Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

fantastyka · 25 min czytania

witaj

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

- Witaj. Dobrze, że już nie śpisz. – Głos zamilkł Autor tej wypowiedzi najwyraźniej czekał na jakiś sygnał z mojej strony. A ja nie chciałam wstawać. Myślałam o moich niepomalowanych paznokciach, o śniadaniu, o tym przystojnym Adamie, o sensie właśnie usłyszanych... Zaraz! Ja nie mogłam nic słyszeć! W domu nie ma nikogo. Dawno już wyprowadziłam od rodziców. Brat wyjechał i wróci za tydzień. Nikogo więcej tu nie może być. Wiec ja jeszcze śpię. Też dobrze. Obróciłam się na drugi bok. Tuż przy moim łóżku coś stało. Przypominało to dużego niebieskiego kota ze skrzydłami. Gdybym nie wiedziała, że to sen, zaczęłabym krzyczeć. - Jestem Aldera – powiedziało to coś. Pomyślałam, że ma całkiem miły głos. Przypominał trochę głos babci, która co wieczór opowiada bajkę wnuczętom. Ja nie miałam babci. Jedna umarła, a druga była przeciwieństwem dobrej babci. Tak między nami to przypominała raczej babę jagę. Dlatego chyba bez namysłu chwyciłam wyciągniętą łapę. Poczułam jak pazury stwora wbijają się w moją dłoń. - O kurwa, to nie sen! Ty żyjesz! Gdyby to był środek nocy, mój krzyk obudziłby wszystkich ludzi w promieniu kilometra albo większym. Ale niestety było prawie południe wiec nikt mnie nie usłyszał. A nawet, jeśli usłyszał to nie zwrócił uwagi. Sąsiadka jak zawsze o tej porze krzyczała bita przez męża. Miała znacznie mocniejszy głos niż ja, bo krzyczała codziennie, a ja tylko okazjonalnie. Musiałoby chyba dziesięć mnie krzyczeć, żeby dorównać jej jednej. Zwierzę zareagowało cofnięciem łapy, co było jeszcze mniej przyjemne. Po wewnętrznej stronie mojej dłoni powstały cztery krwawe ślady. Mój poranny gość chyba przeraził się jeszcze bardziej niż ja. Patrzył na moją poszkodowaną część ciała. A potem podchodził do mnie. Ja w tym czasie byłam już w drodze do łazienki. Nie chciałam pobrudzić krwią własną tego ślicznego, szaro-niebieskiego dywanu. To podchodziło, a ja odchodziłam. Dystans utrzymany. Ale mój dom, jak to zwykle domy, miał cztery ściany (plus kilka dodatkowych ścian działowych) I ja w tym moim odchodzeniu na jedną wpadłam. No i zachowałam się jak każda normalna kobieta w sytuacji bez wyjścia. Zaczęłam płakać. I zgadnijcie, co się stało? Nigdy wam się to nie uda. Ja sobie płakałam, nie ubrana i nie umalowana, i wystraszona, i z krwawiącą ręką, i z tym czymś zbliżającym się do mnie, a do domu wszedł... Nie. Nie był to kolejny stwór podobny do pierwszego. Nie był to też stwór niepodobny do pierwszego. I znów błąd, to nie moja teściowa, chociaż byłoby to równie zaskakujące - odpada z powodu braku teściowej. Kto powiedział ”najprzystojniejszy facet w okolicy”? Pan? Należy się panu nagroda. Do pokoju wszedł Adam. Co w tym zaskakującego? Był moim chłopakiem, sama mu dałam klucz, żeby mógł przychodzić kiedy tylko chce. Wiec nie zdziwiła mnie jego OBECNOŚĆ, tylko ZACHOWANIE. On podszedł i przywitał się. Z tym stworem, nie ze mną! Już nic się nie liczyło. ZABIJĘ!!!!!!!! Było nam ze sobą tak dobrze. A on nawet mnie nie zauważa i wita się z tym jakimś stworem! Byłam normalnie zazdrosna. Chciałam, korzystając z mojej poszkodowanej kończyny, która nie wiem, dlaczego nie bolała, przypomnieć mu o swoim istnieniu. Rzuciłam się na niego, znaczy na Adama. Znaczy, chciałam rzucić się na Adama, ale mi się to nie udało, bo na mnie rzuciło się to zwierzę. Leżałam bez możliwości ruchu pod jego cielskiem, które wyglądało na znacznie mniej niż ważyło przynajmniej w odczuciu mojego delikatnego ciałka. Teraz dopiero mój kochany mnie zauważył. - Widzę, że się już znacie. To fantastycznie. I jak ci się, Alderko, podoba Alfur? – Czyż nie jest wspaniała? Jedyna w swoim rodzaju! - Z pewnością, ale nic nie rozumie. Ludzie są głupi tylko się do tego nie przyznają. Pomóż mi. Zraniłam ją przypadkiem przy przywitaniu. - Przypadkiem?! Zrobiłaś to specjalnie, potworze! – Przypomniałam im, że też mam głos i nie mają prawa mówić o mnie jak o jakiejś nic nie rozumiejącej rzeczy. - Znowu? Miałaś obciąć pazurki – powiedział z lekkim wyrzutem w głosie, jaki słyszałam często, gdy czegoś nie zrobiłam, lub zrobiłam nie tak, jak Adam tego oczekiwał. Poczułam, że tracę moja największą, jedyną miłość. Tylko, że zawsze to ja rezygnowałam. I najpierw się rozstawałam z poprzednią jedyną miłością, a potem dopiero szukałam następnego obiektu uczuć. A on dokładnie odwrotnie: jeszcze jest za mną, a już kręci z moją gnębicielką. - Co wy sobie wyobrażacie! – Chciałam zwrócić ich uwagę na siebie.– Adam, ty mnie kochasz? No powiedz, czy ty mnie kiedykolwiek kochałeś? Dlaczego nic nie mówisz? Wiedziałam! Nigdy mnie nie kochałeś! Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, jak to musiało głupio wyglądać: leżałam na podłodze przygwożdżona cielskiem dziwnego kotowatego stwora i pytam Adama, czy mnie kiedykolwiek kochał. Oni chyba też tak uważali, bo zaczęli się uśmiechać, a potem śmiali się już w głos. A śmiech jest zaraźliwy, wiec ja też nie mogłam się od niego powstrzymać. W końcu przestali się śmiać i moja rozpaczliwa sytuacja dała o sobie znać dotkliwiej, niż kiedykolwiek. Poczułam ucisk pęcherza na rozsądek. Normalnie zachciało mi się lać. A mój ukochany całkiem opanowany powiedział: - Alderko, kończmy z tym. – Zadrżałam słysząc te słowa - Co wy chcecie zrobić? Z czym kończycie? Ja się tak łatwo nie dam zabić. – Ponownie złapał mnie strach – nie zbliżaj się do mnie złotko. Nie podchodź, słyszysz? I weź tego stwora ze mnie, bo nie lubię jak ktoś patrzy na mnie z góry. A ty teraz patrzysz z powodu różnicy poziomów. Mówiłam coś jeszcze, ale z moich ust nie wydobywał się żaden dźwięk. Adam podszedł i wziął moją rękę. Przeszedł mnie dreszcz, jak zawsze, gdy on mnie dotykał. Zupełnie nie wiedziałam, po co mu moja dłoń, ale nie miałam też możliwości protestu słownego, ani żadnego innego. Miałam zacząć ćwiczyć karate, ale zawsze działo się coś, co przeszkadzało mi pójść na trening. Teraz żałowałam. A do mojej dłoni swoja wstrętną łapę przysunęła Aldera. I wnet przypomniałam sobie o czterech cięciach po wewnętrznej stronie mojej dłoni spowodowanych przez jej pazury. „No tak. Teraz przejedź pazurami w drugą stronę i będę mogła grać w kółko i krzyżyk. A, nie będę mogła! Jestem przecież praworęczna. A to moja prawa. Chyba, ze nauczę się pisać lewą. Albo będę grała z kimś... Oczywiście, że będę grała z kimś! Granie w samotności to nie dla mnie. Nawet w najgłupszą grę komputerową gram w towarzystwie.” Potok moich myśli przerwał wcale nie ból, tylko delikatny dotyk. Nie miałam pojęcia, że łapa tego stwora jest tak delikatna i ciepła. Jak ją poprzednio dotykałam, nie zwróciłam na to uwagi. To ciepło robiło się coraz cieplejsze i cieplejsze. Aż zrobiło się gorące. I bolesne. Chciałam cofnąć rękę. Nawet udało mi się nią poruszyć, ale to wszystko, co mi się udało. Aldera krzyknęła do Adama żeby trzymał, a on posłusznie mocniej ścisnął moją bolącą kończynę. Moje serce bolało jeszcze bardziej. Ciepło stało się już bardzo gorące i nieprzyjemne. I w dodatku poczułam gwałtowną potrzebę udania się do kibla. Wreszcie zwierze puściło moją rękę i nie tylko rękę. Dziwne kotopodobne stworzenie wstało, czym uwolniło całe moje ciałko. Potem zatoczyło się jak pijane i oparło o ścianę. Zrobiłam w myślach szybki przegląd domowych zapasów alkoholu i wyszło mi, że nie mam nic, czym Aldera mogła się ubzdryngolić. Wstałam i chciałam podejść do stwora. W końcu, jakby nie patrzył, to mój gość. A „gość w dom, koniom lżej”. Czy jakoś tak, nieważne. Ale nie podeszłam, bo zostałam odepchnięta i znów upadłam. I czułam się jak kobieta upadła. A Adam podbiegł do niej i ją objął. Chciałam natychmiast zemdleć, zasłabnąć, albo umrzeć. Ale nawet moja śmierć nie zrobiłaby na nich żadnego wrażenia z dwóch powodów. Po pierwsze Adam był zbyt zajęty Alderą. Po drugie ja już znów leżałam. Gdybym stała, mogłabym upaść ciężko na podłogę, a tak leżąc byłam na straconej pozycji. Za to ona wykorzystała mój pomysł i zasłabła, zemdlała, czy też umarła, nie wiem, którą z moich propozycji wybrała. Wstąpiły we mnie nowe siły. „Może nie żyje?” – Myślałam z nadzieją. Ale z drugiej strony ta ewentualność też była beznadziejna. Chciałam się pozbyć tego niespodziewanego gościa, ale w jakiś normalny sposób. A tak miałam trupa w mieszkaniu. No cóż, w tej sytuacji już nic nie poradzę. Przypomniałam sobie o mojej poranionej dłoni i że muszę iść to czymś przemyć. Wstałam z powtórnego upadku i tym razem bez przeszkód doszłam do łazienki. Wyjęłam z apteczki wodę utlenioną i plaster. Mój nieszczęsny pełny pęcherz przypomniał mi, ze, jeśli nie zostanie natychmiast opróżniony, eksploduje. A to nie byłoby zbyt miłe. Zgadzałam się z nim całkowicie. O, jaką ulgą może być zwykłe odlanie się! No, teraz mogłam zająć się tą poszkodowaną dłonią. A może lepiej pojechać na pogotowie? A jeśli to zwierzę było wściekłe? A raczej było, bo normalne zwierzęta, te dzikie, nie podchodzą do ludzi. Na domowe zwierzę też nie wyglądało. Nie, żadnych szpitali! Tam ludzie umierają. Odruchowo odkręciłam wodę. Umyłam ręce i spojrzałam na półeczkę pod lustrem. Zastanowiła mnie obecność plastra i wody utlenionej. To powinno być w apteczce. Skoro tu stoi to do czegoś miało być mi potrzebne. A, moje rany! Popatrzyłam na prawą dłoń. Potem na lewą. Nic mi nie było... Żadnego, nawet najmniejszego zadrapania. A to znaczy, że nic się nie zdarzyło. Miałam głupi sen, i tyle! Adam mnie kocha! Nigdy nie było Aldery! Świat jest piękny. Dopiero pierwsza po południu, miałam dużo czasu. Pracę zaczynałam o siedemnastej. Poszłam zrobić sobie jakieś jedzenie, bo tak umarłabym z głodu. W kuchni był już Adam. - O, cześć. Kiedy przyszedłeś? – Przywitałam go niezbyt grzecznie. Nie chciałam, żeby na mnie patrzył. Widział mnie, co prawda w różnych sytuacjach podczas naszego długiego, trwającego ponad trzy lata związku. Dobrze by było wziąć wreszcie ślub. Miałabym łatwiej, nie musiałabym się tak starać, żeby go zatrzymać przy sobie. A może to właśnie jest przyczyną rozpadu wielu małżeństw. To, że małżonkowie myślą, że należą tylko do siebie i już się nie starają. A to jest ważne, żeby ta druga osoba wiedziała, że zależy ci na nim i na tej wspólnej rodzinie. Mi zależało na Adamie i na miłości. Szczęście mi, jak dotąd, sprzyjało. Aż za bardzo. I to mnie martwiło. Nie chciałam, żeby kiedyś się ode mnie, od nas odwróciło. - Cześć kochanie – usłyszałam jego głos – chciałbym ci kogoś przedstawić. To jest Aldera, moja siostra - Miałam nadzieję, że to był tylko sen... – Wyszeptałam na widok wysokiej postaci przypominającej egipską boginię Bastet. Bastet miała ludzkie ciało, tylko głowę kota, natomiast istota stojąca przede mną wyglądała raczej na kota stojącego na tylnych łapach. Była wzrostu wysokiego człowieka, miała piękny kolor jasnego nieba. I skrzydła. - Witaj ponownie. Mam nadzieję, ze nie masz mi za złe tego mimowolnego zranienia? – Niespokojnie oglądałam swoją prawą dłoń. - Wyjaśnijcie mi to. Jesteście rodzeństwem? Jak to możliwe, że jesteście tak niepodobni? Co się stało z moimi ranami? Kim jest Aldera? I po co tu przyszła? – Pytania wylatywały z moich ust z prędkością, jaką osiąga rakieta kosmiczna parę sekund po starcie. - Powoli. Zacznijmy od tego, że może się wreszcie normalnie ze mną przywitasz. – Posłusznie podeszłam do Adama, objęłam go i pocałowałam - Teraz się nie przestrasz. To powinno odpowiedzieć na niektóre z twoich pytań. – Mówiła Aldera jak zawsze łagodnie, jakby tłumaczyła małemu dziecku – chyba już możesz, bracie. Nie stało się nic, czego mogłam się spodziewać. Żadnego oślepiającego światła, feerii barw, dziwnych stworów. Wręcz przeciwnie. Adam przypominał mi czarną dziurę. To znaczy, ja nigdy jej nie widziałam, ale tak ją sobie wyobrażałam. To było takie dziwne uczucie, jakby cała energia została wessana przez niego. Czułam się taka mała i bezbronna wobec niego. I pomyśleć, że parę minut temu go całowałam. Na szczęście to szybko się skończyło. I z tej nicości, albo raczej z materialnej pustki wyłonił się stwór podobny do Aldery. Różnił się od niej tylko kolorem. Był to kolor ciemnego, prawie czarnego nieba tuż przed burzą. - To ty, Adamie? – Nie mogłam

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
witaj — czytnik · opowiadania