Fantastyka · 8 min czytania
Wirus Noc - Rozdz. V "Ratunek?"
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
WIRUS NOC – ROZDZ. V „RATUNEK?”
George zapakował jeszcze jeden kilogram cukru. Nie brał już nic więcej, bo zapewne miałby problem z pchaniem wypełnionego po brzegi wózka z supermarketu. Makaron, zbrylona sól i cukier, ciastka, batony, kawa, herbata... Nawet papierosy znalazł. Zabrał ze sobą to, co nie uległo zepsuciu. Zazwyczaj był to suchy prowiant. Wszelkie wędliny, sery i jajka już dawno straciły przydatność. Śmierdziały i odstraszały zielonkawym kolorem. Mężczyzna wytoczył wózek ze sklepu. Pchał go ile sił, nie rozglądając się na boki. Nie chciał widzieć wraków samochodów, które w większości stały na opuszczonych parkingach lub pod domami dawnych sąsiadów. Rdza przeżerała niechronione blachy, które nosiły ślady uderzeń i zadrapań. Wiedział, że to była sprawka potworów. Nigdy jednak nie przyznał się przed sobą, że jego żona zrobiłaby to samo. Wmawiał sobie, że jest inna; że pewnie zginęłaby już pierwszej nocy, gdyby wypuścił ją z piwnicy. Właśnie mijał zarośnięte boisko szkolne, kiedy usłyszał dziwny odgłos. Dźwięk coraz głośniej rozrywał spokojne niebo, pojawiał się z każdej strony, jakby echo zwariowało i nie wiedziało co ze sobą począć. W pierwszym odruchu chciał zostawić wózek z „zakupami” i schować się w bezpieczne miejsce, jednak zaraz potem zdał sobie sprawę, że przecież tylko w nocy groziło mu niebezpieczeństwo. Rozejrzał się uważnie po niebie, próbując wyłapać źródło dźwięku. Zmrużył oczy, kiedy na południu zauważył maleńki majaczący punkcik. Przez dłuższą chwilę nabyta desperacja nie pozwalała mu wierzyć, że oto widzi upragniony helikopter. Dopiero, kiedy maszyna znacznie się zbliżyła, George zapomniał o naładowanym wózku, oddalił się od niego i zaczął energicznie machać rękami. - Tutaj! Tutaj jestem! – krzyczał w niebogłosy. Skakał w miejscu, biegał, prawie płakał. Nie patrzył pod nogi, dlatego o mały włos, a przewróciłby się, zahaczając nogą o krawężnik. - Tutaj! – krzyknął ponownie, łapiąc równowagę. Helikopter przeleciał tuż nad głową mężczyzny, który widział w tamtym momencie jedyną szansę ratunku i ucieczki od straszliwych wydarzeń. Nie przypuszczał, że kiedykolwiek będzie się tak cieszył na widok latającej maszyny, a gdy ta z kolei poleciała dalej, przyprawiło go to o nagły ból żołądka. Myślał, że zaraz straci przytomność. Kolejny atak radosnej euforii pojawił się, gdy zawróciła i zwolniła nad boiskiem. Helikopter powoli osiadł na pustej powierzchni, rozdmuchując wszystkie śmieci. Śmigło, które na początku wydawało jeden wielki świst, teraz zwalniało i powoli milkło. George bał się podejść bliżej, w jego oczach mimo wszystko malowała się niepewność i nieufność. Wolał poczekać na ruch ratowników, którzy właśnie przylecieli. Po niedługiej chwili drzwi otworzyły się z hukiem, a z helikoptera wyszło dwóch mężczyzn. Byli ubrani w jasne kombinezony, na twarzach mieli maski chirurgiczne. Ich wygląd nie budził sympatii, ale przynajmniej wyglądali na profesjonalistów. Podeszli do George’a, spoglądając na niego spod zmarszczonych brwi. Obserwowali go przez cały czas, nie spuszczali z oczu. Zapewne i oni bali się podjąć mylną decyzję. - Ocalały? – zapytał niewyraźnie ciemnowłosy ratownik. - Tak. – Kiwnął głową George, nie zastanawiając się nad dość dziwnym pytaniem. Skoro żył, to było oczywiste, że ocalały. To dlaczego...? - Jest pan sam? – zapytał ten drugi. - Nie – odpowiedział z przejęciem w głosie. – W domu jest jeszcze moja żona. – Pokazał ręką w stronę, gdzie mieszkał. - Jakaś inna rodzina? Dzieci, może dziadkowie? – pytał dalej ciemnowłosy. - Nie. Tylko ja i moja żona. - Zabieramy ją ze sobą – burknął pod maską.…