Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

fantastyka · 56 min czytania

Wirus zbożowy

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Gliwice, 03.06.2015 - Przejdźmy do wiadomości ze świata. Śródziemnomorskie rynki zalewa tania żywność, szczególnie warzywa i zboża, ze wschodu. Trwająca nieprzerwanie od trzech miesięcy susza najprawdopodobniej znacznie zmniejszy plony. Włochy i Hiszpania mogą stracić nawet trzydzieści procent. Grecja, Turcja szykują się na pięćdziesięcioprocentowe straty… -No, co ty? Ja rozumiem, że w czasie sesji wszystko robi się ważniejsze niż zakuwanie całek, ale agrobiznes? – Iwona spytała wchodząc. Była bardziej zdziwiona niż zła. -Eee, tak tylko włączyłem. W przerwie. Specjalnie takie coś żeby mnie nie wciągło. -Wciągnęło – poprawiła mnie odruchowo. Skwapliwie jej przytaknąłem szczęśliwy, że zmieniła temat. -No dobra. Wyłączmy ten bajzel i jedziemy dalej. Na czym skończyliśmy? -Metoda Eulera. – Podeszła do telewizora i szukając pilota spojrzała na ekran. -Choroba ryżu w Egipcie. Cholerne GMO – skwitowała wyłączając odbiornik.

Gliwice, 27.10.2015 Odłożyłem książkę i włączyłem wiadomości. Dziesiąta w nocy, ciemno, za oknem zimna mżawka. Z telewizora zaś suchy i gorący krajobraz półpustyni. Spocona redaktorka mrużąc oczy relacjonuje najnowszą aferę. -Firma Cotil Corporation zajmująca się przemysłową uprawą pszenicy w delcie Nilu oskarża zbiorowo małorolnych rolników o zarażanie ich zasiewów. To sprawa bezprecedensowa, bo jeszcze nikt nie pozwał grupy. Panie mecenasie proszę o komentarz. – Ubrany w sztywny, czarny garnitur mężczyzna wyglądał jak sopel lodu nad ogniskiem. Głos miał jednak fachowy. -Cotil nigdy by nie udowodniła konkretnemu rolnikowi, że choroba przeszła z jego poletka. Zasada domniemanej niewinności raczej skazuje pozew korporacji na niepowodzenie. Oskarżenie grupy, jako jednego pozwanego również wydaje się tylko czczym gadaniem. Tym bardziej, że okoliczni rolnicy specjalizują się w uprawie ryżu i to on ostatnio chorował. - Redaktorka przejęła pałeczkę odwracając się do siwiejącego staruszka w lekkiej lnianej marynarce. -Panie doktorze czy to w ogóle jest możliwe? -No cóż, pani redaktor, to nie takie proste – stropił się staruszek. – Bez badań nie można definitywnie tego stwierdzić, ale proszę pamiętać, że to odrębne gatunki i szansa na zarażenie pszenicy chorobami ryżu jest raczej nikła. – Iwona wreszcie wyszła z łazienki. Odwróciłem się w jej stronę. Wyglądała bosko. -Masz zamiar oglądać teraz telewizję? – zapytała z udawanym zdziwieniem. -Skąd. – Wyłączyłem telewizor robiąc Iwonie miejsce na łóżku.

Istebna 03.02.2016 Piękna zima, pomyślałem wyciągając się na baraniej skórze obok buchającego ognia. Kominek ogrzewał małą betlejemkę, którą udało się wycyganić za symboliczną opłatę od miejscowej góralki. -Sprawdź czy ryż już doszedł – zarządziła Iwona. -Zaraz sama dojdziesz –zażartowałem. Franek głośno się roześmiał a Janka zachichotała. -Ja ci zaraz… - pogroziła Iwona, więc posłusznie z żeliwnego kociołka wyjąłem widelcem torebkę ryżu. Studenckim okiem błyskawicznie oceniłem jego stan na prawie gotów. Podzieliłem się ta wiedzą z resztą gromadki. -No to czekając na kolację może kolejeczkę? – spytał Franek. -Ty byś tylko kolejeczki walił. Najlepiej zamiast kolacji, co? – wściekła się Janka. Iwona ignorując jej wybuch wyjęła z plecaka pakunek zwinięty w szary papier. -Co to? –spytałem. -Kieliszki! –triumfalnie odparła Iwona. – Nie będziemy pili jak chamy z gwinta. -No, co ty? Ty też Brutusie? – spytała udając złość Janka. Dąsała się jeszcze przez chwilę, ale przyłączyła się do toastu. -Za ryż! –zawołał Franek. - Dzięki niemu studencka brać żyje! -Już chyba niedługo – skwitowała Iwona. – Wiecie ile dałam za tą paczkę? -To przez tą zarazę w Egipcie i gdzieś tam jeszcze – odparła Janka. -E, takie tam gadanie. To spekulanci. Pomyśl w Chinach miliard żółtków musi na tym ryżu wyżyć przez rok. A w Polsce tylko ze sto tysięcy studentów.

Niechorze 20.07.2016 -Ja nie wiem, co ta Janka w nim widzi? Przecież to gbur i prostak. – Pozwoliłem Iwonie psioczyć. Musiała się wyładować, a ja nie miałem zamiaru psuć sobie humoru. Dzika plaża świeciła pustką a szum morza i piski mew były niezłym kontrapunktem dla zrzędzenia. -Czy ty mnie w ogóle słuchasz? – wściekła się w końcu Iwona. Zrobiło się niebezpiecznie, więc szybko odparłem. -Taaa… faceci to świnie. -Właśnie –zgodziła się. To zbiło ją trochę z pantałyku. -Spoko –rzuciłem sondując sytuację. Nie oburzyła się, więc kontynuowałem. – Kiełbaski chyba już dobre, piwko na pewno się schłodziło. Jest dobrze, jebać Franka. -Wolałabym nie –zachichotała Iwona. -Ja chyba też –zgodziłem się ściągając ruszt z grilla. -Chyba? – zapytała z błyskiem w oku. -No wolałbym Jankę –nie dałem się przegadać. -No ja myślę, widziałem jak na nią patrzysz, kiedy… -No nie zaczynaj i szoruj po piwo – nie pozwoliłem jej skończyć. -Dlaczego ja? –natychmiast odbiła piłeczkę. -Bo uwielbiam patrzeć na ten twój śliczny tyłeczek – to ją lekko zatkało. -Acha… - powiedziała tylko i posłusznie poszła po leżakujące w morzu butelki. Zrobiłem im dzisiaj specjalnie zatoczkę, bo nie ma nic gorszego od ciepłego piwa. -Tylko nie myśl, że będziesz ze mną tak pogrywać – powiedziała groźnie, ale z uśmiechem w oczach. -Obiecuję, jak będziesz już stara i brzydka przeniosę swoje zainteresowania – dodałem, co Iwona przyjęła z udawanym politowaniem. Ale wiedziałem, że lubi takie teksty. Z zupełnie szczerym zaangażowaniem przyglądałem się jak Iwona przesadnie wypinając się wyławia butelki. -Szkoda, że nie ma chleba –rzuciła wracając. -Była za drogi, ale nie ma znowu tak źle. Podobno można żyć tylko miłością… i piwem –zaśmiałem się. -Tak, a my mamy jeszcze kiełbaski.

Gliwice 10.10.2017 -Może apetyczną kanapkę z kartofli? – zaproponował Franek. -Wolałbym normalną, masz? -Mam, świeżą rumianą bułeczkę -oświadczył z dumą. -Nie rób jaj. Skąd? -Normalnie z piekarni. Dziesięć pięćdziesiąt –parsknął – ostatnią dostałem. -Dawaj. Jakoś się policzymy. -Popierdoliło, cię? To dla Janki. Na ostatniej imprezie się trochę, no wiesz… -Schlałeś – podpowiedziałem. -Od razu schlałem – żachnął się. -Zamiast czekoladek? –spytałem zdziwiony. -Takie czasy-westchnął.

Zabrze 28.10.2017 -Wycieczka do ogrodu botanicznego. Pojebało ich? Nie mogliśmy iść do knajpy? -Nie wyrażaj się. To pewnie ostatnie dni, jako takiej pogody –Iwona wreszcie się zirytowała. -Taa, jasne – powiedziałem kopiąc ze złością kupę liści. -Pizga i wieje – brnąłem zatracając instynkt samozachowawczy. Oczy Iwony zwęziły się w wąskie szparki. -A zresztą, co miał się jej oświadczać w knajpie na zalanej piwskiem podłodze. –Zanim odpowiedziałem rzuciłem wiązanką w myślach. -No może masz rację. Tak wyszło całkiem romantycznie. Na tle tych kwiatów i w ogóle. I w ogóle to się cieszę. Świetna sprawa, tyle się znają i w ogóle. -Właśnie – ostrożnie powiedziała Iwona patrząc na mnie tak jakoś dziwnie. – To, czemu się wściekasz? -Wcale się nie wściekam. -Mężczyźni – westchnęła specjalnie przesadnie. Chwile szliśmy w milczeniu i w końcu temat zmieniła Iwona. – A wiesz, że ojciec ma na wsi taką daczę? -Wiem, wiem. W tamtym roku machnęliśmy tam małe bara-bara. -No, to ta – Iwona nie była w nastroju. – Jest tam hektar łąki. Nada się na ziemniaki. -Kartofle – poprawiłem odruchowo. -I fasolę albo groszek –zignorowała zaczepkę. -Ty naprawdę się przejmujesz? -W Chinach wybuchły zamieszki, pół Azji głoduje o Afryce nawet nie wspominając. -Eee… oni tam zawsze głodują. Nam nic nie grozi. Ale pomysł dobry, głodno nie będzie, ale drogo to już jest.

Gliwice 11.11.2017 -Cześć ludziska! Macie piwska? – krzyknął Franek od progu. -Cicho słuchamy –skarciła go Iwona. -Kogo? -Jego, pacanie –powiedziałem odwracając się do telewizora. Prezydent Krzeniawski właśnie wchodził na mównicę. Po chwili powiedział. -Rodacy. Ze szczególną uwagą rząd zajął się sprawą rzekomego zarażenia polskich zbóż wirusem WZ-20A. Sztab naukowców przez ostatnie dni badał setki próbek z różnych miejsc, w których pojawiła się sinizna. Zboże, co prawda jest zarażone, ale to nie WZ-20A tylko najprawdopodobniej zupełnie inny wirus pasujący do genotypu mało znanego szczepu… -Ale pierdoli – oburzyła się Iwona. – Nie może powiedzieć tak, albo nie? -Polityka – Franek wzruszył ramionami. -Pewnie kutafon nie ma pojęcia, o czym mowa – Iwona niebezpiecznie się rozkręcała. -Daj spokój. Przecież gość nie jest Duchem Świętym – nie tyle próbowałem bronić Krzeniawskiego, co raczej uniknąć wybuchów złości spanikowanej Iwony. -No… - Franek w swoim stylu przyszedł mi z pomocą. – A poza tym to prezydent, nie można go tak sobie obrażać. –Idiota, pomyślałem i żeby zmienić temat spytałem. -I jak wam w tym stanie narzeczeńskim, życie leci? – Obie panie jak na komendę zrobiły maślane oczy. Pogratulowałem sobie w myślach i rzuciłem chamskim żartem. -Taki niby Franek, łowca bramek, a tak została mu tylko jedna –Iwona poczerwieniała ze złości. -Bramka może i jedna, ale ile goli mogę tam naszczelać – zbił mnie Franek. Janka zaczerwieniła się i rzuciła coś pod nosem. Musiałem mieć strasznie głupią minę, bo Iwona się roześmiała.

Gliwice 03.01.2018 Aula pękała w szwach. Nie dość, że wszystkie miejsca były zajęte to studenci tłoczyli się na schodach, przy drzwiach i w każdym możliwym wolnym miejscu. Robiło się duszno, ale wszyscy czekali w napięciu i względnej ciszy. W końcu na środek wyszedł dziekan i z przyzwyczajenia zaczął na uciszać. Szybko zorientował się, że nie musi. Powiedział, więc najwyraźniej wzruszony. -Widzę, że młodzież świadomie przejmuje się losami Polski i świata. To bardzo z waszej strony dojrzałe i… - on zawsze tak pieprzył. - …żałuję tylko, że na moich wykładach nie ma tylu studentów. Zresztą może to oznacza, że fizyka jądrowa jest względnie bezpieczna. – Nagrodziliśmy jego żart krótkim śmiechem. – No, ale oddaję już głos profesorowi Piotrowskiemu, który przyjechał do nas po sąsiedzku z Katowic. – Gdy klaskaliśmy wszedł niski, siwy i drobny staruszek. Z typu tych, którzy są złośliwi, inteligentni i energiczni. -Witam, państwa –zaczął formalnie rozglądając się po pomieszczeniu. –Rzeczywiście, nie spodziewałem się tak licznego audytorium. Wiem, że wolicie tu nieco bardziej ścisłe kierunki niż u nas, więc spróbuję jak najbardziej obrazowo. – Dalsza część była już standardowym akademickim bełkotem. Przez pięć lat student przyzwyczaja się do niego i mimo małej znajomości tematu udało mi się wyłowić parę ważnych spraw. Generalnie nikt nic nie wie, nic nie robi i nie należy się niczego spodziewać, ale będzie dobrze.

Makałotki 01.05.2018 -Ta dacza nawet niczego sobie –zagaiłem ojca Iwony. -Prawda? – ucieszył się miły emerytowany górnik z lekkim brzuszkiem i sporą łysiną. -A jak te uprawy, o których tyle mówi Iwona? – Iwona lekko się obruszyła, ale jej tata widać był w siódmym niebie. -Mówiłaś mu? Fajnie. Za parę butelek wódki miejscowi trochę mnie poduczyli. Kartofli w tym roku pewnie będzie mało, ale za rok powinno być całe mnóstwo. Podobnie z grochem posadziłem tylko kilka sadzonek a patrz jak pięknie wyrosły. Gorzej z fasolą, chyba jej za wilgotno. -Dobra, tato. Pójdziemy się przejść, bo go tu zanudzisz na śmierć. - Rozłożyłem zrezygnowany ręce, odpowiedział mi pełnym zrozumienia uśmiechem. Chwilę szliśmy w milczeniu. -Co mu tak w nadskakujesz? – nie wytrzymała w końcu Iwona. -No dobre kontakty z teściem to podstawa. -Taak? –przeciągle spytała Iwona najwyraźniej czekając na ciąg dalszy. -Choć z teściową chyba jeszcze bardziej. –Chyba nie to chciała usłyszeć, więc dla odwrócenia uwagi powiedziałem. –Rzeczywiście ładnie tu. A twój tata naprawdę się postarał. Ostatnim razem była z tego ruina, a teraz? Praktycznie drugi dom… -Domek –przerwała mi Iwona. –No tak sporo się napracował, a jeszcze więcej pieniądze z emerytury. Nie masz pojęcia, co tutejsi są w stanie zrobić za stówę.

Gliwice 17.06.2018 Z zadumy wyrwał mnie rumor. Iwona biegła tratując wszystko na swojej drodze do telewizora. Ledwo zdążyłem się uchylić przed torbą z zakupami. Reklamówka pękła i zostałem zasypany wiktuałami. -Co ty? –spytałem zaskoczony, ale zostałem totalnie zignorowany. Iwona gorączkowo gmerała przy telewizorze. Zanim zdążyłem się odezwać wyprzedziła mnie spikerka wiadomości. -…tysiąc czołgów. Ta manifestacja najprawdopodobniej wystarczy by rząd Mongolii się ugiął. A teraz przechodzimy do wiadomości ekonomicznych. Giełdy dobrze radzą sobie z kryzysem. Bańki spekulacyjne wokół produktów zbożo… -Iwona ze złością wyłączyła telewizor. -Co się stało – spytałem zaskoczony jeszcze bardziej. -Będzie wojna – odparła enigmatycznie. -Jaka? – nic mi o tym nie było wiadomo. -Zaraza w Chinach, połowa tamtejszego ryżu nadaje się na śmieci. Komuniści zażądali od ościennych krajów zwrotu długów w zbożu. -No, to dobrze… -Jak to dobrze? – teraz zdziwiła się Iwona. -No myślałem, że gdzieś bliżej ta wojna…-to ją chyba trochę otrzeźwiło, bo już spokojniej powiedziała. -Posprzątajmy tu. W końcu nie możesz pisać magisterki w takim bajzlu.

Gliwice 07.07.2018 -Ico? – spytała niecierpliwie Iwona. Zwlekałem z odpowiedzią. -No gadaj! – rozkazała lekko zdenerwowana Iwona. -Piąteczka – odparłem nonszalancko. Franek poklepał mnie po ramieniu. -Zgrywus! - zawołał Janka rzucając mi się na szyję. -No to, trzeba to uczcić! – stwierdził jak zwykle trzeźwo myślący Franek. -Wiedziałam, że to powiesz – oskarżycielsko powiedziała Janka. -No… ale tym razem na prawdę trzeba.

Bytom 23.10.2018 -Stypa piwa? – zapytała Janka z lekkim niedowierzaniem. -A, no tak – odparł Franek. -Ale jak to możliwe? –zdziwiła się Iwona. -Sama pomyśl. Z czego się robi piwo? – spytałem od niechcenia. -Głównie z chmielu – wyprzedziła ją Janka. -Głownie z jęczmienia –sprostowałem. -A czego obecnie nie ma? – podchwycił Franek, -No dobra. To może nawet lepiej. – Wypowiedź Iwony wzbudziła mój i Franka jęk. – I dlaczego wy musicie tam być? -Od razu musimy, ale chcemy – powiedział Franek. –Jutro browary Tyskie zaprzestają produkcji. Według „Metra” cena skoczy o pięćdziesiąt procent. Dlatego rzucam piwo… od jutra. -Naprawdę? – zdziwiła się Janka. Też mi się wydawało to podejrzane. -No… -stropił się Franek. -Ale naprawdę? – spytałem mocno akcentując słowa. -Wiesz ile zarabia technik wentylacji? – odpowiedział pytaniem. -Siedemnaście tysięcy –rzuciłem, za co dostałem po głowie od Iwony. -Właśnie, ale bez zera. A chcemy sobie kupić kawalerkę. -To może ty też rzucisz piwo i kupimy sobie kawalerkę. –Iwona spróbowała wykorzystać okazję. -Wiesz nie mam nic przeciwko moim rodzicom, ale… -Twoja mam jest urocza – odparłem. – Szczególnie, gdy razem z ojcem siedzą na tej daczy. -No może… ale gotówka i tak by się przydała. -Jak on zarabia siedemnaście tysięcy to ja dwadzieścia. Stać mnie na piwo za trzy tysiące – po skwaszonych minach zorientowałem się, że porządnie palnąłem. -No dobra… -poddałem się. -A kiedy wy w końcu… -miała zamiar spytać Janka gdy przerwała jej Iwona. -O Boże! Zapomniałam, przecież po to was zaprosiliśmy. – Z tymi słowami wybiegła z pokoju. -Co się stało? –spytał Franek. Z oczu Janki wyczytałem, że już wie. -Zaraz się dowiesz. – Zanim skończyłem przybiegła Iwona z tryumfalnie wystawionym palcem. -Ładny prawda? –spytała. -No moje gratulacje! –zawołał Franek. -Śliczny – zawtórowała mu Janka.

Bytom 24.12.2018 -Przepraszam was, że tak skromnie, ale… -mama Iwony rozpłakała się. -Nie ma, za co przepraszać –spróbowałem ją pocieszyć – karp jest, kapusta jest, kompot jest, śledziki są. Pyszna grzybowa i nawet ciasto. -Bananowiec na wigilię – powiedział żałośnie, ale już bez łez. -To teraz takie światowe – wtrącił teść. -Moje dzieci za miesiąc ślub a nawet porządnego tortu nie będzie –biadoliła teściowa. –Też ma być z bananów? -Może orzechowy? Co mama? –spytała Iwona. -A wiecie, co? –spytałem dumny z siebie. – Załatwiłem na tą okazję trzy kilo mąki tortowej. -Naprawdę? – spytała mocno zdziwiona Iwona. – Chyba ją ukradłeś. -Co ty gadasz, córcia? -Prawie – zgodziłem się z Iwoną. Jakie to się jeszcze wydaje śmieszne.

Bytom 01.01.2019 -Światowa produkcja zbóż spadnie w tym roku o dwanaście procent i osiągnie mniej niż połowę produkcji z roku 2005 Większość rządów wprowadza środki zaradcze namawiając hodowców bydła i trzody do zmiany profilu produkcji. Wiele z nich w tym nasz wprowadza niezbędne środki prawne. W efekcie produkcja mięsa może spaść o pięćdziesiąt procent w stosunku do roku ubiegłego i wyniesie koło czterdziestu procent w stosunku do początku dekady. W dalszym ciągu rośnie na szczęście produkcja roślin strączkowych i bulwiastych… -wylączyłem telewizor. -Hej! – zawołała niezadowolona Iwona. Pocałowałem ją, więc. I przykryłem kołdrą. Zachichotała. -Co ty robisz? Rodzice są w domu. -Wiem, ale nie ma zmartwienia. Odbyłem już z twoim tatą męską rozmowę. – To ją zaintrygowało. Odsunęła się i wypełzła spod pościeli. -I co? -I nic, to była męska rozmowa. Tajemnica. Ja się nie pytam, o czym gadasz z moją matką. -Fakt. A chcesz wiedzieć? – spytała przekornie. -Nie – widząc, że się naburmuszyła dodałem – każdy musi mieć swoje tajemnice. -Jasne. – Widać nie przekonałem jej. – A jak oni w ogóle się odnoszą do tej sytuacji? -Normalnie – wzruszyłem ramionami. -Czyli? – Iwona jak chce potrafi być strasznie upierdliwa. -No wiesz, my tam na dwóch pokojach w piątkę się gnieździmy. Dlatego na studiach nikt nie protestował jak się wyprowadziłem do tej nory w Gliwicach. -A teraz? -A teraz też. Zaakceptowali cię, jako moją przyszłą żonę i tyle. Pewnie woleliby widywać mnie częściej, ale nie ma jak. -Aaa… - Mam głębokie wrażenia, że chciała spytać o coś innego. -Chciałabyś mieszkać na swoim? – strzelam. -Może. -Możemy się za czymś rozejrzeć –zaproponowałem. -Taak? – zupełnie nieprzekonana spytała Iwona. -Jasne. Jak poczekamy do ślubu będziemy mogli się zarejestrować w Zabrzu, Tarnowskich i Bytomiu – podniosła pytająco powiekę. -W Bytomiu, bo tu jesteś zameldowana, w Tarnowskich ja – dalej mam meldunek u rodziców. W Zabrzu zaś pracuję i tak też można. -I co będziemy na tysięcznym miejscu w kolejce? -Co najmniej! – parsknąłem. -Wracajmy pod kołdrę, nie mam ochoty teraz o tym myśleć.

Świętochłowice 12.06.2019 -Fajnie co? – Spytała Janka oprowadzając nas po mieszkanku. -Noo… - ostrożnie powiedziała Iwona. -No co ty, Iwona? Przecież tu jest super – zachwycałem się. Małe mieszkanko na poddaszu familoka może i było nieco przyciasne, ale podobało mi się. -Tak? –obie panie spytały jednocześnie. -Jasne. Jak tu się da wełnę i przykryje płytami to będę równe ściany. A tu można się przebić do kanalizacji i zrobić łazienkę w środku. -Jasne, że jasne – zgodził się Franek. Następnie nagrodził mnie komplementem. – Ty to masz łeb nie od parady. -A jak będziecie gotować? -Zastanawiamy się jeszcze – fachowo wtrąciła się Janka. – Albo płyta na prąd, albo butla z gazem. -A tu, co będzie? – spytała Iwona wchodząc do małego zakątka – Szafa? – Jej pytanie wywołało mały popłoch. Ale w końcu odpowiedział Franek. -Myśleliśmy, że łóżeczko. -Łał! – powiedziała tylko Iwona. Zamurowało ją. Popatrzałem znacząco na Franka. W końcu Iwona spytała. -Jesteś w ciąży? – Janka się roześmiała. -Nie… Ale się staramy. -No… nie ma, na co czekać. Za rok czy dwa może być tylko gorzej – wyłuszczył Franek. -Będzie was stać? – spytałem. -Wiesz dostałem właśnie do podpisu trzecią umowę… na stałe, tym razem. I podwyżkę też dostałem, o parę tysięcy – zakończył żartem odgryzając się przy okazji na moją zaczepkę.

Bytom 14.06.2019 -A wiesz, że to, co powiedział Franek to ma sporo sensu –zagaiłem Iwonę. Ta nie podnosząc wzroku znad książki zapytała. -Co? -No z tymi dziećmi. –Wyraźnie się zainteresowała, próbowała jednak tego nie okazywać. -Znaczy, co? -Ale ty strasznie jakaś taka jesteś…- nie skończyłem.-No potem to już może być krucho. -Gadanie. Niedawno dostałam pracę. Nie będę jej teraz rzucała. – Nie spodziewałem się takiego obrotu spraw. -Tak? Zobacz. – Włączyłem TVN24. Błysnął chybotliwy widoczek z helikoptera. Dołem jechał pociąg obsadzony uzbrojonymi w karabiny i granatniki żołnierzami. Spikerka informowała o krwawych potyczkach między najemnikami ochraniającymi pociągi z żywnością a partyzantami i bandytami. Chwilę później wizja przeniosła się do miasteczka gdzie wygłodzone tłumy szturmowały ambasadę USA. Iwona wyrwała mi pilot. -Nie chcę takiego życia dla dziecka.

Zabrze 23.10.2019 Spojrzałem na zegarek sprawdzając czy mogę zrobić już sobie przerwę. Dwunasta. Wstając rzuciłem do kolegów. -Idę do bufetu, chcecie coś? – odpowiedziało mi zbiorowe nie. Nasz bufecik serwował całkiem smaczne i do tego dofinansowane zupki korzystałem, więc oszczędzając na śniadaniu. -To, co zawsze? – zapytała Kasia, której mama była właścicielką bufeciku. -Tak, co macie dzisiaj? -Kalafiorowa – powiedziała nalewając do plastikowej miseczki chochlę zupy.-Usiadłem w rogu skąd mogłem widzieć zarówno telewizor z dziennikiem jak i widoczek za oknem. Padało spojrzałem, więc na ekran. To, co zobaczyłem zmroziło mnie. -Pentagon potwierdza, że zniszczono w powietrzu dwie rakiety, trzecia zaś wybuchła podczas startu i to ona właśnie odpowiedzialna jest za eksplozję nuklearną. Siła wybuchu wyniosła między dwadzieścia a trzydzieści kiloton. Amerykanie opierając się na danych satelitarnych są przekonani, że głowice miały spaść na Koreę Południową, Japonię lub Chiny. Władze Korei Północnej wszystkiemu zaprzeczają i twierdzą, że to oni zostali zaatakowani rakietami przez USA. Pozostają jednak osamotnieni na politycznej arenie, a Chiny zagroziły nawet zrównaniem z ziemią wszystkich instalacji wojskowych Korei, jeżeli ta podejmie jakiekolwiek działania wojenne…

Bytom 25.10.2019 -I co dzisiaj się stało na świecie? –spytałem wchodząc do domu. -Chiny zaatakowały Koreę. Cały świat się przygląda i rozkłada ręce. -No cóż, sami się prosili. I tak będą mieli pewnie lepiej. -Pod chińskim butem? – odparła jadowicie. Wzruszyłem ramionami. Dość miałem własnych problemów. -Pod sklepem stoją policjanci –rzuciłem. Iwona przyjęła to spokojnie. -Wiesz, po namyśle to nawet nie jest dziwne. -Wraca stan wojenny – oburzyłem się. -Stanu wojennego nie pamiętasz, przestań mi tu kit wciskać. Dobrze, że ktoś pilnuje zapasów jedzenia, prawda? – Zawsze, jak chciała potrafiła mnie usadzić. Pokonany zmieniłem temat. -Prawda. Rozmawiałaś dzisiaj z mamą? – Zmierzyła mnie przeciągłym spojrzeniem. -Nie myśl, że tak łatwo się wywiniesz. -Ja wcale się nie wywijam –skłamałem gładko. – Po prostu wydaje mi się, że to będzie ciekawszy temat. I w sumie ważniejszy. -No dobra, jak chcesz – niewinnie odparła, ale złowiłem okrutny błysk w jej oku. – Ale nie myśl, że będę się streszczać. – To potwierdziło moje obawy. Czego to się nie robi dla miłości?

Bytom 21.01.2019 Zawzięcie przetrząsałem półki w poszukiwaniu czegoś ekstra. Dzisiaj wypadała nasza rocznica i chciałem jakoś ją uczcić. Na razie zdobyłem wino. Alkohol jak zwykle przetrwał wszystkie kryzysy i powoli zaczął wypierać inne produkty. Mięsa nie było, pieczywa nie było, ciasta nie było, nabiału nie było. Były za to banany, fasola, groch i kartofle. Powoli poddawałem się, gdy wypatrzyłem jadalne kasztany. Niby nic specjalnego, ale jakaś odmiana. I do tego francuskie, będzie romantycznie.

Zabrze 03.03.2019 Wszyscy tłoczyliśmy się w nowiutkiej Sali 101. Multimedialne pomieszczenie zaprojektowano, jako centrum konferencyjnej na trzydzieści osób było dla nas stanowczo za małe, ale prezes uparł się, żeby rozmawiać ze wszystkimi. Kto mógł upchał się osobiście, a reszta połączyła się tele. Dyrektorzy i kierownicy zasiedli przy stole, a my stanęliśmy murem pod ścianą. Z dziwnych, podświadomych powodów wywoływało to mój niepokój. W końcu sterany prezesina się zjawił i czekając aż brzęczenie rozmów umilknie napił się kawy, którą przygotowała mu ta lizidupa. -Dzień dobry – powiedział wreszcie szef. Wyglądał tragicznie jakby nie spał od kilku dni. -Mam wam do przekazania kilka niezwykle ważnych informacji. Niestety nie wszystkie będą dobre. Zacznę jednak od tych kilku pomyślnych –uśmiechnął się i zrobił efektowana pauzę. – Podpisałem wczoraj umowę z Rumuńską Spółką Rolnictwa Strategicznego na dostawy softu zarządczego… - przerwał mu ogólny aplauz. Prezes poczekał aż ucichnie i kontynuował. – Do tego czterdzieści procent wynagrodzenia dostaniemy w naturze… głównie żywności. – Ponowne brawa. Zacząłem się zastanawiać gdzie jest haczyk. -Niestety terminy są bardzo napięte, dlatego muszę was prosić o pełną mobilizację… - tu zawiesił głos – w postaci wydłużenia czasu pracy do dziewięciu godzin i czterech godzi w sobotę. Da nam to dodatkowy dzień roboczogodzin…

Bytom 03.03.2019 -Czekaj, nie wiem czy dobrze cię rozumie – zaczęła Iwona – obcięli ci pensję o dwadzieścia procent, odwołali urlopy, zabrali premie, wydłużyli czas pracy i jeszcze każą przychodzić w soboty… - grzecznie kiwałem głową. Iwona nie rozumiejąc rozłożyła ręce. – A ty się cieszysz. -No tak. Pieniądze nie są teraz aż tak ważn... -A co jest ważne? – przerwała mi . -Daj mi powiedzieć – stanowczo powiedziałem i poczekałem aż się trochę uspokoi. – Dzięki – powiedziałem wreszcie – Dostaniemy deputat żywnościowy. Prezes dogadał się jakoś z Rumunami. No i dalej mam pracę… - w tym momencie weszła mama Iwony zaniepokojona jej krzykiem. -Dzieci, coś się stało? -No tak jakby mamo, ale trudno powiedzieć czy źle. -Takie wiadomości są najgorsze. Czekajcie. Zawołam ojca – przewróciłem oczami, ale posłusznie poczekałem. Teść zjawił się nadspodziewanie szybko i w skupieniu wysłuchał mojej relacji. -Nie martw się. Najwyraźniej chcą was wydymać. -Józek! – krzyknęła tesciowa. -Spokojnie mamo w końcu sami dorośli… -A propo’s nie macie przypadkiem planów powiększyć rodziny. -A, co to ma do rzeczy? – spięła się Iwona. Postanowiłem to zostawić na jej głowie. -No trochę ma… - rozkręcała się teściowa, ale przerwał jej teściu. -Bożenka zostaw, teraz nie pora. Nie wiadomo czy chłopaka zaraz nie wywalą. – Stwierdził tata stanowczo odciągając matkę do drzwi. -Ale daj im teraz czas, może zajmą się czymś pożytecznym… -Idota – złośliwie szepnęła teściowa, ale dała się wyprowadzić. -Wiesz teraz to się zacząłem martwić – rzuciłem, gdy drzwi się zamknęły. -Czemu? – zdziwiła się Iwona. -No twój tata raczej zawsze jest optymistą… -Eee… nie on raczej jest realistą. -No właśnie. -Kurwa – powiedziała . -No nic nie ma teraz, co gdybać. Może rzeczywiście zajmiemy się czymś bardziej pożytecznym. -Ok. Może szydełkowanie? – przewrotnie rzuciła Iwona. -Szydełkowanie? Ja zaraz ci dam szydełkowanie. -Chyba szydełko? – No tego było już za dużo. Rzuciłem się na nią. Zaśmiała się i powiedziała. -Nie tak głośno –rzuciła. -A tam, niech się mama nacieszy.

Bytom 23.06.2019 -Pierwszy wolny dzień od pół roku – przeciągnąłem się wyglądając za okno. -Nie pierwszy, bo co niedziela masz wolne. I nie stój goły w oknie, bo cię będą stare baby podglądały. -Eee… tam, niech se popatrzą. Ale z tego, co widzę to same dziadki siedzą. Może ty się chcesz zaprezentować? – spytałem złośliwie. Iwona zmiażdżyła mnie wzrokiem. -Bo baby kuklają za gardinek. To, co dzisiaj robimy? -Może pojechalibyśmy w góry? -Eee… tak bez przygotowania? -Pociąg jedzie o dziesiątej. Mielibyśmy jeszcze czas na małe bara-bara. -No skoro tak stawiasz sprawę, to może być.

Świętochłowice 15.07.2019 -Gu, gu, gu… - Iwona zabawiała Igorka, Janka płakała patrząc na telewizor, a my z Frankiem piliśmy. -To, co? Kiedy jedziecie? – spytałem. -Jak najszybciej. Jutro? W Piątek. -I, co wy tam będziecie robili? -Dostajemy trzy hektary pola i dziesięć procent udziałów w traktorze. -Rewelacja –odparłem i dolałem wódki. -Może i tak, ale co mam robić? – Wypiliśmy. -No tak. Potrzebujecie coś? -No, co ty? – Franek rozlał. Zapatrzył się w kieliszek. W końcu wypił i rozlał ponownie. – Wszystkiego. Te złodzieje nie płaciły mi od dwóch miesięcy. -Nie wiedzieli, że bankrutują? – spytałem. Franek krytycznie mi się przyjrzał i wypił. -Już taki wstawiony jesteś? Jasne, że wiedzieli. No nic. Mieszkanie oddajemy rządowi w zamian za gospodarstwo. -Dobrze, że…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Wirus zbożowy — czytnik · opowiadania