow. Pierwotny plan odszedl w zapomnienie. Zakradli sie pod szklarnie i dostali sie do srodka. Bez problemu odnalezli kat z narzedzmi (pomimo faktu ze nigdy tu nie byli doskonale znali rozklad szklarni) skad wzieli nozyce. Nie zwazajac na nic wycieli cala szklarnie, pracujac sprawnie i systematycznie, tnac lodygi tuz nad ziemia by szkoda nie wydala sie natychmiast. Gdy odkladali nozyce na miejsce byli zziajani i zlani potem, zadowoleni z dobrze wykonanej roboty. Byl to jednak dopiero polmetek na deser zostawili sobie wybijanie szyb. W drodze do ambony bardziej wyczoli niz zobaczyli czy tez uslyszeli czyjs obecnosc. Nadal byli skapani we mgle ich widocznosc ograniczala sie do kilkudziesieciu centymetrow a odglosow nocy nie falszowal zaden obcy ton. Natychmiast tez przyszla mysl by nie przeszkadzac sobie wzajemnie i minac sie szerokim lukiem. Po pierwszym strzale uslyszelui ciche pykniecie srociny o szybe. - Wybiles ja? Zapytal Pietroch, przylozyl lornetke i wypatrywal, po chwili odlozyl ja i wziol proce. - Wydaje sie ze tak.- Odparl senior.- Ale Zeby miec pewnosc to... Po tych slowach nacisnal spust, skonczyl dopiero gdy wyczerpal magazynek. Pietroch tez nie tracil czasu. Ciskal kule za kula. Ku swemu zdziwieniu zauwazyli ze slysza tylko ciche plasniecie, widzieli jak tafle szyb rozpadaja sie opadaja w mgle i rozplywaja w niej. Przestali gdy na dachu nie bylo juz ani jednej calej szyby. Patrzyli w ciszy na swoje dzielo. W duchu cieszyli sie jednak ze wyszlo im to tak sprawnie. Obaj rownierz wiedzieli ze maja przy sobie poteznego sprzymierzenca w postaci mgly. Dobrze wiedzieli ze to wlasnie jej zawdzieczali cisze, ktora byla najslabszym punktem w ich planie. Drogi powrotnej nie pamietali w szczegolach, pamietali jedynie ze przedzierali sie przez las kierujac sie bardziej instynktem niz znajomoscia terenu. O swicie wrocili do wygaslego ogniska i wedek. Wstajace slonce rozproszylo mgle. Senior i Pietroch nie czuli trodow nieprzespanej nocy a wrecz przeciwnie. Czuli sie troche nierzeczywiscie, tak jakby wydarzenia tej nocy zaraz po skonczeniu zaczynaja sie od nowa, przezywane raz za razem. Dopiero wstajace slonce jakby ich nagle otrzezwilo. Mgla sie rozwiala, pojawil sie przeciwlegly brzeg. Nagle ogarnelo ich orzezwiajace chlodne powietrze poranaka, (przestali slyszec swe mysli) rozniecili ponownie ognisko i skupili sie wedkach. Po paru godzinach bezowocnych polowow, zwineli graty i wrocili do wioski. W tym czasie wspomnienie nocnych wydarzen oddalilo sie od nich pozostajac ni to wspomnieniem snu ni zdarzeniem z zamierzchlej przeszlosci. Zaraz gdy weszli do wioski uslyszeli czyjs lament, Pietruche na moment zmrozilo. Ludzie schodzili sie w okolicach jego zabodowan, gdy tam doszli okazalo sie ze tragedia rozegrala sie u sasiadow pietruchy. Zaraz tez dowiedzieli sie ze ktos ukradl im swinie i pozabijal konie. Udali zaskoczenie ale obaj czuli ze oprocz szklarni zdarzylo sie cos jeszcze, cos jakby przeczucie graniczace z pewnoscia. Pietrucha poczol sie przeciskac, po podworzu biegala lamenujaca Jozefowa. Pietruch zlapal ja i zapytal - Co sie stalo? -Jozef bez zycia stodola! Wyszlohala Jozefowa, szok jakiemu ulegla podciol jej nogi a ta padla na Pietroche. Ten z niemalym trodem wyplatal sie z jej uscisku przekazujac ja seniorowi i udal sie do stody. Swin po…