Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Romans · 1 godz. 9 min czytania

Witam was w rzeczywistości

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

„Nie wybieram się z nimi, nie spisałem się na straty, Wciąż mam siłę, która co dzień każe mi iść „do pracy”, Ja wiem, że dam radę, ty też sobie poradzisz, Czasem musi się coś sypnąć, żeby móc to naprawić. Czasem musi się coś sypnąć! Twoja codzienność!”

Witam was w rzeczywistości. W brudnej, szarej codzienności, która jest elementem mojego życia. W mojej własnej RZECZYWISTOŚCI. Było wcześnie rano. Zdecydowałem się, czym prędzej opuścić mieszkanie mojego syna. Po cichu, udałem się do kuchni, gdzie zostawiłem małą kartkę. Tak na wszelki wypadek. Gdyby jednak, jakimś cudem, zauważył moją nieobecność. Założyłem swój plecak, w przedpokoju spojrzałem w lustro na moją bujną czuprynę. Otworzyłem drzwi. Po raz ostatni, moim oczom ukazało się wnętrze dobrze wyposażonego apartamentu. Opuściłem klatkę schodową i udałem się do „pracy”. Zbierałem puste puszki na złom i butelki, które oddawałem w skupie. Kierowałem się zasadą, że żadna praca nie hańbi, co prawda ta, którą wykonywałem, nie przynosiła mi jakiejś ogromnej fortuny. Nie miałem wyjścia. To życie postawiło przede mną takie warunki. Sprawdzałem wszystkie kosze na śmieci, śmietniki, trawniki w poszukiwaniu puszek. Czasem trzeba było zanurkować, poświęcić się, znaleźć coś na dnie ohydnie wyglądającego kontenera. Zgniecione, puste puszki i butelki wrzucałem do torby. Po przejściu „mojego terenu”, udawałem się na skup. Tam zamieniałem towar na kilka złotych, który wystarczały mi najczęściej na coś do zjedzenia. Trudno było chodzić na pusty żołądek, ale czasem nie było innego wyjścia. Bez pracy, nie ma kołaczy. Musiałem zarobić na chleb, przetrwać w dzisiejszej rzeczywistości. Na początku wstydziłem się trochę swojego zajęcia. Z czasem przestało mnie zastanawiać, czemu ludzie patrzą na mnie, jak szukam czegoś w śmietniku. Starałem się nie zauważać ich pogardliwych spojrzeń, wytykania palcem, obgadywania mnie za moimi plecami. Tacy są ludzie. Biedniejszy, brudniejszy znaczy gorszy. Przekonałem się o tym doskonale. Nie było przecież innego sposobu na zdobycie trochę grosza. Miałem ustawić się przed kościołem i żebrać? To byłby dopiero wstyd. Pęknąć. Nie umieć sobie poradzić. To najgorsze, co może się przytrafić człowiekowi. Często rozmawiałem z różnymi ludźmi. Miałem znajomych, którzy pomagali mi czasem w najgorszych chwilach. Zawsze byłem im ogromnie wdzięczny. Wiedziałem, że z nimi nie zginę. Marzenia? Czy mam jeszcze jakieś marzenia? Najwyżej pragnienia. Z dnia na dzień modlę się do Boga o przetrwanie kolejnego dnia. To straszne, kiedy nie wiesz, co zjeść, ani za co przetrwać następnego dnia. Kiedy nie masz marnej złotówki na kilka kajzerek. Takie „Carpe diem” z przymusu. Dla wielu jest to po prostu niewyobrażalne, a dla mnie jest to częścią rzeczywistości. Przyspieszyłem kroku. Było zimno, jak przystało na koniec grudnia. Chciałem, żeby było już lato, ale to było tylko życzenie, jakich pełno. Wsunąłem czapkę bardziej na uszy, założyłem troszkę dziurawe rękawiczki, które znalazłem kilka dni temu w koszu na śmieci. Podążałem do parku, na moją ławeczkę. To właśnie na niej spędzałem większość mojego czasu. W pobliskim śmietniku, nocowałem na kartonach, obok kontenera. Z ławki zgarnąłem śnieg ręką. Położyłem kawałek gazety i usiadłem, aby chwilę odpocząć. Musiałem jeszcze przejść pozostałą część osiedla. Gdy wychodziłem, była szósta rano. Chodziłem już koło godziny. Niedługo ludzie zaczną wychodzić do pracy. Puszek i butelek powinno trochę przybyć. Przed dziesiątą udam się na skup, aby je oddać Pójdę do sklepu i kupię coś do jedzenia. Już czuję głód. Jakoś to będzie...

Wojciech usiadł przy stole w kuchni. Jego żona, Anita zalała kawę gorącą wodą. Mężczyzna podwinął rękawy swojej koszuli, zaczął robić sobie kanapkę. Kobieta odłożyła czajnik i usiadła przy stole, obok swojego męża. Wojciech rozejrzał się, spojrzał przez okno.

-Czemu ta zima musi być taka mroźna?- odezwał się, okazując swoje niezadowolenie.- Już dawno mogłaby się skończyć... A gdzie jest w ogóle mój ojciec?- zapytał, przypominając sobie o nim.

Kobieta podała mu kartkę, która leżała na blacie kuchennym.

-Co to jest?- zapytał ze zdziwieniem. -Przeczytaj. -Dziękuję za gościnę, nigdy wam tego nie zapomnę, wracam do siebie. Grzegorz- odczytał treść listu Wojciech.

Mężczyzna wzruszył ramionami, zachowując się jakby listu w ogóle nie było i chwycił leżącą na talerzu kanapkę.

-Nic cię to nie rusza?- zapytała ze złością Anita. -O co ci chodzi?- zapytał zdenerwowany.- Wrócił, tam gdzie jego miejsce. Chyba nie myślałaś, że będę go tu przetrzymywał do końca zimy- mówił ze stoickim spokojem. -Powiedziałeś mu coś, tak?! Że masz go dosyć, albo coś w tym stylu?! Dlatego odszedł.- dopytywała się Anita ze złością. -Przestań, nic nie mówiłem. Sama widziałaś, wczoraj wszystko było w porządku- przekonywał ją. -No, właśnie, było w porządku. A już nie jest.- skomentowała kobieta.- Proszę cię, poszukaj go. Przecież wiesz, gdzie może teraz być. -Zwariowałaś?? Jest piętnaście stopni mrozu! A poza tym spóźnię się do pracy- wykręcał się. -Mógłbyś zadzwonić i powiedzieć, że się spóźnisz. Już nieraz tak robiłeś- szukała sposobu kobieta. -Kiedy to było, Anita? -W zeszłym tygodniu. -Anita, popatrz przez okno. Zobacz, jaki jest mróz! Wychodzę tylko do pracy, nigdzie indziej!- postanowił Wojciech -A co z twoim ojcem? Sam powiedziałeś, że jest mróz! -Przecież mógł nie wychodzić, nikt go nie wyrzucał -Tym razem nie...- powiedziała pod nosem kobieta. -Może sam wróci -Wierzysz w to? Ojciec taki nie jest -To jest jego problem, nie mój! Daj mi spokojnie zjeść, za chwilę muszę wychodzić!

Dalsza część śniadania przebiegła się w całkowitej ciszy. Wojciech szybko jadł kanapki przed wyjściem do pracy, Anita stała przy blacie i jak zahipnotyzowana patrzyła przez okno.

-Dzień dobry, panie Grzegorzu.- jakiś mężczyzna przywitał mnie ukłonem. Jeśli dobrze pamiętam, w zeszłym tygodniu pomogłem mu wnieść choinkę do mieszkania. Zaprosił mnie wtedy na kubek ciepłej herbaty. Rozmawialiśmy trochę. Boże, co ja bym zrobił bez tego i wielu innych ludzi. -Dzień dobry.- odpowiedziałem z uśmiechem.- Jak zdrowie żony? -A, dziękuje, dobrze. Przepraszam, ale się spieszę.- powiedział wsiadając do czerwonego Opla Astry. No, biedny on nie jest. Z tego co wiem, pracuje w kasynie. Widać, jest to dobra praca. Szedłem dalej. Skierowałem się do kolejnego śmietnika. Szybko zgarnąłem kilka puszek i butelek znajdujących się na wierzchu. Wzrokiem przeszukałem to, co było głębiej. O, były jeszcze dwie butelki. Dałem nura i wyłowiłem je. No, kto jak to, ale ja już swoje wiem w tym zawodzie. Wyszedłem ze śmietnika i udałem się dalej. Miałem już trochę towaru, ale zostało mi jeszcze parę kontenerów do sprawdzenia w okolicy. Niech ja przeliczę to, co do tej pory mam. W plastikowym worku miałem 14 butelek i 48 zgniecionych puszek. No będzie tak koło czterech złotych. Na śniadanie starczy idealnie, a jeśli potem złapię coś dobrego, to na obiad mogę pójść do baru. Tylko co będzie z kolacją? No, trudno. Zobaczymy później. Co będziemy się martwić? -Witaj Romek- przywitałem się podając rękę gospodarzowi, który odgarniał śnieg z chodnika, koło mieszkalnego bloku. -A, cześć Grzegorz- odwzajemnił uścisk. -Jak tam idzie praca? -A wiesz, że ciężko. Padało prawie całą noc. I do tego ten mróz! Oj, zimno... -To prawda, bardzo sroga zima. Muszę pomyśleć nad ogrzewaniem w moim skwerku.- zaśmiałem się w duchu. -Słuchaj, pytałem wczoraj Anny o ten magazyn przy 9b, ale wiesz jak to jest. Stwierdziła, że ludzie by się buntowali, pytaliby i mogły być nieprzyjemności.- tłumaczył się mężczyzna. -Nie ma sprawy, Romek. Ale dziękuję ci bardzo -Nie ma za co. -To ja już nie przeszkadzam, mam jeszcze trochę terenu. Miłego dnia!

W ciągu następnych piętnastu minut przeszukałem kolejne śmietniki, spotykając po drodze kolejnych znajomych. Jedni powiedzieli grzecznie „dzień dobry”, inni powiedzieli coś miłego, albo spytali o zdrowie, bo z nim nigdy nie wiadomo. Niestety, znajdowali się również tacy, którzy zamiast przejść obojętnie, patrzyli na mnie z wyrzutem, albo, przechodząc tuż obok mnie wpadali wprost na mnie jak tarany. Butelki i puszki oddałem w końcu do złomu. Dostałem cztery złote z hakiem, tak jak się spodziewałem. Udałem się do sklepu, gdzie zakupiłem kilka kajzerek, serek topiony i najtańszy soczek na rurkę. Teraz moim celem była ławka, na której zawsze przesiadywałem obok śmietnika w parku. Usiadłem, zaraz po odgarnięciu śniegu. Przy pomocy noża, który miałem w plecaku zrobiłem sobie kilka kanapek z serem topionym. Zacząłem jeść pierwszą, kiedy zobaczyłem znajomego młodzieńca, Marcina. Ten nastolatek często przychodził do mnie, gdy zrywał się ze szkoły.

-Witaj, Grzegorz.- przywitał się, podając rękę. -No, cześć Marcin- odwzajemniłem uścisk i odruchowo wstałem- Przepraszam, że tak podczas jedzenia, ale akurat jestem w trakcie śniadania. -Spoko, Grzegorz. Można się przysiąść?- zapytał, zdejmując plecak. -Oczywiście, proszę.- wskazałem mu dłonią, podając jednocześnie kawałek gazety, który młodzieniec położył na ławce. -Masz, to moje dwie kanapki- chłopak zaczął wyjmować je ze swojego plecaka. -Przestań, Marcin!- spojrzałem na niego oburzony.- Mam swoje śniadanie. -Oj, Grzegorz, dobrze wiesz, że tego nie zjem. -A z czym jest?- zaśmiałem się. -Z serem żółtym. Mów tysiąc razy swojej matce, że chcesz z szynką, a ona i tak zrobi po swojemu- mówił spokojnie, wręczając mi jedzenie. -No, dobrze, dziękuje. -Nie ma za co. -Znowu nie dotarłeś do budy?- spytałem, przegryzając kanapkę. -Weź, Grzegorz- skrzywił się na moje pytanie. -Co, fizyka? -Jeszcze gorzej, matematyka. Twierdzenie Sratagorasa- mówił ze skrzywieniem niezadowolony Marcin. -Też za tym nie przepadałem, kiedy byłem w twoim wieku. -Pracy domowej zresztą też nie zrobiłem. Wszystko przez rodziców. Kłócili się jak zwykle prawie cały dzień, a ja się wkurzyłem i wyszedłem. No i nie miałem kiedy zrobić- wytłumaczył się chłopak. -A o co tym razem się pokłócili? Oczywiście, jeśli mogę zapytać -Jasne, Grzegorz. Możesz. Wiesz, że sam już nie wiem. Chodziło o jakąś głupotę. Jak zwykle, zresztą. -Widzę, że twoja sytuacja w domu jest nie do zniesienia... -No, pewnie- przerwał mi. -...Ale to chyba nie jest jeszcze powód, by opuszczać cenne lekcje. -Cenne lekcje? Bez przesady. Do czego mi się to potem przyda? -Do wszystkiego. Chcesz skończyć, tak jak ja, na śmietniku?!!- podniosłem głos.

Ten argument wdał Marcina w zamurowanie. Nie umiał nic powiedzieć, otworzył szeroko buzię. Dopiero, po dłuższej chwili zadumy, odezwał się:

-Ty też się zrywałeś ze szkoły, Grzegorz? -Ba, żeby to raz. Niemalże codziennie chodziliśmy z kumplami na skwerek. Tam rozpracowywaliśmy piwo albo coś mocniejszego. -Mówisz tak specjalnie. Nie wierzę w to. Ty taki nie jesteś, Grzegorz. Przecież ty chyba nigdy nie miałeś alkoholu w ręku... -Miałem, Marcin- rzekłem.- Niestety, miałem...

{i}Siedziałem razem z moją żoną, Basią przy stole. Było niedzielne popołudnie, słoneczko przygrzewało jak należy, przed nami stały filiżanki z herbatą. Zegar wybił piątą. To była nasza stała, weekendowa pora niczym five o’clock dla Anglików. Rozmawialiśmy o jej imieninach, które planowała zorganizować w przyszłym tygodniu. Wspólnie zastanawialiśmy się, kogo powinniśmy zaprosić. Z naszej popołudniowej idylli wyrwał nas dźwięk telefonu. Nie pozwoliłem wstać mojej żonie, sam podszedłem do aparatu telefonicznego i podniosłem słuchawkę.

-Tak, słucham. To ja, Szymanowski. O, w mordę. Zaraz tam będę- rozmawiałem przez telefon. -Co się stało?- zapytała przestraszona Barbara. -Policja złapała Wojciecha. Muszę jechać na komisariat, żeby go odebrać i coś tam podpisać. -Jadę z tobą. -Nie, Basiu. Ty zostań. Nie róbmy z tego afery. Porozmawiam z nim w samochodzie po męsku. -Tylko proszę cię, Grzegorz. Zachowaj spokój. -Mi też zależy na naszym synu. Chcę się dowiedzieć, dlaczego ciągle to robi. Sama dobrze wiesz, że to nie ich pierwsza kradzież pod wpływem alkoholu. -Ja tylko proszę cię o spokój. -Dobrze, będę spokojny. Obiecuję.

Wziąłem kluczyki do samochodu, zarzuciłem cienką kurtkę na siebie i szybkim krokiem udałem się na dół, do auta. To nie był pierwszy raz, kiedy odbierałem mojego syna z komisariatu. Od dłuższego czasu, razem ze swoimi mądrymi kolegami spotykają się, kupują alpagę albo jakąś wódę za cały swój szmal i ruszają w miasto. Wojtek nigdy się nie wyłamał. Od kilku miesięcy uczestniczył w każdej akcji. Jeszcze nigdy do tej pory, nie postawiono mu większego zarzutu, ani nie ukarali go czymś poważniejszym, ale w końcu musiał się doigrać. Odebrałem go z komisariatu, cały czas lekko wstawionego. Podpisałem papierek, który podsunął mi już całkiem znajomy policjant. Tym razem jednak mężczyzna ostrzegł mnie, że poszkodowany, czyli człowiek, którego okradli mój syn z kolegami, najprawdopodobniej wniesie sprawę do sądu. No i się doigrał. Nieodpowiedzialny smarkacz. Myśli, że mając szesnaście lat zjadł wszystkie rozumy na świecie. Mnie, w jego wieku również przychodziły różne myśli do głowy, ale nigdy nie krzywdziłem jakichkolwiek ludzi. Kiedy piliśmy, to zawsze spokojnie, tylko w naszym gronie, bez żadnych ekscesów. A Wojciech był zupełnie inny. Po drodze nie porozmawiałem z nim, gdyż jeszcze do końca nie wytrzeźwiał. Dopiero późnym wieczorem, udałem się do jego pokoju. Wojtek leżał na swoim łóżku wpatrzony w telewizor. Nadawana była jakaś nieprzyjemna muzyka, którą mój syn nastawił na prawie cały regulator.

-Przycisz!- krzyknąłem do niego.

On nie zareagował na moją prośbę, cały czas wpatrywał się w kanał muzyczny. Wyłączyłem telewizor przyciskiem na urządzeniu. Mój syn odwrócił się na bok, wypuszczając pilota z dłoni.

-Musimy porozmawiać, Wojtek- odezwałem się do swojego syna pomimo jego niezadowolenia. -Daj mi spokój- odpowiedział po cichu. -Chcę z tobą porozmawiać. Możesz wstać? -Po co? -Już powiedziałem. Muszę z tobą porozmawiać. -Żeby dać mi jakąś karę? To powiedz mi, co wymyśliłeś i idź już. -W tej chwili wstań!- podniosłem głos.

Mój syn podniósł się i usiadł na łóżku.

-Już? Może być?- zapytał z łaski. -Tak. -To o co chodzi? -O dzisiejszy incydent. Nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale za ostatnim razem prosiłem cię, żebyś przestał spotykać się z tymi swoimi kolegami...- przypomniałem mu, ze spokojem w głosie. -Zdaję sobie z tego sprawę. -Obiecałeś mi wówczas, że spełnisz moją prośbę. -A ja jej nie spełniłem, i dlatego zostanę ukarany. To wszystko?- Wojtek nie był zbytnio przejęty. -To nie jest wszystko. Nie możesz zrozumieć, że ja chcę tego dla twojego dobra -Ale to moje życie, przestań się w nie wtrącać!- krzyknął. -Ale jesteś moim synem! Nie jesteś jeszcze dorosły i to ja jeszcze za ciebie odpowiadam- próbowałem dać mu to do zrozumienia. -Super. Zostały mi tylko dwa lata... -I co dalej? Wyprowadzisz się? -Jeśli tak bardzo tego chcesz, to tak- znowu źle mnie zrozumiał. -Wcale tego nie chcę, tylko zapytałem, jak wyobrażasz sobie swoje dalsze życie. -Nie wiem jeszcze, na pewno nie mam zamiaru tu siedzieć. -Co ci tu tak przeszkadza?- dopytywałem się. -Naprawdę chcesz wiedzieć? -Tak, naprawdę. -Ten pieprzony dom! Mam go serdecznie dosyć. Najchętniej wyjechałbym gdzieś i już tu nie wracał- krzyczał jak obdzierany ze skóry.

Nie odezwałem się, nie wiedziałem, co mam powiedzieć.

-Nie potrafię się z tobą dogadać, synu. Masz przestać spotykać się ze swoimi koleżkami- rozkazałem mu, ze złością. -I co, będziesz mnie pilnował na każdym kroku? -Jeśli zajdzie taka potrzeba, to tak.

Poszedłem do kuchni. Na pytanie Basi- jak rozmowa, nawet nie odpowiedziałem. Moja żona wiedziała doskonale, że nie udało mi się po raz kolejny. Wyjąłem z lodówki piwo.

-Grzegorz, to już trzecie. Opanuj się- ostrzegła mnie z troski. -Spokojnie, nic mi nie będzie, Basiu. -Niepotrzebnie pijesz. -Daj spokój. Zastanawiam się, co zrobić z Wojtkiem. Nie radzimy sobie z nim od dłuższego czasu- powiedziałem z żalem. -To minie, zobaczysz. W końcu zobaczy naprawdę, jacy są jego koledzy -Wątpię w to, a nawet jeśli, to może być już za późno -Myślisz, że ten człowiek, którego okradli rzeczywiście, zgłosi to do sądu? -Nie wiem, Basiu, ale bardzo martwię się naszym synem. Ja też w jego wieku miałem sporo kolegów. Często zrywaliśmy się ze szkoły, moi rodzice też nie mieli ze mną łatwego życia. Tyle, że ja nigdy nie zdecydowałem się nikogo okraść, ani zrobić komuś jakiejś krzywdy- wspomniałem. -To były inne czasy, Grzegorz. -Inne czasy, inne czasy. Bzdura. Czasy takie same jak inne.- wziąłem łyka. -Przesadzasz. -Ja przesadzam? Ja? Nie sądzę- wkurzałem się.- Dlaczego on taki jest...{/i}

-Grzegorz? Żyjesz?- zapytał Marcin. -Tak, żyję, żyję. Przepraszam, zamyśliłem się. -Naprawdę zrywałeś się ze szkoły? To ściema, no nie?- nie mógł w to uwierzyć Marcin. -To jest prawda. -Opowiesz mi o tym? -To długa opowieść, przedstawię ci ją innym razem. -Przecież mamy dużo czasu- przekonywał mnie. -Dobrze wiesz, Marcin, że obaj nie mamy zbyt wiele czasu. Na mnie czeka praca, a na ciebie... -A na mnie szkoła, tak?- przerwał mi.- Przestań, dobrze wiesz, że tam nie pójdę. -Boisz się? -Czego mam się bać? -Boisz się, że nie podołasz? Że nie sprostasz trudowi, jakim jest dla ciebie nauka? Czujesz lęk, że się skompromitujesz? -Nie, o czym ty mówisz? -Mówię o tym, co czujesz. -Nie chcę iść do szkoły, bo mnie ona nudzi. Wolę posiedzieć z tobą. Od ciebie dowiem się dużo więcej ciekawych rzeczy. -Dziękuje za komplement, ale obawiam się, że nie masz racji. Uważam, że nie chcesz pójść do szkoły, bo twierdzisz, że sobie nie poradzisz, co jest kompletną bzdurą. Myślisz, że ja, gdybym nie był twardy, przetrwałbym przez ten rok, kiedy jestem bezdomnym? Myślisz, że jest mi łatwo? Uważasz, że moje życie jest drogą z górki? A jednak żyję, daję sobie radę i nie mam zamiaru się załamać- mówiłem z powagą.

Marcin nie potrafił nic odpowiedzieć, patrzył się przed siebie, nerwowo zgniatał palce. W końcu chwycił swój plecak i wstał z ławki.

-Dziękuję- powiedział, zaczynając odchodzić. -Za co mi dziękujesz, młody człowieku? -Za lekcję życia, jakiej nie dostanę w szkole. To dużo lepsze niż matematyka. A teraz idę szybko, żeby zdążyć na następne lekcje. Do zobaczenia.- powiedział, po czym szybkim krokiem zaczął się oddalać z mojego pola widzenia.

To mądry chłopak, ale zagubiony w sobie. Sam sobie nie poradzi, i dlatego trzeba mu pomóc. Cieszę się, że mogę być dla niego taką, pomocną osobą. Bardzo przypomina mojego syna, Wojtka i sytuację, w jakiej znalazł się kilka lat temu. Wtedy nie udało mi się mu pomóc. Sam popełniłem wówczas błędy, których teraz nie naprawię. Jest już za późno. Szkoda o tym gadać.

Wojciech siedział na obrotowym krześle w swoim gabinecie. Był wpatrzony w monitor, gdzie znajdowały się różne dane, którymi zajmował się mężczyzna. Oczy zaczynały go boleć, postanowił zrobić sobie krótką przerwę. Wstał, przeciągnął się i podszedł do okna. Zimno zrobiło mu się od samego patrzenia na okolicę. Wszystko zostało pokryte śniegiem, po ulicach przemieszczali się ludzie ubrani w kożuchy, ciepłe kurtki, rękawiczki i czapki. Okropna pogoda. Mróz, jakiego dawno nie było. Jakie szczęście, że w jego gabinecie jest tak cieplutko. Wojciech spojrzał na zegarek. Orientując się, że jest już prawie czternasta, wybrał numer telefonu na swojej komórce.

-Cześć kochanie.... Tak, ciężki dzisiaj dzień, rzeczywiście... Mróz jak cholera.... Mam być na dziewiętnastą, tak jak ostatnio?... Dobrze, będę, do zobaczenia...

Pracę kończę trochę po siedemnastej. To akurat, żeby zdążyć do domu, zjeść obiad i dotrzeć do restauracji, do mojego skarba. Idealnie zaplanowany dzień. Bardzo mi się to podoba. Szkoda tylko, że spotkam się z nią dopiero tak późno, najchętniej wyszedłbym z pracy już teraz. No i pewnie będę zmuszony do słuchania Anity, która znowu zacznie mnie przekonywać do poszukiwań na mrozie mojego ojca. Przecież mógł nie wychodzić, nikt mu nie kazał. Ja mam inne sprawy na głowie, niż prosić go, żeby wrócił do domu. To był jego wybór. Ja już się poświęciłem i pozwoliłem mu u nas mieszkać przez jakiś czas. Ale na tym koniec. Co on sobie wyobraża, że się nim będę jeszcze opiekował? Że mam go traktować jak pęknięte jajko? Bez przesady. On nigdy mnie tak nie traktował. Pozwalał robić mi tylko to, co jemu wydawało się bezpieczne, albo rozsądne. Nie miałem zupełnie swojego życia. Nie mogłem podejmować własnych decyzji. Bez względu, czy miałyby być one właściwe, czy wprost przeciwnie, nie miałem prawa ich podejmować. Jak ja go nienawidzę....

{i}Siedziałem w miejscowym parku razem z moimi kolegami. Otwierałem właśnie drugą puszkę Królewskiego. Czekaliśmy na dziewczyny, które miały dziś się trochę spóźnić. Siedzieliśmy schowani za krzakami, mając widok na miejscowy stawik. To była nasza miejscówka od dłuższego czasu. Właśnie tutaj nie mieliśmy problemu z psami, którzy w innych miejscach podbijali do nas i zabierali na komisariat. Grisza i Konar poszli w stronę placu zabaw, gdzie byli umówieni z dziewczynami. Stamtąd mieli je przyprowadzić do naszej miejscówki, gdzie nie było łatwo trafić.

-W następny weekend moi starzy jadą na wieś.- powiedział z ogromnym zadowoleniem, dumny Pablo. -To zajebiście, już wiem do kogo robimy wjazd na chatę.- ucieszył się Franklin. -Tylko skołujcie jakieś panny, żeby nie było tak jak ostatnio- zaznaczył organizator przyszłej imprezy. -Spoko, Pablo. Ja już się tym zajmę- zapewnił, najtrzeźwiejszy zawsze z nas wszystkich Filet. -O, patrzcie już idą!

Grisza i Konar zjawili się w naszej miejscówce razem z pięcioma dziewczynami, które większość z nas poznała na ostatniej imprezie u pierwszego z nich. Chwilę później, dziewczyny otworzyły piwa. Niektórzy, na czele ze mną, podpalili papierosy. Dopiero, kilka godzin później, gdy zbliżała się północ, wszyscy zaczęli rozchodzić się w stronę swoich mieszkań. Ja, poszedłem odprowadzić jeszcze jedną z dziewczyn- Patrycję, która mieszkała spory kawałek ode mnie. Oboje nie byliśmy trzeźwi, w drodze powrotnej zapaliliśmy jeszcze papierosa. Na pożegnanie dostałem buziaka, po czym szybkim krokiem zmierzałem do domu. Wiedziałem, że ojciec będzie na mnie bardzo mocno wkurzony, ale trudno. Wolałem być na naszym melanżyku do samego końca, a później odprowadzić fajną dziewczynę, niż wrócić koło dwudziestej drugiej, jak to kazał mi ojciec. Do domu wszedłem, gdy zegar wybił pierwszą. Zdjąłem moją jesienną kurtkę i buty, po czym powoli udałem się do mojego pokoju. Nagle, ktoś zapalił światło. Był to mój ojciec, który poprosił mnie na chwilę do kuchni. Usiedliśmy przy stole. Zobaczyłem jedną zgniecioną puszkę po piwie, oraz drugą, którą trzymał w dłoni mój ojciec.

-Jest pierwsza, miałeś być w domu trzy godziny temu- zaczął Grzegorz. -Wiem, ale była świetna impreza. Postanowiłem zostać do samego końca- mówiłem bez najmniejszego przejęcia słowami ojca. -Postanowiłeś sam, tak? I nie przyszło ci do głowy, że czasem są ważniejsze sprawy od twoich kolegów? -Siedzenie w domu jest ważniejsze?! -Ważniejsze jest na przykład dotrzymanie obietnicy złożonej własnym rodzicom. Obiecałeś, że wrócisz najpóźniej o dziesiątej wieczorem -Zgadza się, ale powiedziałem też, że doskonale się bawiłem. Miałem przerywać zabawę? -Miałeś dotrzymać danego słowa -Ale nie dotrzymałem. Nie bez powodu -Twoim powodem jest doskonała zabawa. Nie pierwszy raz już, zresztą -Nie wiedziałem, że bronisz mi rozrywki- mówiłem z ironią. -Nie bronię rozrywki, a jedynie bezcelowego picia w parku. To do niczego nie prowadzi! Nie możesz tego zrozumieć?- pouczał mnie. -Takie jest twoje zdanie, tato. Moje jest zupełnie inne -Dla ciebie to doskonała zabawa. Alkohol nie jest zabawą, synu. Zrozum to -Tak, to czemu ciągle pijesz? Coraz więcej? Choćby teraz?- próbowałem łapać go za słówka. -To nie twoja sprawa!! -A to, że ja piję twoją sprawą jest? -Oczywiście, że tak. Jesteś moim synem. Kocham cię i chcę dla ciebie jak najlepiej -Szkoda tylko, że to, co dla ciebie jest najlepsze, dla mnie wcale takie nie jest- stwierdziłem z żalem. -Ja byłem zupełnie inny, kiedy byłem w twoim wieku. Przede wszystkim liczyłem się ze zdaniem swoich rodziców -Ja również liczyłbym się, gdybyś nie miał takich idiotycznych pomysłów!! -Koniec rozmowy. Do swojego łóżka!!!

Nawet po kilku dniach, złość nie przeszła mojemu ojcu. Cały czas był na mnie zdenerwowany. Dzisiaj miała odbyć się ta zajebista impreza, na której miała być także Patrycja. Po prostu, musiałem tam być. Mój stary nie chciał się na to zgodzić. Od kilku dni siedziałem w domu. Wolno mi było jedynie chodzić do szkoły. Mojego ojca nie było w domu. Swoim wszystkim znajomym, jak i Patrycji powiedziałem już, że zjawię się na mającej nastąpić imprezie. Wyglądało na to, że będę musiał ich wszystkich zawieść. Walczyłem jednak do końca jak lew. Korzystając, że u mnie w domu jest tylko moja mama, postanowiłem z nią porozmawiać. I jednak udało się. Po około piętnastu minutach skomplikowanej rozmowy, udało mi się nakręcić moją matkę! Udałem się do pokoju, przebrałem się, wziąłem trochę kasy i zmierzałem do wyjścia. W tym samym momencie, do domu wszedł mój ojciec.

-A gdzie ty się wybierasz?- zapytał, ogromnie zdziwiony, widząc mnie udającego się do wyjścia. -Idę na imprezę, mama pozwoliła mi iść -To nieprawda, nie kłam- zwrócił się do mnie. -Pozwoliłam mu, niech idzie- odezwała się moja mama, wchodząc z kuchni do przedpokoju. -Krystyna, przecież rozmawialiśmy na ten temat... -Wojtkowi naprawdę zależy. Tam mają być jego wszyscy znajomi. -Właśnie dlatego nie pozwoliliśmy mu iść. Nie pamiętasz? Przecież miał być jakoś ukarany. -Przecież siedział w domu tak długo. To już wystarczy. -Widzisz, tato- powiedziałem, podchodząc do wyjścia. -Zaraz.- ojciec dosyć mocno złapał mnie za ramię- Ja nie pozwoliłem ci wyjść. -Zatrzymasz mnie siłą? -W tej chwili wróć do swojego pokoju! -Będę rano, na razie mamo!- złapałem za klamkę, w tym samym momencie ojciec dosyć mocno szarpnął mną w stronę przeciwną od drzwi. Zacząłem się wyrywać, ale on był silniejszy. Zaczął na siłę prowadzić mnie do pokoju, czułem od niego alkohol. Nagle ktoś odepchnął mojego ojca. Była to moja mama, której nigdy jeszcze nie widziałem tak zdenerwowanej. Jej mąż stanął w bezruchu, patrzył na nią z niedowierzaniem. Ja, w tym samym czasie, przemieściłem się do drzwi i wyszedłem. Mój ojciec podobno wyszedł wtedy w milczeniu, i wrócił dopiero kilka dni później do domu, po rozmowie z moją mamą, która znalazła go, pijącego w barze...{/i}

Po śniadaniu odpocząłem krótko. Może z dwadzieścia minut. Szybko poszedłem dalej za puszkami i butelkami. Praca nie sprawiała mi może satysfakcji, jak to już nieraz mówiłem, ale co innego mogłem robić w mojej sytuacji. Po kilku godzinach poszukiwań znalazłem kilka rzeczy, które nadawały się na złom. Miejmy nadzieję, że się nada. Na swojej ławeczce zjadłem kolejnych kilka bułek w formie obiadu. Nie starczyło mi kasy na zjedzenie czegoś porządnego w barze mlecznym. No, trudno. Nic na to nie poradzę. Moim jedynym ratunkiem była Marzena i pub, w którym pracowała. Postanowiłem się tam udać, zresztą i tak nie miałem żadnego lepszego pomysłu. Dziewczyna zawsze odkładała dla mnie puszki i butelki po piwie, kupowane przez klientów, a ja zamieniałem to na pieniądze na jedzenie. Zresztą i tak, Marzena musiałaby je wyrzucić do śmietnika, bo niby po co jej puste butelki i puszki? Tą dwudziestokilkuletnią osobę poznałem kilka miesięcy temu. Byłem właśnie w okolicy pubu, w którym pracowała i szukałem puszek i butelek w kontenerze. Podeszła do mnie. Zapytała, czy nie jestem głodny, i czy nie chciałbym czegoś zjeść. Długo nalegała, ale w końcu ukazując swój piękny, szczery uśmiech, skusiła mnie do wejścia do pubu. Wyjaśniłem jej po krótce, że jestem bezdomnym. Wówczas Marzena zaproponowała mi, żebym przychodził raz na jakiś czas, a ona będzie odkładała dla mnie puszki i butelki po piwie. Niestety, ostatnio nie jestem przy kasie i zjawiam się coraz częściej. Wszedłem do pubu. Było w nim zaledwie kilka osób ze względu na wczesną porę. Powoli, podszedłem do lady. Marzena rozkładała właśnie brakujące produkty na półki.

-Może pomóc?- zapytałem.

Kobieta odwróciła się ze zdziwieniem.

-A, Grzegorz, cześć. Już kończę. -Właśnie widzę, ile półek ci jeszcze zostało. -Dosłownie kilka. Za chwilę znajdę dla ciebie chwilę czasu.

Usiadłem na krzesełku, przy ladzie i spokojnie czekałem, aż Marzena skończy rozkładać towar. W końcu, chwilę później zjawiła się z talerzem, na którym leżała pizza.

-Proszę- powiedziała, stawiając posiłek przede mną. -Co to jest? Marzena, uspokój się. -No, jedz. Smacznego. Gdzieś z godzinę temu, jakiś młody biznesmen zamówił pizzę, ale dostał jakiś telefon i zostawił połowę. To co miałam wyrzucić, pomyślałam o tobie od razu. Nie jest już niestety najcieplejsza... -Dziękuje ci bardzo. I taką z chęcią zjem. A szefa nie ma? – spytałem, pamiętając o historii, która mi kiedyś opowiedziała. Pewnego razu, głodna po całym dniu pracy, pozwoliła sobie zjeść nie ruszoną w ogóle przez klienta potrawę. Zobaczył to jej szef i zrobił jej o to wielką awanturę. Ostrzegł, że na drugi raz wyleci za takie coś z roboty. Na jej pytanie co ma robić z nienaruszonymi daniami, odrzekł: „Wyrzucać złotko, wyrzucać.” -Nie ma. Będzie dopiero po południu. Możesz spokojnie zajadać. Ja za chwilę przyjdę, tylko skończę z tymi towarami.

Kilkanaście minut później, gdy skończyłem jeść smakowitą pizzę, Marzena zjawiła się przy moim stoliku i usiadła naprzeciwko mnie.

-Dziękuję ci bardzo, była naprawdę bardzo smaczna -Nie ma za co. Przynajmniej nie będziesz chodził głodny -Co racja, to racja. -A jak się ostatnio czujesz? Jak zdrowie?- zapytała z troską. -No cóż, nie narzekam, ale mogłoby być lepiej -Wiesz, że w każdej chwili możesz liczyć na pomoc z mojej strony -Tak, i dziękuje ci za to bardzo. Normalnie przyszedłbym wieczorem, ale będąc szczerym miałem dziś dosyć mały zarobek, więc postanowiłem przyjść w porze obiadowej. -I dobrze zrobiłeś. Tak przynajmniej się najadłeś. A wieczorem będę mieć gościa.- pochwaliła się Marzena. -Bardzo się cieszę, czy to będzie... -Tak, to będzie mój narzeczony.

Marzena już nieraz opowiadała mi o mężczyźnie, w którym była zakochana. Był trochę starszym od niej kawalerem. Pracował jako biznesmen w kilku firmach. Poznali się jakieś dwa miesiące temu, kiedy przyszedł kiedyś do pubu coś zjeść. Rozmawiali wtedy, a mężczyzna zaprosił moją znajomą na następny dzień do restauracji. Po paru tygodniach zaczęli się regularnie spotykać. Dziewczyna często opowiadała mi o nim. Była bardzo szczęśliwa, że spotkała kogoś takiego jak on. Miała osobę, która mogła się nią zaopiekować. Marzena pochodziła ze wsi. Rok temu przyjechała do stolicy. Dzięki swojej znajomej z rodzinnej wioski, która trafiła tu parę lat wcześniej, dostała pracę w pubie. Moja znajoma mieszkała w małym pokoiku w tylnej części budynku. Studiowała zaocznie psychologię. Chodziła na zajęcia co drugi weekend.

-Chyba nie widzieliście się od jakiegoś czasu. -Tak, już kilka dni. Wyjechał na święta do swojej rodziny, podobnie jak ja. -Będziecie mieli o czym rozmawiać... -Przepraszam, Grzegorz. Wspomniałam o świętach. Bardzo mi przykro. -Przestań, Marzena. Nic się nie stało. Jesteś szczera, i to w tobie cenię. -Szczera i głupia. To co powiedziałam, mogło ci sprawić przykrość -Ale nie sprawiło. Kiedyś też spędzałem święta w prawdziwej, rodzinnej atmosferze, ale to było dawno... -Jeszcze raz cię przepraszam. -Będę urażony, jeśli nie skończysz mnie przepraszać. -Dobrze. A mogę cię o coś zapytać? -No, jasne, śmiało. -Nigdy nie mówiłeś mi o swojej rodzinie.... -Bo nie mam co mówić. -Czy to ma związek z tym, że...że nie tykasz alkoholu? -Tak, ma związek...

{i}Nie miałem już rodziny. Wszystko, co układałem rozleciało się jak dziecięce puzzle. Dosłownie wszystko. Plany, marzenia, pragnienia. Dotyczące mnie, mojego syna, mojej żony. Minęły już trzy lata od dnia, w którym moja żona przeciwstawiła się mi po raz pierwszy. Nie miałem zamiaru wracać po tym, co mi wtedy zrobiła. Gdyby nie to, że przekonywała mnie przez kilka długich godzin po paru dniach, nie wróciłbym za nic. Starałem się nie angażować, żyć z boku. Zdawać się na decyzje, które podejmowali mój syn, bądź moja żona. Wojtek cudem uniknął sprawy sądowej. Gdyby mężczyzna, którego pobili wniósłby sprawę, dziś jeszcze siedziałby w więzieniu. Mój syn skończył liceum, zdał maturę z miernym wynikiem, znalazł sobie pierwszą pracę w wypożyczalni strojów. Nigdy już nie miałem nic do powiedzenia. Wszystkie decyzje podejmował sam, albo ewentualnie rozważając je z matką. Po jakimś czasie przyzwyczaiłem się do takiego stanu rzeczy. Zacząłem tracić rodzinę. Dziś wyszedłem po raz kolejny. Miałem nic nie pić. Ostatnio zdarzało mi się to coraz częściej. Od kiedy, trzy tygodnie temu straciłem pracę, nie miałem nic lepszego do roboty. Kiedy miałem już wracać do domu, spotkałem jednego z moich znajomych. Oczywiście, nie mogło obyć się bez wódki. Mocno wstawiony, wróciłem późnym wieczorem do domu. Po kilku, dosyć długich minutach, wdrapałem się po schodach, na czwarte piętro. Zadzwoniłem do drzwi. Otworzył mój syn, który przepuścił mnie w progu.

-Dobrze, że jesteś. Chciałem porozmawiać z tobą i z mamą- przywitał mnie, pomagając mi wejść do środka. -Ze mną? To dziwne, że liczysz się z moim zdaniem- mówiłem, nie do końca poprawnie i płynnie. -Chodź do środka- pomógł wejść mi do salonu.

W pokoju zobaczyłem moją żonę i jakąś młodą dziewczynę, którą chyba już kiedyś widziałem. Usiadłem przy krześle, obok Krystyny. Wojciech usiadł przy dziewczynie.

-Może chcesz się położyć? Chyba nie najlepiej się czujesz -Nie, wypiłem trochę, ale czuję się nadzwyczaj dobrze. Może przedstawisz mi tę młodą damę? -To Anita. Byliśmy tutaj razem już w zeszłym tygodniu. -W takim razie... nie zauważyłem. -Może coś zjesz?- zaproponowała mi Krystyna. -Nie jestem głodny. -Dobrze, więc skoro jesteśmy tu wszyscy, chcieliśmy wam coś powiedzieć.- powiedział mój syn, wstając razem z dziewczyną. -Pobieramy się. Nasz ślub odbędzie się w następnym miesiącu

Ta informacja była szokiem dla mnie i mojej żony. Z tego, czego później się dowiedziałem, mój syn znał się z tą dziewczyną zaledwie niecałe dwa miesiące. Krystyna, przerywając ciszę pogratulowała faktu. Dalsza część wieczoru przebiegała w miłej atmosferze. Ja, poszedłem spać dosyć wcześnie. Nazajutrz, gdy siedziałem w salonie i czytałem gazetę, przyszedł do mnie Wojciech.

-Możemy chwilę pogadać?- zapytał delikatnie.

Ogromnie zdziwiłem się, ale przyjąłem jego propozycję.

-Chciałbym, żeby Anita wprowadziła się do nas, zaraz po ślubie -Widzę, że wszystko sobie już zaplanowaliście. To wasza przemyślana decyzja. -Tak, tato.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Witam was w rzeczywistości — czytnik · opowiadania