Fantasy · 7 min czytania
WIOSNA cz.1
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
WIOSNA Wiosenny ciepły, lekki wietrzyk nijak nie przypominał zimnych podmuchów okolic Postąpina. To miła odmiana, szczególnie dla osoby, która ostatnie kilka miesięcy spędziła w mroźnym klimacie. Na całe szczęście Jakert miał szansę na kilkudniowy odpoczynek w karczmie „Na skraju”, gdzie mógł się wyspać, zjeść i pohandlować z właścicielem przybytku. Ciężki, północny strój wymienił na zdecydowanie lżejszą, utwardzoną ćwiekami zbroję skórzaną, w dotyku mięciutką niczym lniane ubranie. Została również wzmocniona setkami, nabitych w niewielkich odległościach, nitami, czyli doskonała zbroja jednym słowem „cudeńko”. Oprócz zapasów żywieniowych oraz zbroi, wymienił się również, za niewielką dopłatą plew, na młodego dwuletniego ogiera. Duch, takim mianem Jakert nazwał konia, to kasztan z podwójnie rozjaśnionym genem Cream, niemal całkowitym pigmentem w skórze, niebieskimi oczami i białą sierścią wraz z grzywą. Po wizycie u karczmarza, mężczyzna udając się dalej na południe, do Hobrowa, rozmyślając o pogłoskach, o bandzie niejakiego Ali Baala. - O co chodzi, z tymi zbójcami? – powiedział ni to do siebie, ni to w dal. Jak mawiają starsi: „wiosna by tak nie smakowała, gdyby przedtem zimy nie było”.. tym bardziej, że radośnie budząca się przyroda dodawał otuchy i chęci do życia na tym ciężkim padole Jakertowi. Zielone listki, jako pierwsze pojawiły się na białych brzozach zwiastując zwycięstwo ciepłych podmuchów wiatru nad zimnymi wichurami. Wiosenny krajobraz przypominał, mu o ciągłej walce zimy z latem, białym i czarnym, o ciągłym wyborze wszystkich decyzji zarówno tych złych jak i dobrych. Brzozy były niemal ucieleśnieniem wewnętrznej walki z siłami natury. Na całe szczęście ze wszystkich stron do uszu dobiegały radosne trele ptaków, które rozpoczynały swoje gody. Małe sikorki, czy trochę większe kosy zachęcały do wsłuchania się w ich radosne koncerty. Pomiędzy leśnymi drzewami gdzieniegdzie można było ujrzeć skradające się, zbudzone ze snu borsuki, jenoty. Zwierzęce śpiochy wyszły ze swych nor w poszukiwaniu jedzenia, a także partnera do miłosnych igraszek, wszak przedłużenie gatunku, to chyba jedyny sens ich życia. Lekko pagórkowaty teren już dawno przeszedł w równinę gdzie za kilkadziesiąt kilometrów skończą się północne lasy. Jakert pomału zaczął się przyzwyczajać do spokojnej, wiosennej wędrówki do Hobrowa, gdzie zgodnie z obietnicą Trzebiemira musiał się spotkać z Bożeciechem. Szlak którym wędrował zaczął zmieniać się w lekko piaszczysty, większy trakt, między zagajnikami, małymi gaikami. Duch zaczął lekko rżeć, dając znać, że czas na krótki popas. - Co koniku? Coś byś przekąsił? Dobra. Spokojnie, zaraz się zatrzymamy…, na kilka chwil. – powiedział ni to do siebie, ni to do konia. Bezchmurne niebo sprzyjały popasowi, Jakert zdecydował się na krótki odpoczynek. Myśliwy wybrał mały zagajnik, tak, by z jednej strony widział, ewentualne niebezpieczeństwo, a z drugiej nie był na otwartej przestrzeni. Niestety nie minęła godzina, jak z oddali, na południu ujrzał zbliżającą się trójkę mężczyzn. Nieznajomi, ubrani byli w jednakowe, brązowo- zielone szaty, pewnikiem są to Tenebranie, strażnicy Venedii. Do ich obowiązku należy między innymi: strzec tereny okolicznych miast, czy dbanie o ceny skór z zabitych zwierząt, poza tym baczą by nikt ze złoczyńców, ścigany listami gończymi nie przebywał w pobliżu ich terenów czy miast objętych ich kuratelą. Jeden z nich, chyba dowódca, niósł o trójkątnej