Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 25 min czytania

Wiosna '80

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Szymon i Łajza spojrzeli po sobie zaniepokojeni kiedy znienacka przyhamowałem, a potem zatrzymałem wóz, starego volkswagena kombi. Pewnie wiedzieli już, że po raz milionowy w ciągu naszej długiej znajomości wpadłem na jakiś idiotyczny pomysł. Nie mylili się. Może i byłem roztrzepany, ale samochód prowadziłem wzorowo. Zgasiłem silnik, wrzuciłem bieg i zaciągnąłem ręczny, po czym obróciłem się w fotelu obrzucając współtowarzyszy roziskrzonym spojrzeniem. Biedacy wiercili się na swoich miejscach, kombinując chyba jakby tu ulotnić się z auta i nie zostać kolejną ofiarą moich chorych fantazji. Pospiesznie wytłumaczyłem chłopcom w czym rzecz, naiwnie sądząc, że im też się to spodoba. - Wiecie, że za tym lasem jest jezioro? – wskazałem ręką na gęsty szereg szumiących liśćmi drzew, jednak oni nawet nie spojrzeli w tamtą stronę. Oczy Szymona wzrosły do rozmiarów dojrzałej śliwki. - Poważnie? Jezioro? Tam? Nie, żartujesz chyba? Plótł głupoty, bo przejeżdżaliśmy w pobliżu jeziora kilkakrotnie w zimie i zawsze powtarzałem, że latem będziemy mogli się tu kąpać, co zbywali milczeniem, sądząc, że do tego czasu o wszystkim zapomnę. - A ja słyszałem o nim dość dużo – rzekł Łajza – w gazecie był artykuł, jego autor wspominał coś o tym, że w jeziorze potopiło się mnóstwo osób – mówił to, jakby czytał z kartki swój własny akt zgonu. - W siedemdziesiątym ósmym stwierdzono szesnaście utonięć, ale żadnego z nich nie udało się racjonalnie wytłumaczyć - ciągnął Łajza - Dno czyste, prawie w ogóle wodorostów, woda tak przejrzysta, że ludzie nie mogli odmówić sobie kąpieli. Potem, jak wyłowiono zwłoki, zbadano je i nie wykryto u nikogo obecności alkoholu we krwi. Wytłumaczeniem miały być silne skurcze mięśni, ale nikt w to nie wierzył. Ludzie zaczęli opowiadać sobie przeróżne rzeczy, z wirami wodnymi, a nawet potworami włącznie. - Idę o zakład, że gdzieś w pobliżu grasował jozin z bazin – zaśmiałem się z sarkazmem – co z wami, naprawdę wierzycie w te bzdury? – mój błagalny jęk wwiercał się chłopcom w uszy, ale wyraz ich twarzy pozostał kamienny. - W siedemdziesiątym dziewiątym historia powtórzyła się, ale teraz zareagowano szybciej – nie dawał za wygraną Łajza – Władze zareagowały i niedługo potem na powierzchni jeziora pojawiły się boje z napisem „zakaz kąpieli”. Krzysztof, jeśli nas tam przyłapią, zapłacimy karę. Sześć stów na łebka! Naprawdę chcesz nas udupić w ten sposób? - Nie zdążyłem wam nawet powiedzieć, w czym rzecz. - Więc nie chodzi o to, żeby wleźć do tej przeklętej wody po sam czubek głowy by udowodnić całemu światu, że tak naprawdę nie ma żadnych potworów, wirów wodnych i temu podobnych dziwadeł? - Jasne, że nie – skłamałem – przecież mamy ledwie połowę kwietnia, woda jest zimna. - W takim razie o co chodzi? - Pójdźcie ze mną na brzeg, to wam opowiem – ściszyłem głos, żeby być tajemniczym jak jasna cholera. Tak naprawdę biłem się o każdy metr dzielący nas od plaży. Najpierw dotrzemy w pobliże jeziora, a potem jakoś ich przekonam, kombinowałem. Sądziłem wtedy, że jestem najbardziej zakręconym człowiekiem południowej małopolski, i to mi niebywale schlebiało. - Dobra, tylko nie myśl sobie, że na widok pięknej tafli jeziora nagle posramy się ze szczęścia i wskoczymy za tobą do wody. - Przecież mówiłem już, że nie o to chodzi. - Jeśli tak, to w porządku. Przejechałem na wstecznym dobre sto pięćdziesiąt metrów, zanim pojawiła się polna dróżka prowadząca przez las na brzeg jeziora. Dziwne, byłem pewien, że mam ją tuż za sobą, ale najwidoczniej mój instynkt mnie zawiódł, co następowało rzadko w ciągu mojej kariery za kółkiem. Pamiętałem tylko jedną stłuczkę, jednak wina nie leżała po mojej stronie. W zasadzie nawet przy tym nie byłem; jakiś narwaniec otarł bok mojego poprawnie zaparkowanego volkswagena, podczas gdy dokonywałem zakupu mleka i bułek w pobliskim supermarkecie. We wstecznym lusterku widziałem nietęgie miny przyjaciół, zastanawiających się pewnie, co tym razem wpadło mi do pustego łba. Najwyraźniej uspokoili się nieco myśląc, że nie będę chciał tu pływać, ale prawda wyglądała tak, że chciałem. Sądziłem, że to zabawne – taplać się w wodzie, która pochłonęła tylu ludzi. Może zdawało mi się, że w ten sposób wyśmieję się śmierci w twarz. Na szarym końcu drogi błysnęło coś, przykuwając mój wzrok. Przyjrzałem się pojazdowi, od razu rozpoznając markę – był to volkswagen kombi, ten sam dzielny rumak, za którego sterami siedziałem. Nawet kolor się zgadzał, matowy, ciemnoniebieski. Pokonywał nierówności szosy, hałasując silnikiem. Tuż za nim kłębiła się gęsta chmura kurzu i pyłu, dodając maszynie wdzięku. Przynajmniej ja tak sądziłem, od wielu lat zakochany w moim gracie. Koledzy, znajomi, przyjaciele, w końcu nawet rodzice radzili mi, żebym sprawił sobie coś nowszego, ale nie chciałem ich słuchać. Ten wóz ma duszę – twierdziłem wielokroć – gdybym go wywalił na złom, to tak jakbym oddał cię do domu starców, tato. W zamiarach miałem pomachać kierowcy jadącego z naprzeciwka samochodu, lub wykonać coś na kształt powitania, by przekazać nić bezsłownego porozumienia pomiędzy „nami szczęśliwymi kierowcami”, ale okazało się, że facet zainwestował w przyciemniane szyby. Nie udało mi się zajrzeć do wnętrza mijającego nas wozu, ale zbytnio się tym nie przejąłem Ale kiedy po chwili spojrzałem w lusterko, ten sam samochód jechał w ślad za nami, a jego szyby były przejrzyste. Za kierownicą nikogo nie było, wóz poruszał się samodzielnie. Zahamowałem gwałtownie, aż Szymon i Łajza polecieli do przodu, sypiąc przekleństwami. Serce waliło mi w piersi jak żelazny młot, czułem je nawet w gardle, gdy z trudem przełykałem ślinę. - Co ty wyprawiasz? – niemal wrzasnął Łajza. Odwróciłem się, by utkwić zdumiony wzrok w volkswagenie kombi, którego minęliśmy niespełna minutę temu. Niknął już w oddali, skręcając na główną. Szyby na nowo stały się ciemne i nieprzeniknione. Jak dno jeziora, pomyślałem i ująłem w drżące dłonie koło kierownicy.

Przyśpieszyłem, gdy droga stała się mniej wyboista, gdzieś w oddali posłyszałem szum wody. Próbowałem nie myśleć o tym, co zobaczyłem, a raczej czego nie zobaczyłem za sterami mijającego nas wozu, zadanie przerastało mnie o głowę. Może to tylko przywidzenie, spowodowane zmęczeniem. Wiedziałem, że to bzdura, nie pamiętałem nawet kiedy ostatnio podniosłem się z wyrka wcześniej niż o dwunastej w południe. Rzuciłem okiem we wsteczne lusterko, badając nastroje Szymona i Łajzy. Różnili się tak bardzo, że aż trudno w to uwierzyć. Łajza golił czaszkę na łyso. Nosił dresowe spodnie i dresową bluzę, wszystko o kilka numerów za duże. Zawsze powtarzał, że nie znosi, gdy coś go ogranicza. Zbyt długie włosy nachodziły na oczy, za ciasny ubiór krępował ruchy i odbierał swobodę. Jedynie buty kupował o numer za małe, bo lubił, gdy pewnie trzymały się stopy. Z telefonów preferował stare modele noki. Odznaczały się dużymi klawiszami i rzadko kiedy ulegały zniszczeniu. Łajza zajmował się malowaniem portretów. Widział w tym coś więcej, niż bezmyślne machanie pędzlem. Dodawał wiele od siebie. Uwidaczniał na twarzach ludzi cechy, które w jego mniemaniu siedziały gdzieś głęboko ukryte. Kiedyś odmalował moje lico. Jedno oko miałem szeroko otwarte, źrenice rozszerzoną. Białka błyszczały szaleństwem, pokryte siateczkami czerwonych żyłek, tęczówki płonęły wściekle zieloną barwą. Tymczasem drugie oko spoglądało na świat z wielkim spokojem, powieka lekko nachodziła na źrenicę, jak do połowy zasunięta roleta. Spytałem go o wyjaśnienia, a on stwierdził, że owszem, bywam szalony i nieobliczalny, lecz pozostawiony samemu sobie dużo rozmyślam. Po części przyznawałem mu rację i trochę mnie to niepokoiło. To tak, jakbym wśród ludzi starał się uchodzić za wyluzowanego, nonszalanckiego Krzysztofa. Kłopot w tym, że uważałem się za wyluzowanego, nonszalanckiego Krzysztofa o każdej porze dnia i nocy. Z wyglądu Szymon stanowił dokładne przeciwieństwo Łajzy. Nosił długie, opadające na kark loczki, obcisłe jeansowe spodnie, halówki i koszulkę polo w czerwono – białe paski. Kochał się w komputerach, zamierzając w przyszłości zostać informatykiem. Rzeczą którą w nim najbardziej ceniłem, był spokój. Tego człowieka nie dało się wyprowadzić z równowagi. Stale towarzyszył mu lekki uśmieszek mówiący: „nie macie w pytkę większych problemów? Mnie to już śmieszyć zaczyna” Ja, no cóż, uwielbiałem prowadzić i robić rzeczy, które porządnym ludziom się po nocach nie śniły. Odniosłem wrażenie, że obaj lekko pobledli na twarzach, choć mógł być to po prostu efekt gry światła i cieni. Jechaliśmy pomiędzy drzewami, plamy słońca prześlizgiwały się wzdłuż nas jak wodne zacieki. Przez uchyloną szybę czułem zapach wilgotnego powietrza, ale jeziora jak nie było, tak nie było. Powoli traciłem wiarę we własną zdolność wyceniania odległości, bo gdy ostatnim razem jechałem tą ścieżką, dotarłem do celu o wiele szybciej. W lusterku Łajza zwiesił wzrok i rozdziawił usta, przechylając lekko głowę, jakby w skupieniu wysłuchując jakichś odgłosów. Pomyślałem, że dawno już nie zrobił podobnie głupiej miny, ale nim go o tym poinformowałem, sam strzeliłem karpia na wagę złota. Z twarzy Szymona powoli zmywał się uśmiech, z zaczerwienionych policzków ulatywało gorąco. Śmiechy, radosne okrzyki i pluski rozbrzmiewały w gorącym powietrzu, jakby środek wiosny nagle przeistoczył się w środek lata. - Do diabła, Łajza, to ty mówiłeś coś o zakazie kąpieli? – rzuciłem pół żartem, pół serio – zdaje się, że miejscowi właśnie się nim podcierają – dodałem po chwili. - Do diabła, Krzysztof, naprawdę nie wiem, co tutaj się odpierdala – przyznał Łajza, błądząc wzrokiem po bocznej szybie. Kiedy zapach kremu do opalania zaczął drażnić mi nozdrza wiedziałem już, że zbliżamy się do plaży. W ciągu kilku ostatnich minut ładna, wiosenna pogoda przeszła w upalną, letnią. Zrozumiałem to, nim wjechaliśmy moim kombi na środek plaży, poubierani w długie spodnie i bluzy, wyprostowanie i bladzi jak zombie. Pomyślałem, że musieliśmy wyglądać na przybyszów z siedemnastego wieku, gdyby nie mój wóz przypominający jakieś prehistoryczne zwierzę. Ludzi nie było wielu. Może trochę ponad dwudziestu, ale hałasu robili więcej niż armia meneli po północy. Ktoś śmiał się perliście, inny puszczał z radia głośną muzykę, dzieci chlapały się wodą, piszcząc. Tylko paru zareagowało na nasze przybycie, w tym pięknie opalona dziewczyna, siedząca w cieniu parasola. To przez nią prawie wjechałem do wody, na szczęście w porę ostrzegł mnie Łajza: „ Więc to był ten twój chory pomysł? Wjebać się autem do rzeki a potem zapytać czy się dobrze bawiliśmy?”

Moglibyśmy dziwić się latami, a to by i tak niczego nie zmieniło. Nie rozumiałem w jaki sposób z tafli jeziora zniknęły puste beczki opatrzone napisem „zakaz kąpieli”, ale na widok tłumu plażowiczów i dzieci taplających się w wodzie nagle odeszła mi ochota na pływanie. Z tego miejsca odeszła tajemnicza aura niesamowitości, zniknął zakaz, zniknęło też moje zainteresowanie. To chyba Łajza miał na uwadze mówiąc, że tkwi we mnie coś oprócz szaleństwa. Uwielbiałem opuszczone miejsca i obiekty wiążące się w jakiś sposób z odległymi, makabrycznymi wydarzeniami. Według mnie emocje też są materialne, mają postać tak drobną, że człowiek nie jest w stanie jej wykryć, choćby dysponował najlepszym sprzętem optycznym. Osadzają się na powierzchni budynków, murów, ziemi, czasem w nie wnikają. Od tego czasu przedmioty te nie są zwyczajne, epatują grozą, ich wygląd się nie zmienia, ale jeśli dobrze się wsłuchać, zaczynają do nas mówić. Gdybyś nadal nie wiedział w czym rzecz, obejrzyj dokładnie jakiś obiekt powiązany z dramatycznym zdarzeniem, a zrozumiesz. Każdy widzi to na własny sposób, dziwne cechy na pozór zwyczajnej rzeczy ujawniają się nam pod różnymi postaciami, ale wrażenie pozostaje to samo. Nawet Łajza zdziwiłby się, gdyby to przeczytał. Zaparkowałem volkswagena w cieniu drzew, nie troszcząc się o zamknięcie drzwi na klucz ( może w ten sposób usiłowałem sprawdzić czy pozostanie mi wierny, czy też odjedzie razem z pierwszym lepszym złodziejaszkiem). Powędrowaliśmy na plaże, uprzednio zdejmując grube swetry. Słońce prażyło, a my

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%